W książce „Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie” wątek relacji Polaków z tytułowym morzem zajmuje szczególne miejsce. Pisząc ją Uwe Rada udowodnił, że książka kulturoznawcza może być jednocześnie pouczająca i nostalgiczna.


„Kiedyś nad Adriatykiem mieliśmy ze sobą wszystko. Namiot, który był naszym domem, numerowane sztućce turystyczne, palnik spirytusowy i emaliowaną miskę do mycia naczyń, które zastępowały kuchnię” – pisze Uwe Rada, na wstępie wciągając czytelnika w nostalgiczny nastrój niedawno minionych czasów, wspomnień współdzielonych z dużą grupą dorosłych Polaków. Ten autor, niemiecki dziennikarz, nie kryje swej fascynacji Polską, dlatego, nawet w książce poświęconej przenikaniu się kultur nad Adriatykiem, motywom związanym z naszymi rodakami nie szczędzi miejsca.

Są tutaj zatem Polacy, którzy w latach PRL-u wyruszali Maluchami do Jugosławii, żeby przy odrobinie szczęścia przywieźć z tego kraju jakąś materialną namiastkę lepszego życia, ale jest i Henryk Sienkiewicz i jego podróż z Triestu do Wenecji w 1879 roku – zachwycająca i niezapomniana, uwieczniona w korespondencji. Pośród przybyszów z daleka są też rodacy autora poszukujący nad Adriatykiem tego, czego brakowało im we własnym kraju. I on sam – urywki jego wspomnień wplecione są w kulturoznawczy esej omawiający wydarzenia nad tytułowym morzem od epoki brązu aż po czas, gdy kraje takie jak Chorwacja i Słowenia przystępowały do Unii Europejskiej, a Czarnogóra i Albania uzyskały status państw kandydujących do członkostwa.

Tak rozległy okres w dziejach w połączeniu z mnogością narodowości i ich indywidualnych historii wymusza polifoniczność opowieści, jaką snuje Uwe Rada, ale staje się też powodem panującego w książce chaosu. Jest bardzo ciekawa i warta lektury – to należy podkreślić, niemniej wymaga cierpliwości w wydobyciu z niej wszystkiego, co oferuje czytelnikowi. Są tu bowiem zarówno obfite passusy dotyczące państw istniejących nad Adriatykiem od zarania dziejów, relacje i komentarze publicystyczne odnoszące się do wydarzeń współczesnych, ciekawostki biograficzne, liczne fragmenty zaczerpnięte z literatury poświęconej Adriatykowi lub powiązanej z wybitnymi ludźmi będącymi w tymczasowej lub trwałej relacji z tym morzem, cytaty z wypowiedzi ekspertów, których Uwe Rada poprosił o wypowiedzi, dane dotyczące turystyki, a także wspomniane już reminiscencje z podróży bieżących i danych samego autora. I to jeszcze nie wszystko, bo autor ujął w tekście liczne adriatyckie anegdoty wymykające się powyższej klasyfikacji. Można w tym bogactwie utonąć, ale można – i warto – wziąć się na sposób i z tej obfitości skorzystać.

Potężna dawka wiedzy, jaką lektura tej książki przynosi, rozbudza apetyt na poznawanie dalszych historii związanych z Adriatykiem

Dla mnie „Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie” stał się książką czytaną powoli, która przynosiła mi nowe obrazy znad Adriatyku na podobieństwo pocztówek otrzymywanych z podróży. Nie wszystkie były piękne. Uwe Rada wraca na przykład do 1991 roku i opisuje wojnę w Jugosławii, sięga znacznie dalej w przeszłość i przywołuje obrazy przejęcia Bari przez Saracenów, wraz z założeniem emiratu w tym mieście czy wydarzenia obu wojen światowych.

Zagląda jednak również do najpiękniejszych zabytków świata opisując je z pasją, przemierza miasta i miasteczka zwracając uwagę na kuszącą atmosferę i niezwykłe detale, przypomina czasy sprzed zaledwie kilku dekad, kiedy nad brzegami Adriatyku zaczęła rozkwitać turystyka, by ostatecznie z pożytecznego gospodarczo i społecznie zjawiska zmienić się w prawdziwą zmorę, tak, jak stało się to na największą skalę w Wenecji oblężonej przez turystów na przestrzeni całego roku, praktycznie przez nich sparaliżowanej.

