“Za głosem Kristen” to kolejna – po “Liście marzeń” i “Słodyczy wybaczenia” – wzruszająca i mądra powieść bestsellerowej autorki.


Za głosem KristenDziewiętnastoletnia Kristen ginie w katastrofie kolejowej. Jej matka i siostra zmagają się nie tylko z bólem straty, ale także z wyrzutami sumienia.

Każda z nich czuje, że gdyby tego feralnego dnia zachowała się właściwie, dziewczyna nie podróżowałaby tym pociągiem. Erika, którą dręczą też demony z dzieciństwa, rzuca się w wir wymagającej pracy, Annie zaś nie przyjmuje do wiadomości śmierci siostry. Przeprowadza prywatne śledztwo i wyrusza na jej poszukiwanie do Paryża. Nadzieję podsycają tajemnicze maile zawierające aforyzmy nieżyjącej matki Eriki, znane i cytowane tylko w kręgu najbliższej rodziny. Czy pisze je ukrywająca się gdzieś Kristen? Chociaż dowody temu przeczą, Erika i Annie bardzo pragną cudu.

I w przewrotny sposób ten cud w ich życiu się wydarza…

Lori Nelson Spielman pracuje jako nauczycielka, jednak jej prawdziwą pasją jest pisanie oraz podróże. Jej debiut książkowy, “Lista marzeń”, okazał się prawdziwym sukcesem. Prawa do publikacji książki zostały sprzedane do 35 krajów, a wytwórnia filmowa Neue Bioskop kupiła prawa do zekranizowania powieści.

Lori Nelson Spielman
Za głosem Kristen
Przekład: Katarzyna Waller-Pach
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 2 lipca 2019
 
 

