George Black jest reporterem, który stara się jak najgłębiej zanurzyć w opisywane środowisko. Jego książka “Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki” stanowi tego najlepszy dowód, dając czytelnikom możliwość odbycia fascynującej wyprawy przez subkontynent indyjski i przyjrzenia się całej jego różnorodności.


Ganges. Święci i grzesznicyTakich reportaży jest obecnie coraz mniej. Ich przygotowanie wymaga wielkiej pracy i czasu potrzebnego do jej wykonania, a świat nastawiony na szybkie newsy tego nie lubi. I wiele na tym traci, bo wystarczy lektura takiej książki jak „Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki” by przekonać się, że tylko solidna praca wykonana przez doświadczonego reportera naprawdę pozwala na dowiedzenie się czegoś istotnego.

George Black, współpracownik między innymi telewizji BBC i CBC, pracował nad tekstem przez kilka lat. Upłynęły mu one na podróżach wzdłuż biegu tytułowej rzeki, począwszy od jej źródeł w Himalajach aż po ujście do Oceanu Indyjskiego i na zgłębianiu wiedzy historycznej o regionach, po których się poruszał. Rezultat to wielowątkowa opowieść o ludziach znad wielkiej rzeki, zarówno czczących ją jako ucieleśnienie bogini matki – Gangi, jak i tych, dla których nie ma ona konotacji religijnych. Black jest blisko jednych i drugich.

„-Zrozum wreszcie – powiedział mi raz znajomy na pół żartem. -W Indiach nie ma czegoś takiego jak fakty. Są tylko opowieści i doświadczenia” – pisze George Black w jednym z rozdziałów. To stwierdzenie mogłoby posłużyć za lapidarną recenzję całej jego książki, ale spróbujmy je nieco rozwinąć. „Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki” to mozaika wrażeń, spostrzeżeń, refleksji, legend zmieszanych z rzeczywistością tak ściśle, że niekiedy trudno rozsądzić, gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie. To książka tak barwna i bogata jak przeszłość i współczesność rozgrywające się nad brzegami Gangesu, zaskakująca, niepojęta, zagmatwana – szczególnie jeśli patrzymy na nią z europejskiego punktu widzenia.

George Black usiłuje tę obfitość uporządkować, okiełznać, zamykając kolejne epizody swej podróży w ramach rozdziałów balansujących pomiędzy reportażem uczestniczącym a felietonem, ale i w tym uporządkowaniu do głosu dochodzi chaos, jakim spowite są odwiedzane przez niego miejsca. Metodą porządkowania jest też przyjęta perspektywa biegu rzeki, to on wyznacza kierunek, w którym wędruje ta opowieść.

Książka George’a Blacka, wymagająca namysłu i prowokująca do refleksji, oddaje ducha opisywanych miejsc.

Z tego chaosu wyłania się portret współczesnych Indii i Bangladeszu. Passusy historyczne i legendy etiologiczne, wplecione w tekst stanowią podstawę do zrozumienie realiów panujących w tych krajach, bo jak udowadnia autor – jedno i drugie ma ogromny wpływ na codzienne życie mieszkających nad Gangesem ludzi, a dzisiejsze życie społeczne w większym stopniu kształtują pradawne wierzenia i wywodzące się z nich zasady postępowania niż aktualne trendy i możliwości rodem z XXI wieku.

W Indiach można mieć najnowszego iPhone’a i fotografować nim rozpad zwłok na stosie pogrzebowym w Waranasi. Groza przeplata się z rozrywką, to, jak ukazuje George Black, indyjska norma. Drastyczne kontrasty: piękno i brzydota, dobroć i barbarzyństwo, harmonia i zniszczenie – wszystko to jest obecne w każdym z rozdziałów.

Jego książka, wymagająca namysłu i prowokująca do refleksji, oddaje ducha opisywanych miejsc. Sam Black pozostaje przy tym transparentny, jest narratorem, który nie narzuca swej obecności, nie wartościuje i nie komentuje, kierując swoją książkę do inteligentnego czytelnika zdolnego do samodzielnych konkluzji. To czytelnik decyduje, jaki obraz opisywanych krajów ostatecznie wyłowi z lektury. Nikodem Maraszkiewicz

George Black, Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki, Przekład: Aleksandra Czwojdrak, seria Mundus, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 22 maja 2019
 
 

Ganges. Święci i grzesznicy

George Black
Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki
Przekład: Aleksandra Czwojdrak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 22 maja 2019
 
