“Tak czy inaczej” to zabawna, ciepła historia o miłości, dobrym jedzeniu i podążaniu za marzeniami. Katie Kelly znalazła się na ostrym życiowym zakręcie. Poniosła dwie dotkliwe straty, los pisze jednak zaskakujące scenariusze i daje Kelly jeszcze jedną szansę na szczęście…


Tak czy inaczejDwudziestodziewięcioletnia Katie Kelly jest w dołku. Ben Cole, miłość jej życia, przyjął posadę za granicą i złamał jej serce. Restauracja, w którą zainwestowała wszystkie swoje oszczędności, splajtowała. Katie pracuje teraz w domu opieki, a jej popisowym daniem jest beżowa pulpa dla pensjonariuszy. Z pewnością nie jest to życie, o jakim marzyła.

Kiedy więc pojawia się możliwość pracy dla jednego z najlepszych szefów kuchni w kraju, a przy tym idola Katie, z pełną determinacją rzuca się do walki o tę posadę. Okazuje się jednak, że jednym z jej rywali jest nie kto inny, jak Ben Cole…

Rozgrywka nabiera rumieńców, a Katie i Ben spędzają coraz więcej czasu razem. Niestety, tylko jedna osoba może wygrać, a Katie postanawia zrobić wszystko, żeby to do niej trafiła nagroda. Czy Katie uda się spełnić marzenia, a przy tym odzyskać miłość swojego życia?

Colleen Coleman
Tak czy inaczej
Przekład: Hanna Kulczycka-Tonderska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 3 lipca 2019
 
 

