Rasowy kryminał z obrazem gór dusznych, nasyconych chciwością i krwią, pełnych współczesnych urazów i tajemnic z przeszłości.


ŚlebodaAnka Serafin, młoda doktor antropologii z Krakowa, jedzie w Tatry, by szukać własnej tożsamości. Znajduje trupa.

Zmasakrowane zwłoki z Doliny Suchej Wody należą do starego górala Jana Ślebody. Jego historia wiedzie ku wstydliwie skrywanej podhalańskiej przeszłości. To zabójstwo jest dopiero pierwszą ze zbrodni, które zdają się karą za stare grzechy.

Czy Anka i tabloidowy dziennikarz Sebastian Strzygoń odkryją, kto zabija w Murzasichlu? Dlaczego krwią ofiar maluje swastykę? I czy przekonają się, ile dla górali warta jest śleboda, czyli wolność?

 
Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Śleboda
Wydawnictwo Dolnośląskie
Premiera w tej edycji: 18 września 2019
 
 

Śleboda

PROLOG


A cyli to prowda, cyli nie,
zabili Janicka w dolinie.
Jakzeby to prowda nie beła
kied go moja rucka zabiła.

Ptaki rozpierzchły się w popłochu. Zwalista sylwetka zamajaczyła w gęstwinie spływającej spod Kopieńca ku potokowi.
Zatrzymał się i uniósł ciężką, kwadratową głowę. Powietrze pachniało mgłą, która snuła się w półmroku przedświtu. Przez kilka dni krążył w okolicach Hali Królowej Wyżniej. W końcu się wycofał: rejon Gąsienicowej roił się od ludzi roznoszących wszędzie swój nieznośny smród. Powędrował przez leśną przecinkę nartostrady, obszedł Kopieniec i znalazł się w okolicy Toporowych Stawów.
I czuł naprawdę silny głód.
Potok słychać było coraz głośniej, rwący i szalejący na kamieniach, bo zasilony wczorajszą burzą, która po południu przez kilka godzin łomotała w Tatry. Przeciął brukowany otoczakami szlak turystyczny i zaczął się rozglądać za jagodami. W wyższych partiach gór jeszcze ich nie było, dlatego zwlókł się tu, w dolinę, gdzie dojrzewały już teraz. Ale jak na złość nie znalazł niczego, co nadawałoby się do zapełnienia żołądka. Mruknął groźnie i podążył dalej, ku wodzie, licząc, że uda mu się złowić pstrąga albo dwa. Przystanął pod świerkiem i wypróżnił się donośnie.
To nie był dobry sezon. Najpierw wyjątkowo długa zima, potem męcząca ruja, a teraz na przemian suche i burzowe lato. I jeszcze ten głód.
Poczuł, że wiatr nagle zmienił kierunek. Zatrzymał się, stanął na tylnych łapach i zmarszczył nos, węsząc. Brunatny kolos ryknął triumfalnie, czując mdlący, słodkawy zapach, którym zawiało raptem znad strumienia. Opadł ciężko na cztery łapy i potoczył się przez gęste chaszcze podmokłej doliny.
Padlina. Może być.
Zaczął węszyć za obiecującą wonią, która mieszała się z mgiełką znad wody i zapachem deptanych pokrzyw. Znalazł się na szczycie skarpy, nad osuwiskiem wydartym dopiero co, bo tej nocy, przez wzburzony strumień. Podmyta ziemia odsłoniła źródło słodkawego odoru.
Olbrzymi półtonowy samiec, urodzony osiem lat temu w gawrze nad Suchą Wodą, zszedł po skarpie na osuwisko, zaparł się tylnymi łapami, a przednimi zaczął łapczywie kopać. Żwir i otoczaki bryzgały wokół, a niedźwiedź zarył pyskiem w ziemi, miażdżąc w zębach pomarszczone, zieleniejące już przedramię ze starym radzieckim zegarkiem na nadgarstku. Grzebał dalej. Z jamy zionącej odorem śmierci wydzierał psujące się mięso spowite w strzępy białej koszuli.

ROZDZIAŁ 1

Krakowiacek ci ja,
Krakowiacek, nie pies,
cemuz mnie ty cemu,
moje dziewce, nie kces?

W Krakowiek się rodził,
w Krakowiek się nosił,
trzy lata mi było,
ki dziwcęciuk chodził.

W Krakowie na moście
ni ma picek ino koście,
same ino ziobra,
bo bez tych je dobra.

