“Kancelaria” to mieszanka kryminału, science fiction, romansu, baśni oraz satyry. Z bolesną precyzją ukazuje bezwzględne realia dzisiejszego świata pracy, a równocześnie umacnia wiarę w nasze człowieczeństwo.


KancelariaJosephine i Joseph uciekają z głębokiej prowincji, aby szukać szczęścia w wielkim mieście. Tam jednak życie okazuje się niewiele lepsze. Josephine zatrudnia się w iście kafkowskim biurze. Zamknięta w odosobnionej klitce w posępnym, betonowym gmachu ma tylko jedno zadanie: wprowadzać do bazy danych imiona, nazwiska i datę. Zawsze tę samą. Jutrzejszą…

***

Napisana z błyskotliwością Italo Calvino i czułością José Saramago ta krótka powieść-baśń jest piękna, pełna humoru, a zarazem smutna i przerażająca. Cudowna!
Ursula K. Le Guin

Mieszanka kryminału, science fiction, romansu, baśni oraz satyry. Z bolesną precyzją ukazuje bezwzględne realia dzisiejszego świata pracy, a równocześnie umacnia wiarę w nasze człowieczeństwo.
“Huffington Post”

Kafka byłby zachwycony. Rewelacyjna książka wyjątkowej i bezkompromisowej autorki.
www.npr.org

Oryginalna i wciągająca. Phillips jest bystrą i inteligentną obserwatorką o przewrotnym poczuciu humoru i lekkim, pewnym piórze. Książka zapiera dech i zachwyca.
“New York Times”

To jak przejażdżka kradzionym samochodem. Bardzo dziwna, bardzo piękna i bardzo szczera książka o surrealizmie administracji.
www.slate.com

Przejmująca i nieco upiorna. Nie można się od niej oderwać.
“L.A. Times”

Klimatyczna… klaustrofobiczna… zaskakująca.
“Financial Times”

Książka ta stawia niełatwe pytania o pracę, życie, miłość i władzę; przede wszystkim zaś o to, co nazywamy naszą egzystencją.
“New Republic”

Język Phillips jest precyzyjny, stylowy i zabawny. Jej wyczucie czasu – perfekcyjne. Zgłębiając tajemnice małżeństwa, przypadku, wolności i losu, zmusza do najwyższej uwagi.
“The Atlantic”

Mrozi krew w żyłach… Nie sposób się od niej oderwać.
“Chicago Tribune”

Idealna lektura dla tych, którzy nie lubią wydeptanych ścieżek. Wciąga i zapewnia znakomitą rozrywkę.
“The Riverside Way”

Przykuwa uwagę. Ma w sobie coś z thrillera. Tajemnica powodzenia tej książki tkwi w tym, że stawia przed czytelnikiem niełatwe pytania.
“The New York Times Book Review”

Helen Phillips jest laureatką nagród Fundacji Rona Jaffe, Italo Calvino oraz wielu innych. “Kancelaria” spotkała się z niezwykle przychylnym przyjęciem, a debiutancki zbiór opowiadań “And Yet They Were Happy” przykuł uwagę jury The Story Prize. Jej opowiadania opublikowano w czasopismach literackich, m.in. “Tin House”, “Electric Litterature”, “Slice”, “BOMB” i “PEN America”. Prowadzi warsztaty z twórczego pisania w Brooklyn College.

Helen Phillips
Kancelaria
Przekład: Anna Maria Nowak
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 9 maja 2019
 
 

