Mroczny thriller psychologiczny “Sekret matki” opowiada o utracie najbliższych, rozpadzie małżeństwa i niszczycielskiej sile mass mediów.


Sekret matkiTessa Markham nie potrafi pogodzić się ze śmiercią dwójki swoich dzieci, a jej mąż postanowił poukładać sobie życie na nowo. Kim więc teraz jest? Nie matką? Nie żoną?

Pewnego dnia zastaje w domu małego chłopca. Dziecko twierdzi, że przyprowadził je anioł, a Tessę nazywa „swoją nową mamusią”. Wezwana policja nie daje wiary wyjaśnieniom kobiety.

Rozpoczyna się medialna nagonka. Tessa zostaje uznana za porywaczkę, a dziennikarze nie odstępują jej na krok. Bohaterka podejmuje śledztwo na własną rękę, lecz z czasem zaczyna wątpić w swoją niewinność. A jeśli to ona uprowadziła chłopca? Przecież wszyscy nie mogą się mylić…

Wciągający dreszczowiec o konfrontacji z bolesną przeszłością oraz zatrważającą prawdą: nigdy nie ufaj nikomu, nawet samej sobie.

***

Nie ma wątpliwości, że Shalini Boland jest królową suspensu. Nigdy nie zawodzi.
BytheLetterBookReviews.com

Emocjonalny rollercoaster. Sekret matki to pierwsza książka Shalini Boland, którą przeczytałam i na pewno nie będzie ostatnią.
TheBlondePlotters.com

Shalini Boland
Sekret matki
Przekład: Hanna Pasierska
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 31 lipca 2019
 
 

