W dziewiętnastu opowiadaniach – wybranych specjalnie dla polskiego czytelnika – Gaston sprawnie miesza rejestry i garściami czerpie z różnych tradycji: gotyku amerykańskiego południa, realizmu spod znaku Alice Munro czy minimalizmu Raymonda Carvera.


Bogowie pokazują klatyOśmioletnia wychowanka szkółki niedzielnej drży na myśl, że Jezus żyje i może kryć się w najzwyklejszych przedmiotach. Kierowniczka oddziału bankowego po każdym orgazmie zapada w niepokojący sen, pełen osobliwych wizji. Początkujący poeta bez centa przy duszy nęka zajadłymi wierszami nieuczciwego sprzedawcę samochodów. Odrzucony kochanek po dwóch dekadach odnajduje dawną partnerkę na drugim brzegu kontynentu, by wręczyć jej nietypowy prezent.

W tych przesyconych dziwacznym humorem, pozornie lekkich i błyskotliwych opowieściach czyha niejedna pułapka. Zagubieni bohaterowie po omacku szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania. Bywają samotni, niezrozumiani, uparci, czasem absurdalni. W swojej groteskowości są jednak przejmująco ludzcy, a nawet niebezpiecznie znajomi.

***

Bill Gaston pisze z kpiną i serio, hiperrealistycznie i zarazem wybitnie niepoważnie. Paćka i rysuje precyzyjnie. Ostro, bezpardonowo wchodzi w układy rodzinne, relacje społeczne, choroby, życie literackie i świat przyrody. Prześlizguje się pomiędzy tematami, łącząc je w zaskakujące teksty. Umacnia i rozbija etos mieszczański, wyszydza ambicje swych bohaterów, wdziera się w ich marzenia i jednocześnie traktuje ich z najwyższą czułością.
Paulina Małochleb

Rzeczywistość nie wraca zbyt łatwo do normy w opowiadaniach, za których mistrza Gaston uchodzi, przeciwnie, idylla od początku wydaje się podszyta nieokreśloną grozą, normalność – szaleństwem, szczęście – widmem śmierci. Wyczulenie na różne języki i idiolekty to kolejny, obok fabularnych fajerwerków, atut Gastona.
Juliusz Kurkiewicz, „Książki. Magazyn do Czytania”

Gaston zasługuje na miejsce wśród pierwszych szeregów pisarzy kanadyjskich, obok Timothy’ego Findleya, Margaret Atwood i Alice Munro. To jeden z najprawdziwszych skarbów naszej literatury.
„The Globe and Mail”

Kanada wydała niewielu pisarzy tak zdumiewająco oryginalnych jak Bill Gaston … Jego kapitalna wyobraźnia zdaje się nie znać granic… jego proza jest smakowicie poetycka.
„The Globe and Mail”

Poeta-renegat o lotnej i nadzwyczaj bujnej wyobraźni narracyjnej.
„Kirkus Reviews”

Ostatnie linijki w opowiadaniach Gastona są jak satynowa tasiemka, zaciskająca woreczek, w którym szamoce się mały, pochwycony świat.
Sarah Mian

Bill Gaston – kanadyjski prozaik, związany z miastem Victoria w Kolumbii Brytyjskiej; wieloletni wykładowca twórczego pisania na tamtejszym uniwersytecie. Autor m.in. siedmiu zbiorów opowiadań (np. Gargoyles, Mount Appetite czy Sex Is Red), siedmiu powieści (w tym opublikowanego w Polsce Kamerzysty) oraz dwóch książek wspomnieniowych. Nominowany do najważniejszych kanadyjskich nagród, takich jak Governor General’s Award czy Giller Prize, dwukrotny zdobywca Victoria Butler Book Prize, uhonorowany również za całokształt twórczości nagrodą im. Timothy’ego Findleya. Jego krótka proza ukazywała się wielokrotnie w wydawanym corocznie zbiorze Best Canadian Stories.