Kancelaria Kancelaria


PIERWSZY

Osoba, która prowadziła rozmowę kwalifikacyjną, nie miała twarzy. W innej sytuacji – gdyby zastój na rynku pracy nie trwał tak długo, a lato nie było tak przygnębiające i parne – to by wystarczyło, żeby Josephine już w progu zrobiła w tył zwrot. Ponieważ jednak sprawy miały się tak, a nie inaczej, pomyślała tylko: Super, ta aparycja pewnie zniechęciła pozostałych kandydatów!
Naturalnie wrażenie beztwarzowości niemal natychmiast można było wytłumaczyć zdroworozsądkowo: karnacja i marynarka − która równie dobrze mogła być żakietem − osoby za biurkiem miały identyczny odcień jak szara ściana za jej plecami, oczy ukrywały się za lustrzanymi okularami, a światło jarzeniówki spłaszczało rysy.
Mimo to odczucie pozostawało − niczym gęsty osad.
Josephine położyła swoją cefałkę na kolubryniastym metalowym biurku. Wygładziła spódnicę skromnej, ale schludnej garsonki. Rozmówca (rozmówczyni?) machnięciem buteleczki korektora pokazał jej plastikowe krzesło.
Suche, nieco kpiące wargi rozchyliły się, uwalniając niewyobrażalnie cuchnący oddech, kiedy Persona zapytała, czy w drodze tutaj Josephine zauważyła coś zaskakującego.
Tymczasem ją najbardziej zaskoczył budynek, w którym właśnie się znajdowała. Kiedy wyszła ze stacji metra i udała się pod wskazany adres, w środku zwykłej, niezbyt zamożnej dzielnicy mieszkaniowej ze zdumieniem zobaczyła przytłaczającą betonową konstrukcję, ciągnącą się niemal przez całą ulicę. Monotonię szarej ściany rozbijały masywne metalowe drzwi umieszczone w regularnych odstępach. Na fasadzie widniały olbrzymie wyblakłe litery A i Z, zachodzące na siebie tak, że nie sposób było odgadnąć, którą należy przeczytać pierwszą. Wąski pasek zapuszczonego trawnika oddzielał budynek od chodnika. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami Josephine rozejrzała się za drzwiami z literą Z. Okazało się, że to pierwsze, na które trafiła, co postanowiła uznać za dobrą wróżbę. Winda wspinała się powoli. W betonowych korytarzach niosło się dziwne, niepokojące echo.
– Nie – skłamała.
– Jesteś mężatką – spytała, a właściwie skonstatowała Persona o Zabójczym Oddechu, jakby to wynikało z pierwszego pytania.
– Tak – odparła zaskoczona radosną nutą w swoim głosie.
Pięć lat po ślubie, a ona wciąż czuła się jak młoda żona. Kilka miesięcy temu, parę dni po przeprowadzce to tego obcego miasta, rozpakowując pudła w świeżo wynajętym mieszkaniu, pomyślała: Niewiarygodne, że cała długa ewolucja prowadziła właśnie do tego. Do tej łyżeczki, tego kubeczka, tego talerza. Do nas − tutaj.
– Jego imię – ciągnęło POZO.
Co za spieczony głos. Josephine poczuła, że jej samej robi się sucho w ustach.
– Joseph – odparła.
– Pełne imię i nazwisko.
– Joseph David Jones.
Przez głowę przemknęło jej, że POZO nie było łaskawe ani się przedstawić, ani podać swojego stanowiska.
– Zatrudniony.
– W administracji niedaleko stąd.
Josephine świadomie pominęła fakt, że pracę znalazł zaledwie miesiąc temu, po koszmarnie długim bezrobociu; że uciekli ze swojego grajdoła w nadziei, że znajdą właśnie takie zatrudnienie; że uciekli w nadziei na nadzieję.
– A dokładniej jeden przystanek stąd – dorzuciła, kiedy nie doczekała się reakcji.
