“Pożegnanie z Afryką” to niezapomniana opowieść, w której Karen Blixen utrwaliła portret Afryki, której już nie ma.


Pożegnanie z AfrykąBiały człowiek, chcąc komuś powiedzieć coś miłego, napisałby: „Nigdy cię nie zapomnę”. Mieszkaniec Afryki mówi: „Nie wyobrażamy sobie, abyś mógł o nas kiedykolwiek zapomnieć”.

“Pożegnanie z Afryką” to autobiograficzna i najbardziej znana powieść duńskiej pisarki. Napisana w pięknym, zmysłowym stylu, z jednej strony ukazuje niepowtarzalne piękno Czarnego Lądu, z drugiej obnaża różnice między kulturą a naturą. Jest pełna współczucia, zrozumienia i szacunku dla drugiego człowieka.

Blixen utrwaliła portret Afryki, której już nie ma. Afryki czasów kolonialnych, tworzonej przez przenikające się kultury miejscowych i przyjezdnych, próbujących narzucić swoje reguły, często związane z brakiem poszanowania dla lokalnej społeczności.

W nagrodzonym siedmioma Oscarami filmie Sydneya Pollacka niezapomniane kreacje stworzyli Meryl Streep i Robert Redford.

***

Fascynująca opowieść o pasji i poruszający, poetycki hołd dla Afryki, której już nie ma.
„The Times”

Karen Blixen
Pożegnanie z Afryką
Przekład: Józef Giebułtowicz, Jadwiga Piątkowska
Wstęp: Joanna Cymbrykiewicz
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera w tej edycji: 14 sierpnia 2019
 
 