Za głosem Kristen


ROZDZIAŁ 1

Erika

Mama ujęłaby to tak: „Jeżeli coś cię zastanawia, zatrzymaj się i pomyśl”. Czuję zapach tostów francuskich. Słyszę pobrzękiwanie talerzy. Przystaję, żeby sprawdzić, która godzina. Nie ma jeszcze szóstej. Kristen przez całą noc się nie kładła. Nie po raz pierwszy.
Jednak zamiast przystopować i zadzwonić do byłego męża, co podpowiada mi głos wewnętrzny, truchtem przebiegam korytarz i wybieram skrót przez jadalnię.
Beżowe ściany toną w mroku. Smuga światła z sąsiedniej kuchni pada na porzuconą na stole torebkę Kristen. Ze środka wysunęły się portfel i pudełeczko miętówek. Dostrzegam prawo jazdy kogoś o nazwisku Adison albo może Madison. Kurczę, Kristen, przecież dobrze wiesz… Podchodzę, żeby wziąć to prawko, ale w tej samej chwili odpuszczam. Kristen jest normalną studentką i jak to zwykle bywa w college’u, nosi ze sobą fałszywy dokument tożsamości. Nie ma się o co kłócić. Po co psuć nasz ostatni poranek.
Staję w wejściu do mojej zazwyczaj uporządkowanej kuchni. Na białych marmurowych blatach pełno jest garnków, misek, opakowań po maśle i skorupek jajek. Na ciemnej drewnianej podłodze leży rozsypany cukier. Kristen ubijała śmietanę w glinianej misce. Nawet stąd widzę spore białe smugi na stalowej kuchence.
A oto i ona. Stoi przy wyspie na środku kuchni. Ciągle ma na sobie tę żółtą sukieneczkę, w którą była ubrana wczoraj wieczorem. Blond włosy wysuwają jej się z chaotycznej kitki. Jest boso, dzięki czemu widzę lawendowy lakier na paznokciach stóp. Na uszach ma bezprzewodowe słuchawki. Podśpiewuje do jakiegoś hip-hopowego kawałka i smaruje grube kromki chleba masłem orzechowym.
Moja głupiutka dziewczynka. Tak samo chciałoby się ją przytulić i udusić.
– Dzień dobry, słodziaku.
Jeszcze kilka kropli miodu na masło orzechowe. Kristen oblizuje palce i umieszcza kromki w skwierczącym maśle na patelni, cały czas przy tym miarowo kiwając głową.
Przemierzam kuchnię i klepię ją w drobne ramię. Wzdryga się, ale zaraz jej twarz rozkwita uśmiechem.
– Cześć, mamuś! – Zdejmuje słuchawki. Muzyka dudni jeszcze przez chwilę, aż Kristen przyciska klawisz komórki. – Gotowa na śniadanie? – Ma rozbiegane oczy, ale za tą pozorną wesołością widzę w nich wyraźnie mgiełkę niewyspania.
– Powinnaś być w łóżku. Spałaś w ogóle?
Podnosi filiżankę espresso i wzrusza ramionami.
– Spanko jest dla dzieci i staruszek. Hej, poczekaj, aż zobaczysz, co zrobiłam!
Poklepuję jej różowy policzek i obiecuję sobie, że później zadzwonię do Briana. Właśnie w takich chwilach, kiedy jej dziewiętnastoletnie nastroje zmieniają się tak szybko jak ulubione kawałki muzyczne, czuję wdzięczność, że mój były jest lekarzem.
– Ufam, że zamierzasz to posprzątać. – Milknę. Mój wzrok pada na ręcznie zrobiony transparent zawieszony na kuchennych szafkach:
Do widzenia, mamuś! Będziemy tęskniły! Xoxo
Nieważne, że ręce jej się kleją. Przyciągam ją do siebie i wdycham zapach miodu, masła i jej perfum Flower Bomb.
– Dziękuję, moje słodkie dziecko.
Cofa się i pokazuje na kleksik, który pozostawiła na moim blezerze.
– Ups! Wybacz!
Sięga do zlewu i już wyciera mój blezer kapiącą ścierką.
