„Co zrobię z Yeti, kiedy już go znajdę? Powinienem umieścić go w ZOO, ugościć w swoim domu, a może zamknąć w muzeum?” Daniel C. Taylor przez niemal 60 lat badań zadawał sobie te pytania, które doprowadziły go do wyjaśnienia zagadki legendarnego człowieka śniegu.


Yeti. Jak poszukiwania legendarnegoBadacz znalazł odpowiedź w dolinie Barun – najbardziej dzikiej dżungli Nepalu, miejscu, gdzie w duchu idei Thoreau człowiek żyje w harmonii z naturą, korzystając z jej darów i otaczając ochroną.

Dzięki determinacji i zaangażowaniu Taylora, w Himalajach utworzono kilka parków narodowych i krajobrazowych, wytyczono także największy w Azji obszar chroniony.

Poszukiwania Yeti dały początek nowym sposobom dbania o najbardziej zagrożone rejony naszej planety, a jednocześnie przyniosły rozwiązanie odwiecznego dylematu: kim (lub czym) tak naprawdę jest Yeti – fascynującym zwierzęciem człekopodobnym czy może symbolem czegoś głębszego, co drzemie w każdym z nas?

***

Reportaż, który wbija w fotel! „Marzy mi się taka podróż! Marzy mi się zobaczyć i przeżyć tę samą dzicz, co Taylor. Zazdroszczę mu. Na szczęście mamy tę książkę, która jest nie tylko relacją z niesamowitych poszukiwań Yeti, ale też dowodem na to, że jedna podróż i jeden człowiek mogą zmienić świat”.
Łukasz Długowski, autor książki „Mikrowyprawy w wielkim mieście”

Daniel C. Taylor
Yeti. Jak poszukiwania legendarnego Człowieka Śniegu uratowały Himalaje
Przekład: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 17 lipca 2019
 
 

Yeti. Jak poszukiwania legendarnego


Idź i szukaj za Górami –
Coś przepadło za Górami
Przepadło i czeka na ciebie. Idź!
 
Poszedłem więc, zniecierpliwiony tak,
Nie mówiąc nic sąsiadom,
Wykradłem się, z plecakiem i końmi –
Zostawiłem ich pijących w mieście.
A wiara, która porusza góry
Nie łagodzi trudów
Na pierwotnym górskim szlaku
W dół i w górę.
 
A głos, zły jak Sumienie,
Wieszczy nieprzemijające zmiany
W jednym upartym Szepcie,
Co wzywa w dzień i w noc,
„Coś przepadło. Idź, znajdź to…”.
RUDYARD KIPLING

 