Pożegnanie z Afryką


JEŹDZIĆ KONNO, STRZELAĆ
Z ŁUKU, MÓWIĆ PRAWDĘ

Wstęp do Pożegnania z Afryką
Karen Blixen

Joanna Cymbrykiewicz

Niewielu jest na świecie ludzi, którzy przynajmniej raz nie zetknęli się z jej nazwiskiem czy choćby z tytułem jej bodaj najpoczytniejszego dzieła, Pożegnanie z Afryką, którego wznowienie ukazuje się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w reaktywowanej Serii Dzieła Pisarzy Skandynawskich. Karen Blixen (1885—1962), bo o niej mowa, wywodzi się z Danii, kraju wprawdzie niewielkiego pod względem obszaru i o skromnej, na tle innych krajów europejskich, liczbie mieszkańców, a jednak znanego na światowej mapie literackiej dzięki takim postaciom jak Hans Christian Andersen, Søren Aabye Kierkegaard czy właśnie autorka Zimowych opowieści. Jej twórczość nie ma jednak charakteru narodowego czy lokalnego, zarówno z powodu poruszanej przez nią tematyki, jak i języków, w których tworzyła (angielski i duński).
Prozę tej znanej na całym świecie pisarki, która sławę zdobyła już w dojrzałym wieku, cechuje prostota, elegancja i ponadczasowa szlachetność, zaś ekscentryczna osobowość Blixen i jej nieprzemijająca potrzeba autokreacji sprawiły, że życie i działalność artystyczna pisarki przenikały się i wzajemnie warunkowały, przyczyniając się do mitologizacji postaci baronowej (bo lubiła, by tak ją określano), zresztą zgodnie z jej własnym pragnieniem. Nieidentyfikująca się z żadnym nurtem literackim autorka funkcjonowała całe życie równolegle wobec nadających ton wydarzeń kulturalnych i stroniła od inicjatyw zrzeszających twórców czy to wokół konkretnej ideologii, czy estetyki (wyjątkiem jest tzw. krąg „Heretiki”, czasopisma wydawanego w Danii przez krótki okres po II wojnie światowej, do którego Blixen wprawdzie nigdy nie przynależała, lecz sympatyzowała z niektórymi jego przedstawicielami). Funkcjonując poza mainstreamem, była zawsze ze wszech miar osobna, zaś kreowany w jej dziełach świat ma więcej wspólnego z klasykami niż z którymkolwiek z jej rówieśników, choć Blixen przyznaje się do licznych literackich powinowactw, choćby takich jak Søren Kierkegaard czy Charlotte Brontë.
Późniejsza baronowa von Blixen-Finecke urodziła się w 1885 roku jako Karen Christentze Dinesen w rodzinnej posiadłości Rungstedlund na Zelandii. Jej rodzice, Wilhelm Dinesen i Ingeborga Westenholtz reprezentowali dwa różne światy, a zarazem temperamenty: ojca Tanne (bo tak nazywali ją bliscy), oficera, weterana bitwy z Prusami pod Dybbøl w 1864, podróżnika i pisarza, cechowały ambicja, nieustraszoność i ciekawość świata, matka z kolei, wywodząca się z purytańskiej, konserwatywnej rodziny, była osobą powściągliwą, zachowawczą i stroniącą od uciech doczesnych. Dla młodziutkiej Tanne to ojciec stanowił niedościgniony wzór, dlatego jego samobójcza śmierć, kiedy Karen miała tylko dziesięć lat, położyła się cieniem na całym jej późniejszym życiu, a liczne układy, w jakie wchodziła z mężczyznami, uznawane są za jej biografów i krytyków jej twórczości, w tym Olego Wivela, za ciągłe przepracowywanie niedokończonej relacji z ojcem. Na wychowanie i wykształcenie Tanne i jej czworga rodzeństwa miała zatem wpływ przede wszystkim rodzina matki.
Karen Dinesen od najmłodszych lat dała się poznać jako osoba chodząca własnymi ścieżkami i wysoko ceniąca wolność, a także przywiązująca dużą wagę do autokreacji. Jej zachłanność na życie i wszechstronność skłaniają ją do poszukiwań alternatywnej drogi życiowej, bowiem ramy przewidywalnego, mieszczańskiego świata szybko okazują się dla niej za ciasne, a oferowane przez nie bezpieczeństwo — nudne i trywialne. Odziedziczywszy po ojcu talent literacki, debiutuje w 1907 roku na łamach czasopisma „Obserwator (Tilskueren)”, pomimo niechęci rodziny, podejmuje studia na Akademii Sztuk Pięknych, dużo podróżuje. Dzięki małżeństwu z kuzynem Brorem von Blixen-Finecke zyskuje tytuł baronowej, ale związek ten, który rozpadnie się po jedenastu latach, przyniesie jej tyleż radości, co zmartwień. Z mężem łączy ją zamiłowanie do wolności i przygody, które doprowadza ich do założenia plantacji kawy w Kenii, a afrykańska przygoda Blixen potrwa aż siedemnaście lat, stając się inspiracją do stworzenia Pożegnania z Afryką oraz Cieni na trawie. W wyniku rozwiązłego trybu życia Bror zaraża żonę syfilisem; choroba uniemożliwi Karen macierzyństwo, którego pragnie, i stanie