– Będziesz bardzo elegancko wyglądała w drodze, matulu.
I zanim zbiorę się, żeby wyjaśnić, że zmieniłam plany, odwraca się, wrzuca ścierkę do zlewu i skupia uwagę na patelni.
– Tak czy owak, pomyślałam, że powinnyśmy się pożegnać jak należy.
„Jak należy” – to fraza, jakiej użyłaby mama. Z tym, że to ja powinnam stać przy kuchence i przygotowywać pożegnalne śniadanie dla moich córek, a nie odwrotnie. Cholerny pan Wang! Jego poranny telefon kompletnie pokrzyżował nasze plany.
Kristen rzuca łopatkę na blat i prowadzi mnie do stołu, na którym są już przygotowane trzy nakrycia. Na środku stoi dzban z sokiem pomarańczowym, obok wazon z intensywnie różowymi kwiatami, niepokojąco przypominającymi piątaki lancetowate, które Annie posadziła poprzedniej wiosny przy tarasie.
Kristen odsuwa dla mnie krzesło i woła przez korytarz:
– Annie, rusz tyłek z łóżka!
– Kristen, ciszej, proszę. Chcesz obudzić cały dom?
– Przepraszam. – Chichocze. – Poczekaj, aż spróbujesz. To moje francuskie tosty z masłem orzechowym i bananami. Orgazm kulinarny gwarantowany.
Już mam zaprotestować, kiedy do kuchni wchodzi Annie, moja druga dziewiętnastoletnia córka. Jej ładna krągła buzia ma kolor terakoty, co zawdzięcza swoim latynoskim przodkom i letniemu słońcu. Długie czarne włosy tworzą kędzierzawą plątaninę. Mimo swoich 178 cm wzrostu w pasiastej piżamce i wielgachnych papuciach ciągle jest moją małą Annie. Podnoszę się od stołu i daję jej całusa.
– Dzień dobry, słodziaku.
– Czy ona w ogóle nie spała w nocy? – szepcze, a potem krzyżuje ręce na piersiach. Nabrała tego nawyku w trzeciej klasie, kiedy z przerażeniem odkryła, że jej piersi są już wyraźnie widoczne.
– Twoja siostra robi nam śniadanie – odpowiadam z uśmiechem, który, mam nadzieję, wpłynie na nią uspokajająco.
Annie mruczy coś niewyraźnie na widok kwiatów. Podchodzi do kuchenki, przy której Kristen umieszcza w rozgrzanym tłuszczu kolejną kanapkę z masłem orzechowym, i zdejmuje jej z włosów kleks bitej śmietany.
– Co robiłaś, Krissie? Miotałaś bitą śmietaną? – mówi łagodnym głosem, jakby zwracała się do kogoś bardzo wrażliwego.
– To moje pożegnalne śniadanie. Dla ciebie i mamy.
– Chcesz powiedzieć: dla mamy – odpowiada Annie.
Kristen patrzy na nią, a potem na mnie.
– Dobra – mówi i oblizuje palce. – Nasze pożegnalne śniadanie dla mamy, bo dzisiaj… obie wyjeżdżamy.
– O co chodzi, dziewczyny, czy komuś zachciało się przedłużyć wakacje? Ty, Annie, już na pewno nie możesz się doczekać powrotu na kampus, prawda?
– Taak – odpowiada, przeciągając sylabę. Wiem, że się denerwuje. Annie, moja domatorka, pewnie chce zamaskować fakt, że już trochę tęskni za domem. Odpuszczam.
Kristen polewa jeszcze tosty syropem i dekoruje sporą porcją bitej śmietany.
– Voilà! – Unosi talerz teatralnym gestem i podaje go Annie. – Bądź tak dobra i zanieś mamie.
Układając kolejną porcję na talerzu, Kristen szczegółowo relacjonuje nam wczorajszy wieczór z przyjaciółmi. Wymachuje rękami i zaśmiewa się. Trudno uwierzyć, że zaledwie tydzień temu to dziecko siedziało zamknięte w swoim pokoju i odmawiało jedzenia. Podejrzewam, że ona oraz jej utracony i odzyskany chłopak Wes zapewne się dogadali. Ale o nic nie pytam. Nie chcę wbijać szpilki w ten szczęśliwy balonik.
