Żaden z utworów Johna Galsworthy’ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak “Saga rodu Forsyte’ów”. Trzeci tom powieści wszech czasów w nowym, pięknym wydaniu.


Saga rodu Forsyte'ów. Tom 3Londyn, 1886 rok. Spotkanie na zaręczynowym przyjęciu staje się początkiem dramatycznych zdarzeń, które na zawsze dzielą zamożną mieszczańską rodzinę Forsyte’ów, a ich losy przez następne kilkadziesiąt lat śledzimy w trzech tomach tej mistrzowskiej powieści.

Żaden z utworów Johna Galsworthy’ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak “Saga rodu Forsyte’ów”. Co decyduje o tym, że ta książka intryguje czytelników do dziś?

Krytycy pisali o epickim rozmachu i kronikarskim obiektywizmie, starannie wyważonej narracji, bezstronności i chłodnym dystansie w kreowaniu bohaterów. Zgoda, ale jest jeszcze jeden walor – psychologia. Mistrzowskie operowanie introspekcją, opisy wahań moralnych i uczuciowych, finezyjne wyrażanie stanów wewnętrznych, szczególnie w sytuacjach krańcowych – oto wartości, które decydują o tym, że “Saga rodu Forsyte’ów” brzmi ciągle świeżo i współcześnie.

To one sprawiły, że książka była wielokrotnie ekranizowana, a ostatnia wersja serialu na jej podstawie zainspirowała m.in. twórców “Downton Abbey”.

…za jego wybitną sztukę opowiadania, której najwyższą formą jest “Saga rodu Forsyte’’ów”.
Uzasadnienie przyznania Johnowi Galsworthy’emu w 1932 r. Literackiej Nagrody Nobla

John Galsworthy
Saga rodu Forsyte’ów. Tom 3. Przebudzenie. Do wynajęcia.
Przekład: Józef Birkenmajer
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera w tej edycji: 25 lipca 2019
 
 