się przyczyną jej długotrwałych cierpień i wyniszczenia, choć przyznać należy, że Blixen nawet i tę przykrą przypadłość będzie potrafiła później wykorzystać jako narzędzie autokreacji, podkreślając, że syfilis jest schorzeniem artystów i upatrując w chorobie rodzinnego fatum (jej ojciec również był nim zarażony i prawdopodobnie właśnie z tego powodu targnął się na swoje życie). Niemniej pobyt w Afryce, później już w roli samodzielnej plantatorki kawy, otoczonej „swoimi czarnymi ludźmi”, jak ich nazywała, odciśnie w duszy pisarki trwały ślad, któremu później Blixen da wyraz w swojej afrykańskiej opowieści. Niemałą rolę odegra w jej wspomnieniach uczucie do Denysa Finch-Hattona, gruntownie wykształconego, rozmiłowanego w sztuce angielskiego arystokraty, stanowiącego pod wieloma względami przeciwieństwo nieco grubiańskiego i ceniącego proste przyjemności Brora Blixena. Literacki portret Finch-Hattona oraz wspomnienia ich romansu zamieszcza pisarka w Pożegnaniu z Afryką, zachowując jednak elegancką powściągliwość w opisie łączącej ich relacji.
Blixen nie pisze Pożegnania od razu po powrocie do rodzinnego Rungstedlund, gdzie osiedla się po bankructwie swojej farmy — zrezygnowana, bez grosza i pomysłu na dalsze życie. Jest rok 1931, pisarka ma czterdzieści sześć lat, a pozostawanie na łasce matki i duszna atmosfera rodzinnego domu sprawiają, że Blixen ucieka w świat fantazji i literatury, pisząc opowiadania po angielsku. Wydaje je w Stanach Zjednoczonych w 1934 roku pod tytułem Seven Gothic Tales pod pseudonimem Isak Dinesen, zaś rok później zbiór Siedem niesamowitych opowieści (Syv fantastiske fortællinger) ukazuje się w Danii, przy czym Blixen nie tłumaczy ich z angielskiego na duński, lecz właściwie pisze je od nowa. Odbiór czytelniczy pierwszego dzieła, które przynosi jej sukces, zaważy na późniejszym stosunku pisarki do Amerykanów i Duńczyków, bowiem tak jak w Stanach jej zbiór spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem, tak w rodzinnej Danii zderza się z falą krytyki i lekceważących głosów, zwłaszcza gdy okazuje się, że Isak Dinesen w rzeczywistości jest kobietą. Wprawdzie nastroje w dotkniętej kryzysem Danii lat trzydziestych, gdzie prym wiedzie literatura zaangażowana społecznie i psychologizująca, mogą usprawiedliwiać chłodne przyjęcie odstającego od dominujących trendów zbioru, ale tego afrontu Blixen nigdy nie wybaczy rodakom, czemu da wielokrotnie wyraz, określając się „pingwinem cesarskim pośród duńskich kaczek” (wyraźne odwołanie do Brzydkiego kaczątka H.Ch. Andersena, z którym, jak sugeruje, dzieli los) czy wyrażając się z lekceważeniem o pragmatyzmie cechującym literaturę duńską.
Siedem niesamowitych opowieści można uznać za wizytówkę stylu i estetyki autorki, dlatego zatrzymam się przy nich na chwilę. Odwołując się, jak już wspominałam, bardziej do klasycyzmu aniżeli czasów sobie współczesnych, Blixen kreuje światy i postacie w ten sposób, by stawały się wektorami uniwersalnych pytań i nośnikami odwiecznych prawd. Brzydząc się instrumentalizacją literatury i unikając jej społecznej i historycznej kontekstualizacji, Karen Blixen tworzy postacie w zaskakujący sposób pozbawione cech indywidualizujących, co bynajmniej nie odbiera im potencjału filozoficznego, jako że interesuje ją w nich to, co w człowieku niezmienne i powtarzalne. Autorka opowiada historie klasyczne, wydobywające na powierzchnię odwieczne prawdy o ludzkiej naturze i dociekające prawideł niezależnych od czasu historycznego czy szerokości geograficznej. Wiedziona słabością do arystokracji, umiejscawia akcję opowiadań właśnie w warstwie wyższej, operując eleganckim, wyrafinowanym językiem i tworząc frapujące, nieoczywiste, pełne niedopowiedzeń narracje, zaś umiejscowienie akcji w nieodległej przeszłości można poczytywać za przekorny gest odcięcia się od czasów współczesnych. Jednocześnie w jej historiach nie brak pierwiastka perwersyjności, który wyrzuca Blixen jeden z jej duńskich krytyków, Frederik Schyberg. W Siedmiu niesamowitych opowieściach uwagę zwraca też głos narratora, za którym kryje się sama autorka; gawędziarski ton, wielogłosowość i cedowanie narracji na postaci występujące w opowiadaniach, nierzadko w formie kompozycji szkatułkowej — oto zasadnicze cechy jej stylu. Blixen chętnie nazywa się Szeherezadą, przypisując tym samym szczególną wartość uprawianej przez siebie sztuce, która, jak pamiętamy z Księgi tysiąca i jednej nocy, może artystę uratować, ale też strącić w niebyt. Anegdotyczność, estetyzacja świata przedstawionego i powściągliwość stylu narracji cechować będą również jej kolejne dzieło, wydane w 1937 roku Pożegnanie z Afryką, które zapewni jej pozycję na parnasie literatury światowej.