Bill Gaston
Bogowie pokazują klaty
Przekład: Kaja Gucio, Krzysztof Majer
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 21 sierpnia 2019
 
 

Bogowie pokazują klaty


Spis treści
 
Numer z latawcem (Krzysztof Majer)
Koncertowa macanka dla staruszek (Krzysztof Majer)
Leśna ścieżka (Kaja Gucio)
Hołd dla Ptysia (Krzysztof Majer)
Lewitacja (Kaja Gucio)
Zielony Dom (Krzysztof Majer)
Kwitną czarne róże (Krzysztof Majer)
Domowe błazny (Krzysztof Majer)
Ta niedziela, gdy Lise ujrzała Jezusa (Krzysztof Majer)
Dzieło w toku (Krzysztof Majer)
Jazda pod wpływem (Kaja Gucio)
Seks to czerwień (Krzysztof Majer)
Ogniste Niebiosa (Kaja Gucio)
Anonimowi (Krzysztof Majer)
Zemsta Richarda Brautigana (Krzysztof Majer)
Góra Pragnień (Krzysztof Majer)
Tego wieczoru ubrał się przy wszystkich (Kaja Gucio)
Mądrość (Kaja Gucio)
Bogowie pokazują klaty (Kaja Gucio)
 
Krzysztof Majer: Poradnik autosabotażysty (posłowie)
 