Tak czy inaczej

Rozdział pierwszy

– No, jesteś wreszcie, Katie Kelly! I znowu wszystko przez te twoje cholerne wydumki! – Moja szefowa Bernie trzaska nieodłączną podkładką z klipsem o kuchenny blat ze stali nierdzewnej i wskazuje palcem drzwi. – Do mojego biura! Natychmiast!!!
Już chcę coś powiedzieć, lecz zupełnie rozsądne i w tej sytuacji na miejscu pytanie: „Co takiego zrobiłam?” utyka mi w gardle. Mel i Zoe, patrząc na mnie, równocześnie ściągają brwi i unoszą do ust dłonie w niebieskich gumowych rękawiczkach. To nasz umówiony znak, żeby się zamknąć i robić swoje. Ten malutki gest solidarności oznacza jedno: mamy świadomość, że szurnięta Bernie nie jest dla nas godną posłuchu kierowniczką kuchni. O, nie! Jest walniętą despotką ogarniętą manią prześladowczą, więc lepiej po prostu zgadzać się ze wszystkim, co mówi. Przecież to tylko praca. Nie warto przez nią tracić nerwów. Ani tygodniówki. Ani też własnej godności tylko dlatego, że szefowa mnie nie znosi.
Dotarło! Mają rację.
Zamykam usta i naciągam siatkowy czepek głębiej na uszy, niby magiczny cylinder chroniący przed gradem słów, które na pewno spadną na mnie po drugiej stronie drzwi biura Bernie.
Mel zaczyna nucić pod nosem jakąś melodię: wesołą, napawającą optymizmem, wywołującą przyjemne rozmarzenie. Robi wszystko, aby podnieść mnie na duchu, wszystko, żebym nie zapomniała o wyższych celach.
Bo w tej najbliższej, w mojej obecnej rzeczywistości, jestem bezwolnym garkotłukiem, który przez osiem godzin dziennie przerabia ziemniaki na beżową grudkowatą breję w kuchni domu spokojnej starości.
Ja również zaczynam nucić. Staram się przywołać tę dalszą perspektywę, podejmuję próbę wyparcia nic niewnoszącej do mojej kariery zawodowej scenki rodzajowej, daleko odbiegającej od tego, co tygrysy lubią najbardziej.
Zoe chyba posiadła umiejętność czytania w moich myślach, bo woła za mną:
– Katie, pamiętaj, o czym rozmawiałyśmy… Bądź ponad to!
Odwracam się, uśmiecham blado i przytakuję skinieniem głowy. Cóż, robota jest wprawdzie kiepska, ale może nie najgorsza. Odkąd moja restauracja padła, właściwie tylko dzięki temu zajęciu jeszcze nie trafiłam na dno. Przecież, jak wciąż powtarzają moi przyjaciele, to w końcu jedynie praca na przeczekanie. Tylko dopóki nie stanę na nogi. Tylko dopóki nie znajdę czegoś innego. Jakoś to ciągnę, bo akurat nic innego mi się nie trafia. Dostałam już od losu szansę bycia swoją własną szefową i zawaliłam sprawę.
A teraz jestem tu, gdzie jestem: w domu spokojnej starości w Parklands. Szefowa od obierania ziemniaków. Naczelna od szorowania garów. Główna mikserowa bełtająca beżową grudkowatą breję, żeby stała się nieco mniej grudkowatą breją. Są jednak i dobre strony tej sytuacji: praca na pełny etat, pięć dni w tygodniu, nie najgorzej płatna. Mogę tu dojść na piechotę z domu koleżanki, u której teraz mieszkam, no i robię to, do czego mam kwalifikacje.
Hmm, nawet wysokie kwalifikacje… Ale zaraz, kto chodzi po prośbie, nie ma prawa marudzić. Zgodnie z tym, co oznajmiła mi Bernie podczas rozmowy o pracę, gotowanie to gotowanie, i tyle. Wrzucasz produkty do gara i wydajesz posiłki o czasie, nie przekraczając przy tym budżetu. Koniec kropka.
Biorę więc głęboki oddech i podążam za Bernie ze strefy przygotowywania posiłków w kuchni do jej biura. Przy każdym kroku przygryzam mocno wargi. Kiedy tylko przekraczam próg gabinetu, zatrzaskuje za mną drzwi.
– Czy zamierzasz wytruć naszych pensjonariuszy?! – krzyczy.
Nie mam najmniejszego pojęcia, o co jej chodzi.
Bernie wyciąga z kieszeni szczelnie zamykane plastikowe torebki i rzuca je na stół pomiędzy nas.
– Niedozwolony przemyt! O tym mówię! – Dźga palcem małe torebeczki pełne suszonych ziół. – Pietruszka, hę? Oregano? Rozmaryn? Tymianek? Nic się przede mną nie ukryje, uwierz mi, Katie. Znalazłam to wszystko upchane za puszkami z zupą. Już od samego początku miałam wobec ciebie pewne podejrzenia i, jak widać, nie myliłam się. – Zakłada ręce na piersi i wykrzywia się w szyderczym grymasie. – No, dawaj, Katie! Chętnie to usłyszę. Wprost nie mogę się doczekać, jak będziesz próbowała się od tego wykręcić. – Opiera się o stół z uśmiechem samozadowolenia.
– Przyznaję, to moje zioła. Przyniosłam je tutaj i dosypałam odrobinę, chciałam przyprawić zupę, żeby nabrała… no wiesz… trochę smaku.