Potężna dawka wiedzy, jaką lektura tej książki przynosi, rozbudza apetyt na poznawanie dalszych historii związanych z morzem, które już od starożytności łączyło Wschód z Zachodem, a i dzisiaj jest miejscem, gdzie liczne kultury przeplatają się ze sobą. Nawet najbardziej bogata książka nie zdoła wyczerpać tego tematu, bo to historia, która każdego dnia pisze się na nowo. Nikodem Maraszkiewicz

Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, Przekład: Andrzej Robak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 19 maja 2016
 
 

Uwe Rada
Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie
Przekład: Andrzej Robak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 19 maja 2016
 
 

Wenecja szuka schronienia przed morzem

U kresu raczej mało zajmującego rejsu podróżujący statkiem mężczyzna wykreowany przez Thomasa Manna dotarł do miejsca, które sam autor nazwie kiedyś „niezmierzonym”.
Wtedy wynurzył się z prawej płaski brzeg, łodzie rybackie ożywiły morze, ukazała się wyspa z zakładem kąpielowym, parowiec opłynął ją z lewej, powolnym ruchem prześliznął się przez wąski port nazwany jej imieniem i zatrzymał się na lagunie, naprzeciw pstrych i nędznych domów, gdzie trzeba było czekać na barkę służby sanitarnej.
Gustav von Aschenbach, starzejący się bohater opowiadania Śmierć w Wenecji napisanego przez Thomasa Manna, wyruszył z Poli do miasta położonego nad laguną „leciwym statkiem włoskiej narodowości, przestarzałym, okopconym, posępnym”.
Podróż nie należała do przyjemnych, ponieważ przez całą drogę hałasowała jakaś banda szczeniaków, „zdaje się niższych urzędników handlowych z Poli, którzy w podnieconych humorach wybierali się na wycieczkę do Włoch”. Na dodatek było morze, za którym von Aschenbach nie przepadał. „Pod mętną kopułą nieba rozciągała się dokoła niezmierna szyba pustego morza. Ale w próżnej, jednolitej przestrzeni brak wewnętrznemu zmysłowi także miary czasu”.
Jak to dobrze, że kiedy statek minął wyspę Lido, bohater Manna zobaczył lagunę. Dzięki niemieckiemu nobliście mierzeja oddzielająca ją od morza trafiła do kanonu literatury dotyczącej Adriatyku. W opowiadaniu von Aschenbach, dotarłszy do Wenecji, zatrzymuje się na Lido. W maju 1911 roku było to udziałem samego Manna, który wraz z żoną Katią przybył przez cieśninę Porto di San Nicolò na Lagunę Wenecką. Para również zamieszkała na Lido, w słynnym już wówczas Grand Hôtel des Bains. Widok ze statku wpływającego do laguny urzekł zarówno pisarza, jak i jego bohatera.
Więc ujrzał znowu to zdumiewające wybrzeże, ową olśniewającą kompozycję fantastycznych budowli, które republika ukazywała pełnym uszanowania spojrzeniom zbliżających się żeglarzy: lekką wspaniałość Pałacu i Most Westchnień, kolumny z lwem i świętym na brzegu, przepysznie występujący bok bajecznej świątyni, widok na wieżę i Zegar Olbrzymów; i przyglądając się myślał, że przybyć do Wenecji lądem, na dworzec kolejowy, znaczy wejść do pałacu przez tylne drzwi i że nie inaczej, tylko okrętem, jak on teraz, przez pełne morze, należy zajechać do najnieprawdopodobniejszego z miast.