Numer z latawcem

– To całe Tofino – zawyrokował z łóżka wujek Phil, z pierwszym tego dnia petem podrygującym na ustach – jest jakieś cudaczne.
Dzień był ciepły i przyjemny, i właśnie tego dotyczyła uwaga, bo wczoraj było burzliwie i zimno. „Absurdalnie zimno!”, powiedział wtedy, wcale nie żartując. „Środek maja!” Cudaczne jego zdaniem było też to, że zawsze słyszało się huk fal, nieustanny huk oceanu.
– Dzięki, stary.
Philip miał radochę z tego, jak wujek Phil mu dziękuje. Tym razem imiennik przyniósł z salonu papierosy, ale od dwóch dni z chęcią biegał po apartamentowcu, wykonując tego typu posługi, bo chciał lepiej poznać angielskiego wujka (innych nie miał), widywanego raz do roku. Ciekawe pojęcia: „krewny”, „Anglia”. A wujek Phil umiał być zabawny na sposób, który rodzicom Philipa był całkowicie obcy. Te jego wyrażenia! Na przykład kiedy wzdychał, mówiąc pod nosem: „Totalny karnawał”, z akcentem na ostatnią sylabę, jakby z francuska. Co też wujek mógł mieć na myśli?
Stojąc w progu, Philip patrzył, jak wujek zaciąga się w roztargnieniu papierosem, wyjmuje go z ust i widząc, że nawet niepodpalony, klnie i zrywa się z łóżka, przy czym wydatkuje więcej energii niż podczas całej reszty dnia. Przez wzgląd na dzieci matka Philipa nie pozwalała wujkowi palić w wynajętym apartamencie.
Wujek Phil wciąż jeszcze był w kąpielówkach, które założył wczoraj wieczorem do jacuzzi. Ciało (zdaniem Philipa) miał takie, jakiego można się było spodziewać po facecie z Anglii, zwłaszcza po muzyku – to znaczy bez wyraźnie zarysowanych muskułów. Nawet opalenizna zdawała się pozostawać w dość luźnym związku ze skórą, gryzła się z wyłażącą spod spodu bladością. Philip musiał zgodzić się z podsłuchaną oceną matki, która powiedziała ojcu: „Twój brat jest dwa lata młodszy, a wygląda, jakby był starszy o dziesięć”. Ton brzmiał oskarżycielsko, a Philip wiedział, że chodzi o styl życia, jaki wujek sobie upodobał. Czy raczej o to, cytując dosłownie, „jak twój brat się prowadzi”.
– Wszystko zrobiliśmy na odwrót, miśku – krzyknął raz jeszcze wujek Phil do ciotki Sally, która nie usłyszała, bo była przy aucie, szukając filtru do opalania „w kufrze”, jak mówiła na bagażnik. Na odwrót: czyli powinni byli zacząć od Kanady i dopiero później jechać na Jamajkę, bo „wtedy by się nie czuło takiej, kuźwa, lodówy. Za rok najpierw zimne, potem ciepłe”. Wujek Phil często mówił „kuźwa”, ale czasem mu się wymsknęło to drugie. Wtedy matka Philipa zaciskała oczy, a raz nawet odciągnęła ojca na bok, by się z nim sprzeczać sykliwym szeptem.
Siedzieli, zajadając prędko śniadanie. Siostrzyczka i braciszek Philipa prześcigali się w zlizywaniu dżemu z grzanek, zanim ktoś im zwróci uwagę. Matka Philipa niecierpliwiła się nad kuchenką, czekając, aż usmaży się bekon. Wujek Phil zawsze chciał bekon, i żeby był chrupiący. Philipa cieszyło to, jak wujek broni swoich występków: dziś rano matka, zbierając przed wyjściem do sklepiku śniadaniowe zamówienia, aż podskoczyła na dźwięk tubalnego głosu zza zamkniętych drzwi sypialni: „Cokolwiek, byle krzepiącego i z wieprzowiną!”. To też było strasznie angielskie, w pewien sposób przebiegłe, jak w Kubusiu Puchatku.
Tego ranka pomysł był taki, że rodzice Philipa z ciotką Sally popłyną oglądać wieloryby, a wujek Phil zabierze trójkę dzieciaków na największą plażę w okolicy, by skorzystać z ciepłego dnia. Dwunastoletni Philip umiałby już wprawdzie docenić niezbyt spektakularne pływacze wynurzające się z głębin, by zaczerpnąć powietrza, ale nawet na spokojnym morzu dostawał choroby morskiej. Zresztą, jak to ujął ojciec, chłopak musiał pomóc „biednemu wujkowi zapanować nad dziką hordą”. Wujek chyba faktycznie był wdzięczny, że Philip też zostaje. Nie mieli z ciotką Sally dzieci – jeszcze jedna rzecz, która zdawała się drażnić matkę.
Racząc się bekonem i udając, że próbuje odwieść tamtych od oglądania wielorybów, wujek Phil spytał:
– Serio wolicie jakieś wielkie szare galarety od numeru z latawcem?
Za nic nie chciał wyjawić, na czym ten numer polega, ale ciotka Sally przytaknęła:
– Jest niezły.