Saga rodu Forsyte’ów. Tom 3


Interludium

Przebudzenie

Była godzina piąta po południu. Lipcowe słońce, oświetlając hall w Robin Hill poprzez grube okno w suficie, rzucało plamę blasku akurat na zakręcie szerokiej klatki schodowej. Pośrodku tej smugi świetlnej stał mały Jon Forsyte w błękitnym płóciennym ubranku. Włoski gorzały mu w tym oświetleniu; gorzały i oczy pod zmarszczonymi brewkami, bo oto malec — jak to już czynił niezliczone razy w oczekiwaniu na przyjazd ojca i matki — zastanawiał się, w jaki sposób po raz ostatni zejść schodami na dół. Czy przebyć cztery schody jednym skokiem, a pięć dalszych… na siedzeniu? To już przestarzałe! Po poręczy? Ale jak? Na buzi, nogami w przód? To już bardzo przestarzałe! Na brzuszku, boczkiem? Do niczego! Na plecach z rozkrzyżowanymi w dwie strony ramionami? Nie wolno! A może na buzi, głową w przód, w sposób nie znany dotąd nikomu poza nim samym?… Taki był powód zmarszczki na rozjaśnionej słońcem twarzyczce małego Jona…
W owym czasie — to jest w lecie 1909 roku — różne prostoduszne istoty, noszące się właśnie z myślą uproszczenia mowy angielskiej, nie wiedziały nic, rzecz prosta, o małym Jonie, w przeciwnym bowiem razie przyznałyby się doń jako do swego ucznia. Jednakże na tym świecie można wszystko aż nadto uprościć — bo oto prawdziwe imię chłopca brzmiało Jolyon, a jego żyjący ojciec i zmarły brat przyrodni z dawna już zagarnęli dla siebie dwa inne skróty: Jo i Jolly. Trzeba nadmienić, że mały Jon uczynił, co w jego mocy, by zgodniej z powszechną wymową nadać swemu imieniu najpierw formę Jhon, później zaś John; formę Jon przyswoił sobie dopiero wówczas, gdy ojciec wytłumaczył mu, że jest to konieczne.
Ojciec posiadał dotąd tylko część jego serca — część nie zajętą przez stajennego Boba, co grywał na harmonii, i przez niańkę zwaną „Da”, która w niedziele i święta przyodziewała fioletową suknię, a w życiu prywatnym, jakie dorywczo prowadzą i słudzy domowi, nosiła nazwisko Spraggins. Matka ukazywała się chłopcu jedynie na podobieństwo zjawy sennej — cudownie pachnąca, gładziła mu główkę przed samym zaśnięciem i czasami przycinała jego złotobrązowe włoski. Gdy sobie rozbił czoło o piec w dziecinnym pokoju, przyszła zatamować krew, a gdy dręczyły go złe sny, siadała na łóżku i tuliła główkę chłopca do swej szyi. Była mu droga, ale daleka, ponieważ „Da” była tak bliska, a w sercu mężczyzny trudno na raz pomieścić więcej niż jedną kobietę. Z ojcem, naturalnie, łączyły go też więzy szczególne] wspólnoty — mianowicie mały Jon roił sobie, że gdy dorośnie, zostanie również malarzem, z tą tylko maleńką różnicą, iż nie będzie malował obrazów jak ojciec, ale ściany i sufity, stojąc na desce pomiędzy dwiema drabinami, przepasany zapaćkanym fartuchem i owiany miłym zapachem świeżego wapna… Poza tym ojciec brał go z sobą do Richmond Park, gdzie chłopak mógł jeździć na kucyku, zwanym dla swej maści Myszką.
Mały Jon urodził się ze srebrną łyżką w buzi1 — może trochę za wielką i zbyt wygiętą. Nie zdarzyło mu się słyszeć, by ojciec lub matka zwracali się gniewnie czy to do siebie, czy do niego, czy do kogokolwiek innego; stajenny Bob, kucharz, Jane, Bella i reszta służby, a nawet „Da” — jedyna osoba nakładająca mu pewne hamulce — zwracając się do niego mieli szczególny ton głosu. Jon był przeto święcie przekonany, że świat jest siedliskiem doskonałej a nie ustającej uprzejmości i swobody.