Zagadki i wyzwania. Wstęp

HISTORIA TA ZAKREŚLA ŁUK od mojego dzieciństwa w Himalajach, kiedy odganiałem małpy od moich zabawek, aż do założenia dwóch parków narodowych u podnóża Mount Everestu. Tym, co połączyło odganianie małp od zabawek i parki narodowe pod Mount Everestem, jest Yeti.
Tajemniczy Yeti według himalajskich legend jest człekopodobnym zwierzęciem zamieszkującym śniegi w pobliżu Mount Everestu. Legendy zmieniły się w poważne badania z powodu śladów stóp. Żadne opowieści nie zostawiają śladów – dlatego, skoro istnieją ślady, musi istnieć również istota, która je zostawiła. Odciski stóp zaś o tym samym wzorze, pojawiające się na przestrzeni ponad stu lat, stanowią dowód, że nie jest to jeden dziwaczny zwierzęcy trop, ponieważ gdyby ślady zostawił jakiś pojedynczy wynaturzony egzemplarz, po latach ta istota by umarła, a charakterystyczne odciski przestałyby się pojawiać. Ponadto odnajdywanie śladów o tym samym wzorze, ale w różnych rozmiarach, sugeruje, że zostawia je jakaś populacja.
Moja książka objaśnia, jakie zwierzę zostawia te ślady. Kiedy zacząłem badania, istniały już liczne wyjaśnienia. Odciski mógł zostawić nieznany dzikolud, który od ponad stu lat unika rozpoznania. Mogły pochodzić od nieznanego zwierzęcia, nieczłekokształtnego, spokrewnionego może z gigantyczną pandą lub gorylem, do którego śladów są intrygująco podobne. Trzecie wytłumaczenie brzmi, że ten, kto je zostawił, jest znany, ale jeszcze niezidentyfikowany jako posiadacz odcisków stóp wyglądających na ludzkie. I, oczywiście, czwarta możliwość – Yeti jest zmaterializowanym duchem: nie zwierzęciem, ale istotą nadnaturalną, która według nauki nie może, nie ma prawa istnieć.
Wiarygodności debacie dodają ślady stóp. Fakt, że ślady stóp odnaleziono, nigdy nie został podany w wątpliwość. „Coś” musiało te ślady zostawić. Dziś nadal ludzie znajdują tajemnicze odciski. Co i raz ktoś robi im zdjęcie. I tak, Yeti żyje naprawdę, ponieważ wyimaginowane zwierzęta nie zostawiają śladów. Ślady zostawiają tylko prawdziwe zwierzęta. Dlatego, tak jak Mount Everest, Yeti „gdzieś tam” jest, więc tak jak ci, którzy próbowali wspiąć się na Mount Everest, ja zacząłem szukać wyjaśnienia odcisków stóp.
W ramach moich poszukiwań odkrywałem ślady. Uśpiłem istotę, która je zostawiała, i powielałem w gipsie modelarskim najwcześniejsze odciski, szczególnie te znalezione przez słynnego Shiptona w 1951 roku. Rozwiązywanie zagadki trwało od 1956 do 1983 roku. Przeszukałem 2,5 tysiąca kilometrów Himalajów, ich południowe zbocza (Indie, Nepal, Bhutan) i północne stoki w chińskim Tybecie. Podczas kilkudziesięciu wspaniałych wypraw w ciągu 50 lat odwiedziłem prawie każdą dolinę przecinającą góry i nauczyłem się wielu lokalnych narzeczy.
Ale, ku mojemu zaskoczeniu, rozwiązanie zagadki śladów stóp nie wyjaśniło „kwestii Yeti”. Kiedy w latach osiemdziesiątych informacje o moich odkryciach obiegły media na całym świecie, uświadomiłem sobie, że Yeti to zarówno symbol idei, jak i prawdziwe zwierzę. Moje poszukiwania ewoluowały. Badałem koncepcję większą niż himalajska zagadka: kwestię relacji ludzkości ze środowiskiem naturalnym. Przez „naturalny” rozumiem świat nieopanowany przez ludzi, ten, w którym natura żyje. Yeti jest zatem nie tylko stworzeniem zostawiającym ślady, ale też symbolem ludzi żyjących w zgodzie z naturą.
