Pewnej nocy 1939 r. w domu Sammy’ego pojawia się kuzyn Josef, któremu udało się uciec z okupowanej przez hitlerowców Pragi. Tak zaczyna się historia niezwykłej przyjaźni i jeszcze bardziej zdumiewającej kariery dwóch żydowskich chłopców…


Niesamowite przygody Kavaliera i ClayaJosef Kavalier i Sammy Clay zaczynają tworzyć komiksy, które podbijają serca amerykańskich czytelników. Czerpiąc ze swoich pragnień i lęków, wymyślają postaci superbohaterów, w tym Eskapisty – zaprzysięgłego wroga nazistów i mistrza ucieczki walczącego ze złem, oraz Luny, inspirowanej piękną Rosą Saks, która wkrótce stanie się bliska obu chłopcom.

Dzięki komiksom szybko zdobywają sławę i bogactwo, ale w głębi duszy każdy z nich pragnie czegoś zupełnie innego…

Michel Chabon, mistrzowsko balansując między komedią i tragedią, stworzył brawurową opowieść o przyjaźni, miłości i poświęceniu, a przede wszystkim o sztuce, która przezwycięża strach przed odrzuceniem i strach przed śmiercią.

Jego porywającą powieść wyróżniono Nagrodą Pulitzera (2001) i uznaje się ją za jedno z największych osiągnięć amerykańskiej prozy XXI wieku.

Michael Chabon
Niesamowite przygody Kavaliera i Claya
Przeklad: Piotr Tarczyński
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 31 lipca 2019
 
 

Niesamowite przygody Kavaliera i Claya


Część I. Mistrz ucieczki

1

W późniejszych latach, kiedy nachylał się do przeprowadzającego z nim wywiad dziennikarza albo do podstarzałych fanów na widowni jakiegoś comic conu, Sam Clay często wyjawiał – w związku z największym dziełem, które stworzyli z Joe Kavalierem – że kiedy był chłopcem, związanym i zapieczętowanym w szczelnym naczyniu o nazwie Brooklyn, prześladowały go sny o Harrym Houdinim.
„Clark Kent w budce telefonicznej i Houdini w drewnianej skrzyni byli dla mnie jednym i tym samym – uczenie objaśniał na WonderConie, na festiwalu w Angoulême albo w rozmowie z redaktorem «The Comics Journal». – Wychodzisz jako inna osoba, niż wchodziłeś. Wie pan, pierwsza sztuczka Houdiniego, jak dopiero zaczynał. Nazywała się Metamorfoza. Nigdy nie szło tylko o ucieczkę. Szło też o transformację”.
Prawda jest taka, że kiedy Sammy był dzieckiem, Harry Houdini i jego legendarne wyczyny interesowały go tylko trochę. Jego bohaterami byli Nikola Tesla, Ludwik Pasteur i Jack London. A jednak opis roli Houdiniego – roli jego własnej wyobraźni – w narodzinach Eskapisty brzmiał prawdziwie, jak wszystkie najlepsze zmyślenia Sammy’ego. Jego sny rzeczywiście zawsze były houdinowskie: były snami mocującej się w kokonie poczwarki, szaleńczo spragnionej światła i powietrza.