Świadomość Jona — dziecka 1901 roku — zaczęła się kształtować właśnie wtedy, gdy jego ojczyzna po owym przykrym ataku szkarlatyny, jakim była wojna z Burami, przygotowywała się do liberalnego odrodzenia przypadającego na rok 1906. Surowość nie była w modzie, a rodzice mieli wzniosłe pojęcia na punkcie niczym nie skrępowanej swobody swego potomstwa. Połamali przeto rózgi, pobłażali dzieciom i już z góry entuzjastycznie przewidywali wspaniałe rezultaty tej metody. Poza tym mały Jon postąpił dobrze i rozsądnie, wybierając sobie na ojca miłego mężczyznę lat pięćdziesięciu dwóch, który poprzednio stracił jedynego syna, a na matkę kobietę lat trzydziestu ośmiu, której był synem pierworodnym i jedynym. Jeżeli nie został czymś pośrednim między pokojowym pieskiem a małym mądralą, zawdzięczał to uwielbieniu, jakie ojciec okazywał matce, gdyż nawet mały Jon mógł zauważyć, że nie była ona tylko — jego matką i że przy niej on sam grał dopiero drugie skrzypce w sercu ojca. Jakie zajmował miejsce w sercu matki, tego jeszcze nie wiedział. Co się tyczy „cioci” June (przyrodniej siostry w tym jednakże wieku, iż wyrosła z tego stosunku pokrewieństwa), ta, trzeba jej to przyznać, kochała go, ale traktowała zbyt obcesowo. Także i oddana mu „Da” miała gusta spartańskie: kąpiel przygotowywano mu chłodną, kolanka miał odsłonięte i nigdy go nie zachęcano, by roztkliwiał się nad sobą. Gdy szło o utrapioną kwestię wychowania, mały Jon podzielał zdanie tych, którzy uważali, że dzieci nie należy do niczego przymuszać. Czul sympatię do mademoiselle, która codziennie rano przez dwie godziny uczyła go języka francuskiego, historii, geografii i czterech działań. Nie były mu niemiłe i lekcje gry na fortepianie, udzielane przez matkę, ta bowiem umiała zachęcać go do uczenia się coraz nowych melodyjek, nigdy nie każąc ćwiczyć takiej, której nie lubił — tak iż chłopak wciąż palił się do zdobywania coraz to większej zwinności niezgrabnych dotąd paluszków. Pod okiem ojca uczył się rysować zabawne świnki i inne zwierzątka. Nie był wspaniale edukowanym chłopaczkiem. Jednakże — ogółem rzecz biorąc — srebrna łyżka nadal tkwiła w jego buzi nie przynosząc mu szkody, chociaż „Da” niekiedy twierdziła, że towarzystwo innych dzieci „dobrze by mu zrobiło”.
Jakież to było rozczarowanie, gdy pewnego razu — a było to w siódmym roku życia — uparł się przy czymś, na co ona się nie zgodziła i położyła go na obie łopatki! Ten pierwszy hamulec nałożony nieskrępowanej indywidualności Forsyte’a doprowadził chłopca niemal do szału. W tym beznadziejnie rozpaczliwym położeniu oraz w niepewności, na czym się to wszystko skończy, było coś przerażającego. A gdyby tak ona nigdy już nie dała mu powstać! Przez pięćdziesiąt sekund krzyczał wniebogłosy cierpiąc okrutne męczarnie. Najgorsze jednak — to przekonanie, że „Da” dopiero po upływie tego czasu uświadomiła sobie udrękę strachu, jaki przeżywał… I w ten oto straszliwy sposób unaocznił mu się brak wyobraźni istoty ludzkiej! Gdy dała mu powstać, był nadal przekonany, że „Da” popełniła rzecz straszną. Chociaż nie pragnął skarżyć się na nią, obawa, iż coś podobnego może się jeszcze powtórzyć, kazała mu odszukać matkę i powiedzieć:
— Mamusiu, nie pozwól, żeby „Da” jeszcze mnie kiedy tak przytrzymała na ziemi!
Matka, wznosząc nad głową ręce, w których trzymała dwa sploty włosów — couleur de feuille morte2, jak mały Jon nie nauczył się jeszcze ich nazywać — spojrzała na niego oczyma podobnymi do skraweczków jego brunatnej aksamitnej kurteczki i odrzekła:
— Dobrze, syneczku, nie pozwolę.
Mały Jon był zadowolony z tego jej wystąpienia w charakterze bóstwa opiekuńczego, zwłaszcza gdy spod stołu, gdzie w czasie śniadania oczekiwał ulubionego grzybka, usłyszał, jak mówiła do ojca:
— A więc czy ty powiesz „Da”, mój drogi, czy też ja mam to uczynić? Ona jest tak do niego przywiązana…
Na to ojciec odpowiedział:
— Tak, ale nie powinna okazywać tego w ten sposób. Wiem doskonale, jakie to uczucie, gdy jest się położonym na łopatki. Żaden z Forsyte’ów nie zniesie tego ani przez minutę.