Dorastałem w latach pięćdziesiątych na skraju indyjskiej dżungli. Była to dzika dżungla, z której atakowały zwierzęta, fascynujący świat, i pod opieką dziadka i ojca nauczyłem się w nim poruszać. Jednak tamten dziki świat, jak dżungla, już prawie przestał istnieć, a moje poszukiwania doprowadziły do odnalezienia innej dziczy, tej, która ciągle nam towarzyszy. Teraz zagrożenie stanowią istoty ludzkie. To my jesteśmy niebezpieczni, ty i ja, ponieważ dawne środowisko naturalne zmieniliśmy w inne – bakterie, których nasze leki nie potrafią zwalczyć, gospodarkę, która jest nieprzewidywalna, społeczeństwa, w których ludzie wykorzystują własne ciała do przenoszenia bomb, zmieniający się klimat, który sprawia, że zmienia się wszystko.
Porzuciwszy Naturę, która niegdyś nas żywiła, ale nie pozostawała pod naszą kontrolą, wkroczyliśmy obecnie w nową rzeczywistość, nad którą również nie potrafimy zapanować – i która stanowi prawdziwe egzystencjalne zagrożenie. Kiedyś baliśmy się naturalnej dziczy, teraz powinniśmy się bać dziczy stworzonej przez człowieka. W miarę jak środowisko naturalne się zmienia, tropy zostawiane przez ludzką egzystencję tworzą ciągły ślad naszego życia przebiegający przez to większe życie, nad którym nigdy nie umieliśmy zapanować. Podróż ta jest podstawowym wymiarem istnienia. W tym świecie szklanych ekranów, który właśnie sobie zbudowaliśmy i w którym obrazy mogą być prawdziwe lub stanowić „efekty specjalne”, poza szklaną taflą, w tej potężniejszej egzystencji, wyrasta dziki świat, którego człowiek nie zaplanował, ale który z całą pewnością stworzył.
A po wyjaśnieniu śladów stóp i odkryciu pozostałości starego naturalnego świata, gdzie żyje zwierzę, odbyłem z wieloma kolegami po fachu podróż, która doprowadziła do powstania parków narodowych. Podeszliśmy do tego nie w zwykły sposób, by chronić gatunki zwierząt (w tym przypadku Yeti i jego sąsiadów z dżungli), lecz odnajdując nowe podejście w zarządzaniu parkami narodowymi. Skoro istota Natury zmieniła się z powodu człowieka, to do życia zgodnie z tym nowym charakterem potrzebna jest nowa metoda, by zmienić ludzkie działania.
W Nepalu i chińskim Tybecie, położnych pomiędzy największymi populacjami ludzkimi Indii i Chin, zaszczepia się nowy sposób życia z Naturą. Zapoczątkowany został w Parku Narodowym Makalu–Barun w Nepalu, gdzie odkryto sekret Yeti. Rok później przeniknął do Obszaru Chronionego Annapurny; oba projekty przyjęły nową strategię ochronną dla całego Nepalu, nadzorowaną przez nepalskich naukowców i urzędników, daleko wychodzącą poza sposób prowadzenia parków, kiedy zajmowała się nimi armia. W Tybetańskim Regionie Autonomicznym przylegającym do dżungli Yeti, ludziom ufa się w jeszcze większym stopniu. Powstał Narodowy Rezerwat Przyrody Czomolungma (Mount Everest), ówcześnie największy obszar chroniony w Azji. Akcja nabrała rozmachu i założono osiemnaście kolejnych rezerwatów w Tybecie, niektóre znalazły się wśród największych na świecie. Razem chronią „najwyżej położony region Ziemi dla najwyższych potrzeb Ziemi”.