– Nie przeszkadza ci, że mąż nosi tak pospolite nazwisko?
To element rozmowy kwalifikacyjnej, pytanie towarzyskie, retoryczne, żart? Josephine nie umiała rozstrzygnąć. Za długo jednak była bez pracy, by pozwolić sobie na opryskliwość. Musiała potulnie znieść każdą impertynencję POZO. Zresztą w głębi ducha sama przyznawała, że zestawienie „Joseph David Jones” nie oddaje mężowi sprawiedliwości, ogranicza go, nie pokazuje całego bogactwa jego nastrojów i dobroci serca.
– Zostałam przy panieńskim – wybrnęła, by uniknąć odpowiedzi.
– Newbury Josephine Anne – oświadczyło POZO, nie zaglądając do formularza.
Josephine czekała na nieśmiertelny komentarz na temat ich wspólnego imienia: Joseph/ine.
– Planujesz dzieci? – padło tymczasem kolejne pytanie zza węgła.
Josephine znów nie potrafiła sprecyzować, co słyszy w głosie Persony o Zabójczym Oddechu: czczą ciekawość, drwinę, troskę czy obojętność. Naturalnie w świetle prawa takie pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej było niedopuszczalne, ale – kiedy poczuła w sercu znajome ukłucie – skinęła głową i zacisnęła kciuki, co robiła, ilekroć pojawiała się ta drażliwa kwestia.
– A jak wzrok? – zagaiło POZO z innej beczki.
– Bez zarzutu.
Oby Persona nie drążyła tematu, bo Josephine od ośmiu lat nie była u okulisty, a ostatnio przedmioty zaczęły jej się rozmazywać przed oczami.
Wciąż jeszcze się wahała, czy spytać rozmówcę/rozmówczynię o nazwisko, kiedy POZO gwałtownie wstało. Josephine posłusznie zerwała się z krzesła i wyszła z gabinetu na długi korytarz. Po raz kolejny zwróciła uwagę na dziwny odgłos. Przypominał chrzęst tysięcy karaluchów pełzających za zatrzaśniętymi drzwiami. Czasami przerywały go krótkie mechaniczne jęknięcia. Idąca przodem Persona o Zabójczym Oddechu wyjęła z kieszeni metalowe pudełeczko i wrzuciła do ust trzy miętówki. Z chwilą, gdy Josephine zorientowała się, że POZO próbuje coś zrobić ze swoim problemem, śmierdzące powietrze przestało ją aż tak drażnić.
POZO zatrzymało się przed jakimś pomieszczeniem i znów sięgnęło do kieszeni, tym razem po pęk kluczy. Drzwi się otworzyły, odsłaniając różowawą klitkę, którą postarzały dziury po gwoździach i kawałki taśmy klejącej. Wystarczyło pięć kroków, by dotknąć drugiej ściany. Słaba jarzeniówka oświetlała przedpotopowy buczący komputer na metalowym blacie. Obok leżała sterta szarych teczek.
– Otwórz teczkę na wierzchu – poleciło POZO, wskazując Josephine miejsce za biurkiem.
Posłusznie wzięła teczkę. W środku zobaczyła gęsto zapisany arkusz.
Pod nim leżały cztery równie niezrozumiałe formularze. Josephine bezskutecznie próbowała dostrzec w nich jakiś sens, ale tylko czuła narastający ból głowy.
POZO przycisnęło kartki bezbarwną dłonią.
– Obchodzi cię wyłącznie górna część formularza, pani Newbury. Nie zawracaj sobie głowy tym, co jest za nazwiskiem i datą.
Ból głowy nieco ustąpił.
POZO kliknęło myszką. Monitor się ocknął: pojawił się zamazany formularz, a na nim okienko z żądaniem hasła dostępu.
– Wielkie H. Wielkie S. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden – recytowało POZO, a palce Josephine uderzały we wskazane klawisze.
Na ekranie znów pojawiło się okienko z komunikatem: „Błędne hasło”.