Houdini był bohaterem dla konusów, miastowych i Żydów, a Samuel Louis Klayman należał do wszystkich tych kategorii. Kiedy rozpoczęły się jego przygody, miał lat siedemnaście. Wyszczekany, zapewne nie tak bystry, jak mu się wydawało, i – jak wielu optymistów – trochę nadpobudliwy. Nie był przystojny, przynajmniej nie w klasyczny sposób. Miał twarz w kształcie odwróconego trójkąta, szerokie czoło, spiczasty podbródek, wydatne usta i płaski nos awanturnika. Garbił się i źle ubierał: zawsze wyglądał, jakby go właśnie sklepano na przerwie. Co rano wychodził z bezwłosym policzkiem niewiniątka, ale w południe gładkość była już pieśnią przeszłości, zmieniała się w menelski półcień, niewystarczający jednak, żeby nadać mu wygląd twardziela. Uważał się za brzydala, ponieważ nigdy nie widział własnej twarzy, kiedy spał lub odpoczywał. Przez prawie cały rok 1931 roznosił „Eagle’a”, żeby móc kupić sobie hantle, z którymi ćwiczył co rano przez następne osiem lat, aż jego ramiona, klata i barki stały się silne i żylaste. Za sprawą polio zostały mu delikatne nogi chłopca. Miał metr sześćdziesiąt pięć w kapeluszu. Podobnie jak jego wszyscy przyjaciele, epitet „mądrala” uważał za komplement. Działanie telewizji, energii atomowej i antygrawitacji rozumiał opacznie, lecz żarliwie i miał ambicję – jedną z tysiąca – by ostatnie tchnienie wydać na ciepłej, słonecznej plaży Wielkiego Oceanu Polarnego planety Wenus. Był czytelnikiem wszystkożernym, ze skłonnością do samodoskonalenia (do Stevensona, Londona i Wellsa podchodził z sympatią, do Wolfe’a, Dreisera i Dos Passosa z szacunkiem, do S.J. Perelmana bałwochwalczo), jego dryl samodoskonalenia maskował to, że Sammy wiecznie miał smaka na wstydliwe przyjemności. Jego skrywaną pasją – a przynajmniej jedną z nich – były liche pulpowe czasopisma pełne krwi i cudów. Odnalazł i przeczytał wszystkie wydania Cienia, dochodząc wstecz aż do roku 1939, prawie udało mu się zgromadzić wszystkie numery Mściciela i Doca Savage’a.
Długa historia Kavaliera i Claya – a także prawdziwa historia narodzin Eskapisty – zaczęła się w roku 1939, pod koniec października, tej nocy, kiedy matka Sammy’ego wpadła do jego pokoju i strzeliwszy go w skroń żelaznym kastetem swojej lewej ręki, kazała mu się przesunąć i zrobić na łóżku miejsce dla kuzyna z Pragi. Sammy usiadł, w zawiasach żuchwy czując łomotanie serca. W sinym świetle fluorescencyjnej lampy znad kuchennego zlewu dostrzegł szczupłego młodzieńca, mniej więcej swojego rówieśnika. Wygięty jak znak zapytania, opierał się ciężko o drzwi, jedną ręką przytrzymując pod pachą nierówny plik gazet, drugą zasłaniając twarz, jakby się wstydził.
– To jest Josef Kavalier – powiedziała pani Klayman, przyjacielsko pomagając Sammy’emu przesunąć się pod ścianę – syn mojego brata Emila. Przyjechał dziś w nocy do Nowego Jorku greyhoundem, aż z San Francisco.
– Co mu jest? – zapytał Sammy. Przesunął się, aż dotknął plecami zimnego tynku. – Chory?
– A jak myślisz? – odparła jego matka, poklepując opróżnioną połać prześcieradła, jak gdyby przeganiała nietaktowne cząsteczki, które mógł zostawić po sobie Sammy.
Dopiero co wróciła do domu z Bellevue, gdzie przez dwa tygodnie miała nocną zmianę na oddziale psychiatrycznym. Wciąż czuć ją było zatęchłym oddechem szpitala, ale rozpięty kołnierzyk pielęgniarskiego fartucha uwalniał lekki zapach wody lawendowej, w której skąpała swój drobny korpus. Naturalny aromat jej ciała był korzenny, wyrazisty, niczym świeże ostrużyny ołówka.
– Ledwie może ustać na nogach – dodała.
Sammy spojrzał nad matką, próbując lepiej się przyjrzeć biednemu Josefowi Kavalierowi w workowatym tweedowym garniturze. Coś tam wiedział, że ma czeskich kuzynów, matka nie pisnęła jednak słowa, że przyjeżdżają z wizytą, a już na pewno nie wspomniała, że będą dzielić z nim łóżko. Sammy nie bardzo rozumiał, gdzie w tej historii jest miejsce na San Francisco.