Skupione na człowieku podejście do ochrony przyrody było wówczas prawie herezją (mimo że kilka lat wcześniej zostało omówione na Trzeciej Światowej Konferencji o Obszarach Chronionych na Bali). Największe organizacje ekologiczne i sławni uczeni rozmawiali o pomyśle, ale go jeszcze nie wdrożyli. Potrzeba nowych bezpośrednich relacji ze środowiskiem naturalnym nie dotyczy tylko powstających parków, ale całego świata. Przy podejściu skoncentrowanym na ludziach ochrona środowiska może się rozwinąć na szerszą, naprawdę globalną skalę i jednocześnie najniższym kosztem. W miarę jak przez ostatnie ćwierć wieku pojawiało się coraz więcej dowodów, podejście skupione na ludziach zaczęło być powszechnie akceptowane.
W 1985 roku mieliśmy odlewy gipsowe, które pasowały do nieznanych śladów. W 1992 roku dzięki tropowi powstały parki narodowe i obszar w sercu Himalajów został objęty ochroną. Tej osobistej historii poświęciłem wcześniejszą książkę, Something Hidden behind the Ranges (San Francisco 1995). Opisałem też tworzenie parku narodowego, a szczególnie rozszerzanie go na Tybetański Region Autonomiczny, w dwóch innych książkach: w rozdziale 20 Just and Lasting Change: When Communities Own Their Futures (Baltimore 2016, wyd. II) oraz rozdziale 8 Empowerment on an Unstable Planet: From Seeds of Human Energy to a Scale of Global Change (Nowy Jork 2012).
Mimo to Yeti jednak nadal mnie interesuje, nie jako zwierzę, ale jako symbol i idol. Symbol i idol mają moc, ponieważ tę moc nadaję im ja – ja, który jestem; są wezwaniem do pełniejszego życia. Ten trop Yeti zgłębia kwestie liczącego trzy miliony lat pochodu istot ludzkich, które codziennie oddzielają nas od pradawnej natury. Dlatego w 2010 roku wróciłem do poszukiwań Yeti; minęło 55 lat od pierwszego razu. Wkroczyłem do już znajomych, chronionych na zawsze dolin, które nanieśliśmy na mapę podczas dziesięcioleci tworzenia parku. W czasie tych osobistych poszukiwań w chronionych obecnie dolinach znalazłem dzikie zwierzęta: teraz było ich więcej, a pierwotne środowisko mocniej tętniło życiem, niż kiedy „odkrywaliśmy” doliny.
Czy Yeti to fasada? Tak, dla pewnych „rzeczy” wymagających wyjaśnienia. Czy Yeti to maskotka? Tak, symbol naszego zaginionego ogniwa ewolucyjnego. Tak więc, czy Yeti ciągle jest zagadką? Jeszcze raz tak: niepokojącą zagadką. Podczas moich pielgrzymek dotarłem tam, gdzie planeta wyrasta prosto do nieba, przemierzałem największą dzicz na Ziemi. Poszedłem szukać za górami, zniecierpliwiony, „wykradłem się z plecakiem i końmi” oraz „wiarą, która porusza góry”.
A dziś to wezwanie do zrozumienia może być ciągle aktualne, jeśli każdy z nas będzie szukał. Natura znajduje się poza naszą kontrolą; procesy życiowe angażują siły większe niż DNA. Podwójna helisa owija to zaproszenie, splatając spirale mitu z nauką, prowadząc do wyjaśnienia, które opisuje nie protoplazmę, ale fundament całego istnienia: Boga, Brahmę, Qi, Allaha, Gaję, Drogę, cokolwiek. Siły te dają odpowiedź, skąd ty i ja pochodzimy, wyjaśniają stratę i oczekiwanie… coś ukrytego, do czego wszyscy musimy dojść.