Sekret matki


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Migocące lampy uliczne oświetlają szary chodnik, upstrzony łatami brudnego śniegu i śliskiego czarnego lodu. Samochody raz po raz rozpryskują zmrożoną breję zebraną przy krawężniku. Powinnam się maksymalnie skupić, by utrzymać równowagę. Byłoby mi cieplej w ręce, gdybym je ukryła w kieszeniach płaszcza, ale muszą pozostać swobodne, bym mogła się chwytać murów, płotów, drzew czy latarni. Nie chcę się przewrócić. Choć czy rzeczywiście to by było takie straszne, gdybym się poślizgnęła na lodzie? Mokre dżinsy, posiniaczony tyłek. To nie koniec świata. Istnieją gorsze rzeczy. Znacznie gorsze.
Jest niedziela: ostatnie tchnienie tygodnia. Przykre preludium przed poniedziałkiem, kiedy wszystko zacznie się od nowa; samotnicza iluzja życia. Niedziela stała się dla mnie czarnym punktem na horyzoncie, rosnącym z każdym dniem. Teraz, gdy dobiega końca, czuję ulgę, lecz mimo to już czekam na następną. Dzień, w którym odwiedzę cmentarz, stanę nad grobami obojga i gapiąc się na trawę oraz kamień, będę z nimi rozmawiać, zastanawiając się, czy słyszą moją głupią paplaninę, czy jedynie rzucam słowa na wiatr. Wystaję tak w prażącym słońcu, w ulewnym deszczu, na mrozie i w gęstej mgle. Tydzień w tydzień. Nie opuściłam jeszcze ani jednej niedzieli.
Śnieg z deszczem smaga mnie po twarzy. Pod ukłuciem lodowatych igieł mrugam i ostro wciągam powietrze. W końcu skręcam z głównej ulicy w bardziej osłonięty wąski zaułek, gdzie wiatr jest mniej gwałtowny. Moją trasę znaczy tęczowy szereg przepełnionych kubłów na śmieci, czekających na wywiezienie następnego dnia o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Odwracam wzrok od okien, w których migoczą lampki choinkowe, przypominające mi o szczęśliwszych świętach Bożego Narodzenia. Przedtem.
Jestem prawie na miejscu.
Moja skromna szeregówka na północy Londynu stoi w połowie uliczki. Popycham zardzewiałą furtkę, omijając wzrokiem zaniedbany ogródek od frontu z opakowaniami po słodyczach i chipsach, które wiatr przywiał z ulicy, wciśniętymi pomiędzy kępy wysokiej trawy i rozrośnięte krzewy. Grzebię zgrabiałymi palcami w torebce, aż zaciskają się na pęku kluczy. Cieszę się, że dotarłam do domu i uciekłam przed zimnem, lecz i tak energia uchodzi ze mnie, kiedy po otwarciu drzwi wkraczam w mroczną ciszę korytarza przesyconą pustką ich nieobecności.
Przynajmniej jest ciepło. Zrzucam płaszcz, kopnięciami pozbywam się butów, ciskam torbę na stolik i zapalam światło, unikając swojego smutnego odbicia w lustrze. Kieliszek wina byłby mile widziany. Zerkam na zegarek – dopiero siedemnasta dwadzieścia. Nie. Będę grzeczna i zamiast tego zrobię sobie gorącą czekoladę.
Dziwne, drzwi do kuchni są zamknięte. To niezwykłe, bo zawsze zostawiam je otwarte. Może zatrzasnął je przeciąg, kiedy wchodziłam. Ciężkim krokiem pokonuję korytarz i staję jak wryta. Przez szparę na dole widać, że w pomieszczeniu pali się światło. Ktoś jest w środku. Wstrzymuję oddech i czuję, jak świat zwalnia na chwilę, zanim ruszy ponownie naprzód. Czyżbym zaskoczyła włamywacza?
Nasłuchuję. Zza drzwi dolatuje jakiś dźwięk. Nucenie. W mojej kuchni podśpiewuje dziecko. Ale przecież ja nie mam dziecka. Już nie.
Wolno naciskam klamkę i popycham drzwi, napinając wszystkie mięśnie. Ledwie ośmielam się oddychać.
Widzę przed sobą małego ciemnowłosego chłopca w jasnoniebieskich dżinsach i zielonym swetrze ze splotem warkoczowym. Małego chłopca w wieku pięciu lub sześciu lat, siedzącego na stołku przy kuchennym blacie i nucącego znajomą melodyjkę. Rysuje w skupieniu ze spuszczoną głową; wokół kartki formatu A4 leżą rozsypane kredki. Na oparciu krzesła ktoś starannie rozwiesił granatowy płaszcz przeciwdeszczowy.