– O właśnie – powiedziała matka, podnosząc się do pionu, wyraźnie zadowolona, że przegnała Sammy’ego na skrajne dziesięć centymetrów materaca. Odwróciła się do Josefa Kavaliera. – Chodź tu. Chcę ci coś powiedzieć.
Chwyciła go za uszy, jakby łapała ucha garnka, i zmiażdżyła mu ustami najpierw jeden, a potem drugi policzek.
– Udało ci się. Dobrze? Dotarłeś tu.
Wręczyła mu ręcznik i wyszła. Kiedy tylko zniknęła, Sammy odzyskał kilka cennych centymetrów materaca, podczas gdy jego kuzyn stał, pocierając zmasakrowane policzki. Po chwili pani Klayman zgasiła światło w kuchni i zostali w ciemnościach. Sammy usłyszał, jak jego kuzyn bierze głęboki wdech i powoli wypuszcza powietrze. Plik gazet zaszeleścił i uderzył o ziemię ciężkim łomotem porażki. Guziki marynarki stuknęły o tył krzesła, spodnie zaszeleściły, kiedy je zdejmował; zrzucił jeden but, potem drugi. Zegarek zabrzęczał o stojącą na nocnej szafce szklankę z wodą. Potem Josef i powiew zimnego powietrza wślizgnęli się pod koc, niosąc ze sobą zapaszek papierosów, potu, wilgotnej wełny oraz czegoś słodkiego i nostalgicznego, co Sammy szybko rozpoznał jako zapach z ust kuzyna, zapach śliwek z resztek sztabki „wyjątkowej” pieczeni rzymskiej (śliwki były tylko drobiazgiem w tym wszystkim, co czyniło tę pieczeń wyjątkową), którą jego matka zawinęła wcześniej w woskowany papier niczym prezent i włożyła do fryżydera. Czyli wiedziała, że jej bratanek przyjeżdża dzisiaj, spodziewała się go na kolacji i nie powiedziała Sammy’emu ani słowa.
Josef Kavalier rozsiadł się na materacu, odchrząknął, założył ręce za głowę i znieruchomiał, jak gdyby wyłączono go z prądu. Nie wiercił się, nie kokosił, nawet nie ruszył palcem u stopy. Big Ben na stoliku tykał głośno. Oddech Josefa stężał i zwolnił. Sammy zaczął się zastanawiać, czy ktoś może zasnąć tak nagle, kiedy jego kuzyn przemówił.
– Gdy tylko zdobędę nieco kasy, znajdę sobie mieszkanie i zwolnię łóżko – powiedział. Miał trochę niemiecki akcent, naznaczony jakimś dziwnym, szkockim zaśpiewem.
– Byłoby fajnie – odparł Sammy. – Dobrze mówisz po angielsku.
– Dziękuję.
– Gdzie się nauczyłeś?
– Wolę nie mówić.
– To tajemnica?
– To sprawa osobista.
– Możesz mi powiedzieć, co robiłeś w Kalifornii? Czy to też poufne?
– Przypłynąłem z Japonii.
– Z Japonii! – Sammy aż pozieleniał z zazdrości.
Na swoich patykowatych nogach nigdy nie dotarł dalej niż do Buffalo, nigdy nie przepłynął wód bardziej zdradzieckich niż ta smrodliwa strużka w kolorze toksycznej zieleni oddzielająca Brooklyn od Manhattanu. Na wąskim łóżku, w sypialni niewiele szerszej niż samo łóżko, w głębi mieszkania przy Ocean Avenue, w budynku zamieszkanym w całości przez niższą klasę średnią, z chrapaniem babki, które dobiegało zza ściany niczym przejeżdżający tramwaj, Sammy śnił zwykłe brooklyńskie sny o ucieczce i transformacji, i rejteradzie. Śnił z zaciekłą inwencją, przeobrażając się w jednego z czołowych amerykańskich pisarzy albo jakiegoś słynnego bystrzaka, na przykład Cliftona Fadimana, albo w bohaterskiego doktora, albo (za sprawą ćwiczeń i czystej siły woli) wykształcając u siebie moce psychiczne, które dają mu nadludzką kontrolę nad sercami i umysłami innych ludzi. W szufladzie biurka leżało – już od pewnego czasu – jedenaście stron wielkiej powieści autobiograficznej, która miała nosić tytuł (w wersji perelmanowskiej) Jakby w zwierciadle, na miasto albo (w wersji dreiserowskiej) Amerykańskie rozczarowanie (o którym w gruncie rzeczy wciąż niewiele wiedział). Zawstydzająco dużo czasu poświęcił na skupianie się w milczeniu – marszczenie czoła, wstrzymywanie oddechu – by rozwinąć uśpione zdolności: telepatię i kontrolę umysłu. Co najmniej dziesięć razy ekscytował się Iliadą eposów heroimedycznych, Łowcami mikrobów. Ale jak większość brooklyńczyków uważał się za realistę i jego plany ucieczki zasadniczo kręciły się wokół zdobycia zawrotnych pieniędzy.