Anka weszła na taboret i otworzyła górne drzwi szafy. Głęboko zanurzyła rękę i mocowała się chwilę, klnąc pod nosem, po czym wyciągnęła triumfalnie stary harcerski plecak, który pacnął na podłogę, wzbijając obłoczek kurzu. Stłumiła kaszlnięcie i podniosła go za szelkę.
Uzbrojona w nożyczki do paznokci zajęła się odpruwaniem z plecaka naszywek. Uśmiechnęła się do siebie, wspominając, jak je kiedyś, wiele już lat temu, z poświęceniem przyszywała. Każda naszywka miała swoją historię. Na przykład tę z celtyckim smokiem pożerającym własny ogon i logo irlandzkiego zespołu punkowego Under the Gun dostała od Kaśki, kiedy – ku Anki najwyższej zazdrości – ta pojechała do Belfastu szorować kible, żeby zarobić na studia.
Pod spodem płótno plecaka okazało się intensywnie zielone, odcinało się od spłowiałej reszty. Anka wygładziła odprute naszywki, powyciągała z nich nitki i schowała do pudełka z pamiątkami. Nie miała serca ich wyrzucić. Wytrzepała plecak za oknem i jeszcze raz mu się przyjrzała. Kiedy kończyła studia, schowała glany i tego weterana studenckich rajdów głęboko do szafy, a stare, powyciągane koszulki z rewolucyjnymi hasłami przeznaczyła na szmaty. Kupiła sobie buty na obcasie i aktóweczkę, z którą zaczęła jeździć na konferencje.
Do reklamówek, a następnie do plecaka powkładała pedantycznie złożone podkoszulki, spodnie, piżamę, bieliznę. Długo się zastanawiała nad letnimi sukienkami i spódnicą. W góry chodzi się przecież w traperach, dżinsach i polarze. I nie ma nic gorszego na szlaku niż słaniająca się w klapkach na obcasie pańcia z torebusią. Odłożyła sukienki z powrotem na półkę. Nie ma się tam dla kogo stroić.
Chyba że trafi się impreza, wieczorny grill, spacer w jakimś miłym męskim towarzystwie. Zdecydowanym ruchem sięgnęła po sukienki i wpakowała je do plecaka. Po namyśle dorzuciła jeszcze dwa komplety koronkowej bielizny.
Uśmiechnęła się do siebie – na prawdziwych wakacjach nie była chyba od czasów owych studenckich rajdów. Potem, na studiach doktoranckich, nie mogła sobie pozwolić na wyjazdy. „Jak się ni mo miedzi, to się w domu siedzi”, mawiała ciocia-babcia Babońka. Anka myślała, że gdy się obroni, coś się zmieni. Ale zatrudnili ją jako asystenta, płacili grosze, a jeszcze do tego musiała wysłuchiwać opowieści kolegów po habilitacji o różnych Egiptach, Marokach i Teneryfach. Kiedy ktoś ją pytał, gdzie spędziła wakacje, odpowiadała, że na Azorach. I była to poniekąd prawda, bo na krakowskich Azorach, smutnym osiedlu z wielkiej płyty, mieszkali jej znajomi.
W końcu, w depresyjny wieczór po ostatnim egzaminie, w połowie samotnie opróżnianej butelki wina, odezwała się na Facebooku do Kaśki, kuzynki i przyjaciółki z dzieciństwa, z którą od lat nie miała kontaktu. Nie, żeby nie chciała. Po prostu tak wyszło, kontakt skończył się wraz z pewną epoką, z przejściem od trybu życia, w którym jest czas na wszystko, do trybu życia, w którym nie ma go na nic. Ale teraz od słowa do słowa umówiły się, że Anka przyjedzie do niej. Tam, gdzie jako dziecko spędzała wakacje co roku. Do Murzasichla.
Może to nie Teneryfa, ale przynajmniej nie Azory.
Zapakowała jeszcze laptopa, dorzuciła kilka książek. Dwa kryminały Jo Nesbø, materiały konferencyjne i zaczytane wydanie Sklepu potrzeb kulturalnych Antoniego Kroha. Przyjemnie będzie do tego wrócić na leżaku z widokiem na Tatry.
Zarzuciła plecak na ramiona i ugięły się pod nią kolana. Przez chwilę stała nieruchomo, zgarbiona pod ciężarem, łapiąc oddech. Jak człowiek był młody, to z takim ślimaczym domkiem przemierzał Gorce i Beskidy wzdłuż i wszerz. Powoli, tyłem, wycofała się z mieszkania.
Drewniane schody starej kamienicy na krakowskim Podgórzu zatrzeszczały złowrogo pod jej ciężarem. W powietrzu unosiła się zawiesina kurzu, w której przesiane przez brudne dachowe okno światło torowało sobie mleczne tunele. Ostrożnie zeszła, trzymając się poręczy. Na zewnątrz tropikalny upał nie dawał za wygraną. Brama kamienicy przy ulicy Józefińskiej pachniała nagrzanym kamieniem, gnijącymi śmieciami i kocim moczem. Anka wstrzymała oddech i lawirując wśród psich kup, ruszyła na przystanek tramwajowy.