– Ile razy jeszcze, Katie?! – Bernie wypycha policzek językiem, chwyta jedną z torebeczek, otwiera i zaczyna wąchać zawartość jak celnik na granicy. – My nie działamy w ten sposób. Zioła, przyprawy i inne nikomu niepotrzebne dodatki nie występują w naszych przepisach, a twoim zadaniem jest trzymać się owych przepisów co do joty. Tego polecenia najwyraźniej wciąż nie wykonujesz. Marnujesz też zbyt dużo czasu na pogawędki z pensjonariuszami. Twoja rola polega na gotowaniu i wydawaniu posiłków w taki sposób, jaki nam się podoba. To wszystko. A ty dajesz się wciągać w jakieś bezsensowne pogaduchy o najdrobniejszych szczegółach ich obecnego życia, z czego z kolei bezpośrednio wynika moje drugie pytanie: co z puddingiem pani Rosenblatt?
– Mogę to wytłumaczyć.
– Wiedziałam! – Bernie odsuwa się od biurka i klaszcze w dłonie. – Wiedziałam, że to przez ciebie, Katie, i tę twoją tak zwaną wykwintną kuchnię! Czy wiesz, co jej zrobiłaś? Dzisiaj rano siedziała w toalecie trzy godziny. Trzy godziny!!! Pielęgniarka myślała już, że staruszka dostała ostrej biegunki, i chciała ją zabrać do szpitala, ale ona odmówiła. Oświadczyła, że to za sprawą twojego puddingu.
– Doskonale! – Na moich ustach pojawia się uśmiech. – Pani Rosenblatt wyznała mi, że cierpi na obstrukcję, i poprosiła o pomoc. Byłam przekonana, że odrobina suszonych śliwek i przyprawionych na ostro drobno krojonych gruszek poskutkuje.
– Nie możesz tak robić! – Bernie zaciska dłonie w pięści. – Nie możesz łamać zasad, zmieniać dań z menu, przygotowywać potraw dla pensjonariuszy według własnych przepisów… My tutaj nie działamy w ten sposób.
– Więc chcesz, żebym meldowała się na czas w pracy, wrzucała składniki potraw do garnka, a mózg i serce zostawiała w domu?
– Dokładnie!
– Przykro mi, Bernie, tak nigdy się nie stanie.
Aż nią zatrzęsło. Cała się zapienia, a jej twarz zaczyna przybierać zabawne barwy. Wygląda jak piegowaty burak.
Nachyla się w moją stronę, dźgając palcem powietrze tuż przed moją twarzą.
– Niedobrze mi się robi na twój widok! Oświadczyłam już menedżerowi kuchni, że nie jestem z ciebie zadowolona. Opowiedziałam mu o bezustannych zmianach, które wprowadzasz, o tym, jak nie słuchasz moich poleceń, jak bez przerwy gadasz za moimi plecami, jak trawisz czas na paplaniu z pensjonariuszami podczas wydawania posiłków. Zgodził się, że jeśli tylko zgłosi się do nas ktoś, nawet o miernych kwalifikacjach, ty natychmiast stąd znikasz. Nie pasujesz tutaj i raczej nigdy nie będziesz pasować. Tolerujemy cię tylko dlatego, że nie mamy innego wyjścia. – Bernie zaciska zęby i patrzy na mnie wściekłym wzrokiem.
Zdaję sobie sprawę, że mówi to wszystko tylko po to, żeby zranić moje uczucia i wypróbować cierpliwość. Chce mnie przerazić, a może zastraszyć na tyle, bym zaczęła robić wszystko zgodnie z jej poleceniami. Ale, tak naprawdę puszczam jej słowa mimo uszu. I jestem tutaj jedynie dlatego, że akurat nie mam innego wyjścia.
Zamykam oczy i myślę o matce. Przywołuję obraz sprzed lat, gdy znalazłyśmy się obie na parkingu przed supermarketem. Jakiś walnięty kierowca podjechał do niej i zaczął się wydzierać, a ona przez cały czas tylko się uśmiechała. Kiedy było już po wszystkim, spytałam, dlaczego tak się zachowała. Czy nie powinna również na niego wrzasnąć? Czy nie powinna zacząć się bronić i też dać mu popalić? Odpowiedziała, że nie. Czasem lepiej się pośmiać z tych, którzy chcieliby nas zniszczyć. Dzięki temu tracą rezon.
Otwieram więc oczy i uśmiecham się do Bernie najszerszym, najszczerszym uśmiechem, na jaki mnie stać w tej sytuacji.
Czuję, że moja mama byłaby ze mnie dumna. A to sprawia, że uśmiecham się jeszcze szerzej.
Bernie potrząsa głową ze złością i niemal rzuca się na mnie.
– Wynocha! I zabieraj ten swój wielki, głupi wyszczerz ze sobą.
Otwiera z rozmachem drzwi. Jestem już wolna. Mogę wyjść.
– Zanieś pani Rosenblatt do pokoju na górę kanapkę z topionym serem, ale z samym serem, bez żadnych dodatków! Mogłabyś? Chyba możesz to dla niej zrobić po tym wszystkim, co przez ciebie wycierpiała?
Wychodząc z gabinetu Bernie, unoszę w jej stronę oba kciuki.
Nie ma jednak takiej możliwości, żebym zaniosła pani Rosenblatt kanapkę z niczym niedoprawionym topionym serkiem.
Za bardzo ją polubiłam. A przecież nie powinnam.