– HS. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden – powtórzyło ze zniecierpliwieniem POZO.
Tym razem palce trafiły we właściwe klawisze. Na monitorze pojawił się czytelny arkusz.
– Witamy w Bazie Danych – oświadczyło POZO. Josephine nie miała wątpliwości, że słyszy wielkie litery. – Masz dostęp wyłącznie do informacji niezbędnych do wykonania zadania.
Na te słowa Josephine się rozpromieniła. Dostała (chyba?) pracę! Już nie mogła się doczekać, kiedy powie o tym mężowi.
– Zadania? – spytała, próbując ukryć głupkowaty uśmiech.
– Znajdź kwestionariusz w Bazie Danych, używając funkcji wyszukiwania – poleciła Persona. – Posłuż się sygnaturą zaczynającą się od HS.
Josephine wykonała nakaz, uważnie przepisując cyfry. Kursor sam przeskoczył do właściwego wiersza. Jest! IRONS/RENA/MARIE, a dalej pole wypełnione rzędami niezrozumiałych liter i liczb. Tylko jedno pole z prawej strony pozostało puste.
– Teraz porównaj sygnaturę i nazwisko w Bazie Danych z sygnaturą i nazwiskiem na formularzu. Formularz zawsze ma rację. To Baza Danych czasem może nie nadążać. − POZO zawiesiło głos.
Josephine skinęła głową. Czuła się mała i głupiutka − jak dziecko, które po raz pierwszy przyszło do szkoły.
– Następnie przepisz datę z pierwszego wiersza formularza do skrajnej prawej kolumny Bazy Danych.
Jak tu się nie denerwować, kiedy ktoś z takim napięciem wpatruje się w nią, gdy wykonuje banalnie proste zadanie, przepisując ciąg cyfr? 09072013.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że to jutrzejsza data. Wahała się przez moment, co wybrać: zaplusować, wyłapując błąd, czy podpaść, zwracając na niego uwagę? Wreszcie zdobyła się na śmiałość:
– Czy nie powinnam wpisać dzisiejszej daty?
– Włóż teczkę do Wysłanych – poleciła Persona o Zabójczym Oddechu, palcem pokazując metalowy stojak na dokumenty.
Patrząc na swoją drżącą rękę, którą odkładała teczkę na miejsce, Josephine ze wstydu najchętniej zapadłaby się pod ziemię. POZO odsunęło się o krok i pewnie mierzyło ją wzrokiem; choć trudno było zgadnąć przez te lustrzanki.
– Następny formularz – poleciło.
Josephine wzięła kolejną teczkę. Otworzyła. JEAL/PALOMA/CHACO. Znalazła sygnaturę HS. Porównała z Bazą Danych (wszystko się zgadzało); wprowadziła datę (09062013) i umieściła teczkę w Wysłanych.
– Bezbłędne wykonanie – pochwaliła Persona o Zabójczym Oddechu.
Josephine poczuła nagłą falę sympatii do nowego szefa.
– Praca może ci się wydawać monotonna – uprzedziło POZO. – Ale zarazem jest ściśle tajna. Z nikim nie wolno o niej rozmawiać. Także z nim. − Ostatnie słowo wypowiedziało z naciskiem. Niemal napastliwie.
Josephine skinęła głową. Teraz zgodziłaby się na wszystko.
– Dobra cera, dobry wzrok – mruknęło POZO, a może Josephine się przesłyszała? Chcąc jednak za wszelką cenę się przypodobać, dalej kiwała głową. – HS. Osiem. Dziewięć. Osiem. Zero. Pięć. Dwa. Cztery. Dwa. Trzy. Osiem. Jeden. Zapamiętałaś?
– Tak – skłamała Josephine.
Stawka za godzinę XX.XX dolarów (nie tak znów wiele, ale znacznie więcej niż nic), benefity, formularz podatkowy itepe, itede, depozyt na wypadek zmiany adresu, podpisać, poniedziałek punktualnie o dziewiątej i o zmroku Josephine – już oficjalnie zatrudniona – została wypluta przez betonowego olbrzyma na chodnik.