W przytulnej kawiarence albo miejskim apartamencie przychodzi pokusa, by uwierzyć, że to, co sobie ukształtowaliśmy jako miejsce do życia, zbudowany przez człowieka świat miast z naszymi domami, jest lepsze niż łono Natury. Ale prawdą jest, że to zbudowane rękami człowieka środowisko nadal funkcjonuje w Naturze. Za naszymi zamkniętymi drzwiami żyją siły, moce tak potężne, że miliard lat temu zmieniły zwykłe atomy w świadomą formę życia. Siły, które stworzyły naturę samego Życia, nie zniknęły. One stworzyły naturę z ogromnej energii, z której nadal czerpiemy. Mogę myśleć, że żyję za tymi drzwiami, ale czy żyję prawdziwie wtedy, kiedy oczekuję tylko, że nie zabłocę butów, lub kiedy podkręcam (lub przykręcam) klimatyzację, bez względu na to, jak przegrzana jest planeta? Nie, nigdy nie porzuciliśmy natury; ona idzie do nas, nawet przez zamknięte drzwi.
Tak więc podczas tych dwóch wypraw, kiedy wróciłem na pielgrzymkę do krainy Yeti, otworzyłem drzwi, przekroczyłem próg i wszedłem do chronionych dolin. Wracając do pierwotnej przyrody, przeszukując ponownie dżungle i lodowce, wędrowałem przez najwyższe góry i najgłębsze doliny w poszukiwaniu żyjącego tam wciąż dzikoluda. I odkryłem coś, co umknęło mi, gdy jako dziecko bawiłem się w głuszy. Książka opowiada o tej podróży.
Przedstawione tu rozmowy odtwarzałem z pamięci. Gdy przez wszystkie lata poszukiwań toczyłem te dyskusje, kodowałem w umyśle płynącą z nich naukę. W wielu przypadkach dosłowne sformułowania zaczerpnąłem z notatek, ponieważ w tamtych czasach prowadziłem prywatny dziennik. W innych czerpałem słowa z luźnych zapisków, w których streszczałem wydarzenia na gorąco, a które przez lata nabrały większego znaczenia, tak jak historia zagadki, którą wyczytałem w gazecie w wieku jedenastu lat, doprowadziła mnie do szerszego zrozumienia wyzwań, jakie stawia życie.
A teraz, przed rozpoczęciem lektury tej historii, chciałbym dokonać dwóch prezentacji. Po pierwsze, pozwólcie sobie przedstawić zwierzę „Yeti”, ale teraz jako zwierzę o konkretnej nazwie. Yeti w mojej książce jest postacią o potrójnej tożsamości: zwierzęcia, zagadki i symbolu. Dlatego właśnie jest pisany dużą literą. Następnie przedstawiam wam krainę, gdzie Yeti zostawia ślady stóp: Himalaje, siedzibę śniegów (z sanskrytu: himá – śnieg, ālaya – siedziba). Gdy przybyli tu Brytyjczycy, zbzikowali na punkcie gór, zmienili nazwę na Himalaje, zdobywali kolejne szczyty. Ale dla ludzi, którzy od wieków żyli w upałach u ich podnóża, była to odnawiająca się siedziba, cel pielgrzymek, miejsce, gdzie mieszkają ożywione duchy i gdzie można znaleźć recepty na życie (takie jak recepty przypominającego Yeti Hanumana). Książka, w takim rozumieniu, opowiada o Himalajach – miejscu, a nie Himalajach – górach.
Zapraszam czytelnika w głąb tej zagadki i magii. W tych poszukiwaniach jest „coś” (Yeti), co jest czymś więcej niż „ja” (ty, czytelnik, oraz ja, poszukiwacz). Ta energia i to zwierzę wzywają: W jednym upartym Szepcie, co wzywa w dzień i w noc, „Coś przepadło. Idź, znajdź to…”.