– Tańczyłam bez przerwy chyba ze trzy godziny! – Kristen tanecznym krokiem sunie od kuchenki do stołu, bujając trzecim talerzem. Opada na fotel obok mnie i pyta: – To o której ruszamy?
Kulę się cała. Najważniejszy powód, dla którego wybrałam rynek nieruchomości, to możliwość dostosowania terminów spotkań do meczów piłkarskich, koncertów i popisów tanecznych. A dzisiaj jest dzień przeprowadzki do college’u. Ale pan Wang… i Carter… i konkurs… i mój ranking.
– No właśnie chciałam coś powiedzieć na ten temat… – zaczynam, ale Kristen mi przerywa:
– Tak się cieszę, że nie muszę jechać pociągiem. – Nabija banana na widelec. – Gdzie zjemy lunch? Może w White Dog Café. Albo lepiej w Positano?
– A może zjadłybyśmy razem kolację. – Przenoszę wzrok z jednej córki na drugą. – No, bo właśnie się okazało, że dzisiaj przed południem mam jeszcze jedną prezentację, a to oznacza, że nie będziemy mogły wyjechać wcześniej niż około…
Widelec Annie opada na talerz.
– Nie możemy. Krissie ma po południu spotkanie organizacyjne.
Kristen wzrusza ramionami.
– Odpuszczę sobie.
– Nie. Nie możesz.
– To pojedźcie rannym pociągiem – proponuję – a ja wam jutro dowiozę rzeczy.
– Albo tato może nas odwieźć – podpowiada Kristen, ignorując to, co powiedziałam. – Dzisiaj ma wolny piątek, prawda?
Annie prycha.
– Jasne. Nawet jeżeli nie pracuje, będzie zajęty. I będzie to coś naprawdę ważnego, jak trening kondycyjny albo mecz tenisa, albo… jakaś nowa blondyna.
– Annie – ostrzegam, unosząc brodę. Córki wiedzą, że nie pozwalam na krytykowanie Briana. Kiedyś jednak łatwiej było go bronić. Wasz tato na pewno by tu był, ale ma ważną pracę. Ratuje ludziom życie. Ale teraz dzięki serwisom społecznościowym moje córki wiedzą, co ich ojciec robi w wolnym czasie. I nieczęsto jest to ratowanie życia.
– Przepraszam, ale taka jest prawda. – Annie krzyżuje ręce i patrzy na mnie błagalnie. – Mamuś, proszę. Musisz nas odwieźć.
Przechylam głowę.
– No, o co wam chodzi? Nigdy dotąd nie miałyście problemu z pociągiem.
Annie wzdycha.
– Domyślam się, że ten konkurs jest ważniejszy niż obietnica, którą nam złożyłaś.
Niemożliwe, żeby tak myślała. Poklepuję ją przyjaźnie po ramieniu.
– To nie fair, córeczko.
Podnoszę telefon.
– No dobra. Zadzwonię do pana Wanga i odwołam spotkanie.
Kristen sięga przez stół i przykrywa dłonią mój telefon.
– Poczekaj. Możemy jechać pociągiem, prawda, Annie? – Rzuca siostrze spojrzenie, a potem zwraca się znowu do mnie: – Jak stoisz w rankingu, mamciu? Jesteś już w pierwszej pięćdziesiątce brokerów na Manhattanie?
Wzdycham zadowolona, że przynajmniej jedna z moich córek mnie wspiera.
– Nie wiem. Chyba jestem sześćdziesiąta trzecia. – Nie mogę się oprzeć, żeby nie dodać: – Ale w przyszłym tygodniu zamykam jeszcze dwie sprzedaże.
– Rozwalisz ich, mamulu. Wygrasz ten konkurs, zobaczysz!