Zdając sobie sprawę, że rodzice nie wiedzą o jego bytności pod stołem, mały Jon wpadł w zupełnie nowy dla niego stan zakłopotania i nie ruszył się z miejsca, mimo iż na grzybka miał ogromną ochotę.
Takie było pierwsze jego zanurzenie się w czarnych otchłaniach istnienia. Od tego czasu nie przeżywał już żadnych objawień — aż do dnia, gdy poszedłszy do obory, by napić się mleka wprost od krowy, udojonego właśnie przez Garratta, ujrzał cielątko Koniczynki… nieżywe! Nie dał się pocieszyć i w towarzystwie zaniepokojonego Garratta udał się na poszukiwanie „Da”; nagle jednak zrozumiał, że nie jest ona tym kimś, kogo mu trzeba, pomknął co tchu szukać ojca i wpadł w rozwarte ramiona matki.
— Cielątko Koniczynki zdechło! Och! Och! Takie jest flakowate!
Uścisk matki i jej słowa: „Ależ, dziecko, uspokój się, uspokój”, utuliły go w płaczu. Lecz jeżeli cielątko Koniczynki mogło zdechnąć… mogło się to samo przydarzyć każdemu stworzeniu… nie tylko pszczołom, muchom, chrząszczom i kurczątkom… i każde mogło stać się równie flakowate! Jakież to było straszne… i jak rychło poszło w niepamięć!
Następną przygodą, i to bardzo bolesną — którą matka pojęła znacznie lepiej niż „Da” — było „przysiedzenie” wielkiego trzmiela. Potem już przez cały rok nie zdarzyło się nic o istotnym znaczeniu aż do czasu, gdy po dniu fatalnego samopoczucia chłopak zakosztował choroby, na którą złożyły się: wysypka, łóżko, łyżka z miodem i mnóstwo mandarynek. Wtedy to cały świat rozkwitł nagle przed jego oczyma. Stało się to za sprawą „cioci” June; albowiem ledwo Jon stał się „kulawym kaczęciem”, June w te pędy przybyła z Londynu przywożąc książki, które wykarmiły jej wikingowską duszę, urodzoną w pamiętnym roku 1869. Książki te, sędziwe i wielobarwne, roiły się od przeokropnych zdarzeń. Ciotka czytała je małemu Jonowi aż do chwili, kiedy pozwolono mu je czytać samemu; wtedy zwiała do Londynu pozostawiając chłopcu cały stos tej lektury. Ta strawa wywoływała ferment w jego wyobraźni, aż w końcu nie myślał już i nie śnił o niczym innym, jak tylko o miczmanach, okrętach arabskich handlarzy niewolników, piratach, tratwach, kupcach drzewa sandałowego, maszynach parowych, rekinach, bitwach, Tatarach, Indianach, balonach, biegunach północnych i innych szaleńczych rozkoszach. Gdy pozwolono mu wstać, natychmiast olinował i omasztował swoje łóżko — od kasztelu przedniego aż po rufę — po czym odbił od okrętu i płynął w wąskiej wanience po zielonych wodach dywanu, aż dotarł do skały, na którą wdarł się za pomocą mahoniowych gałek otwierających jej szuflady, aby przytknąwszy do oka wysoką szklankę, rozejrzeć się po widnokręgu w poszukiwaniu zbawczych żagli. Później sporządził — niestety, na jeden tylko dzień — tratwę z wieszaka na ręczniki, tacki od herbaty oraz poduszek. Gdy przyniesiono mu kompot z renklod, nie wypił soku, ale zlał go do próżnej butelki od lekarstwa i zaopatrzył tratwę w otrzymany tak rum; postarał się też i o pemikan, sporządzony z nie dojedzonych kawałków kurczęcia, utłuczonych i wysuszonych nad ogniem, oraz o sok cytrynowy przeciwko szkorbutowi, wyciśnięty ze skórek pomarańczowych z dodatkiem odrobiny zaoszczędzonego soku. Innego dnia zrobił biegun północny z całej swej pościeli z wyjątkiem materacyka i dotarł do niego na łódce z kory brzozowej (w codziennym życiu była to krata sprzed kominka) po krwawym starciu z białym niedźwiedziem, zrobionym z materacyka i czterech kręgli przybranych w nocną koszulę „Da”. Wkrótce potem ojciec, pragnąc ustatkować wyobraźnię chłopca, przyniósł mu Ivanhoe, Bevisa, książkę o królu Arturze i Lata szkolne Tomka Browna. Jon wziął się do pierwszej z nich, po czym przez trzy dni budował, bronił i zdobywał zamek Front de Boeufa, grając