Rozdział drugi

– Witam, pani Rosenblatt! Słyszałam, że gruszkowy pudding wywołał małe zamieszanie.
Pani Rosenblatt z wesołymi ognikami w oczach zerka na mnie znad płachty gazety i mówi:
– Dzięki tobie czuję się jak milion dolarów.
Jest nienagannie ubrana, włosy ułożone ma w loczki à la Elizabeth Taylor, oczy podkreślone niebieskim cieniem uśmiechają się do mnie. Jej pokój jest zupełnie inny od pozostałych; wyobrażam sobie, że podobnie musi wyglądać wnętrze gniazda sroki. Pełno tu iskrzących się błyskotek wszelkich rozmiarów i kolorów, a wszystko odbija promienie światła i przyciąga wzrok. Mimo że pani Rosenblatt nigdy nie opuszcza pokoju, codziennie się maluje: różuje policzki i szminkuje usta, jakby zaraz miała wyjść na drinka poprzedzającego wizytę w teatrze.
Poprawia się na łóżku i teraz lepiej widać piękne obramowanie dekoltu ciemnoróżowej koszuli nocnej, wyszywane w pawie oka z cekinów. Uwielbiam przychodzić do niej w odwiedziny. Za każdym razem, kiedy przekraczam próg jej pokoju, odnoszę wrażenie, jakbym znajdowała się w grocie Świętego Mikołaja, jakby otaczający mnie świat był pełen magii i życzliwości, a ja powinnam tylko dbać o to, by dobrze się zachowywać i robić wszystko najlepiej, jak potrafię, i to wystarczy, żeby życie toczyło się jak należy. Zauważyłam, że za każdym razem, kiedy tu jestem, moje serce przestaje walić jak oszalałe. Czuję ukojenie już w chwili, gdy wchodzę do środka i zaczynam wdychać mieszaninę kwiatowych zapachów perfum i pudru. Odnoszę wrażenie, jakby czas się zatrzymał i nie mam już się czego obawiać, i wiem, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko ona mi to powie swoim zawsze dodającym otuchy melodyjnym głosem.
Stawiam tacę z jajkami w koszulkach i wędzonym łososiem na szafce przy wezgłowiu jej łóżka.
– Jest w tym mnóstwo kwasów tłuszczowych omega trzy – mówię. – Działają dobrze na mózg, serce i odporność organizmu. Trzeba wszystko zjeść.
– Chodź no tu do mnie. – Pani Rosenblatt wyciąga rękę. – Niech cię uściskam. Sprawiłaś, że starsza pani poczuła się naprawdę bardzo szczęśliwa. W miejscu takim jak to najmniejszy gest życzliwości robi ogromną różnicę. A więc dość już tego „pani Rosenblatt”. Martha. Mów mi po imieniu. Przyjaciółki powinny zwracać się do siebie po imieniu.
Robię to, o co prosi Martha, i na chwilę tonę w jej ciepłym, miękkim uścisku. Nie ma na świecie nic lepszego. Wokół unosi się woń świeżej pościeli i dżemu truskawkowego.
Zanim Martha zabierze się do śniadania, otwieram okno i zrywam kilka listków mięty pieprzowej z małego ogródeczka ziołowego, który założyła w skrzynce na parapecie okna.
– Dobre na trawienie – wyjaśniam. – Kilka listków do wrzątku razem z plasterkiem cytryny.
Martha bierze je ode mnie i głęboko wdycha świeży, słodki zapach.
– Och, jakie to radosne doznanie! Przypomina mi Maroko. Uwielbialiśmy z Oskarem włóczyć się po tamtejszych bazarach i napawać cudownymi zapachami miejscowych przypraw. Niebo! Tak, napar z mięty to będzie prawdziwy przysmak. Dziękuję ci, Katie! Rozpieszczasz mnie. – Wskazuje ręką gruby oprawny album fotograficzny, który uległ przekształceniu w coś na kształt albumu z wycinkami z gazet, zaproszeniami, biletami z koncertów, pocztówkami i prywatnymi listami, poutykanymi pomiędzy jego stronicami. – Bądź tak dobra i podaj mi go, to coś ci pokażę.
Zdejmuję album z niewielkiej półki na książki znajdującej się tuż obok szafy i podaję go Marcie.
Moja zmiana właśnie się kończy, więc siadam obok niej i razem wędrujemy przez jej wspomnienia. Wszystkie zdjęcia są bardzo dokładnie przyklejone do grubych stronic albumu, każde jest datowane i podpisane eleganckim ukośnym pismem Marthy. Jakże ciekawe było jej życie!
Przerzuca szybko kolejne stronice, dociera do połowy i klepie dłonią niewielkie zdjęcie z postrzępionymi brzegami, o zmatowiałych ze starości kolorach. Jest na nim wiele lat młodsza Martha z włosami ułożonymi w nieskazitelne fale oraz mężczyzna z wąsikiem detektywa Poirota, uśmiechający się szeroko do aparatu, prowadzący wielbłąda gdzieś na pustyni.