Macham ręką, udając, że jest mi to obojętne, ale myślę, że Kristen mnie przejrzała. Wygrana w tym konkursie byłaby dla mnie uwieńczeniem kariery i moje córki to wiedzą. Na szczęście jednak nie zdają sobie sprawy, że motywuje mnie głęboko skrywana uraza. Jeżeli wygram, nastąpi wreszcie boski dla mnie moment. Będę mogła zapytać Emily Lange, moją mentorkę, która dziewięć lat temu o mały włos zrujnowałaby mi karierę, jak teraz ocenia moje możliwości.
– Do trzydziestego kwietnia zostało całe osiem miesięcy. Jeszcze wszystko może się zdarzyć – mówię. Ale w głębi duszy oceniam, że właściwie to możliwe. Dzięki temu, że w Agencji Nieruchomości Lockwooda ktoś nieoczekiwanie przeszedł na emeryturę, lista moich klientów – i sprzedaży – wzrosła niebotycznie. Nie mogło to nastąpić w lepszym momencie, bo akurat rok temu, kiedy moje córki zaczęły college, pozostawiając w moim sercu i terminarzu ogromną lukę.
Telefon brzęczy. To znów pan Wang. Kładę komórkę ekranem do dołu.
– No, dalej! – odzywa się Kristen. – Zabieraj się do tej pierwszej pięćdziesiątki!
Czy powinnam odwołać prezentacje dla pana Wanga? Żołądek mi się kurczy. Carter się wścieknie, jak odkryje, że odpuściłam ośmiocyfrowy kontrakt. Poza tym, jak Brian mi z przyjemnością przypomina, dziewczyny nie są już dziećmi. Rok temu byłoby to nie do pomyślenia, ale teraz to już ich drugi rok na uczelni. Podróż pociągiem ich nie zabije. Odwracam się do Annie i ściskam ją za kolano.
– No, co powiesz, słodziaku?
– Nieważne. – Wykrzywia się w stronę siostry. – I tak już jestem przegłosowana.
Kristen się śmieje.
– Odżałuj to, siostro! – mówi i zwraca się do mnie: – Okej, mamuś, skoro masz zamiar nas dzisiaj olać, niech to przynajmniej będzie warte świeczki. Obiecaj, że wygrasz ten konkurs, żebyś w przyszłym roku była już gwiazdą nieruchomości i mogła powiedzieć każdemu, kto zechce ci pokrzyżować plany, żeby się pocałował w…
Podnoszę rękę.
– W porządku, obiecuję, że dołożę starań. Ale tymczasem jestem jeszcze ciągle pracownikiem Cartera Lockwooda. I wobec tego muszę iść do pracy. Strasznie mi przykro.
– Idź – odpowiada Kristen. – Oj, a czy możesz przelać mi trochę pieniędzy na konto?
– Znowu? A co zrobiłaś z tymi, które wpłaciłam w poniedziałek?
Moja córka pochyla głowę i wznosi oczy. Jej mina mówi: Nie złość się. Naprawdę nie mogłam się powstrzymać.
– Spotkałam na ulicy pana z pieskiem, który był taki chudziutki i smutny…
– Kristen. – Kręcę głową. Postanawiam jednak nie wspominać o sandałkach Tory Burch, które wczoraj wieczorem odsłaniały świeżutki pedicure. W końcu podstawowym celem mojej ciężkiej pracy jest możność zapewnienia córkom tego, na co mnie nigdy nie było stać. Wstaję z krzesła. – Prześlę ci pieniądze po południu. Na życie, a nie na pieski, zrozumiano?
Uśmiecha się szeroko i podnosi się.
– Zrozumiano!
Całuję ją w policzek.
– Dziękuję za przepyszne śniadanie. Kocham cię, słoneczko.
Annie podchodzi. Przygarniam jedną ręką ją, a drugą Kristen.
– Bądźcie grzeczne. – Cmokam każdą z nich w czoło i dodaję: – I dajcie z siebie wszystko.
To takie moje tradycyjne pożegnanie. Tak samo wyprawiała mnie z domu mama. Kiedy się odwracam, czuję przy sobie Annie.
– Odprowadzę cię.
Tłumię westchnienie i przygotowuję się na wykład mojej wysoce pryncypialnej córki.
 
