“Papuga Flauberta” to oryginalna książka, trochę powieść, trochę esej. Narratorem jest fikcyjny biograf Flauberta, Geoffrey Braithwaite, z zawodu lekarz.


Papuga FlaubertaGoeffrey próbuje poznać swego idola przez pryzmat jego stosunku do ludzi, zwierząt, czasów, w których żył.

Ale w swoistym śledztwie natyka się na trudność nie do pokonania: co faktycznie możemy wiedzieć o drugim człowieku? W jaki sposób nasz umysł obejmuje przeszłość? Przecież, mimo wielu pewnych źródeł, odległe czasy zawsze będą dla nas tylko wyobrażeniem…

Czy da się poznać prawdę?

Frapujące.

Julian Barnes debiutował w 1981 powieścią “Metroland”. Następna z jego książek, “Papuga Flauberta”, na wpół powieść, na wpół esej, luźno nawiązuje do życiorysu wielkiego francuskiego pisarza Gustawa Flauberta. Utwór zdobył uznanie krytyki oraz nominację do Nagrody Bookera. Kolejne powieści, “Pod słońce” i – zaskakująca już samym tytułem – “Historia świata w dziesięciu i pół rozdziałach”, ugruntowały mocną pozycję Barnesa w prozie brytyjskiej. Barnes jest uważany za czołowego angielskiego postmodernistę. Trzy jego książki – “Papuga Flauberta”, “Anglia, Anglia” oraz “Arthur & George” – były nominowane do Booker Prize, a powieść “Poczucie kresu” zdobyła ją w 2011.

Julian Barnes
Papuga Flauberta
Przekład: Adam Szymanowski
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 17 lipca 2019
 
 

Papuga Flauberta

1. Papuga Flauberta

Sześciu mężczyzn pochodzących z Afryki Północnej grało w kule pod pomnikiem Flauberta. Wyraźne stuknięcia kuli o kulę przebijały przez uliczny zgiełk. Końcowe, jakby ironiczne muśnięcie palcami i brunatna dłoń wyrzuca srebrzystą kulę. Kula pada, podskakuje ciężko i zbacza z prostego kursu, wzbijając ospały obłok gęstego pyłu. Rzucający zastyga na chwilę w wytworny posąg; kolana nie do końca wyprostowane, prawa ręka wyciągnięta w ekstatycznym geście. Zwróciłem uwagę na podwiniętą białą koszulę, obnażone przedramię i plamkę na nadgarstku. Nie był to zegarek, chociaż tak w pierwszej chwili pomyślałem, ani tatuaż, ale barwna kalkomania: oblicze politycznego mędrca podziwianego na pustyni.
Zacznijmy od pomnika: tego ponad nami, trwałego, wyzbytego elegancji, płaczącego miedzianymi łzami, w zwiotczałym krawacie, kanciasto wciśniętego w kamizelkę, w workowate spodnie, z przerzedzonym wąsem; rozważnego, wyniośle samotnego, przekazanego nam przez minioną epokę wizerunku człowieka. Flaubert nie odwzajemnia spojrzenia. Spogląda na południe z place des Carmes w stronę katedry, ponad miastem, którym pogardzał i które odpłaciło mu się, ogólnie rzecz biorąc, lekceważeniem. Głowa znajduje się na bezpiecznej wysokości: tylko gołębie mogą zobaczyć w pełni rozległość łysiny pisarza.