Tytuł: Ujawniamy: studentki – prostytutki
Albo lepiej: Szok: studentki do towarzystwa
Skreślił. Poprawił na: Szok: studentki – prostytutki. I tak redaktor zmieni mu tytuł. Ale „szok” musi być.
Lead: Przyjeżdżają do Krakowa, żeby zacząć nowe życie, zakosztować wielkiego miasta.
Skrzywił się. „Zakosztować”? Kto tak jeszcze pisze? Chyba tylko „Tygodnik Powszechny”.
Spróbować życia w wielkim mieście. Zamiast tego smakują gorzką pigułkę rozczarowania.
– Jasne – parsknął głośno. – Smakują gorzką pigułkę z kwaśną miną, robiąc słodkie oczy do słono płacących klientów. Magda Gessler polskiego dziennikarstwa się znalazła.
Spróbować życia w wielkim mieście. Zamiast tego czeka je smak upokorzenia.
Uśmiechnął się do siebie.
Chociaż same tego chcą.
Autor: Sebastian Strzygoń – dopisał. Był chyba jedynym dziennikarzem zaczynającym artykuł od wpisania własnego nazwiska.
„Na początku jakoś tak wyszło” – mówi nam dziewiętnastoletnia Beata (imię zmienione).
Zawsze miał problem z wymyślaniem imion zmienionych. Dziennikarskie teksty śledcze roiły się od Ann i Joann, ale gdy chciał się bardziej wysilić, przychodziły mu do głowy tylko imiona, za które dzieci obraziłyby się na rodziców. „Mówi nam dziewiętnastoletnia Tekla”. Więc dał Agacie na imię Beata, bo się rymowało.
Poznali się przy lepkim od rozlanych drinków barze w „Pauzie”. Na ścianach wdzięczyły się rozmazane prace gwiazd krakowskiej fotografiki, a dziewczyna po przeciwnej stronie baru od dłuższego czasu męczyła to samo piwo i bardzo chciała złapać jego spojrzenie. Uśmiechnął się klawiaturą bielonych zębów, starannie kierując kąciki ust lekko w dół. Ćwiczył to regularnie, za to dołeczek po lewej stronie dostał już od genotypu w promocji. Wyglądał na zdecydowanie mniej niż swoje trzydzieści lat, nadrabiał więc całą resztą. Przygładził błyszczącą koszulę w lśniące pasy, lekko poruszył głową, żeby poprawić starannie zaczesaną na bok grzywkę, skinął na barmana i zamówił jeszcze dwie wiśniówki na lodzie. Dla siebie i koleżanki, o, tamtej.
Rozmawiamy w jednym z renomowanych krakowskich klubów. Beata co wieczór czeka tu na klientów. Anonsuje się na kilku znanych portalach randkowych.
– No, bo ja właśnie studiuję. Zarządzanie, i w ogóle – mówiła, lekko już się plącząc. – Wiesz, to jest przyszłość, mieć wykształcenie. Normalnie. A ty w ogóle to kto jesteś?
– Jestem – zawiesił głos i uśmiechnął się, znowu robiąc ten trik z kącikami ust – dziennikarzem.
– O, no weź! – pisnęła. – Ekstra!
Zawsze działało.
– A ty wyglądasz mi na idealną bohaterkę mojego reportażu.
Dopił wiśniówkę.
– A opisałbyś mnie?
Pochodzą z małych wsi i miasteczek. Wyjeżdżają do miasta, zdeterminowane presją…
Zawahał się. Za dużo sylab jak dla jego grupy docelowej. Ale z drugiej strony „zdeterminowane presją” brzmi bardzo socjologicznie. Zostawiamy.
…zdeterminowane presją społeczną. Bo trzeba mieć wykształcenie, żeby się liczyć na rynku pracy. Idą na zarządzanie, marketing, dziennikarstwo czy socjologię. Po studiach pójdą na bezrobocie. Ale na studiach trzeba z czegoś żyć. – „Dziś to atrakcyjność cielesna stanowi walutę. Młodzież widzi, że modelki, aktorki, celebrytki osiągają swoją pozycję dzięki walorom erotycznym” – mówi „Fleszowi”…
Zostawił wolne miejsce. Później się zadzwoni do jakiegoś medialnego socjologa, który na sto procent powie coś w tym stylu.
Beata ma tlenione blond włosy, tipsy i cerę koloru przesmażonej frytki. Pochodzi z małej wioski z południa Polski. Pierwszego klienta znalazła przez przypadek. Siedziała przy barze, tam gdzie teraz rozmawiamy, gdy podszedł do niej dobrze wyglądający mężczyzna. Przedstawił się jako biznesmen. Zaproponował trzysta złotych za noc.
– O Jezu! o Jezu! o Jezu! o Jezu! – piszczała. Jej duże piersi falowały na tle łuszczącego się sufitu jej studenckiego mieszkania. Nagle znieruchomiała wyprężona i wciągnęła głośno powietrze, wyczuwając precyzyjnie, że na niego już najwyższy czas. Gdy wyjęczał swoje, opadła mu na tors, zarzucając na jego twarz mokre włosy. Potem zeszła z niego leniwie, układając się tuż obok. Ciepła, ciągle pachnąca papierosowym dymem klubu i tanimi perfumami.
– Wiesz co? – odezwał się pierwszy. – Serio jestem dziennikarzem. I piszę o puszczających się za kasę studentkach.
Znieruchomiała.
– To co? – Po raz kolejny zrobił ten numer z kącikami ust. – Opowiesz mi trochę o sobie?
„Nie, nie czuję się kurwą – mówi nam Beata. – Każdy ma jakieś sposoby, żeby funkcjonować, nie? Ja się podobam mężczyznom, jestem wolna, lubię seks, a jeśli oni chcą mi za to coś podarować, to przecież się nie będę bronić, nie? Z czegoś żyć trzeba”.
– Wynoś się – wyszeptała cicho.
– Nie denerwuj się, Agata. Gwarantuję ci stuprocentową anonimowość. Możesz mi zaufać. Etyka dziennikarska.
– Wypierdalaj! – wrzasnęła. Uśmiechnął się przepraszająco, wciągając spodnie. Drżącymi dłońmi próbowała zapalić papierosa, gdy dopinał koszulę. Rozpłakała się, gdy trzasnął drzwiami.
Gdzieś głęboko w Beacie czai się ta nieuświadomiona może do końca rana. Rana, którą zadała sobie sama. Pod maską pewności siebie kryje się gorzki smak upokorzenia. Prędzej czy później to do niej dotrze.