Kiedy wchodzę, podnosi na mnie wzrok, otwierając szeroko oczy o barwie czekolady. Przez moment przyglądamy się sobie nawzajem.
– Jesteś moją mamusią? – pyta.
Zagryzam dolną wargę, czując, jak ziemia drży mi pod nogami. Chwytam się blatu, by nie stracić równowagi.
– Hej – odpowiadam, ogarnięta nagłym wzruszeniem. – Hej. A kim ty właściwie jesteś?
– Przecież wiesz. Jestem Harry – odpowiada. – Podoba ci się mój obrazek?
Unosi przed sobą kartkę, pokazując rysunek przedstawiający małego chłopca i kobietę stojących przed pociągiem.
– Jeszcze nie skończyłem. Nie miałem czasu go porządnie pokolorować – wyjaśnia.
– Bardzo ładny, Harry. To jesteś ty obok pociągu?
– Tak. – Kiwa głową. – Z tobą. Narysowałem go dla ciebie, bo jesteś moją mamą.
Czyżbym miała halucynacje? A może w końcu straciłam rozum? Ten uroczy maluch nazywa mnie swoją mamą. A przecież go nie znam. Nie widziałam go nigdy w życiu. Zaciskam mocno oczy, po czym otwieram je znowu. Chłopiec nadal stoi przede mną, choć teraz wydaje się mniej pewny siebie. Jego ufny uśmiech przybladł, zmienił się w grymas. Oczy ma odrobinę zbyt błyszczące. Znam taką minę – poprzedza łzy.
– Hej, Harry – odzywam się z przesadną wesołością. – A więc lubisz pociągi, tak?
Uśmiech powraca.
– Parowozy są najfajniejsze. Lepsze od diesli. – Marszczy buzię z niesmakiem, a potem mruga.
– Przyjechałeś tu pociągiem? Do mojego domu?
– Nie. Autobusem. Wolałbym pociągiem, bo autobus jechał strasznie wolno. I zrobiło mi się trochę niedobrze.
Odkłada kartkę na kuchenny blat.
– A kto cię przywiózł? – pytam.
– Anioł.
Mam wrażenie, że się przesłyszałam.
– Kto?
– Mój anioł mnie tu przywiózł. Powiedziała, że jesteś moją mamą.
– Anioł?
Kiwa głową.
Rozglądam się dokoła, bo nagle dociera do mnie, że Harry może nie być jedyną obcą osobą pod moim dachem.
– Jest tu teraz? – pytam szeptem. – Jest tu ktoś jeszcze poza tobą?
– Nie, poszła sobie. Powiedziała, żebym sobie porysował i że niedługo przyjdziesz.
Rozluźniam ramiona z ulgą, że w domu nie kręci się więcej intruzów. Lecz to nie pomaga rozwiązać kwestii, kim jest dziecko.
– Jak się dostaliście do domu? – pytam, zastanawiając się nerwowo, czy nie znajdę wybitego okna.
– Przez drzwi, głuptasie – odpowiada mały z uśmiechem, przewracając oczami.
Przez drzwi? Czyżbym zostawiła je niezamknięte? Jestem pewna, że nigdy by mi się to nie przydarzyło. Co tu się dzieje? Powinnam kogoś zawiadomić. Zadzwonić do jakiejś instytucji. Na policję. Ktoś z pewnością szuka tego dziecka i szaleje z niepokoju.
– Masz ochotę na gorącą czekoladę, Harry? – pytam, starając się mówić jak najspokojniej. – Zamierzałam się napić, więc…
– Robisz ją z mlekiem? – przerywa mi. – Czy z gorącą wodą? Z mlekiem jest zdecydowanie pyszniejsza.
Hamuję uśmiech.
– Masz rację. Zawsze dodaję mleka.
– Okej. W takim razie poproszę – odpowiada. – Napiję się z wielką chęcią.
Serce mi się ściska, gdy słyszę tak grzeczną odpowiedź.
– Mam dalej kolorować rysunek czy ci pomóc? – pyta. – Potrafię świetnie mieszać gorącą czekoladę.
– Cóż, to się doskonale składa – odpowiadam – bo mnie mieszanie zupełnie nie wychodzi, więc całe szczęście, że się zjawiłeś do pomocy.
Uśmiecha się szeroko i zsuwa ze stołka.
Co ja wyprawiam? Muszę natychmiast zadzwonić na policję. To zaginione dziecko. Ale, Boże, dajcie mi tylko posiedzieć dziesięć minut z tym słodkim maluchem, przekonanym, że jestem jego matką. Poudawać parę chwil, a potem zrobię, co trzeba. Wyciągam rękę, chcąc go pogładzić po głowie, lecz natychmiast ją cofam. Co ja sobie wyobrażam? Chłopiec musi wrócić do swojej prawdziwej matki.