 

Dlaczego Śiwa stał się niebieski

Tymczasem na bazarze jakiś sklepikarz zwymyślał dwóch mężczyzn w pomarańczowych koszulkach i szortach oraz klapkach.
 – To nie pielgrzymi, to zwyczajne gundy! – krzyczy do każdego, kto zechce go wysłuchać. Zbiry, łobuzy. – Za nic mają prawo i porządek. Ten młody podchodzi do mnie i mówi: „Podgrzej mi mleko!” Ja na to: „Podgrzać ci mleko? Co to, to nie!” Pyta, dlaczego nie. Więc mówię: „Bo inni klienci czekają!”
Manto kręci głową.
 – Miejscowi się wściekają, gdy zjawiają się kanwariowie – mówi.
Kanwariowie?
Ich grupy stoją wzdłuż całego wybrzeża kanału, młodzi ludzie ubrani na pomarańczowo z dziwacznymi, jaskrawymi ustrojstwami, na które zwróciłem uwagę już poprzedniego dnia, zaraz po naszym przyjeździe. Są rozmiaru i kształtu noszy czy też mar do kremacji, na bambusowej ramie, wygięte na górze. To kanwary, a noszących je mężczyzn zwie się kanwariami.
 – Byliśmy z taką pielgrzymką już osiem razy – mówi człowiek imieniem Bittu, który przybył tutaj ze swoim najlepszym przyjacielem Sandźajem oraz czterema towarzyszami ze wsi pod Moradabadem, jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Delhi. – Przyjechaliśmy pociągiem, ale z powrotem pójdziemy pieszo. Będziemy dźwigać kanwar na ramionach. Zajmie nam to pięć dni.
Najgorliwsi wynawcy mogą przebyć tę drogę nawet w ciągu doby – stwierdził Manto – przez cały czas biegnąc i przekazując kanwar od jednego do drugiego jak w sztafecie, zatrzymując się tylko na krótko.
 – To wszystko dla Pana Śiwy – mówi Sandźaj. – A my nie jesteśmy z żadnej konkretnej świątyni, pochodzimy z rozmaitych kast. Ot, sąsiedzi. Ja pracuję w biurze, Bittu jest kierowcą. Nieraz po drodze spotykamy znajomych. Przybywają ludzie z Delhi, z UP [Uttar Pradeś], z Harijany, z Radźastanu, z Uttarakhand. Faktycznie niektórzy przychodzą aż z Gomukh, to ponad pięćset kilometrów.
Pokazują mi niektóre ozdoby służące im do dekorowania kanwaru: portret Śiwy wielkości pocztówki, malutki trójząb, plastikowa kobra, miniaturowy bęben damar, okładka płyty CD z jakąś bollywoodzką gwiazdą o przylizanych do tyłu włosach, kawałki złoto-srebrnej lamety, jakieś różowe chusteczki, aluminiowa łyżeczka oraz dwa koszyki wiklinowe z dzbankami na wodę w środku, po jednym na każdym końcu kanwaru. Dzbanki na wodę i łyżeczka to główne elementy całej operacji i oczywiście wiąże się z nimi legenda.
 – Jest to historia z pism o posłusznym synu imieniem Śrawan – wyjaśnił Manto. – Bardzo stara opowieść jeszcze sprzed czasów Pana Ramy. I bardzo popularna. Można ją oglądać w telewizji albo kupić sobie DVD. Rodzice Śrawana byli starzy i niewidomi, mimo to chcieli przed śmiercią pójść z pielgrzymką. Byli jednak zbyt wątli na tę wyprawę, Śrawan zrobił więc palankin, który mógłby nieść na ramionach, z koszami po obu stronach, aby mogli w nich usiąść. Czyli kosze, które ci chłopcy niosą na swoim kanwarze, to symbol tej opowieści. Zresztą zaniosą w nich do domu trochę gangadźalu.
 – Gdy już nabierzemy wody, nie może ona dotknąć ziemi aż do chwili, gdy dotrzemy do naszej wsi – mówi Sandźaj. – Zawsze musi spoczywać nam na ramionach.
Został więc wyjaśniony powód noszenia dwóch koszów, ale co z aluminiową łyżeczką?
 – Jeśli o to chodzi, musisz poznać jeszcze inną legendę – mówi Manto.
Bogowie i demony toczyli wojnę, każda ze stron chciała posiąść nektar nieśmiertelności. Chcąc go odnaleźć, musieli wzburzyć jeden z siedmiu oceanów, Ocean Mleka. Posłużyli się kobrą Śiwy, Nag Wasuki, niczym liną, aby tego dokonać. Bogowie trzymali węża za ogon, demony za głowę i tak smagali nim mleko. Lecz z walki tej wynurzył się nie tylko nektar nieśmiertelności.
 – Na wierzch wyszedł też dzban trucizny – mówi Manto. – Trucizny tak silnej, że mogłaby zniszczyć wszechświat. Ktoś musiał ją pochłonąć, ale nie mogli się zgodzić co do tego, kto ma to zrobić. Wreszcie odezwał się Śiwa. „Dobrze, jestem gotowy”. Trzymał tę truciznę w gardle i dlatego stał się niebieski. Z tego powodu bywa nieraz nazywany Nilakantha, „ten o niebieskim gardle”.
 – No ale ta łyżeczka?
 – Trucizna wytworzyła w Śiwie tak wielki żar i energię, że trzeba go było schłodzić. Dlatego w Haridwarze dwa razy dziennie kanwariowie spryskują śiwlingę wodą, aby ostudzić ten ogień w Śiwie.
 – Po powrocie do domów musimy też polać śiwlingę wodą – mówi Sandźaj. – Potem urządzamy wielką ucztę dla dziewcząt we wsi.
 – Co się dzieje z resztą kanwaru?
 – Ramę trzymamy na następny rok. A tę ozdobę – wskazuje na lametę – dajemy dzieciom.
 – A chusteczki?
Sandźaj i Bittu patrzą na siebie i chichoczą.
 – Dajemy je dziewczynom.