Pożegnanie różni się od pozostałych utworów Blixen z uwagi na autobiograficzny charakter powieści, która wprawdzie nigdy nie doczekała się jednoznacznej gatunkowej klasyfikacji ze strony autorki, ale której potencjału faktograficznego i charakteru wspomnieniowego nie sposób przecież pominąć. Jednak nawet i w tym najmniej fikcjonalnym dziele Blixen nie brak cech charakteryzujących całość jej twórczości, za jakie uznać można przepełniającą jej prozę witalność i miłość do życia połączone ze swoistą melancholią, wynikającą z fatalistycznego oglądu świata.
Zgodnie z zamierzeniem Blixen Pożegnanie z Afryką miało ukazać się jednocześnie w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Danii. Baronowa chciała w ten sposób wyrazić sympatię do amerykańskich czytelników, którzy wcześniej potraktowali ją z wielką życzliwością, entuzjastycznie przyjmując Siedem niesamowitych opowieści. Staje się jednak inaczej i książka wydana zostaje pod pseudonimem Isak Dinesen najpierw w Danii, a dopiero w 1938 roku w Stanach. Tak jak w przypadku pierwszego zbioru opowiadań, Blixen pisze powieść najpierw po angielsku (pod tytułem Out of Africa), potem zaś po duńsku (tytuł Den afrikanske farm, czyli Afrykańska farma). Tym razem zostaje ciepło przyjęta przez duńską publiczność i krytykę, przychylniej nastawioną do realistycznych, wspomnieniowych narracji niż do jej niejednoznacznych, osobliwych opowiadań.
Jak już wspominałam, autobiografię afrykańską pisze autorka dopiero kilka lat po powrocie z Czarnego Lądu. Stworzenie tej książki jest dla Blixen swego rodzaju autoterapią, pozwalającą okiełznać i do pewnego stopnia wykreować wspomnienia z czasów spędzonych na plantacji kawy. Choć w powieści bazuje na własnych doświadczeniach, wprowadza do niej autentyczne postaci i przedstawia wiele wydarzeń, które faktycznie miały miejsce, Pożegnania nie należy traktować jako źródła informacji o życiu Karen Blixen w Kenii, lecz raczej jako jego projekcję artystyczną. Dla autorki ważniejsza jest zawsze prawda tekstu aniżeli zgodność z rzeczywistymi wydarzeniami; można się o tym przekonać, porównując chociażby treść Pożegnania z listami pisanymi przez Blixen do rodziny. Autorka skupia się w swoim dziele na frapujących spostrzeżeniach, zdumieniu nad obyczajami ludności tubylczej, zabawnych anegdotach, ale przemilcza bądź bagatelizuje bolesne dla siebie wydarzenia: problemy ekonomiczne czy zdrowotne. Literacki obraz Afryki i pobytu Blixen na farmie ma pozostać dla niej i dla jej czytelników obrazem sielankowym, choć jego zasadniczym tematem jest przecież utrata — ukochanego mężczyzny, domu, pozycji i pieniędzy. Powieść pod wieloma względami odbiega zatem od klasycznej narracji biograficznej czy autobiograficznej. Układ chronologiczny nie jest tu pierwszorzędną zasadą kompozycyjną, a obecność licznych postaci odwraca uwagę od samej narratorki, czyniąc z powieści bardziej mozaikę anegdotycznych wspomnień, impresji i obserwacji aniżeli regularną autobiografię. Takiej kwalifikacji gatunkowej przeczy też fakt, że opisowi podlega tylko wycinek życia Blixen, choć akurat czas nie pełni tu roli organizującej narrację. Czyni to natomiast miejsce — Afryka, traktowana przez narratorkę z podziwem, zdziwieniem, niekiedy onieśmieleniem, zawsze zaś z fascynacją. W powieści kontynent ten jest swoistą Arkadią czy ziemią obiecaną, a Blixenowski Czarny Ląd to stan umysłu, stan — co warto podkreślić — pożądany przez nią na tyle, że po powrocie do Danii długo nie będzie potrafiła odnaleźć się w realiach europejskich. Narracja o pobycie w Afryce jest nieomal namacalnym zmysłowym doznawaniem tego kontynentu; gros tekstu stanowią opisy zapachów, barw czy dźwięków, zaś narratorka przyjmuje pozycję outsiderki, umożliwiającą jej spojrzenie na Afrykę ze zdziwieniem i ciekawością odkrywcy. Paradoksalnie, podróż do Kenii i jej późniejsza fabularyzacja na kartach powieści jest dla Blixen podróżą w głąb siebie; to właśnie na Czarnym Lądzie, tak daleko od rodzinnego gniazda, będzie sobą w najpełniejszym sensie i do tego stanu jedności i harmonii zawsze będzie tęsknić.