Ten posąg nie jest oryginalny. W 1941 roku pierwszego Flauberta zabrali Niemcy – razem z ogrodzeniami z siatki i kołatkami do drzwi. Może został przerobiony na odznaki wojskowe. Przez mniej więcej dziesięć lat cokół był pusty. Potem mer Rouen, miłośnik pomników, odnalazł oryginalną matrycę gipsową – wykonaną przez Rosjanina o nazwisku Leopold Bernstamm, a rada miejska wyraziła zgodę na wykonanie nowego wizerunku. Rouen zakupiło z własnych funduszy odpowiedni stop, składający się w dziewięćdziesięciu trzech procentach z miedzi i w siedmiu z cyny; Rudierowie, giserzy z Châtillon-sous-Bagneux, twierdzą, że takie proporcje dają gwarancję zabezpieczenia przed korozją. Dwa inne miasta, Trouville i Barentin, wniosły swój wkład w przedsięwzięcie i otrzymały w zamian posągi z betonu. Te sprawiły się gorzej. W Trouville trzeba było łatać Flaubertowi udo, a ponadto utracił sporo wąsów: pręty zbrojeniowe sterczą niby żyły z betonowych kosmyków nad górną wargą.
Być może należy dać wiarę zapewnieniom giserów, być może drugi odlew posągu okaże się trwały. Ale nie dostrzegam jakichś szczególnych podstaw do ufności. Ze wszystkiego, z czym miał styczność Flaubert, niewiele przetrwało. Umarł, z grubsza biorąc, ledwie sto lat temu, a pozostał po nim jedynie papier. Papier, myśli, zdania, metafory, wypracowana proza, którą można zamienić w dźwięki. Tego właśnie pragnął; boleją nad tym tylko jego sentymentalni admiratorzy. Dom pisarza w Croisset zburzono wkrótce po jego śmierci i na tym miejscu wzniesiono gorzelnię wytwarzającą spirytus ze stęchłego zboża. Łatwo można by się pozbyć również posągu: skoro jeden miłujący pomniki mer mógł go postawić, inny – jakiś politykier z intelektualnymi pretensjami, który przeczytał po łebkach to, co o Flaubercie napisał Sartre – może go w przypływie gorliwości zwalić.
Zacząłem od posągu, gdyż tu właśnie tkwią korzenie mojego zamysłu. Dlaczego dzieło prowokuje nas do polowania na autora? Dlaczego nie możemy zostawić go w spokoju? Dlaczego nie wystarczą książki? Przecież sam Flaubert chciał, by liczyły się tylko one; niewielu pisarzy mocniej wierzyło w obiektywną wymowę samego tekstu, w to, że osobowość pisarza nie ma tu żadnego znaczenia; a jednak jesteśmy nieposłuszni i robimy swoje. Wizerunek, twarz, podpis; posąg odlany w dziewięćdziesięciu trzech procentach z miedzi i fotografia z pracowni Nadara; strzęp ubrania i pukiel włosów. Co sprawia, że tak pożądamy relikwii? Czyżbyśmy nie dość wierzyli słowom? Czyżbyśmy sądzili, że okruchy życia zawierają jakąś pomocniczą prawdę? Kiedy umarł Robert Louis Stevenson, jego zaradna szkocka niania poczęła najzwyczajniej w świecie sprzedawać włosy, które – jak zapewniała – ucięła z głowy pisarza czterdzieści lat wcześniej. Wyznawcy, poszukiwacze, myśliwi kupili ich tyle, że wystarczyłoby do napchania sofy.
Postanowiłem zostawić sobie Croisset na później. Miałem pięć dni na Rouen, a odruch z dzieciństwa nadal każe mi zachowywać na koniec to, co najlepsze. Czy podobny impuls kieruje czasem pisarzami? Wytrzymaj, wytrzymaj, najlepsze jeszcze przed tobą! Jeśli tak, jakąż udrękę i prowokację dla wyobraźni stanowią niedokończone książki! Dwie z nich natychmiast przychodzą na myśl: Bouvard i Pécuchet, gdzie Flaubert zamierzał zawrzeć cały świat, zgłębić wszystkie ludzkie dążenia i klęski, oraz L’Idiot de la familie, gdzie Sartre starał się zmieścić całego Flauberta: podsumować go jako wielkiego pisarza, wielkiego mieszczucha, wroga, mędrca i postrach społeczeństwa. Atak apopleksji przerwał pierwszy zamysł, ślepota skróciła drugi.