(……….)

Okulary pani Ćaurei

Na ghacie kremacyjnym Kankhal na południowym krańcu miasta od strony Jamy, straszliwego pana śmierci, na niewielkim, gęsto ułożonym stosie z bali i gałęzi spoczęło ciało starszej kobiety. Dwa inne stosy już płoną jasno, jeszcze inny zdążył się zmienić w stertę stygnących popiołów. Czwarty jest ułożony i gotowy, należy najwyraźniej do uboższej rodziny, ponieważ składa się w większości ze sklejki i garści słomy.
Starsza pani nazywała się Ambika Ćaurei i zmarła nad ranem, godzinę przed świtem. Miała osiemdziesiąt dwa lata. Po umyciu ciała krewni płci męskiej załadowali je na jaskrawo pomalowany samochód-platformę, przypominający raczej wóz cyrkowy niż karawan, i z rodzinnego domu w Merath, na północ od Delhi, wyruszyli w czterogodzinną drogę do Haridwaru, gdzie dotarli po południu. Zrobili zakupy na jednym ze straganów, których szeregi ciągną się po obu stronach alei prowadzącej do terenu kremacyjnego, nabyli niezbędne drewno i kilka niedużych bloczków kamfory, które rozwija się jak kostki cukru i dorzuca do ognia jako przyśpieszacz.
Na miejscu są dwaj kapłani, rodzina dyskretnie wręczyła im pieniądze. Jeden z nich to starszy szpakowaty mężczyzna bez kilku zębów, odziany w sweter w niebieskie paski pomimo intensywnego żaru buchającego ze stosów. Drugi może mieć najwyżej trzydzieści lat. Przedstawia się jako Hari Om Śastri. Na dhoti narzucił czarną nylonową kurtkę zapinaną na zamek błyskawiczny. Na jego czole widnieje tilaka w kolorze jasnego cynobru, włosy ma mocno wypomadowane, a kilkugodzinnego zarostu nie powstydziłby się młody Richard Nixon.
Rzeka przy stopniach na samym dole to ciemna kołysząca się tafla nagietków, toreb plastikowych, papieru śniadaniowego, pudełek papierosów, kawałków styropianu, rozmoczonych krowich placków pochodzących od kilku krów stojących nieopodal tudzież paru niezjedzonych ćapati. Rzeka posplatała się tutaj w kanały, kormorany krążą nad ławicą żwirową, choć należałoby ją raczej określić jako ławicę śmieciową. Parę metrów dalej jakiś robotnik zaczął zrzucać łopatą zimny popiół do wody.
Mówię kapłanowi, że niepokoi mnie ta sklejka. A jeśli zwłoki spłoną tylko częściowo?
 – Kości oczyszczą rzekę, zanieczyszczenia się zmniejszą – odpowiada tonem nauczyciela fizyki w szkole podstawowej. – Pojedynczy człowiek zostaje oczyszczony i rzeka zostaje oczyszczona. Kości stopniowo się rozpadną i rozpuszczą. Ciało powróci do powietrza, wody, ziemi, ognia i eteru. W przeciwnym razie rzeka byłaby w tej chwili pełna kości.
Ciało pani Ćaurei przystrojono niczym pannę młodą i ozdobiono girlandami kwiatów. Nad nią rama wykonana z gałęzi tworzy swoisty baldachim obwieszony żółtymi, czerwonymi i niebieskimi plastikowymi ozdóbkami, które przypominają małe baloniki. Dwaj spośród mężczyzn usuwają to w tej chwili i wrzucają do rzeki, baldachim odpływa wraz z leniwym nurtem. Najstarszy syn klęka i całuje stopy matki, następnie zapala kilka zapałek i rzuca je na stos. Rozlega się łoskot i pojawia się pomarańczowy płomień, a gdy płonące gałęzie opadają na twarz starszej pani, spostrzegam, że nie zdjęto jej okularów. Tłuste drobiny czarnego popiołu unoszą się w powietrzu, sunąc w naszą stronę, osiadają na naszej skórze i ubraniu.
 – Lepiej zejdźcie do rzeki i umyjcie się przed odjazdem – radzi młody kapłan.