Warto zatrzymać się jeszcze na chwilę przy zagadnieniu, które w czasach rozliczeń wielkich mocarstw z kolonialną przeszłością musi pojawić się przy okazji powieści napisanej z pozycji, bądź co bądź, białego kolonizatora. Z perspektywy dzisiejszego czytelnika Pożegnania z Afryką w opisach relacji między białymi plantatorami a czarną ludnością miejscową można dostrzec wyraźny rys feudalny, charakterystyczny dla kolonialnego postrzegania świata. Jednak należy zauważyć, że jak na swoje czasy, Blixen wykazywała otwartość na odmienne zwyczaje i mentalność lokalnych mieszkańców Kenii, ceniąc ich, jak zauważa jej amerykańska biografka, Judith Thurman, za między innymi poczucie humoru i honor, a z niechęcią wyrażając się o angielskich osadnikach. Jest więc Pożegnanie świadectwem niechlubnej przeszłości kolonialnej Zachodu, ale też przykładem zindywidualizowanego podejścia autorki i narratorki do czarnoskórych, naznaczonego szacunkiem i akceptacją ich odmienności.
Sukces Pożegnania z Afryką czyni z Blixen znaną pisarkę i daje jej stabilizację finansową, która pozwala na kontynuowanie pisarskiej pasji. Wkrótce po publikacji afrykańskich wspomnień autorka pisze po duńsku Zimowe opowieści (Vinter-eventyr). Wydana w 1942 roku książka jest uznawana za najbardziej duńskie dzieło w jej dorobku, co wynika również ze specyficznego, pełnego melancholii i smutku klimatu opowiadań, w których, jak zauważa jej przyjaciel i admirator jej talentu Tom Kristensen, chciała ukazać Duńczykom swoje człowieczeństwo. Z kolei wydana w 1944 roku powieść Niewinne mścicielki (Gengældelsens veje) jest przez nią pomyślana jako żart, wydany pod pseudonimem Pierre Andrézel, ale stanowi też sposób zarobienia pieniędzy. Podając się za Francuza i umieszczając w książce nazwisko tłumaczki (jest nią rzekomo Clara Svendsen, jej sekretarka), Blixen nie tylko omija panujący naówczas w Danii zakaz wydawania książek tłumaczonych z angielskiego, ale też w elegancki sposób pozwala sobie zakpić ze stosunków duńsko-niemieckich pod hitlerowską okupacją, tak bowiem interpretowana jest fabuła powieści. Baronowa nie przyznaje się jednak do jej autorstwa, a później zaczyna określać ją jako swoje „nieślubne dziecko”. Napisawszy Niewinne mścicielki, nie wróci już do gatunku powieści, podejmując na nowo tak przez siebie cenioną formę opowiadania, choć od wydania powieści do publikacji kolejnego zbioru, Opowieści ostatnie (Sidste fortællinger), minie aż trzynaście lat. W tym czasie Blixen prowadzi dość bujne życie towarzyskie, chętnie gromadząc wokół siebie młodych, obiecujących pisarzy i krytyków, prowadząc z nimi grę i wdając się w niejednoznaczne, choć platoniczne relacje. W jej kręgu znajdują się między innymi poeta Thorkild Bjørnvig, z którym pisarka zawiera tajemniczy pakt (Bjørnvig pisze o nim w swoim wydanym w 1974 roku dziele Pagten. Mit venskab med Karen Blixen [Pakt. Moja przyjaźń z Karen Blixen]) i historyk literatury Aage Henriksen. W geście autokreacji charyzmatyczna autorka twierdzi, że zawarła pakt z diabłem, który w zamian za ofiarowanie przez nią jej seksualności, obdarzył ją umiejętnością snucia historii. Wykorzystuje tu Blixen po raz kolejny swoją chorobę, która w tym czasie kosztuje ją wiele cierpienia i zmusza do długich pobytów w szpitalu, wskazując na korelację syfilisu z kreatywnością.
Równolegle z Opowieściami ostatnimi pisze Blixen Anegdoty o przeznaczeniu (Skæbne-anekdoter), wydane w 1958 roku. Zbiory te pełne są odniesień do postaci i motywów znanych z jej wcześniejszych utworów, a także do pseudonimów używanych przez baronową. Część z utworów zawartych w Opowieściach ostatnich ukazało się już wcześniej na rynku amerykańskim i szwedzkim, ale w zbiorze znalazły się też zupełnie nowe opowiadania. Z kolei Anegdoty o przeznaczeniu to praktycznie kolekcja dzieł już wcześniej opublikowanych, które łączy zagadnienie relacji między sztuką a życiem.
W roku 1960 ukazują się w Danii Cienie na trawie (Skygger på græsset), będące swego rodzaju gestem pożegnania z afrykańskim snem Blixen. Dwa lata później autorka umiera w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat, wyniszczona chorobą, której jednak nie chciała się poddać aż do samego końca. Pozostałe jej utwory, jak na przykład Dagerotypy (wydane w 1979 w Stanach Zjednoczonych), zostają opublikowane pośmiertnie.