Zaślubiny z morzem

Od czasów średniowiecza co roku w dniu święta Wniebowstąpienia Pańskiego dożowie Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka pokonywali cieśninę, udając się w przeciwnym kierunku. Na pokładzie Bucentaura, czyli bogato zdobionej galery, władcy Wenecji wypływali z Kanału Świętego Marka, prześlizgując się cieśniną Porto di San Nicolò, która utworzyła się pomiędzy wyspą Lido i półwyspem Cavallino. Z uwagi na rangę ceremonii w zaślubinach z morzem brały udział wszystkie znamienite osoby: członkowie senatu, patrycjusze, którzy wystarali się o to święto u Wielkiej Rady, groźni mężowie z Rady Dziesięciu, a także zagraniczni dostojnicy, którzy przebywali wówczas w Wenecji. Główny punkt ceremonii stanowiło wrzucenie do wód Adriatyku złotego pierścienia. Doża, który wykonywał ten uroczysty gest, wypowiadał przy tym słowa: „Zaślubiamy cię, morze, na znak prawdziwego i wiecznego władania”.
Do ceremonii należało również błogosławieństwo udzielone przez Kościół. Pierścień, który głowa Republiki Weneckiej wrzucała do morza po wypłynięciu z cieśniny Porto di San Nicolò, był poświęcony przez biskupa. W 1177 roku doża Sebastiano Ziani zażądał, żeby papież Aleksander III potwierdził ten symboliczny akt na piśmie. Wcześniej Wenecja zawarła pokój z Rzymem i ze Świętym Cesarstwem Rzymskim, na którego czele stał Fryderyk I Barbarossa. W ten sposób zakończył się trudny okres w dziejach republiki. W południowej części Adriatyku Cesarstwo Bizantyńskie, które niegdyś sprawowało władzę nad Wenecją, nie mogło dojść do porozumienia z kupcami z San Marco. Z kolei na północy cesarz Barbarossa zapragnął umocnić swoją władzę kosztem Ligi Lombardzkiej i Wenecji, które rychło zawiązały sojusz. Do tego taktycznego związku przystąpił również papież, co stawiało państwo nad laguną w trudnym położeniu. Władza Stolicy Apostolskiej tu nie sięgała i to się już miało nie zmienić. W tej sytuacji Republika Wenecka wybrała sprawdzoną metodę lawirowania i nie opowiedziała się po żadnej ze stron konfliktu. Strategia ta okazała się słuszna. Cesarz był zmuszony uznać, że jego władza w północnej Italii jest ograniczona. Papież natomiast zachował mocną pozycję w stosunkach z cesarstwem i odwdzięczył się Wenecji, przyznając jej prawo do zaślubin z morzem. Najjaśniejsza Republika mogła oznajmić, że stała się niezależna od Kościoła i władzy świeckiej.
Ceremonia, chociaż pozbawiona błogosławieństwa ze strony biskupa, sięga jednak jeszcze dawniejszych czasów. Symboliczny mariaż Wenecji z Adriatykiem po raz pierwszy celebrowano już w 1000 roku. Doża Pietro II Orseolo rozgromił wówczas piratów z wybrzeża Dalmacji, umacniając tym samym weneckie panowanie na północnym Adriatyku. Republika wykonała wtedy pierwszy krok ku temu, by stać się państwem żeglarzy. Kolejny nastąpił po wydarzeniach 1177 roku. Pokój zawarty w Wenecji umożliwił kupcom z San Marco opanowanie wybrzeży Adriatyku. Co więcej, jak podaje brytyjski eseista Peter Ackroyd w książce Wenecja. Biografia, dokonanie zaślubin z morzem przyczyniło się do legitymizacji władzy nad tymi wodami i uznania republiki za Państwo Morza. Autor nie jest pierwszym, który zwraca uwagę na to, że Wenecję charakteryzował „pradawny ryt zjednoczenia z morzem, odprawiany w miejscu, gdzie »wewnątrz« i »na zewnątrz« splatały się z sobą”.
Oczywiście w Pałacu Dożów relacje pomiędzy „tym, co wewnątrz” i „tym, co na zewnątrz”, Adriatykiem i lądem, Państwem Morza i Ziemią Zamkniętą58 były należycie prezentowane. Gabinet kierownika Magistrato alle acque, czyli „naczelnika urzędu sprawującego nadzór nad zasobami wodnymi, rzekami, portami, kanałami i lagunami”, został opatrzony następującą inskrypcją: „Miasto Wenecja z łaski Bożej zostało założone w wodzie, otoczone wodą i z wodnymi murami. Kto zatem ośmieli się jakimkolwiek sposobem zaszkodzić tym wodom, zostanie uznany za wroga tego kraju”. Kolejnym przykładem alegorycznego przedstawienia dualistycznego charakteru państwa istniejącego jednocześnie na lagunie i na stałym lądzie jest obraz namalowany przez Vittore Carpaccia, który znajduje się w Sali Grimani. Figuruje na nim skrzydlaty lew, symbol świętego Marka, a zarazem Wenecji. Wizerunek ten można dostrzec na dzwonnicach wszystkich kościołów, jakie Serenissima wybudowała nad Adriatykiem. Lew stoi przednimi łapami na ziemi, tylne natomiast ma zanurzone w wodzie. Jest to wyobrażenie weneckiego panowania na lądzie i morzu.