Od szóstego roku życia Sammy chodził po domach i sprzedawał naczynia, batoniki, rośliny domowe, detergenty, pasty polerskie, prenumeraty czasopism, niełamliwe grzebienie i sznurówki. W urządzonym na kuchennym stole laboratorium doktora Zarkova wymyślał prawie działające przyszywacze guzików, otwieracze dwubutelkowe i niepodgrzewane żelazka. Przed kilku laty jego zmysł handlu pochłonęła branża zawodowego ilustratorstwa. Wielcy ilustratorzy i autorzy komiksów – Rockwell, Leyendecker, Raymond, Caniff – byli u szczytu kariery i panowało powszechne przekonanie, że przy rysownicy można nie tylko dobrze zarobić, ale wręcz wpłynąć na porządek społeczny i panujący w kraju nastrój. W szafie Sammy’ego leżały stosy bloków taniego papieru gazetowego pełne koni, Indian, słynnych futbolistów, rozumnych małp, fokkerów, nimf, rakiet kosmicznych, kowbojów, Saracenów, dżungli, grizzly, szkiców fałd kobiecych strojów, wgłębień na męskich kapeluszach, świateł w tęczówkach oczu, chmur na Dzikim Zachodzie. Pojęcie o perspektywie miał Sammy marne, znajomość ludzkiej anatomii wątpliwą, kreskę często niedokładną, ale był przedsiębiorczym złodziejem. Wycinał z gazet i komiksów ulubione strony i kadry, a potem wklejał je do grubego notesu: tysiąc różnych wzorów stylu i pozycji. Gorliwie korzystał ze swojej biblii wycinków, kiedy wymyślał podróbkę odcinka Terry’ego i piratów pod tytułem Morze Południowochińskie, wierną imitację stylu wielkiego Caniffa. Z Raymonda zżynał w czymś, co nazwał Szkarłatny kwiat w kosmosie, a z Chestera Goulda – w komiksie o tajniaku z wielką szczęką pod tytułem Trick Dacy. Próbował podwędzić coś od Hogartha i Lee Falka, od George’a Herrimana, Harolda Graya i Elziego Segara. Próbki swoich historyjek trzymał pod łóżkiem w grubej tekturowej teczce, czekając na okazję – na swoją wielką szansę – żeby się wreszcie zaprezentować.
– Z Japonii! – powtórzył, zakręciło mu się w głowie od unoszącej się nad tą nazwą egzotycznej, caniffowej woni. – Co robiłeś w Japonii?
– Głównie męczyłem się z niedyspozycją jelitową – odparł Josef Kavalier. – Wciąż się męczę. Szczególnie nocami.
Sammy zastanowił się chwilkę nad tą informacją, po czym przysunął się bliżej ściany.
– Powiedz mi, Samuelu – powiedział Josef Kavalier – ile próbek muszę mieć w moim portfolio?
– Nie „Samuelu”. Sammy. Albo nie, lepiej Sam.
– Sam.
– Jakim portfolio?