*

Pożegnanie z Afryką jest znane polskiemu czytelnikowi w przekładzie Jerzego Giebułtowicza (1915—1968), tłumacza z języka norweskiego, ale i angielskiego. Przyswoił on powieść polszczyźnie w 1962 roku, a jego tłumaczenie było potem wielokrotnie wznawiane. Niniejsza edycja również opiera się na jego tekście, tym bardziej warto powiedzieć kilka słów na temat jego translatorskiego oeuvre. Jedna z obiegowych prawd dotyczących sztuki tłumaczenia mówi, że przekład starzeje się szybciej niż oryginał. Takie postawienie sprawy jest oczywiście efektownym uproszczeniem, nie ma w nim bowiem miejsca na zniuansowanie tak skomplikowanej materii, jaką jest przekład. W przypadku tłumaczenia Pożegnania na język polski owa prawidłowość nie znajduje jednak potwierdzenia. Być może jest tak z powodu relatywnej „młodości” translacji Giebułtowicza, być może język, którym się posługuje tłumacz, jest równie ponadczasowy, co język duńskiej pisarki. Dość powiedzieć, że spolszczenie jego autorstwa czyta się po blisko sześćdziesięciu latach z prawdziwą przyjemnością, tym bardziej że Giebułtowicz wykazuje się ogromną wrażliwością nie tylko językową, lecz przede wszystkim zwyczajnie ludzką, co przejawia się chociażby w poczynionych przez niego zabiegach mających na celu „wyciszanie” treści, których wydźwięk mógłby współczesnego czytelnika razić. Dzieje się tak na przykład w przypadku używanego przez tłumacza neutralnego słowa „Afrykanin” w miejscach, gdzie w oryginale (i angielskim, i duńskim) Blixen operuje terminem „negeren” czy „the Negro” („Murzyn”), które w czasach autorki nie miały jednak wydźwięku rasistowskiego. Udaje się również Giebułtowiczowi oddać po polsku specyficzną, pełną podskórnego humoru duńską frazę, którą Blixen mistrzowsko się posługuje. Oczywiście nieliczne elementy leksykalne i stylistyczne tłumaczenia postarzały się, jednak nie na tyle, by stały się niezrozumiałe. Ma to na przykład miejsce w przypadku niektórych używanych przez tłumacza określeń „dla ulżenia sercu” czy „łożnica”, zwroty te jednak przydają tłumaczeniu uroku.
Nie zachowuje Giebułtowicz natomiast cechującej oryginał ambiwalencji dotyczącej płci narratora powieści, co nie jest bynajmniej zarzutem, lecz zwykłą konstatacją. Narracja Pożegnania prowadzona jest w czasie przeszłym, a zatem płeć narratora w polskim tłumaczeniu zdeterminowana zostaje już na samym początku przez formy czasownikowe, których w polszczyźnie nie sposób inaczej obejść. Tymczasem immanentną cechą oryginału jest pewna dwuznaczność w kreowaniu postaci narratora, wzmocniona jeszcze przez motto „Jeździć konno, strzelać z łuku, mówić prawdę”. Jak donosi Lasse Horne Kjældgaard w krytycznym duńskim wydaniu Pożegnania z Afryką z 2007 roku, zostało ono zaczerpnięte z Friedricha Nietzschego lub rodaka Blixen, Meira Arona Goldschmidta, którzy zapożyczyli je z kolei od Herodota, opisującego w ten sposób wytyczne, jakimi w wychowaniu kierowali się Persowie. Dla autorki ta sentencja stanowiła egzemplifikację idealnego życia, które wiodła w Afryce (choć jej brat Thomas wyznał później żartem, że jego siostra nie potrafiła ani jeździć konno, ani strzelać z łuku, ani mówić prawdy), ale wymienione w niej aktywności, oprócz mówienia prawdy, wpisują się w fantazmat stereotypowej, nieokiełznanej męskości. Tak bowiem narratorka Pożegnania z Afryką chce być postrzegana: jako równa męskiemu osadnikowi, niezależna i odważna kobieta. Aspekt ten zanika w tłumaczeniu na język polski (i zapewne wszystkie języki słowiańskie); wojownicza i dzielna plantatorka, jaką znamy z oryginału, staje się w polskim przekładzie po prostu msabu, białą kobietą, której płeć na każdym kroku jest podkreślana przez używany przez nią język. Tłumaczenie jest jednak prawie zawsze wynikiem kompromisu i przestrzenią, w której pewne treści muszą zostać poświęcone, by dzieło w ogóle mogło zaistnieć w języku docelowym. W przypadku tłumaczenia Giebułtowicza warto było zapłacić tę cenę.

Kamante i Lullu

Farma Ngong

Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong. Sto sześćdziesiąt kilometrów dalej na północ wyżynę przecinała linia równika, farma zaś leżała prawie dwa tysiące metrów nad poziomem morza. W południe odczuwało się tę wysokość tak, jak gdyby człowiek znalazł się blisko słońca. Ranki i wieczory były jednak przejrzyste i orzeźwiające, a noce chłodne.
Połączenie wysokości z położeniem geograficznym sprawiało, iż krajobraz nie miał sobie równego na całym świecie. Był surowy, pozbawiony bujnej roślinności — Afryka przedestylowana przez dwa tysiące metrów atmosfery, mocno skoncentrowana treść kontynentu. Mdłe, przypalone kolory przypominały barwą ceramikę. Listowie drzew, lekkie i delikatne, rosło zupełnie inaczej niż na europejskich drzewach. Nie tworzyło okrągławych kopuł, lecz układało się w poziome i równoległe względem siebie warstwy, dzięki czemu pojedyncze drzewa przypominały palmy albo sylwetki romantycznych okrętów bohatersko płynących pod pełnymi żaglami. Z tego powodu skraj lasu sprawiał takie wrażenie, jakby się nieustannie lekko kołysał. Na rozległych równinach tu i tam sterczały stare, powykręcane kikuty cierniowców, trawa wyglądała jak posypana tymiankiem i mirtem; miejscami zapach był tak silny, że kręciło w nosie. Kwiaty spotykane na stepie lub na pnączach i lianach w dziewiczej dżungli były drobniutkie; tylko na początku pory deszczowej sawanna pokrywała się dużymi, ciężkimi i mocno pachnącymi liliami. Widoki roztaczały się niezmiernie daleko. Wszystko przed oczami świadczyło o wielkości, wolności i niezrównanej szlachetności.
Najważniejsze było powietrze — i dla krajobrazu, i dla człowieka. W moich wspomnieniach z pobytu na afrykańskim płaskowyżu dominuje zawsze wrażenie, iż przez jakiś czas życie toczyło się jak gdyby wysoko w powietrzu. Niebo było zwykle jasnoniebieskie lub bladoliliowe, bardzo rzadko nieco ciemniejsze, pełne potężnych i nieważkich chmur, zmieniających się ciągle i żeglujących we wszystkich kierunkach. Miało jednak ukrytą moc błękitu, którego głęboki, świeży odcień nakładało na pasma wzgórz i na lasy. W południe powietrze nad ziemią ożywało jak płonący ogień; iskrzyło się, falowało i błyszczało jak wodne kaskady, na kształt zwierciadła odbijało i podwajało wszystkie przedmioty, tworzyło przeróżne fatamorgany. Na tej wysokości oddychało się łatwo, płuca wciągały ożywczą lekkość, tchnienie optymizmu. Na tej wysokości człowiek budził się rankiem i myślał: „Jestem tu, gdzie powinienem być”.