w tym widowisku kolejno każdą rolę z wyjątkiem Rebeki i Roweny; nie brakło przy tym i przeraźliwych okrzyków: En avant, de Bracy!3 — i innych podobnych wezwań. Przeczytawszy książkę o królu Arturze stał się niemal wyłącznie sir Lamorakiem de Gallis, bo choć w książce było o nim niewiele, jednakże imię jego bardziej się chłopcu podobało od imion wszystkich innych rycerzy; uzbrojony w długą tykę bambusową, rycerz na śmierć zajeździł swego starego konia na biegunach. Bevis wydał mu się mazgajowaty; zresztą potrzebne tam były lasy i zwierzyna, tej zaś w pokoju dziecinnym brakło, pominąwszy dwa koty, Fitza i Pucka, które nie pozwalały na poufalenie się. Na Tomka Browna był jeszcze za młody. Toteż dom odetchnął z ulgą, gdy po czterech tygodniach pozwolono mu wychodzić na dwór.
W owym miesiącu — a był to marzec — drzewa szczególnie przypominały maszty okrętowe. Wiosna ta, czarowna dla małego Jona, stanowiła okres ciężkiej próby dla jego kolan, ubranek, nade wszystko zaś dla cierpliwości „Da”, zmuszonej prać, cerować i łatać jego odzienie. Codziennie, ledwo skończyło się śniadanie, rodzice, których okna wychodziły na tę stronę, mogli widzieć rezolutną twarzyczkę i jasne włoski synka, wybiegającego z pokoju lekcyjnego, przebiegającego taras i wdrapującego się na pień starego dębu. W ten sposób rozpoczynał on dzień, ponieważ przed lekcjami nie było czasu na dalsze wyprawy. Urozmaicony powab starego dębu nigdy chłopcu nie powszedniał; miał on maszt główny, maszt przedni i przymasztek i zawsze można było z niego schodzić po pionowych linach — czyli po sznurach huśtawki. Po lekcjach, kończących się o jedenastej, udawał się do kuchni po cienki plasterek sera, biszkopt i dwie renklody (zapas żywności dostateczny co najmniej na zaopatrzenie łodzi ratunkowej) i zjadał to w jakiś wymyślny sposób, po czym uzbrojony po zęby w strzelbę, pałasz i pistolety wyruszał na prawdziwą wyprawę poranną, spotykając po drodze nieprzeliczone mnóstwo handlarzy niewolników, Indian, korsarzy, lampartów i niedźwiedzi. O tej porze dnia rzadko widywano go inaczej, jak z kordelasem w zębach (wyglądał niby Dick Needham), wśród hucznej palby cynkowych kapiszonów. Niejednego ogrodnika ustrzelił ziarnkiem fasoli ze swej rusznicy. Wiódł życie czynne, pełne mocnych wrażeń.
— Jon staje się okropny — mówił pod dębem ojciec do matki. — Boję się, iż gotów się wykierować na marynarza lub inne ladaco. Czyś zauważyła u niego choćby ślad kultu dla piękna?
— Ani śladu…
— No, niebu niech będą dzięki, że go jeszcze nie ciągnie do kół i maszyn! Wszystko znieść mogę, tylko nie to. Pragnąłbym, żeby trochę więcej interesował się przyrodą.
— Ma wiele wyobraźni, Jolyonie.
— Tak… Krwiożerczej wyobraźni. Czy kocha teraz kogokolwiek?
— Nie, nikogo specjalnie… tylko wszystkich w ogóle. Nie narodziło się jeszcze dziecko tak kochające i kochane jak Jon.
— Bo to twój syn, Ireno.
W tejże chwili mały Jon, leżąc na gałęzi wysoko ponad głowami rodziców, ustrzelił ich oboje dwoma ziarnkami fasoli, jednakże ten urywek dosłyszanej rozmowy utknął niby trudny do strawienia kęsek w jego ptasim żołądeczku. Kochający, kochany, wyobraźnia, krwiożercza wyobraźnia!… Tymczasem liście zaczęły już tworzyć gąszcz — i oto nadchodził już dzień urodzin Jona, przypadający corocznie dwunastego maja, a pamiętny zawsze obiadem złożonym, z najulubieńszych frykasów, mleczka cielęcego, grzybków, makaroników i polewki imbirowej.
Wszakże pomiędzy owym dniem ósmych urodzin a godziną popołudniową, kiedy to Jon w smudze lipcowego słońca stał na zakręcie klatki schodowej, zaszło kilka ważnych wydarzeń.