Kiedyś sam myślałem o pisaniu książek. Miałem swoje pomysły; porobiłem nawet notatki. Ale byłem lekarzem, człowiekiem żonatym i dzieciatym. Dobrze można robić tylko jedną rzecz; Flaubert o tym wiedział. Dobrze spisywałem się jako lekarz. Moja żona… umarła. Moje dzieci rozpierzchły się już po świecie; piszą, kiedy poczują wyrzuty sumienia. Każde z nich ma, naturalnie, własne życie. „Żyć, żyć! Bez ustanku mieć wzwód!”[1]. Któregoś dnia przeczytałem ten Flaubertowski okrzyk. Poczułem się jak betonowy posąg z załatanym prawym udem.
Nienapisane książki? Bez urazy. I tak jest już za dużo książek. Poza tym pamiętam zakończenie Szkoły uczuć. Fryderyk i jego kolega Deslauriers spoglądają wstecz na swoje życie. Ostatnie, ulubione wspomnienie to wizyta w burdelu w czasach, kiedy byli jeszcze uczniami. Zaplanowali wyprawę ze wszystkimi szczegółami, specjalnie ufryzowali włosy na tę okazję i nawet ukradli kwiaty dla dziewcząt. Ale kiedy weszli do burdelu, Fryderyk stracił zimną krew i uciekli. To był najlepszy dzień w ich życiu. Czyż najbardziej godną zaufania formą rozkoszy, sugeruje Flaubert, nie jest zatem rozkosz antycypowana? Czyż koniecznie trzeba wtargnąć na opustoszały strych spełnienia?
Pierwszy dzień spędziłem na włóczędze po Rouen, próbując się zorientować, którędy maszerowałem w 1944 roku. Rzecz jasna, znaczne obszary zostały wówczas zbombardowane i ostrzelane; po czterdziestu latach nie skończyli jeszcze łatać katedry. Niewiele znalazłem rzeczy, które pozwoliłyby podkolorować jednobarwne wspomnienia. Następnego dnia pojechałem samochodem do Caen i dalej na północ ku wybrzeżu. Trzeba się trzymać serii wyblakłych blaszanych znaków ustawionych przez Ministère des Travaux Publics et des Transports. Tędy w stronę Circuit des Plages de Débarquement: turystyczny objazd miejsca desantu. Na wschód od Arromanches położone są plaże brytyjskie i kanadyjska – Złoto, Juno, Miecz. Nie wysilono nadmiernie wyobraźni przy wymyślaniu nazw; o ileż mniej pamiętne niż Omaha albo Utah. Chyba że to dzięki wydarzeniom słowa zapadają w pamięć, nie zaś na odwrót.
Graye-sur-Mer, Courseulles-sur-Mer, Ver-sur-Mer, Asnelles, Arromanches. Wędrując wąskimi bocznymi uliczkami, nagle wychodzi się na plac Królewskich Saperów albo W. Churchilla. Rdzewiejące czołgi pełnią straż nad kabinami na plaży; pamiątkowe płyty w kształcie kominów okrętowych głoszą po angielsku i francusku: „W tym miejscu dnia 6 czerwca 1944 roku Europa została wyzwolona dzięki bohaterstwu wojsk sprzymierzonych”. Jest tu bardzo spokojnie, ani śladu grozy. W Arromanches wsunąłem dwie jednofrankowe monety do wnętrza Télescope Panoramique (Très Puissant 15/60 Longue Durée) i śledziłem wygięty kształt Mulberry Harbour, sięgający daleko w morze. Kropka, kreska, kreska, kreska – nadawały betonowe kesony, między którymi chlupotała bez pośpiechu woda. Kwadratowe głazy, pozostałość po wojnie, zostały skolonizowane przez kormorany.