*

Długie pasmo gór Ngong ciągnie się z północy na południe, ukoronowane czterema szlachetnymi szczytami, które jak znieruchomiałe fale odcinają się głębszym błękitem od tła nieba. Góry wznoszą się blisko dwa tysiące siedemset metrów ponad poziom morza, po wschodniej stronie ich krawędź piętrzy się sześćset metrów nad okolicą. Zachodnia krawędź jest wyższa i bardziej stroma — opada pionowo do rozległej doliny zwanej Wielkim Rowem Wschodnim, będącej częścią Great Rift Valley.
Na wyżynie wiatr wieje zawsze i niezmiennie z kierunku północno-wschodniego. Jest to ten sam wiatr, który na wybrzeżu Afryki i Arabii nazywają monsunem, Wschodnim Wiatrem, tak jak zwał się ulubiony koń króla Salomona. Tutaj odczuwa się go tak, jakby był tylko oporem powietrza przy ruchu Ziemi w przestrzeni. Uderza wprost w zbocze gór Ngong, dzięki czemu byłby tam prawdziwy raj dla szybowców, które prąd powietrza lekko przenosiłby ponad szczytem. Chmury wędrujące z tym wiatrem przylepiały się do zboczy albo zaczepiały o szczyty i opadały deszczem. Te zaś, które żeglowały wyżej i omijały grzbiet, znikały za górami Ngong nad spaloną pustynią Wielkiego Rowu. Z mego domu często obserwowałam potężne procesje nadciągających chmur i widziałam, jak ich głębokie i groźne pokłady, zaledwie przemknęły ponad górami, zaraz gwałtownie rzedniały i rozpływały się bez śladu w błękitnym powietrzu.
Góry widziane z farmy zmieniały charakter kilkakrotnie w ciągu dnia, czasem wydawały się bardzo bliskie, czasem bardzo odległe. Wieczorem, gdy patrzyło się na nie o zmierzchu, widziało się srebrną linię obramiającą sylwetkę całego ciemnego pasma; potem, po zapadnięciu nocy, cztery szczyty wydawały się spłaszczone i wygładzone, jakby pasmo górskie rozciągnęło się i wygodnie ułożyło.
Niezrównany jest widok z gór Ngong. Na południu rozległe równiny, królestwo zwierząt, sięgające aż po Kilimandżaro; na wschodzie i na północy podgórski krajobraz podobny do olbrzymiego parku, za nim lasy, a jeszcze dalej falisty teren rezerwatu Kikujusów, ciągnący się aż do góry Kenii, odległej o prawie sto pięćdziesiąt kilometrów. Ten teren stanowi prawdziwą mozaikę poletek kukurydzy, gajów bananowych i łąk; gdzieniegdzie widać niebieską smużkę dymu nad tubylczą wioską, skupiskiem stożkowatych kretowisk. Na zachodzie, głęboko w dole, leży wysuszona księżycowa kraina — afrykański niż. Brązowa pustynia jest nieregularnie nakrapiana kępami kolczastych krzaków, kręte koryta rzek podążają za nierównymi pasami ciemnej zieleni. To lasy mimozowe, złożone z potężnych drzew o rozległych konarach i kolcach jak gwoździe. Tutaj rosną kaktusy, tutaj mieszkają żyrafy i nosorożce.