„Da”, snadź strudzona ustawicznym szorowaniem kolan, chłopca, a może posłuszna owemu tajemniczemu instynktowi, który nawet niańki zmusza do rozstania się z wychowankami, zaraz nazajutrz po urodzinach Jona pożegnała się z nim wśród strumieni łez, by „wyjść” — całkowicie i zupełnie — „za jednego kawalera”. Mały Jon, przed którym do tej pory rzecz tę tajono, był niepocieszony przez całe pół dnia… Nie powinni byli trzymać tego przed nim w tajemnicy!… Dwa wielkie pudełka żołnierzy wraz z baterią armatek tudzież Młodzi trębacze, którzy znaleźli się pomiędzy prezentami urodzinowymi — wszystko to, wespół ze świeżym strapieniem, przyczyniło się do pewnego przewrotu, jaki dokonał się w chłopcu: zamiast osobiście szukać przygód i narażać własne życie, zaczął urządzać pomysłowe zabawy, w których wystawiał na szwank życie nieprzeliczonych zastępów żołnierzy cynowych, kamyków, kulek szklanych i ziarnek bobu. Z tych różnych postaci „żeru armatniego” czynił całe kolekcje i posługując się na przemian to jednymi, to drugimi, prowadził to wojnę siedmioletnią, to hiszpańską, to trzydziestoletnią, to jeszcze inne, o których czytywał w wielkiej Historii Europy, stanowiącej niegdyś własność dziadka. Wojny te — których przebieg, uzależniony od inwencji chłopca, mijał się niekiedy z prawdą dziejową — rozgrywały się na podłodze dziecinnego pokoju, do którego nikt nie mógł wchodzić z obawy, by nie pomieszać szyków królowi szwedzkiemu Gustawowi Adolfowi lub nie rozdeptać jakiejś armii austriackiej. Do Austriaków — ze względu na dźwięczność ich nazwy — był namiętnie przywiązany, toteż widząc, że tak mało mieli bitew zwycięskich, wymyślał przynajmniej w zabawie coraz to nowe dla nich triumfy. Ulubionymi jego generałami byli: Eugeniusz Sabaudzki, arcyksiążę Karol i Wallenstein; Tilly’ego i Macka, choć byli Austriakami, oczywiście trudno darzyć sympatią (Jon słyszał pewnego razu z ust ojca, że były to „operetkowe postacie”, jednakże nie bardzo rozumiał, co by to mogło znaczyć). Przepadał i za Tureniuszem, również ze względów eufonicznych.
Opisany okres — przyczyniający dużo zmartwień rodzicom, gdyż chłopak, zamiast biegać po dworze, bawił się w domu — trwał przez cały maj i połowę czerwca, póki nie położył temu kresu ojciec przynosząc Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka. Przeczytawszy te książki malec poczuł, że coś się w nim zmieniło, i wyruszył znów poza bramę domu, by rozpocząć zawzięte poszukiwania jakiejś rzeki. Ponieważ w Robin Hill z przyległościami nie było takowej, przeto zastąpić ją musiał staw, gdzie na szczęście znajdowały się lilie wodne, jętki, komary, sitowie i trzy krzaki łoziny. Po tym stawie — gdy ojciec i Garratt stwierdzili przy pomocy sondowania, że dno jest bezpieczne, a woda w najgłębszych miejscach dochodzi do dwóch stóp głębokości — pozwolono chłopcu jeździć w małej wywrotnej łódce; spędzał w niej całe godziny, to wiosłując, to znów leżąc na dnie, niewidoczny dla Indianina Joe i innych nieprzyjaciół. Ponadto na brzegu stawu zbudował sobie ze starych pudełek od biszkoptów wigwam, zajmujący powierzchnię bez mała czterech stop kwadratowych, a kryty gałęźmi. W szałasie tym palił maleńkie ogniska i piekł na nich ptaki, których nie ustrzelił ze swej flinty polując wśród pól i w zagajniku, albo ryby, których nie ułowił w stawie, ponieważ ich tam w ogóle nie było. To mu zajęło resztę czerwca i ów lipiec, gdy ojciec i matka bawili w Irlandii. Przez te pięć letnich, pogodnych tygodni, zostawiony sam sobie, wiódł samotne życie w świecie wyobraźni, za całe towarzystwo mając strzelbę, wigwam, łódkę i wodę; a chociaż mały, ruchliwy jego umysł uporczywie odsuwał od siebie pojęcie piękna, jednakże chwilami narzucało mu się ono, to przysiadając na skrzydełku jętki, to skrząc się na kwiatach lilii wodnej, to lejąc błękit w jego oczy, kiedy leżał na wznak w zasadzce.