Anka odetchnęła z ulgą, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Poczuła na twarzy delikatny powiew klimatyzacji. Gdy ostatnio przemierzała tę trasę, nie było jeszcze takich luksusów. W tamtych zatłoczonych do granic, zdezelowanych autobusach śmierdziało czosnkową kiełbasą i jajkami na twardo. Z magnetofonu leciało na cały regulator disco polo. Tamte pekaesy sprawiały wrażenie, jakby za chwilę miały zacząć gubić wszystkie śrubki wzdłuż wąskiej, jednopasmowej Zakopianki, która już w Pcimiu zmieniała się w drogę na zatracenie.
Tępo patrzyła w szybę, zostawiając za sobą ugotowany w upale Kraków i wyjeżdżając na Zakopiankę, ów tor przeszkód w drodze po nagrodę. Pamiętała ten odcinek na wysokości Mogilan, gdy już minie się wszystkie stacje benzynowe i McDonaldsy, gdzie droga wiedzie do wzniesienia, po czym opada raptownie w dół, a za oknem objawiają się Beskidy.
– Wow – jęknęło równocześnie na ten widok, z angielskim akcentem, dwóch siedzących przed nią chłopaków w jednakowych koszulkach Hard Rock Cafe Kraków. Zachodnie mieszczuchy na safari – zdążyła ich już ocenić Anka, gdy chwilę wcześniej bezskutecznie zagadywali dwie siedzące po drugiej stronie autobusu leciwe wiejskie kobiety w chustkach na głowach. Pytali je, czy noszą chustki ze względów religijnych, ale kobiety tylko coraz głośniej i wolniej powtarzały, że nie rozumieją. Teraz, gdy widok zniknął za ogrodzeniami autokomisów i lśniącymi nowością strzechami regionalnych karczm, Anglicy rozmawiali o nadziejach na experience prawdziwej traditional culture, pokazując sobie palcami gigantyczny banner z wyblakłym zdjęciem „góralburgera” za 19,99 zł. Frytki gratis.
Im bliżej gór, tym więcej było billboardów i prowizorycznych tablic. Wykrzykników, żółto-czerwonych barw i wielkich liter.
– A tu, we Pcimiu, beł dawniej taki śpetny motel z zółtym dachem. – Jedna ze starszych kobiet nagle się ożywiła. – Rozburzyli go?
– E, nie rozburzyli, ino zasłonili temi zielonymi – odparła druga, wskazując na ekrany dźwiękołchonne, między którymi, po nowej ekspresówce, autobus sunął niczym w tunelu czasoprzestrzennym. – Pewnie musieli zasłonić bez jakie regulacje unijne, bo beł za śpetny.