– Moich rysunków. Żeby je pokazać twojemu szefowi. Niestety, zmuszony byłem zostawić wszystkie moje prace w Pradze, ale bardzo szybko mogę narysować dużo więcej, i to naprawdę dobrych.
– Pokazać mojemu szefowi? – zapytał Sammy, wyczuwając w swoim zmieszaniu trop wyraźnie wskazujący na robotę jego matki. – O czym ty mówisz?
– Twoja matka zasugerowała, że mógłbyś mi pomóc dostać robotę w tej samej firmie, w której pracujesz. Jestem artystą, jak ty.
– Artystą. – Sammy znowu poczuł zazdrość wobec kuzyna. Było to określenie, które przechodziło mu przez usta, tylko jeśli spuścił swój oszukańczy wzrok na noski butów. – Moja matka powiedziała ci, że jestem artystą?
– Tak, komercyjnym artystą. W firmie Śmiesznostki Empire, spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.
Przez ułamek sekundy Sammy chronił płomyczek, który rozpalił w nim ten byle jaki komplement. A potem go zdmuchnął.
– Sadzi kocopoły – odparł.
– Proszę?
– Opowiada farmazony.
– Farma…?
– Pracuję w inwentaryzacji. Czasem najwyżej narysuję makietę do reklamy. Albo kiedy dodają coś nowego do katalogu, pozwalają mi zrobić ilustrację. I płacą mi za to dwa dolary od sztuki.
– Aha. – Josef Kavalier zrobił kolejny długi wydech. Nadal nawet nie drgnął. Sammy nie mógł rozgryźć, czy ten całkowity bezruch bierze się z nieznośnego napięcia czy z niebywałego spokoju. – Wysłała mojemu ojcu list – spróbował Josef. – Pamiętam, że napisała w nim, że tworzysz projekty nowych, niesamowitych wynalazków i urządzeń.
– Wiesz co?
– Sadziła kopcozony.
Sammy westchnął, jakby sugerując, że niestety tak właśnie było; westchnienie żalu, długie cierpienie. I fałsz. Bez wątpienia matka, pisząc do brata w Pradze, uważała, że przekazuje prawdę. Przez ostatni rok to właśnie Sammy sadził kocopoły, ubarwiając – nie tylko na użytek matki, ale i każdego, kto chciał słuchać – swoje podrzędne stanowisko w Śmiesznostkach Empire. Sammy zawstydził się na chwilę, nie dlatego, że został nakryty i musiał wyznać kuzynowi prawdę o swojej niskiej pozycji, ale dlatego, że dostrzegł skazę na wszechogarniającej matczynej lupie. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem matka wcale nie dała się zwieść przechwałkom, tylko w istocie liczyła na to, że jej syn wyolbrzymił swój wpływ na Sheldona Anapola, właściciela Śmiesznostek Empire. A teraz, żeby utrzymać pozory (na co poświęcił już tyle czasu i inwencji), nie będzie miał wyjścia i jutro będzie musiał wrócić do domu, trzymając w brudnych paluszkach księgowego pracę dla Josefa Kavaliera.
– Spróbuję – powiedział i to wtedy poczuł pierwszą iskrę, łaskoczący go wzdłuż kręgosłupa palec możliwości.
Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Tym razem Sammy wyczuwał, że Josef jeszcze nie śpi, prawie słyszał przygniatające chłopaka, przesiąkające przez kapilary zwątpienie. Opanowało go współczucie.
– Mogę cię o coś spytać? – odezwał się.
– O co?
– O co chodzi z tymi wszystkimi gazetami?
– To wasze nowojorskie gazety. Kupiłem je na dworcu Greyhounda.
– Ile?
Zauważył, że Josef Kavalier po raz pierwszy drgnął.
– Jedenaście.
Sammy szybko policzył na palcach: wychodziło osiem ogólnomiejskich dzienników. Dziesięć, jeśli liczyć „Eagle’a” i „Home News”.
– Brakuje mi jednego.
– Brakuje…?
– „Times”, „Herald-Tribune” – odgiął dwa palce – „World-Telegram”, „Journal-American”, „Sun” – zmienił dłoń – „News”, „Post”. Eee… „Wall Street Journal”. I brooklyński „Eagle”. I „Home News” z Bronksu. – Opuścił ręce na materac. – Co jest jedenaste?