Mały uśmiecha się do mnie znowu, aż ściska mnie w piersi.
– Okej – mówię. Biorę głęboki oddech i mrugam, by odpędzić łzy. – Zaraz zrobimy czekoladę. Muszę tylko gdzieś zadzwonić z korytarza, dobrze?
– Och, w porządku.
– Porysuj jeszcze chwilę. To nie potrwa długo.
Chłopiec wspina się z powrotem na stołek, wybiera ciemnozieloną kredkę i wraca do kolorowania z wyrazem poważnego skupienia na buzi. Odwracam się i wychodzę na korytarz, żeby wyjąć komórkę z torebki. Lecz zamiast zadzwonić na policję, wybieram inny numer. Dwa sygnały.
– Tess. – Głos na drugim końcu linii jest spięty, czujny.
– Cześć, Scott. Chciałabym, żebyś tu przyjechał.
– Co? Teraz?
– Tak. Proszę, to ważne.
– Tessa, jestem wykończony, a pogoda jest koszmarna. Właśnie usiadłem z kubkiem herbaty. To nie może poczekać do jutra?
– Nie.
Stojąc przy stoliku w korytarzu, zerkam na Harry’ego rysującego w kuchni; ma kręconą grzywkę, opadającą na jedno oko. Czy go sobie uroiłam?
– O co chodzi? – pyta Scott takim tonem jak zawsze.
W rzeczywistości znaczy to: o co znowu chodzi tym razem? Ponieważ zawsze o coś chodzi. Jestem jego zepsutą żoną, ciągle przeżywającą nowy dramat albo wyimaginowany kryzys. Ale tym razem przekona się, że to rzeczywistość, a nie wytwór mojej wyobraźni.
– Nie mogę powiedzieć przez telefon, to zbyt dziwaczne. Musisz przyjechać i sam zobaczyć.
W słuchawce rozlega się przeciągłe, surowe westchnienie.
– Daj mi dwadzieścia minut, okej?
– Okej. Dzięki, Scott. Przyjedź jak najszybciej.
Serce wali mi w piersi, gdy próbuję zrozumieć, co tu jest grane. Chłopiec twierdzi, że przyprowadził go anioł. Twierdzi, że jestem jego matką. Ale to nieprawda. Więc skąd się wziął, na miłość boską?
Wracam do kuchni. Powietrze jest ciepłe, zapraszające, przytulne. Zupełnie nie przypomina zwykłej sterylnej atmosfery.
– Możemy już zrobić czekoladę? – Harry z nadzieją spogląda na mnie błyszczącymi oczami.
– Oczywiście. Przyniosę kubki i czekoladę. A ty otwórz tę szufladę i podaj mi najmniejszy rondelek, jaki znajdziesz.
Z przejęciem wypełnia polecenie.
– Harry – rzucam. – Gdzie są twoi rodzice, mama i tato?
Chłopiec nieruchomieje przy otwartej szufladzie.
– Harry? – ponaglam.
– Nie tutaj – odpowiada. – Ten jest wystarczająco mały? – Wyjmuje garnek do mleka z nierdzewnej stali i macha nim w moim kierunku.
– Idealny. – Kiwam głową i biorę naczynie. – Powiesz mi, gdzie mieszkasz?
Żadnej odpowiedzi.
– Uciekłeś z domu? Zgubiłeś się?
– Nie.
– Ale gdzie jest twój dom? W jakiej miejscowości mieszkasz? Tutaj, we Friern Barnet? W Londynie? Niedaleko stąd?
Mały się krzywi i wpatruje w kamienne płyty podłogi.
– Masz jakieś nazwisko? – pytam najłagodniej, jak potrafię.
Podnosi na mnie oczy, wysuwając podbródek.
– Nie.
Próbuję jeszcze raz, kucając, żeby się znaleźć na jego poziomie.
– Harry, skarbie, jak ma na imię twoja mama?
– Ty jesteś moją nową mamusią. Muszę tu zostać. – Jego dolna warga drży.
– Okej, słoneczko. Niczym się nie martw. Zaraz przyrządzimy czekoladę, tak?
Kiwa energicznie głową i pociąga nosem.
Ściskam go za rączkę i wstaję. Żałuję, że musiałam zadzwonić po Scotta. Ale potrzebuję, by był na miejscu, kiedy wezwę policjantów. Nie dałabym sobie rady sama; nie po tym, co się wydarzyło. Boję się ich przyjazdu – pytań, ukradkowych spojrzeń, sugestii, że mogłam złamać prawo. Lecz przecież nic złego nie zrobiłam. A może?
Harry zaś… Zabiorą go. A jeśli rodzice się nad nim znęcali? Jeśli zostanie oddany do adopcji? Tysiąc myśli przebiega mi przez głowę, każda gorsza od poprzedniej. Jednak to nie do mnie należy decyzja, co z nim będzie. Nie mogę nic zrobić w tej sprawie, bo nie jest mój.
Nie mam dziecka. Już nie.