Po śniadaniu, kiedy rodzice i ciotka pojechali, Philip znów stanął w drzwiach sypialni, żeby zobaczyć, jak wujek wciąga płócienną kamizelkę myśliwską na jaskrawoczerwony podkoszulek z długimi rękawami, a potem obejmuje się i mówi: „Brrr!”. Wujek lubił, jak się na niego patrzyło. Włosy miał zawsze potargane, czasem całe kosmyki stały pionowo, a kiedy się ruszał, komicznie za nim podążały. Potrafił cały dzień przechodzić w tej kamizelce – ponoć autentycznej, ze szlufkami na naboje. Na plecach widniał wielki symbol jin-jang, ale dość nietypowy, bo w dwóch odcieniach niebieskiego. Philip wiedział, co oznacza: przeciwieństwa, które tworzą całość. Chociaż dziwnie tam wyglądał, był to jeden z sensowniejszych ornamentów na kamizelce. Philip nie znosił ludzi, którzy mówili „jing-jang”. Ale jeszcze bardziej tych, co mówili „sensu stricte”.
Wycofał się z pokoju, kiedy tylko wujek w jednej z kieszonek wyszperał zapalniczkę. Ale zapach dymu i tak go dopadł, i to niemal od razu – ledwo Philip minął siostrzyczkę i braciszka, żeby otworzyć okno i drzwi na patio. Chociaż aktu wentylacji dokonał po cichu, czuł się niezręcznie: jak laluś i maminsynek. Poza tym jasne było, że otwarte okna tym szybciej wywabią dym z sypialni wujka i wcisną całej trójce w nos. Wszystko na nic, matka i tak wyczuje, a wieczorem będzie kolejna sykliwa awantura na parkingu.
– Czyli co – zagadnął wujek Phil, wychodząc swobodnym krokiem z sypialni, z gorejącym petem, nieświadom buntu chłopca. – Ta cała plaża, to słynne Long Beach… Mają tam moshpit?
– Jasne. – Odkąd tylko wujek odkrył, że Philip wie, co to moshpit, a jego rodzice nie, tak właśnie gadał. Czyli co, ta cała siódma klasa… Mają tam moshpit? Czyli co, ta cała restauracja z owocami morza, co tam teraz jedziemy… Mają tam moshpit? Przy czym Philip z wujkiem odmawiali wyjawienia reszcie, czym właściwie jest moshpit. Wytatuowana ciotka Sally tylko się uśmiechała. Widać było, że wcale nie chce tu być. Oczy miała ciężkie od wyczekiwania. Była młodsza od wujka, a Philip wiedział, że tak naprawdę nie są małżeństwem, chociaż byli razem, odkąd pamiętał. Wujek Phil czasem mówił na nią „ciotka Świrli”, co strasznie bawiło Sashę i Tommy’ego, zwłaszcza gdy ciotka Świrli robiła adekwatną minę. Ale też zawstydzało, bo ich rodzice nigdy się tak nie wygłupiali przy dzieciach.
Przed wyjazdem na „rejs z wielorybami” matka położyła Philipowi dłonie na ramionach i wzięła go na bok, między rosnące przy parkingu rododendrony.
– Pamiętaj, że będziecie na plaży. Tam jest bardzo, ale to bardzo silny prąd wsteczny – powiedziała. – Dorośli się tam topią. Ani na chwilę nie spuszczaj z oka Tommy’ego i Sashy. Nie pozwalaj im wchodzić dalej niż po kostki. Dzisiaj jest dzień na zamki z piasku. – Zerknęła nad szkłami okularów w stronę apartamentu i uniosła znacząco brwi. – Dowodzisz ty. – Ścisnęła jego ramiona i powtórzyła: – Ty.
Philip miał do matki żal, że staje między nim a wujkiem. Coraz wyraźniej rozumiał, że do krewnych można czuć coś więcej niż tylko to, co da się wyjaśnić wzajemnym przyciąganiem genów. Tego lata do Philipa dotarło, że wujek Phil odwiedzał ich co roku nie tylko po to, żeby zobaczyć się z jedynym bratem, ale również – i to coraz wyraźniej – żeby zobaczyć się z nim. To jego uściskał na lotnisku w drugiej kolejności, mówiąc: „Serwus, imienniku”.
Philipowi to się w wujku podobało – ta potencjalna, rozkwitająca wujkowatość. Jakiś czas temu raz jeszcze przeczytał sobie w encyklopedii oksfordzkiej definicję „awunkulatu”.
Na Long Beach jechało się dwadzieścia minut, podczas których wujek Phil tylko raz udał, że są po złej stronie ulicy: kiedy na horyzoncie nie było żadnego auta, wysunął się za podwójną żółtą linię, skwitował to gamoniowatym „Ups!” i delikatnie sprowadził ich na właściwy pas. Braciszek i siostrzyczka Philipa bardzo się przejęli, chociaż tylko Sasha, lat osiem, miała jakieś pojęcie o tym, co to lewa i prawa strona.
– Nie mogę uwierzyć, że za miesiąc będziesz mieć czynaście lat. – Wujek Phil puścił do niego oko. – Stary, czynaście, zaraz flaga na maszcie!