Annie łapie mnie za ramię, jak tylko znajdujemy się poza zasięgiem wzroku i słuchu Kristen.
– Mamo – szepcze – widziałaś? Zupełnie ją roznosi!
Otaczam ją ramieniem.
– Tak. Wygląda na to, że znów jest szczęśliwa, prawda?
– Ale ona zupełnie nie panuje nad tymi nastrojami! To jest kompletna huśtawka. Bez przerwy tylko góra–dół–góra–dół. Zachowuje się tak samo jak podczas wiosennej sesji. Jak jakaś wariatka.
Chrząkam ostrzegawczo. Annie wie, że w tym domu nie przezywamy ludzi. Podnosi ręce w geście „poddaję się”.
– No dobrze. Kristen zachowuje się tak, jakby była dwubiegunowa czy coś. Serio, mamo. Nie mogę uwierzyć, że chcesz pozwolić, żeby w tym stanie jechała pociągiem.
– Po pierwsze, nikt tu nie jest „dwubiegunowy” – mówię, poprawiając jej włosy. Staram się okazać pewność, której wcale nie czuję. – A po drugie, nastolatki miewają wahania nastroju. Ale widzę, że się przejęłaś. Poproszę tatę, żeby nam polecił terapeutę. Kristen jest pod silną presją w szkole, bo to już drugi rok, i przez zerwanie z Wesem.
– Terapeutę? Mnie się wydaje, że jej potrzeba lekarza!
Sięgam po klucze. Postanawiam zignorować jej analityczne uwagi.
– Kristen źle znosi przeprowadzki. Poczuje się lepiej, jak już będzie na kampusie. – Zniżam głos i dodaję: – Ona ma przy sobie fałszywe dokumenty. Myślę, że wczoraj wieczorem piła.
– Chcesz mi powiedzieć, że po prostu nie wytrzeźwiała? – Annie przekrzywia głowę.
– Może tak, a może wypiła za dużo kawy.
Annie spogląda na mnie groźnie.
– Więc uważasz, że mamy tu problem z kawą?
Staram się zachować cierpliwość.
– Powiedziałam, że zadzwonię do taty, i zrobię to. Tymczasem postaraj się nie zamartwiać. Wszystko się jej poukłada. I ty będziesz w pobliżu.
Twarz Annie pochmurnieje. Serce mi mięknie. Kładę dłoń na jej policzku.
– Naprawdę przepraszam, kochanie. Proszę, spróbuj mnie zrozumieć. Ja po prostu… jestem rozdarta. Pan Wang to bardzo ważny klient. To będzie poważny kontrakt.
Annie patrzy na swoje pantofle i z założonymi na piersiach rękami kiwa głową.
– Przyjedźcie do domu na Święto Pracy i pojedziemy sobie do Easton.
I tu moja wrażliwa córeczka, która stara się chronić siostrę, nagle się rozjaśnia.
– Może będziemy miały szczęście i znowu wyłączą nam elektryczność?
Uśmiechamy się do siebie i chyba jednocześnie przypominamy sobie, jak spontanicznie wyskoczyłyśmy jesienią nad zatokę Chesapeake. Pod wieczór dojechałyśmy do naszego domu w Le Gates Cove i odkryłyśmy, że z powodu silnego wiatru nastąpiło zerwanie trakcji i nie mamy elektryczności.
Znalazłyśmy kilka świeczek, rozpaliłam w kominku i z Annie przy jednym boku, a Kristen przy drugim umościłam się pod stosem koców. Przy latarce czytałam im głośno fragmenty Małych kobietek, ich ulubionej książki z dzieciństwa. Córki wtuliły głowy w moje ramiona. Ich ciepłe ciała grzały mnie z obu stron, a ja czytałam coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie szeptem, do trzeciej nad ranem, z obawy, że jeśli przerwę, mogą się obudzić. Chciałam jak najpełniej smakować te cenne godziny. Tuliły się do mnie dwie osoby, które kochałam najbardziej na świecie, dwie istoty zawieszone między dzieciństwem a kobiecością.
A może dzisiejszy dzień też przeobrazi się w takie cudowne wspomnienie? Spoglądam na komórkę. Mogłabym napisać wiadomość do pana Wanga…
– Lepiej już idź – odzywa się Annie, jakby właśnie podjęła tę decyzję za mnie. – Zajrzę do Krissie. Pewnie robi suflet albo coś w tym stylu.
Uśmiecham się i kładę dłoń na jej cieplutkim policzku.
– Czy pomożesz Krissie posprzątać kuchnię, zanim wyjedziecie?
Annie klepie się po brzuchu.
– Znasz mnie przecież. Wiesz, że jestem mistrzynią w sprzątaniu jedzenia.
Annie… moja krąglutka córeczka. Ma szerokie biodra, pełne piersi i proporcjonalnie mocne uda. Jej budowa w wielu kulturach jest bardzo ceniona. A jednak w Nowym Jorku, mieście, do którego wciąż napływają modelki z ambicjami, Annie wytworzyła sobie wypaczony obraz pięknego ciała. W okresie dojrzewania zdecydowała, że jest tą nieatrakcyjną Blair, „tęgą, ciemnoskórą adoptowaną dziewczyną ze szczupłą blond siostrą”. To oczywiście jej opinia, nie moja. Starałam się, ale nigdy nie zdołałam jej przekonać, że widzę kogoś całkiem innego: naturalną piękność o cudownym wnętrzu, dar, który od pierwszego dnia mnie zachwyca, dziewczynkę, która niezależnie od DNA jest w pełni moją córką.
– Uwielbiam zdrowy apetyt mojej wspaniałej córci! – Poklepuję ją serdecznie, ona rewanżuje mi się tym samym i jeszcze raz przytulamy się na pożegnanie. – Miej oko na Kristen. Wyślij mi esemesa, jak już dojedziecie. – Zabieram torebkę z wieszaka. – Bądź grzeczna. Pokaż, na co cię stać.
 
Zamykam za sobą drzwi. W hallu jest zimno i niezwykle cicho. Idę do windy, ale nogi mam ciężkie, jakby to był koniec dnia, a nie początek. Ledwie zrobię kilka kroków, już mnie to dopada. Poczucie winy pracującej matki.
Przyciskam guzik windy. Robię nie to, co trzeba. Powinnam odwołać poranne spotkanie. Coś mnie zastanawia. Powinnam się zatrzymać i pomyśleć.
Drzwi windy się otwierają. Wchodzę do środka.