– Kair. To był nasz miesiąc miodowy. Oskar stwierdził, że powinniśmy rozpocząć życie małżeńskie od jakiejś szalonej przygody, i tak właśnie uczyniliśmy. Na samym początku byłam temu przeciwna, bo to jednak zbytnia rozrzutność. Protestowałam, ale Oskar nic sobie z tego nie robił. Oświadczył zdecydowanie: „Ruszaj w podróż, kup buty, ciastko zjedz!”. To była jego dewiza i, jak mi Bóg miły, żył zgodnie z nią! Wyruszyliśmy więc w tę podróż. Przyjechałam do Egiptu jako nowo poślubiona żona, a opuściłam go jako oczekująca narodzin dziecka przyszła matka. Co to była za awanturnicza przygoda! Oskar Rosenblatt! Ten to umiał pokazać dziewczynie, jak dobrze się bawić!
Martha zamyka z czułością album i odkłada go w specjalnie dla niego przeznaczone miejsce. Potem, gdy przegląda kolejne stronice gazety, prowadzimy luźną rozmowę o filmach, książkach i wakacjach, o pracy i cenach domów, strajkach w liniach lotniczych – o wszystkim po trochu. Ja zajmuję się w tym czasie pielęgnacją jej miniogródka za oknem: podlewam zioła i zrywam kilka listków dla siebie. Nigdzie mi się nie spieszy. Niczego nie muszę zrobić natychmiast, nigdzie nie muszę się znaleźć już teraz, zaraz. Odkąd zostałam zmuszona do zamknięcia restauracji, miałam nieskończenie dużo wolnego czasu, po raz pierwszy w życiu. Wiem, że większość ludzi pewnie pomyśli, że to godne pozazdroszczenia, lecz osobiście tego nie znoszę. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że jako restauratorka byłam poślubiona mojej pracy, więc po wszystkim poczułam się tak, jakbym została wyrzucona i opuszczona z powodu nieodwzajemnionej miłości. Bo przecież, Bóg jeden wie, kochałam tę restaurację, oddałam się jej całkowicie. Odcięłam się od innych spraw, żeby bez reszty poświęcić się pracy. Dla mnie naprawdę było to jak w przysiędze „dopóki śmierć nas nie rozłączy” – choć ostatecznie skończyło się na „dopóki dług nas nie wykończy”…
Cały ten ciągnący się bez końca, spędzany w bezsensownym oczekiwaniu czas był dla mnie czymś najgorszym, co może się przytrafić. Czymś, na co nie byłam przygotowana – pojawił się nagle w wyniku mojego prawie bankructwa oraz utraty i pracy, i firmy. Nie spędzałam już czasu produktywnie, co wywoływało jeszcze większą frustrację. Jego nadmiar usiłowałam spożytkować, studiując w małych delikatesach ceny produktów, na które nie było mnie stać, przeglądałam wszystkie kanały kulinarne, przeszukiwałam Instagram i Pinterest, zdzierałam zelówki, przemierzając najdłuższą możliwą trasę powrotu do domu, która zawsze nie wiedzieć czemu prowadziła obok mojej zamkniętej restauracji. Zaciągnięte zasłony, w oknie tablica z napisem „Do wynajęcia”. Możliwość dowolnego dysponowania czasem przy jednoczesnym niedysponowaniu pieniędzmi to zero przyjemności. Ja po prostu musiałam być bez przerwy zajęta, mieć plan działania, powód działania, cel działania. Przedtem poiłam, karmiłam, usypiałam, kąpałam i czekałam, aż się odbije mojemu dzieciaczkowi – mojej restauracji. Pochłaniała każdą chwilę mojego życia. W godzinie nie wystarczało minut, w dniu brakowało godzin. Nie miałam czasu ani dla siebie, ani dla rodziny, ani dla mojego chłopaka Bena. No cóż, to właśnie mi powiedział tuż przed wyjazdem za granicę, w pogoni za własnymi marzeniami. Teraz, kiedy jest już po wszystkim i z Benem, i z restauracją, czuję się kompletnie zagubiona. Pojęcia nie mam, co powinnam ze sobą zrobić.
Żeby znaleźć jednak jakieś pozytywne strony tej sytuacji, sądzę… hmm… że przede wszystkim mam obecnie mnóstwo czasu, by robić to, na co brakowało mi go wcześniej. Mogę chodzić do siłowni albo na randki, mogę zająć się jakimś ciekawym hobby.
Prawda jest jednak taka, że nie jestem zbyt dobra w zagospodarowywaniu czasu, który wpadł mi w ręce. Nie mam ochoty ani na wyciskanie sztangi, ani na przesiadywanie w pubach z obcymi facetami, ani na zgłębianie sekretów malowania akwarelkami.
Mam ochotę jedynie na zostanie szefem kuchni. I wątpię, żeby to się zmieniło. Teraz, kiedy nie mogę tego robić… no cóż… zabijanie czasu jest dla mnie równoznaczne z zabijaniem siebie. To, co miałam wcześniej, było jedynie chwilowym pobytem w niebie. Miałam chłopaka, którego kochałam, robiłam karierę, która przyprawiała mnie o dreszcz emocji. Każdego. Kolejnego. Dnia. Utrata tego wszystkiego stała się dla mnie piekłem. Więc, jak sądzę, jestem teraz udupiona przy szorowaniu pyr w tym czyśćcu, dopóki w końcu coś mi się nie trafi.