Zjadłem obiad w Hôtel de la Marine, wychodzącym na morze. Byłem blisko miejsca, gdzie zginęli moi przyjaciele – w tamtych latach przyjaźnie szybko się zawiązywały – a jednak nie czułem wzruszenia. 50. Dywizja Pancerna, Druga Armia Brytyjska. Wspomnienia dobywają się ze swoich skrytek, ale wzruszenia – nie; nie ma nawet wspomnienia wzruszeń. Po lunchu poszedłem do muzeum i obejrzałem film o lądowaniu, potem pojechałem dziesięć kilometrów do Bayeux, by obejrzeć inną inwazję przez kanał, o dziewięć wieków wcześniejszą. Gobelin królowej Matyldy jest niby poziomy film, którego klatki stykają się ze sobą. Oba wydarzenia robią jednakowo dziwaczne wrażenie: jedno zbyt dawne, by mogło być prawdziwe, drugie zbyt swojskie, by mogło być prawdziwe. W jaki sposób obejmujemy umysłem przeszłość? Czy to w ogóle możliwe? Kiedy byłem studentem medycyny, podczas potańcówki na zakończenie semestru paru figlarzy wpuściło do sali nasmarowane tłuszczem prosię. Plątało się pod nogami, wymykało z rąk, kwiczało jak najęte. Ludzie rzucali się na nie, próbując je schwycić, a skutek był tylko taki, że się ośmieszali. Wygląda na to, że przeszłość zachowuje się zawsze jak to prosię.
Trzeciego dnia pobytu w Rouen poszedłem do Hôtel-Dieu, szpitala, gdzie ojciec Gustawa był naczelnym chirurgiem i gdzie pisarz spędził dzieciństwo. Aleją Gustawa Flauberta, na tyłach Imprimerie Flaubert i snack-baru noszącego nazwę Le Flaubert: człowiek czuje, że podąża we właściwym kierunku. W pobliżu szpitala zaparkowany był duży biały ambulans marki Peugeot; widniały na nim niebieskie gwiazdy, numer telefonu i napis: AMBULANCE FLAUBERT. Pisarz jako uzdrowiciel? To mało prawdopodobne. Przypomniałem sobie macierzyńskie napomnienie, jakiego młodszemu koledze udzieliła George Sand: „Ty dajesz rozpacz – napisała – a ja niosę pociechę”. Na peugeocie powinno być napisane: AMBULANCE GEORGE SAND.
W Hôtel-Dieu przywitał mnie ponury, znerwicowany gardien, którego biały fartuch wprawił mnie w zdumienie. Nie był lekarzem, pharmacien ani sędzią krykietowym. Biały fartuch oznacza aseptyczność i czyste sędziowanie. Czemuż muzealny woźny miałby nosić taki fartuch – żeby chronić dzieciństwo Gustawa od mikrobów? Wyjaśnił, że muzeum poświęcone jest częściowo Flaubertowi, a częściowo historii medycyny, i pośpiesznie oprowadził mnie po zbiorach, z hałaśliwą skutecznością zamykając za nami drzwi. Pokazano mi pokój, gdzie Gustaw się urodził, buteleczkę wody kolońskiej, słoiczek na tytoń i pierwszy artykuł w periodyku. Rozmaite wizerunki pisarza potwierdziły, że paskudnie szybko przebył drogę od przystojnego młodzieńca do brzuchatego, łysiejącego mieszczucha. Syfilis – mówią jedni. Zwykłe dziewiętnastowieczne starzenie się – powiadają inni. A może po prostu jego ciało miało wyczucie harmonii: kiedy umysł oznajmił, że jest przedwcześnie dojrzały, ciało zrobiło, co mogło, żeby nie zostać w tyle. Przypominałem sobie, że był blondynem. Trudno powiedzieć: na fotografii każdy wygląda jak brunet.