Smutek na Lido

Jest majowa niedziela, godzina dziewiąta rano. O tej porze wycieczki nie zaludniły jeszcze reprezentacyjnej części miasta. Stoję na placu Świętego Marka i spoglądam to w jedną, to w drugą stronę. Nadal wszystko wygląda identycznie, jak to opisał Thomas Mann. Wyjątkiem są turyści, którzy zamiast kapeluszy słomkowych bądź cylindrów noszą czapki bejsbolowe i bluzy z kapturem. Prawdziwa zmiana nastąpiła jednak w Wenecji na długo przed wizytą niemieckiego noblisty. Zmierzch potęgi Państwa Morza, spowodowany odkryciem Nowego Świata, dało się zaobserwować już w XVI i XVII stuleciu. W 1797 roku Napoleon zadał ostateczny cios republice, która cieszyła się niezależnością przez ponad tysiąc lat. Zastanawiam się, jaką Wenecję zastał Thomas Mann, kiedy tu przybył i zatrzymał się na wyspie Lido. Czy było to miasto, które jeszcze coś znaczyło na Adriatyku? Czy już wówczas, kiedy doszło do wizyty pisarza, Wenecja bezwstydnie oddawała się turystom i zaczęła istnieć sama dla siebie?
Tramwaj wodny linii numer jeden zabiera mnie z San Marco i wiezie na Lido. Im bardziej zostają w tyle takie budowle jak Pałac Dożów, lochy, bazylika i dzwonnica, świadczące o niegdysiejszej potędze miasta, tym chętniej spoglądam w przeciwną stronę. Po prawej stronie mijam ciąg ośmiu wysp zwany Giudecca. Z lewej zbliżają się ogrody Giardini, w których organizuje się słynne biennale sztuki współczesnej, a następnie zielona, pokryta parkiem wysepka Sant’Elena. W końcu łódź przybija do przystani Lido Santa Maria Elisabetta, w skrócie Lido S.M.E.
Wyspa Lido ma dwanaście kilometrów długości. Obok Pellestriny stanowi jeden z dwóch piaszczystych wałów, które oddzielają wody wewnętrzne Laguny Weneckiej od Adriatyku. W geografii mianem „lido” określa się mierzeję utworzoną z piasku naniesionego przez wielkie rzeki wypływające z Alp – Pad, Brentę i Piawę – a następnie od strony morza wyrównaną przez fale. Pod względem kulturowym Lido i Pellestrina są miejscami, które Predrag Matvejević, chorwacki autor książek na temat Adriatyku i pozwalający sobie na krytykę miłośnik Wenecji, opisuje następująco:
Dwie wysepki, wąskie i długie, wyglądają jak resztki lądu pozostałe po jakimś podziale ziemi i morza, o nieznanej przyczynie i niewiadomym celu. Rozdziela je właściwie przesmyk. Po wewnętrznej stronie, bliżej Laguny, woda ma inny kolor niż po stronie zewnętrznej, bliżej zatoki – po jednej stronie to woda morska, po drugiej morska i rzeczna. Im bliżej otwartego morza, tym bardziej jest przejrzysta i błękitna, aż do chwili, gdy rzeczywiście staje się morzem.
Z przystani Lido S.M.E. jeszcze nie widać jednak Adriatyku. Po raz kolejny wzrok zatrzymuje się na zabudowie z czasów Najjaśniejszej Republiki. Znalazłszy się na okazałym bulwarze Granviale Santa Maria Elisabetta, już czuję, że zaprowadzi mnie nad morze. Wszystkie nazwy bocznych ulic, takich jak Via Corfu, Via Perasto, Via Negroponte, Via Spalato, Via Scutari czy Via Zara, odnoszą się do weneckich posiadłości z czasów, kiedy republika żeglarzy była w fazie rozkwitu. Te wskazówki na drodze wiodącej w stronę Adriatyku zrobiły również wrażenie na młodym Johannie Wolfgangu von Goethem, którego pierwsze zetknięcie z włoskim morzem nastąpiło na Lido w dniu 8 października 1786 roku. „Dziś rano wybrałem się z moim aniołem stróżem na Lido, pasemko lądu zamykające laguny. Wyszliśmy na brzeg i ruszyliśmy na przełaj. Usłyszałem głośny szum. To było morze”.
Nie minęło jednak wiele czasu, a Lido miało najlepszy okres za sobą. Już brytyjski pisarz David Herbert Lawrence w powieści Kochanek lady Chatterley (Lady Chatterley’s Lover) narzekał na „kurort nad kurortami”. „Powierzchnia Lido gęsto pokryta ciałami przyodzianymi w trykot, a w odsłoniętych miejscach mających skórę poczerwieniałą od słońca przypomina łachę piasku, na której roi się od fok przybyłych tu całymi stadami na okres godowy”. Z kolei w październiku 1909 roku polski noblista Henryk Sienkiewicz napisał: „Lido już bardzo puste”.