(……..)

Najlepsze lekarstwo

Święto Mahaśiwaratri było w lutym. Następnym razem pojechałem do Haridwaru w lipcu, właśnie zaczął się monsun. Ulice zalane powodzią po łydki, a z rozległego parkingu na skraju miasta do centrum idzie się na piechotę piętnaście minut. W moim hotelu jest ogromny balkon z widokiem na rzekę, na tablicy widnieje ostrzeżenie: „Zagrożenie małpami, prosimy nie suszyć ubrań na tarasie”. Deszcz spadł niczym cios pięścią i przez całą noc bębnił w dach, lecz do rana niebo się przejaśniło. Wychodzę na poszukiwanie słynnego Baby Ramdewa.
Całe tygodnie korespondowałem z biurem Baby w nadziei uzyskania audiencji u najpopularniejszego w Indiach guru telewizyjnego, człowieka, który zaniósł jogę masom. Jego show ogląda osiemdziesiąt milionów widzów, a jeszcze więcej, gdy organizuje on jakieś szczególne wydarzenie, jak choćby wielojęzyczne transmisje radiowo-telewizyjne na żywo, kiedy to sto tysięcy osób w całych Indiach zasiada przed odbiornikami, wykonując zgodnie te same ćwiczenia. Wraz z innymi słynnymi guru bywał on również gospodarzem wieców, podczas których udzielano błogosławieństwa Narendrze Modiemu, nacjonalistycznemu kandydatowi na premiera Indii1. Oglądałem film ukazujący prowadzone przez Ramdewa masowe sesje jogi pod gołym niebem w Haridwarze, przyciągające tysiące ludzi. Czasami odziany w szaty o barwie dojrzałej mandarynki, nieraz znów nagi do pasa, jeśli nie liczyć świętego szala zarzuconego na barki, prezentujący gąszcz czarnego owłosienia na klatce piersiowej, w sam raz pasujący do imponującej brody. Jego zęby mogłyby oświetlić mroczny pokój. Joga ma nadzwyczajną moc – oznajmił swym uczniom. Może wyleczyć guzy mózgu, białaczkę, świńską grypę i homoseksualizm, praktykę „nienaukową, nienaturalną, niecywilizowaną, niemoralną, niereligijną i anormalną”. Pomocne w zwalczaniu tego odrażającego schorzenia mogą też być ćwiczenia oddechowe. Podobnie jak zamknięcie dwóch ludzi tej samej płci w jednym pokoju na kilka dni – ratunek przez terapię awersją.
Jest późny ranek, gdy docieram do głównej siedziby imperium jogi Baby Ramdewa, Patanjali Yogpeeth, obejmującego dwadzieścia hektarów kampusu kilka kilometrów za Haridwarem, przy drodze na Delhi. Patańdźali był mędrcem w IV wieku2, a jogpith znaczy „siedziba jogi”. Teren przypomina nieduże miasto zorganizowane wokół budynku administracyjnego o kształcie półksiężyca. Stoją tam równiutkie rzędy bloków mieszkalnych, by dać zakwaterowanie tysiącom wyznawców, jest sztuczne jezioro, rosną drzewa ozdobne i starannie wypielęgnowane trawniki. Jest Uniwersytet Patańdźalego, Instytut Biobadań Patańdźalego, szpital, hospicjum, zaawansowany technologicznie zakład produkcji leków medycyny ajurwedyjskiej i zdrowej żywności oraz rolniczy ośrodek badawczy mieszczący się w budynku przypominającym okazałe angielskie domostwo w stylu Tudorów. W sieci (www.ramdevproducts.com) można nabyć firmowane przez Babę kosmetyki do twarzy i ciała, szampony, preparaty ziołowe, suplementy diety oraz środki na krwawienie dziąseł i przedwczesny wytrysk.
Samego Baby Ramdewa nie ma akurat w domu. Jego odźwierni mówią, że utknął w Gangotri wraz z pięciuset uczniami. Po wczorajszej ulewie drogi prowadzące w góry są zasypane dziesiątkami, może nawet setkami lawin błotnych. Kiedy wróci? Wzruszają ramionami. Kto to wie. Może za parę dni, może za parę tygodni.