Philip siedział w milczeniu. Uśmiechnął się jak jego ciotka, w ten sam umęczony, znaczący sposób. Wiedział, co wujek ma na myśli. Ale jeszcze lepiej wiedział, że jeśli chodzi o „te sprawy”, kolejny rok nie będzie się różnił od obecnego.
– Wolno się czasem zabawić, jasne, tylko żebyś dalej miał te swoje piątki. Kapujesz? Może te wszystkie twoje dziewuchy ci pomogą?
– No.
– Umowa stoi?
– No.
– Serio miałeś sto procent z matmy?
– No. – Właściwie to miał sto pięć: absurd wziął się z durnych obiecanek nauczyciela, że będą punkty dodatkowe.
– A z fizyki?
– Też.
– A z brandzologii?
Philip uśmiechnął się, patrząc prosto przed siebie. Tak naprawdę pragnął uznania za to, ile czyta, a tego oczywiście nie dało się zmierzyć testem.
– Zdrówko, stary.
– Zdrówko.
– Jak Boga kocham, taki sam z ciebie milczek jak z ojca. – Philip nie odpowiedział, więc wujek dorzucił szybko: – I nic w tym złego, nic a nic.
– A o co chodzi z tym karnawałem? – spytał Philip. – Tak czasem mówisz. „Totalny karnawał”. Co to znaczy, tak dokładnie?
– To znaczy… – Wujek Phil wgapił się w jezdnię, naprawdę się dla bratanka wysilając. – To znaczy: barwna żywiołowość ludzkiego mięsa. „Tak dokładnie”. – Przeniósł wzrok na Philipa. – Kapujesz?
– No.
Parking był prawie pusty. Plaża po prawej, ześlizgująca się ku morzu, była tak ogromna, że każdy momentalnie na niej przepadał. Kilkaset metrów dalej Philip dostrzegł coś, co mogło być parasolem. Pośród mgiełki nad ubitym piaskiem odpływu spacerowała sylwetka w niebiesko-żółtych ciuchach; może nawet dwie sylwetki, ale z tej odległości nie dało się poznać. Prócz nich tylko jakiś drobny psiak węszył przy wyblakłych kłodach, które ileś lat sztormów wyrzuciło u podnóża lasu.
– Genialnie! – stwierdził wujek Phil i przystanął z rękami na biodrach, chłonąc to wszystko. Prawie musiał przekrzykiwać huk fal. – Przecież tu nikogo nie ma! Popatrz tylko! Tam, gdzieśmy się z ojcem wychowali, coś takiego się nie zdarza! – Wiejąca w twarz bryza przylizała mu włosy i wreszcie leżały jak trzeba.
Sasha i Tommy siedzieli udręczeni w aucie. Tommy podskakiwał. Wujek Phil wreszcie pojął sens ich grymasów.
– No pewnie! Możecie wysiąść! – Uniósł ręce nad głowę, zdumiony, że dzieciaki jeszcze tkwią w środku. – Wysiadka! Biegiem przed siebie! To w końcu plaża!
– Nie idźcie za daleko! – krzyknął Philip do ich pleców. – Sasha, pilnuj Tommy’ego. Dogonimy was.
Wujek otworzył bagażnik i wyładował ręczniki, plecak z drugim śniadaniem, latawiec. Spytał Philipa, czy powinni wziąć łopatę, a chłopak odpowiedział, że świetnie nadaje się do budowania zamków, można zbudować coś „pokaźnego”. Lubił używać przy nim słów takich jak „pokaźny”, bo wujek wtedy śmiesznie się wzdrygał (potrząsając rozwianą czupryną), a potem mówił coś w rodzaju: „No, imiennik, z ciebie to jest, kuźwa, yntelektualysta!”.
Na skraju parkingu wujek Phil przystanął, by objąć wzrokiem rozpościerający się przed nim, owiany bryzą bezkres. Wydawał się nawet odrobinę niespokojny. Coś w wahaniu wujka sprawiło, że Philip poczuł dumę, że mieszka w Kanadzie: pustej, ogromnej, a przez to jakoś tam niebezpiecznej. Chłopak od dwóch lat nie był na Long Beach, ale nawet lubił tę okolicę, chociaż woda była beznadziejna, tak lodowata, jakby stopiła się przed paroma sekundami. Całkiem się w niej traciło czucie.
– Mógł mnie ojciec uprzedzić! Przecież tu jest genialnie!
Ojciec też zdawał się krytycznie nastawiony do wujka, chociaż mówiąc o młodszym bracie, zawsze ciepło się uśmiechał. Ale to chyba dlatego, że tęsknił za Anglią i za latami chłopięcymi – tak w każdym razie wyjaśniła to Philipowi matka. Ojciec wyjechał do Kanady, kiedy miał osiemnaście lat, i poszedł tam na studia, by znaleźć pracę jako urzędnik państwowej poczty. Wujek Phil został w Londynie i, jak mawiał ojciec, nigdy nie dorósł. Philip przypomniał sobie minę matki, gdy parę miesięcy temu, natknąwszy się w telewizji na jakiś reality show, przyglądała się długowłosemu, staremu jąkale, by potem, w przypływie sarkastycznego olśnienia, powiedzieć ojcu: „Twój brat chciałby być Ozzym Osbourne’em”.