W pozostałych salach umieszczono instrumenty medyczne z osiemnastego i dziewiętnastego wieku: ciężkie metalowe zabytki o spiczastych zakończeniach, gruszki do lewatywy o rozmiarach, które nawet mnie wprawiły w osłupienie. Medycyna musiała być wtedy zajęciem nader ekscytującym, desperackim i uciekającym się do gwałtu; dzisiaj to tylko pigułki i biurokracja. A może po prostu przeszłość ma więcej lokalnego kolorytu niż teraźniejszość? Przestudiowałem pracę doktorską brata Gustawa, Achillesa; nosi tytuł „Garść uwag o wyborze momentu operacji w przypadku zawęźlonej przepukliny”. Braterska paralela: rozprawa Achillesa stała się później dla Gustawa metaforą. „Czuję wobec głupoty moich czasów przypływ nienawiści, który mnie dławi. Gówno podchodzi mi do ust jak w przypadku zawęźlonej przepukliny. Ale chcę je zatrzymać, unieruchomić, utwardzić; chcę wymyślić lepiszcze, którym pokryję dziewiętnasty wiek w taki sam sposób, w jaki maluje się hinduskie pagody krowim łajnem”.
Połączenie tych dwóch muzeów wydawało się zrazu czymś dziwacznym. Nabrało sensu, kiedy przypomniałem sobie sławny rysunek Lemota przedstawiający Flauberta w trakcie przeprowadzania sekcji Emmy Bovary. Pokazuje pisarza wymachującego ogromnym widelcem, na który nabił ociekające krwią serce wydarte triumfalnie z ciała bohaterki. Potrząsa nad głową tym organem, jakby to był eksponat nagrodzony na wystawie chirurgicznej, podczas gdy po lewej stronie rysunku widać stopy leżącej, zbezczeszczonej Emmy. Pisarz jako rzeźnik, pisarz jako wrażliwe bydlę.
Wtedy zobaczyłem papugę. Siedziała sobie w małej niszy, jaskrawozielona i żwawooka, z głową pochyloną, jakby chciała o coś zapytać. „Psittacus – głosił napis na końcu żerdki. – Papuga wypożyczona przez G. Flauberta z muzeum w Rouen i stojąca na jego biurku, kiedy pisał Prostotę serca, gdzie nazwana została Lulu; papuga Felicyty, głównej bohaterki opowiadania”. Fotokopia listu Flauberta potwierdzała ten fakt: papuga stała na jego biurku od trzech tygodni, pisał, i jej widok zaczął już go irytować.
Lulu była w doskonałej formie, pióra zapewne równie nastroszone i oczka równie irytujące jak sto lat wcześniej. Wpatrywałem się w ptaka i ku mojemu zdumieniu poczułem dojmującą bliskość pisarza, który wzgardliwie zabronił potomnym interesować się choćby w najmniejszym stopniu swoim życiem osobistym. Jego posąg był duplikatem; jego dom zburzono; jego książki żyły oczywiście własnym życiem – lecz odbiór dzieła literackiego to nie kontakt z pisarzem jako człowiekiem. I oto tutaj, w tej niemającej w sobie nic nadzwyczajnego papudze, zachowanej w sposób rutynowy i zarazem tajemniczy, było coś, co sprawiło, że poczułem się, jakbym prawie znał pisarza. Byłem tym poruszony i uradowany.
Wracając do hotelu, kupiłem szkolne wydanie Prostoty serca. Może znacie tę powiastkę. Mówi o biednej i niewykształconej posługaczce imieniem Felicyta, która służy u tych samych ludzi przez pół wieku, bez urazy poświęcając swe życie innym. Przywiązuje się kolejno do szorstkiego narzeczonego, do dzieci pani, do siostrzeńca, do starca, któremu wrzód toczy rękę. Los wszystkich jej zabiera: umierają, wyjeżdżają albo po prostu zapominają o niej. Nic więc dziwnego, że smutek podobnej egzystencji szuka pociechy w religii.