Na początku maja nie jest jeszcze tak źle, ale za to na plaży zalegają śmieci, glony i inne odpadki, które morze wyrzuciło na brzeg. Przede wszystkim jednak Grand Hôtel des Bains jest nieczynny, o czym informuje mnie Afrykańczyk na stoisku na plaży.
– To już trwa cztery lata. A nowy inwestor pozwala, żeby budynek popadał w ruinę – skarży się tak, jakby będąc Senegalczykiem, który od urodzenia mówi w języku Moliera, odczuwał jakąś szczególną więź z niegdysiejszym luksusowym obiektem o francuskiej nazwie. Chętnie zwiedziłbym pokój na drugim piętrze, w którym opisany przez Thomasa Manna Gustav von Aschenbach ostrożnie odchylał zasłony, spoglądając na ruch panujący na plaży, lecz przede wszystkim na swojego Tadzia. Nie było mi to jednak dane. Zarówno plac Świętego Marka, jak i Lido należą do miejsc, w których Wenecja zasklepia się w sobie, chowa się za minioną świetnością i nie reaguje na to, co dzieje się obecnie.
Również wenecki malarz Bernardo Bellotto, który za życia zyskał rozgłos jako Canaletto, uznał, że zaślubiny z morzem są ważną uroczystością dla miasta i uwiecznił je na obrazie zatytułowanym Bucentaur przy Molo. Dzieło pochodzące prawdopodobnie z 1740 roku ukazuje moment, w którym łodzie opuszczają Kanał Świętego Marka. Bucentaur był okrętem o długości czterdziestu czterech metrów, poruszanym wiosłami stu sześćdziesięciu ośmiu galerników. Tymczasem na obrazie Canaletta prawie nie można go dostrzec. Ukrycie statku na dalekim planie tym bardziej zwraca na niego uwagę. W wyobraźni pozostaje on przecież nie tylko najważniejszym elementem namalowanego widoku, lecz także procesji organizowanej z okazji święta Wniebowstąpienia, na które w dialekcie venexiàn mówi się sensa. Bucentaur, o którym myślał Canaletto, został zwodowany w 1728 roku w słynnej stoczni położonej we wschodniej części miasta, zwanej Arsenałem. Wówczas w mieszkańców Najjaśniejszej Republiki ponownie wstąpiła nadzieja. Dziesięć lat wcześniej podpisano pokój pożarewac­ki, który wreszcie zakończył wojny z imperium osmańskim. Wenecja utraciła wprawdzie Cypr i Peloponez, a tym samym rangę europejskiej potęgi na morzu, zachowała jednak sięgające aż po Kotor kolonie nad Adriatykiem i nadal pozostawała mocarstwem w basenie tego morza. Najważniejsze było jednak to, że zapanował pokój. Obraz Canaletta przedstawia Wenecję, która pomimo widma bankructwa nie szczędziła sił i środków na ceremonie mające przypominać, jakim blaskiem świeciła niegdyś Serenissima.
Zastanawia mnie jednak, ile prawdy, a ile samooszukiwania się czy wręcz złudzeń złożyło się na ten wizerunek. Peter Ackroyd zwrócił uwagę na to, że niespodziewany rozkwit weneckiego malarstwa i innych dziedzin sztuki oraz spadek politycznej i gospodarczej rangi państwa pozostawały z sobą w ścisłym związku. Brytyjski eseista pisze, że im bardziej traciło ono na znaczeniu, tym dalej Wenecjanie uciekali od tej świadomości, uprawiając „zabawę w chowanego”. To właśnie wtedy karnawał był organizowany z największą pompą, wystawiano komedie Carlo Goldoniego, a stolica republiki zaczęła pełnić w Europie funkcję turystycznej metropolii. Wenecja zastąpiła rzeczywistość wyimaginowanym światem, w którym znowu była opromieniona sławą. Mniejsza o to, czy tak wątpliwą, jak ta, którą cieszyły się miłosne przygody Casanovy.
Sądząc po zapiskach, które Goethe zawarł w Podróży włoskiej, on również nie mógł się oprzeć widokom zabytków i natury, które napotkał w Wenecji. Zarazem młodzieniec zwiedzający Italię dostrzegł, że są to ostatnie chwile Najjaśniejszej Republiki.
Wszystko wokół mnie jest dostojne; jest wielkim, budzącym szacunek dziełem zbiorowego wysiłku, wspaniałym pomnikiem wystawionym całemu ludowi, a nie jednemu tylko władcy. I chociaż laguny wypełniają się z wolna mułem i nad bagnami unoszą się trujące opary, choć handel Wenecji podupada i jej potęga przemija, z niezmienną i niczym nie zmniejszoną czcią będziemy myśleli o tej republice. Wenecja, jak wszystko, co ogarniamy zmysłami, podlega władzy czasu.
Goethe miał rację, a jednocześnie się mylił. Jedenaście lat po jego wizycie w Wenecji republika była już historią.