*

Góry Ngong, gdy dotrze się do ich serca, są ogromne, malownicze i tajemne, urozmaicone długimi dolinami, gęstymi chaszczami, zielonymi zboczami i skalistymi urwiskami. Wysoko pod jednym ze szczytów rośnie nawet bambusowy gaj. Źródeł i strumieni nie brakuje, nieraz przy nich obozowałam.
Za moich czasów żyły w górach Ngong bawoły, elandy i nosorożce — bardzo starzy tubylcy pamiętali tam nawet słonie. Zawsze żałowałam, że tego całego obszaru nie włączono do rezerwatu zwierzęcego. Tylko niewielka część Ngong należała do rezerwatu, jego granicę znaczył wierzchołek Południowego Szczytu. Dla rozwijającej się kolonii i dla jej stolicy, Nairobi, rozrastającej się do rozmiarów dużego miasta, góry Ngong mogłyby stanowić wspaniały park zoologiczny. Zamiast tego w ostatnich latach mego pobytu w Afryce wielu młodych mieszczuchów, kupców, przedsiębiorców i urzędników przyjeżdżało w niedziele na motocyklach w góry i strzelało do wszystkiego, co znalazło się na muszce. Jestem pewna, że zwierzyna opuściła góry i przez kolczaste gąszcze i pustynie powędrowała na południe.
Łatwo było chodzić grzbietem całego łańcucha górskiego, nawet po czterech szczytach. Trawa rosła tak nisko jak na strzyżonych trawnikach, a gdzieniegdzie spod murawy przezierał szary kamień. Wzdłuż całego grzbietu biegła wąska ścieżka wydeptana przez zwierzynę; gdy wiodła w górę po zboczach szczytów albo prowadziła w dół, wiła się łagodną serpentyną. Pewnego ranka, w czasie obozowania w górach, szłam po tej ścieżce i znalazłam na niej świeże tropy stada elandów i świeże łajno. Potężne, spokojne zwierzęta musiały odwiedzić szczyt o samym świcie, a szły długim rzędem. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż wędrują jedynie po to, aby popatrzeć na krainę rozciągającą się po obu stronach u stóp gór.
Na farmie uprawialiśmy kawę. Prawdę mówiąc, teren leżał zbyt wysoko dla drzew kawowych, wobec czego uprawa wymagała ciężkiej pracy. Nigdyśmy się na tym nie wzbogacili. Plantacja kawy ma jednak to do siebie, że człowiek mocno się do niej przywiązuje i nie potrafi z nią zerwać. Zawsze zaś trzeba się koło niej krzątać, a przeważnie nie nadąża się nigdy z robotą.
Taki kawał pola, rozplanowany i zagospodarowany według wszelkich reguł, sprawiał przyjemne wrażenie na tle dzikiego otoczenia, ukształtowanego tylko przez naturę. Później, gdy latałam nad Afryką samolotem i poznałam swoją farmę z powietrza, byłam pełna podziwu i zachwytu nad moją plantacją. Odcinała się jasną zielenią od szarozielonego krajobrazu, a jej kontury pozwoliły mi zrozumieć, jak bardzo umysł ludzki lubuje się w figurach geometrycznych. Cała okolica Nairobi, szczególnie na północ od miasta, jest podobnie zagospodarowana i ludzie tam mieszkający nieustannie myślą i mówią o uprawie, o przycinaniu drzewek i o zbiorze kawy, nocami zaś leżą i medytują nad ulepszeniami w tych swoich fabrykach kawowych ziaren.
Uprawa kawy wymaga mozolnej pracy. Nie wszystko układa się tak, jak to sobie wyobraża młody zapaleniec, gdy pełen nadziei dźwiga w ulewnym deszczu skrzynki młodych, błyszczących sadzonek z inspektów i potem patrzy, jak robotnicy — a w takim dniu wszyscy wychodzą na pola — sadzą nikłe roślinki w dołkach wykopanych równymi rzędami w wilgotnej ziemi, w której mają rosnąć, i osłaniają je dokładnie przed słońcem gałęziami wyłamanymi z buszu, bo przywilejem młodości jest prawo do cienia. Cztery lub pięć lat upływa, zanim drzewka zaczną owocować, tymczasem zaś plantację może nawiedzić posucha albo choroba, a uparte afrykańskie chwasty wytrwale atakują pole; szczególnie oset z długimi drapiącymi owocniami, które przyczepiają się do odzieży i pończoch. Niektóre drzewka posadzono źle, z zagiętymi korzeniami; te zginą, gdy tylko zaczną kwitnąć. Na jednym hektarze sadzi się ponad tysiąc pięćset drzewek, moja plantacja obejmowała zaś dwieście czterdzieści hektarów. Woły ciągnęły kultywatory między drzewkami tam i z powrotem po całym polu, robiły tysiące kilometrów, zawsze cierpliwie, tak jak my cierpliwie czekaliśmy na pokaźne zbiory.