Ostatnim ogniwem coraz to krótszego łańcucha uczuciowego Felicyty jest papuga Lulu. Kiedy naturalną koleją rzeczy papuga zdycha, Felicyta oddaje ją do wypchania. Nie rozstaje się z ukochanymi szczątkami i w końcu, odmawiając pacierz, zaczyna przed nimi klękać. W jej prostym umyśle powstaje doktrynalny zamęt: zastanawia się, czy Duch Święty, stereotypowo przedstawiany w postaci gołąbka, nie prezentowałby się lepiej jako papuga. Bez wątpienia logika jest po jej stronie: zarówno papuga, jak i Duch Święty potrafią mówić, podczas gdy gołąb – bynajmniej. Na zakończenie opowieści umiera także sama Felicyta. „Na jej wargach był uśmiech. Rytm serca stopniowo słabł, tracił wyrazistość, omdlewał jak wysychająca fontanna lub zanikające echo; a kiedy wydawała ostatnie tchnienie, zdało się jej, że otwierają się dla niej niebiosa i że widzi ogromną papugę unoszącą się nad jej głową”.
Żywotne znaczenie ma tu pełen umiaru ton. Proszę sobie tylko wyobrazić, jakie techniczne trudności nasuwa napisanie opowieści, w której niechlujnie wypchany ptak o śmiesznym imieniu zajmuje w zakończeniu miejsce trzeciej osoby Trójcy i w której intencja autora nie jest zgoła satyryczna, sentymentalna ani bluźniercza. Proszę sobie następnie wyobrazić, że tę historyjkę trzeba opowiedzieć z punktu widzenia ciemnej starej kobiety, i to tak, żeby nie brzmiała protekcjonalnie ani czułostkowo. Ale też zamysł Prostoty serca jest całkiem inny: papuga to przykład doskonałej i świadomie zastosowanej Flaubertowskiej groteski.
Możemy, jeśli mamy ochotę (i jeśli zdecydujemy się być nieposłuszni wobec Flauberta), poddać ptaka dodatkowej interpretacji. Na przykład są tu ukryte analogie między życiem przedwcześnie postarzałego powieściopisarza i w stosownym wieku postarzałej Felicyty. Krytycy zaczęli myszkować. Oboje byli samotni; życie obojga było naznaczone stratą bliskich; chociaż oboje przepełniał żal, żadne się nie poddało. Ci, którzy skłonni są pójść dalej w takich rozważaniach, sugerują, że epizod, w którym Felicyta zostaje potrącona na drodze do Honfleur przez dyliżans pocztowy, stanowi zamaskowane nawiązanie do pierwszego ataku epilepsji u Gustawa, którego doświadczył, kiedy został potrącony na drodze w okolicy Bourg-Acharad. Bo ja wiem? Jak głęboko musi tkwić aluzja, by całkiem zatonąć?
Z jednej – i to zasadniczej – strony Felicyta to oczywiście całkowite przeciwieństwo Flauberta: jest właściwie niema. Ale można by powiedzieć, że właśnie z tego powodu pojawia się Lulu: papuga, zwierzę mówiące, jedno z nielicznych stworzeń, które wydają ludzkie dźwięki. Nie bez kozery Felicyta bierze Lulu za Ducha Świętego, istotę zsyłającą dar mówienia różnymi językami.
Felicyta + Lulu = Flaubert? Niezupełnie; można jednak utrzymywać, że mieści się on w każdym z dwojga. Felicyta ma jego charakter, Lulu przemawia jego głosem. Można powiedzieć, że papuga, reprezentująca zmyślną artykulację bez władzy umysłowej, jest Słowem w czystej postaci. Francuski akademik określiłby ją mianem un symbole du Logos. Jak przystało na Anglika, zwróciłem się czym prędzej z powrotem w stronę cielesności: do tego smukłego, żwawego stworzenia, które ujrzałem w Hôtel-Dieu. Wyobraziłem sobie Lulu siedzącą po drugiej stronie Flaubertowskiego biurka i przyglądającą się mu niby szydercze odbicie w krzywym lustrze. Nic dziwnego, że trzy tygodnie tej parodystycznej obecności wywołały irytację. Czy pisarz nie jest aby taką właśnie przemądrzałą papugą?