DRUGI

Joseph siedział na łóżku. Łóżko stało na chodniku przed blokiem otoczone całym ich dobytkiem; wszystkimi przedmiotami, które przywieźli, przeprowadzając się ze swojego grajdoła. Nie zebrało się tego wiele: regał na książki, chybotliwy stolik, kwiatek doniczkowy, walizki, składane krzesła.
Josephine ruszyła do niego pędem, w mgnieniu oka zapominając o planach celebracji, które snuła w drodze powrotnej.
– Eksmitowali nas – odezwał się beznamiętnie, gdy dopadła do niego, dysząc ciężko.
Ze wzrokiem wbitym w ich pancerny kwiatek, znoszący najgorsze warunki, słuchała opowieści męża: ledwo wrócił z pracy, do drzwi zastukała właścicielka mieszkania w eskorcie licznych braci, ze stertą kartonowych pudeł. Ma już po dziurki w nosie, oświadczyła, ich wiecznego zalegania z czynszem, a także pewnych, hm, odgłosów z niepokojącą regularnością dobiegających z ich pokoju.
– Ha – podsumował Joseph.
Josephine poczerwieniała ze wstydu i wściekłości, przypominając sobie, jak zaledwie kilka poranków temu przed jego wyjściem do biura płakała – przed nią kolejny dzień szukania pracy, bezsensownego snucia się po domu, łażenia po parku w poszukiwaniu widoków, identycznie jak było w grajdołku (grajdoł-srajdoł, jak nazywali swoje miejsce urodzenia, ten bezkresny podmiejski krajobraz niczegowatości) – a on uparł się, że pójdzie z nią do łóżka, choć nalegała, żeby szykował się do pracy, bo się spóźni. Plus całe to lato – dni oślepiającego jaskrawego słońca przeplatające się z dusznymi, cuchnącymi wilgocią i robakami. Plus fala upałów na początku miesiąca: ich mieszkanie gorące i parne: wilgotne gorącem połączonym z wilgocią nieznanymi w ich grajdole; lodówka, która co osiem minut przerażająco rzęziła, a ona czuła się jak kosmitka pożądająca swego małżonka kosmity.
Jutro o siódmej rano firma zabierze ich rzeczy do przechowania. Joseph już wszystko załatwił. „To cudza własność”, nabazgrał na jakiejś kartce i owinął ją wokół abażura.
– Przecież nie zostawimy ich ot tak, na chodniku – zaprotestowała.
Ale mąż już ruszył w stronę jadłodajni Cztery Gwiazdki. Czasami, w chwilach beztroski, zastanawiali się, dlaczego właściciele nie poszli na całość i nie przyznali sobie piątej. Josephine zawahała się, ale potruchtała za nim. Nie oglądając się, wyciągnął do niej rękę. Bar znajdował się na tyle blisko, że zza narożnego stolika mogli mieć oko na swoją chudobę. Zamówili dwa dyżurne zestawy promocyjne: po dwa jajka według uznania plus domowe frytki z dodatkiem pieczywa tostowego do wyboru i wielka dolewka kawy.
– Dostałam pracę. – Josephine pamiętała, by się pochwalić.
Jej obawę przed tym, jak zdoła ukryć przed mężem szczegóły zatrudnienia, zepchnęła na dalszy plan nowa, większa troska: brak mieszkania.
– Proszę, dzieciaki – powiedziała kelnerka.
Włosy miała ogniście rude – właściwie pomarańczowe – w bajecznym, nienaturalnym odcieniu, o jakim Josephine marzyła w dzieciństwie. Na tabliczce przypiętej do fioletowego mundurka widniało imię „Hillary”.
– Super – ucieszył się Joseph.
– Coś jeszcze? – spytała kelnerka.
– Ona pilnie potrzebuje waniliowego koktajlu mlecznego.
Co było prawdą.
Kelnerka puściła do nich oko i odleciała z furkotem.
– Toast. – Podniósł filiżankę z kawą. – Za gryzipiórki skazane na śmiertelnie biurową robotę. Obyśmy nigdy nie rozmawiali o niej w domu.
Zaskakująco nonszalancko przyjął ich eksmisję, podczas gdy jej wilgotne drżące palce z trudem trzymały ceramiczne uszko.
– Mieszkanie-śmanie – powiedziała.
– Diagnostyka – odparł. – Agnostyka.
Patrzył na szyld laboratorium diagnostycznego po drugiej stronie ulicy. Przed budynkiem właśnie zaparkowała ciężarówka, zasłaniając pierwsze dwie litery. Przepadali za takimi żartami losu.
– Dobry wzrok – pochwaliła Josephine.
Hillary miała miękkie serce, z czego skorzystali, siedząc w jadłodajni przez całą noc, pijąc niezliczone kawy, robiąc origami z torebeczek cukru i wyjadając z plastikowych kwadracików porcje dżemu winogronowego – próbując wszystkiego, by nie zasnąć.

*

To Hillary obudziła ich rano, stawiając przed nimi ciepłe placki, hojnie polane truskawkowym glutem. Josephowi odcisnęła się na policzku ławka, na której zasnął. Kiedy usiadł, wyglądał jak młodziutki chłopiec. O wiele za młody na męża, pomyślała Josephine.
– Na koszt firmy, dzieciaki – mruknęła Hillary.
Josephine gapiła się na duży tatuaż zielonego węża wijący się po ramieniu kelnerki. Nie potrafiła odgadnąć wieku kobiety; mogła mieć równie dobrze trzydzieści pięć, jak i pięćdziesiąt pięć lat.
– Przepowiadam przyszłość, to stąd – powiedziała Hillary, zauważając spojrzenie Josephine. – Mogę wam powróżyć w dowolnym terminie. Pod warunkiem że nie będzie to sobota rano, kiedy dziki tłum dobija się do drzwi, żądając śniadania. Zgoda, kociątko?
Josephine uśmiechnęła się grzecznie. Ani ona, ani Joseph nie wierzyli we wróżby.

*

Nocą z chodnika skradziono tylko kilka ich rzeczy (obie poduszki i składane krzesło). Swój boks w magazynie urządzili jak miniaturową sypialnię: pudełka ustawione schludnie jedno na drugim, łóżko, obok regał. Joseph przerzucił ciężkie ramię przez jej barki, gdy stali w progu, patrząc na swój dobytek. W końcu szarpnął pomarańczową roletę, zamykając pomieszczenie. Josephine nie odrywała wzroku od ich dziarskiego kwiatka doniczkowego. Oby wytrzymał i tę próbę.