Schodzę do stołówki, zjadam nijaki lunch w postaci organicznego dalu i chapati przyrządzonych bez cebuli i czosnku, które mogłyby nadmiernie rozgrzać moją krew, potem wracam po schodach na górę, żeby sprawdzić, z kim w takim razie mógłbym porozmawiać pod nieobecność baby.
Odźwierni znikli za zamkniętymi drzwiami, wrócili, ponaradzali się szeptem. Koniec końców tak, przyjmie mnie najbliższy współpracownik Baby Ramdewa. Nazywa się Waidjaradź Aćarja Balkryszna. Aćarja znaczy „nauczyciel”. Jest współzałożycielem Patanjali Yogpeeth, mało tego, ma 97% udziałów w biznesie związanym z medycyną ajurwedyjską, do którego należy dziesięć tysięcy sklepów na terenie całego kraju. W magazynie „Forbes” Balkryszna jest zresztą numerem 48. na liście najbogatszych ludzi w Indiach, jego majątek netto szacuje się na 2,5 miliarda dolarów.
Gdyby wyeksponować tu preparowaną rybę żaglicę oraz kilka zaopatrzonych w autografy zdjęć gospodarza ściskających prawicę z Donaldem Trumpem i George’em W. Bushem, można by pomyśleć, że to biuro jakiegoś dobrze prosperującego przedsiębiorcy z Florydy. Balkryszna siedzi na krześle z wysokim oparciem za ogromnym biurkiem ze szkłem na blacie i trzema telefonami. Jak nie ten, to tamten bez przerwy dzwoni. Drobny, zadbany mężczyzna, odziany w nieskazitelną biel, ma krótkie kruczoczarne włosy, które wyglądają tak, jakby ktoś namalował mu je na głowie, oraz rzadko rozstawione zęby. Ma czterdzieści kilka lat, a wygląda o dekadę młodziej. Uosabia równowagę między spokojem a nerwową energią, zachowuje młodość dzięki cudom ajurwedy. Daje mi plik błyszczących broszurek ze zdjęciami pozycji jogi i ziół leczniczych oraz ulotkę wymieniającą jego kompetencje i dokonania, liczącą aż osiem bardzo drobno zadrukowanych stron.
Ulotka opisuje go jako „wielkiego wizjonera, wysoce ascetycznego, energicznego, pilnego, oraz jako człowieka prostego o wielowymiarowych umiejętnościach, bezinteresownie wykorzystywanych w służbie ludzkości”. Trzydzieści książek, które napisał bądź zredagował, świadczy o poważnej pracy badawczej, jak i czterdzieści artykułów napisanych wspólnie z innymi, poświęconych głównie zdrowotnemu działaniu jogi i ajurwedy, opublikowanych w czasopismach recenzowanych przez środowisko naukowe, takich jak „Medical Science Monitor”, „Child and Adolescent Psychiatry and Mental Health” czy „International Journal of Current Trends in Pharmaceutical Research”. Broszurka informacyjna głosi również, że Balkryszna „osobiście leczył ponad pięć milionów pacjentów cierpiących na różne schorzenia, od chronicznych do złożonych”.
Nie mam nic przeciwko medycynie ajurwedyjskiej – jeden znajomy powiedział mi, że złagodziła jego astmę. Ale pięć milionów pacjentów? I leczenie guzów w mózgu jogą?
 – Ależ tak, tak, tak! – mówi Balkryszna. – Jak najbardziej.
Inne kraje również zaznały korzyści z obozów jogi Patańdźalego – Japonia, RPA, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Biznes ajurwedyjski zaczyna się teraz rozrastać w Stanach Zjednoczonych.
 – Sprzedajemy online przez Atlantę, właśnie otworzyliśmy sklep w ­Houston w Teksasie.
Swamidźi3 – Baba Ramdew – osobiście wystąpił podczas uroczystego otwarcia.