– „The Woman’s Daily Wearing”.
– „Woman’s Wear Daily”?
– Nie wiedziałem, że to się tak nazywa. O odzieży. – Zaśmiał się serią krótkich, odkrztuszających charknięć. – Szukałem czegoś o Pradze.
– Znalazłeś coś? Musiało być coś w „Timesie”.
– Coś było. Trochę. Nic o Żydach.
– Żydach – powtórzył Sammy, zaczynając rozumieć.
Josef nie szukał w gazetach wiadomości o ostatnich zabiegach dyplomatycznych w Londynie i Berlinie czy brutalnej bufonadzie Adolfa Hitlera. Szukał czegoś, co powiedziałoby mu o losie rodziny Kavalierów.
– Znasz żydowski? Jidysz? Znasz?
– Nie.
– Szkoda. Mamy w Nowym Jorku cztery żydowskie gazety. Tam pewnie by coś było.
– A co z niemieckimi?
– Nie wiem, ale tam pewnie też. Mamy dużo Niemców. Maszerują i urządzają wiece w całym mieście.
– Rozumiem.
– Martwisz się o rodzinę?
Nie było odpowiedzi.
– Nie mogli się wydostać?
– Nie. Jeszcze nie. – Sammy poczuł, że Josef gwałtownie pokręcił głową, jak gdyby na znak, że temat jest zakończony. – Zdałem sobie sprawę, że wypaliłem wszystkie swoje papierosy – ciągnął kuzyn tonem neutralnym jak z podręcznika. – Mógłbyś może…
– Wiesz, wypaliłem ostatniego tuż przed pójściem do łóżka – powiedział Sammy. – Hej, skąd wiedziałeś, że palę? Czuć ode mnie?
– Sammy – zawołała jego matka. – Spać!
Sammy się obwąchał.
– Hm. Ciekawe, czy Ethel to czuje. Nie lubi papierosów. Kiedy chcę zapalić, muszę wyjść przez okno na schody pożarowe.
– Żadnego palenia w łóżku – powiedział Josef. – Kolejny powód, żebym je opuścił.
– Nic mi nie mów – odparł Sammy. – Nie mogę się już doczekać, kiedy będę miał coś swojego.
Leżeli tak kilka minut, pragnąc papierosów oraz wszystkiego, co to pragnienie, w swojej idealnej frustracji, zdawało się zawierać i ucieleśniać.
– Twój popielnik – powiedział wreszcie Josef. – Popielniczka.
– Jest na schodach pożarowych. To roślina.
– Są w niej pewnie… špačky? Kippe? Ostatki?
– Masz na myśli kiepy?
– Kiepy.
– Pewnie tak. Nie mów, że byś palił…
Bez ostrzeżenia, w czymś na kształt wyładowania aktywności, które było zarówno przeciwwagą, jak i produktem uprzedniego stanu doskonałego bezruchu, Josef stoczył się z łóżka na podłogę. Oczy Sammy’ego przyzwyczaiły się już do panującej w pokoju ciemności, jak zawsze niecałkowitej. Rąbek szaroniebieskiego blasku kuchennej świetlówki padał na skraj drzwi i zlewał się z bladym promieniem nocnego Brooklynu, mieszaniną aureoli ulicznych latarni, reflektorów tramwajów i aut, łuną trzech działających w dzielnicy hut stali oraz jaśniejącym poblaskiem wyspiarskiego królestwa po drugiej stronie rzeki, które wpadały przez szparę między zasłonami. W tym słabym blasku, nieznośnie stałym świetle bezsenności, Sammy dostrzegł, że jego kuzyn metodycznie przeszukuje kieszenie ubrań, które wcześniej starannie powiesił na oparciu krzesła.
– Lampa? – wyszeptał Josef.
Sammy pokręcił głową.
– Matka.
Josef wrócił do łóżka i usiadł.
– Musimy działać w ciemnościach.