 – A uwikłanie Swamidźi w bagno świeckiej polityki? – pytam. Zawsze cieszył się estymą w skrajnie prawicowej indyjskiej organizacji nacjonalistycznej Rasztrija Swajamsewak Sangh, RSS. Czytałem, że na jednym z wieców wezwał do szkolenia armii młodzieży w śāstra-śastra, wiedzy o broni. Policja rozpędziła to zgromadzenie, baba salwował się ucieczką w stylu filmów klasy B, w kobiecych fatałaszkach.
 – Kiedy dwadzieścia lat temu zakładaliśmy Patanjali Yogpeeth, nie traktowaliśmy tego jak biznesu – mówi Balkryszna. – Dla nas to nie była polityka, to miało dodać ludziom wiary w ich własną kulturę i system zdrowotny. Po jakimś czasie uświadomiliśmy sobie jednak, że istnieją też problemy z systemem politycznym, na przykład duża korupcja. Postawiliśmy więc sobie za cel zmianę tego. Jeśli jednak rząd nad tym pracuje, my możemy znów skupić się na pracy, jaką wykonywaliśmy wcześniej.
Zapala się, gdy mówię, że idea przyprowadzania ludzi do Boga podczas masowych wieców bardzo różni się od indywidualnej więzi ze swoim guru, od chodzenia do świątyni czy wykonywania rytuałów pudźa prywatnie w domu przed wyjściem do pracy. Że przypomina mi to amerykańskie megakościoły i teleewangelistów. Nie polemizuje z tym porównaniem.
 – To jest ważna kwestia! – woła. – To moja dziedzina. Mój mózg zwróci się w odwrotną stronę! Hinduizm głosi jedność Boga. Jeśli zajrzysz do oryginalnych tekstów, do Wed i Upaniszad, to jest tam tylko jeden Bóg, w którego wierzą hinduiści. Mogę być mężem, mogę być ojcem, mogę być synem, ale przecież jestem tylko jedną osobą. Bóg jest jeden, ale ludzie nadają mu różne formy. Boga czci się także w formie śakti, w formie energii. Jeśli jednak spojrzeć na historię, najważniejsze jest zachowanie. Kult nie polega tylko na chodzeniu do świątyni. Jeśli nie poprawiasz swojego zachowania, to staje się jedynie rytuałem. Jeśli religia staje się rytuałem, to staje się obowiązkiem. Nie jest ścieżką do samodoskonalenia. Medytacja też nie będzie prowadzić do samodoskonalenia, ponieważ nie jest to aktywność grupowa. Podczas aktywności grupowej uczymy się, zdobywamy informacje. W kulcie religijnym chodzi o własny postęp. Jak mogę wytrwać w swoich utrapieniach, jak mogę zwiększyć swoje szczęście, jak mogę rozwiać swoje wątpliwości?
Masowy kult religijny w Patanjali Yogpeeth jest jednak zadaniem nie tyle jego, ile Baby Ramdewa, on poświęca siły głównie ajurwedzie. Znaczną część czasu zajmuje mu w tej chwili gromadzenie materiału do monumentalnej encyklopedii wszystkich znanych ziół świata i ich właściwości medycznych.
 – Do tej pory czegoś podobnego nie zrobiono – mówi. – Zebraliśmy to. Współpracuje z nami stu naukowców. Nie tylko z okolic, z całego świata. Czterdzieści tysięcy roślin! Jeśli zajrzeć do pism świętych i książek historycznych związanych z ziołami, znajdziemy tam tylko osiemset. Więc czterdzieści tysięcy to ogromna liczba!
Gdy już wychodzę, przypomina sobie coś jeszcze.
 – Gauśala, obora! Tam też musisz pójść. To tylko ze trzy, cztery kilometry. Zobaczysz, co ciekawego robimy z krowim moczem. Poczęstują cię też organicznymi owocami mango spadającymi naturalnie, prosto z drzewa!
Wybucha śmiechem. Z jakiejś przyczyny myśl o mango nurkujących na ziemię zdaje się dotykać jego poczucia humoru, które wcześniej nie rzucało się w oczy.