1. Przybycie do dżungli Yeti

LUTY 1983 ROKU. Stoję u wejścia do doliny Barun. „Nie ma w Nepalu dzikszej dżungli niż Barun”. Tak powiedział mi dwa lata wcześniej Jego Wysokość król Nepalu. Jego uwaga nie dziwi, ponieważ to właśnie tutaj wiele lat temu Ted Cronin i Jeff McNeely odkryli Yeti na górskim grzbiecie. Od czasu ich odkrycia żaden poszukiwacz Yeti nie zbadał tej dżungli. Nie odmówiono im zgody, bo też nikt o nią nie prosił. Poszukiwania skupiały się w wysokich pokrytych śniegiem partiach gór, gdzie w 1951 roku Eric Shipton zrobił słynne zdjęcie odcisku stopy strasznego śnieżnego człowieka.
Jego Wysokość powiedział mi:
– Można nazwać Yeti śnieżnym człowiekiem, ale bez względu na to, co zostawiło ślady, zwierzę to musi mieszkać tam, gdzie może się ukryć. A ze wszystkich moich dżungli Barun jest najdziksza. Gdybym chciał zapolować na Yeti, udałbym się właśnie tam. – Król palił fajkę, siedzieliśmy w jego gabinecie pod koniec pałacowego dnia pracy, a nogi trzymaliśmy na skórze irbisa śnieżnego. Zaprzyjaźniliśmy się na studiach doktoranckich. – A jeśli z jakiegoś powodu Yeti potrzebuje śniegu – ciągnął król – niewiele jest bardziej odciętych od świata lodowców niż te, które zasilają rzekę Barun. Tam ciągle opada śnieg z Everestu, Lhotse i Makalu i tworzą się ogromne lodowce.
Gdy spojrzałem w dół na rzekę Barun, zauważyłem, że znaczniki w wąwozie pokazują tylko niewielkie wahania poziomu jej wód. Zwykle w porze monsunowej objętość wody w himalajskich rzekach zwiększa się stukrotnie. Tymczasem oznaczenia nie wskazywały większych zmian wysokości. I tak, już u wejścia do doliny natknąłem się na pierwszą zagadkę.
– Mnóstwo niedźwiedzi i bambusa – powiedział mi Ted, kiedy przez telefon spytałem go o Barun. Zażądałem dokładniejszych informacji. – Strasznie trudno się poruszać – ciągnął. – W tej dżungli nie ma żadnych szlaków. Parę dni wyrąbywaliśmy sobie drogę i posunęliśmy się naprzód tylko kilka kilometrów.
Podczas rozmowy nie uwierzyłem Tedowi, że nie ma szlaków, ponieważ w Himalajach wszędzie są szlaki. Ale kiedy patrzyłem teraz na dolinę, nie widziałem żadnego miejsca, którym mógłby biec szlak. Drogę zagradzały urwiska. Aby je ominąć, trzeba by wspiąć się na grzbiet, po czym zejść z powrotem do doliny. Wysokościomierz pokazywał tu 1020 metrów, a mapa informowała, że pobliski grzbiet z 3000 metrów wznosi się do 7800 metrów w miejscu, gdzie łączy się z Makalu, Lhotse, a potem z Everestem.
Makalu, najbliżej położony z tych trzech szczytów i piąty co do wysokości na świecie, znajduje się tylko 25 kilometrów stąd. Ale bezpośrednio przede mną rozpościera się wyjątkowo gęsta dżungla. W Barun i w północnej części doliny występuje fenomen pogodowy niespotykany nigdzie indziej na świecie. To jedyne miejsce, gdzie powierzchnia ziemi unosi się do poziomu prądu strumieniowego w górnych warstwach atmosfery, który obiega całą planetę. Kiedy spływa z Everestu, Lhotse i Makalu, wytwarza strefę niskiego ciśnienia. Strefa ta pcha ciepłe powietrze z Indii w górę doliny Arun, jednej z najgłębszych na świecie. Powietrze zawraca w miejscu, w którym stoję, i przesuwa się do Barun. Kiedy zderza się z chłodną masą powietrza z Everestu, Lhotse i Makalu, pada śnieg, pada najintensywniej w całych Himalajach. Śnieg nie pochodzi z wilgoci zawartej w chmurach, lecz z powietrza zassanego z niżej położonego obszaru.
Wróciłem do obozu, opłaciłem tragarzy. Nasza grupa wędrowała tu przez pięć dni, ale tempo, w jakim tragarze ruszyli w dół szlaku, pozwoli im jutro dotrzeć do rodzin. Przy mnie zostali teraz tylko członkowie ekspedycji, nie dzielni „Everestczycy”, nie uznani naukowcy, ale moja rodzina: żona Jennifer, jej dwudziestojednoletni brat Nick i mój dwuletni syn Jesse. Dwoje pozostałych, Bob i Linda Flemingowie, dołączą do nas za dziesięć dni. Bob jest wybitnym znawcą przyrody Himalajów. Razem, on i ja, planowaliśmy tę wyprawę przez trzy lata. Na tropie Yeti byłem już od dwudziestu siedmiu lat.
A oto kolejna, wyraźnie widoczna zagadka doliny. Tutaj, u zbiegu rzek Barun i Arun, w górę i w dół doliny Arun widać wioski położone na terasach wysoko na zboczach, na których nie da się wcisnąć kolejnego pola, a domy najwyraźniej oddalone są od wody. Skoro tak wielu ludzi tłoczyło się na ewidentnie bardzo trudnym zboczu Arun, dlaczego w żyznej dolinie Barun nie ma ani jednego pola? I szlaku? Cała dolina Arun jest zamieszkana. W żyznej dolinie Barun nie ma wcale domów. Co powstrzymuje przed nią nawet miejscowych?
Następnego dnia rano w namiocie usłyszałem, że Pasang rozpala ogień. Wyszedłem na poranne powietrze i na skale oddalonej o 50 metrów zobaczyłem mężczyznę ubranego na zielono, z ładowaną od strony lufy strzelbą obok. Jego oczy, uważne i ciekawskie, badały nieznany obóz. Wyciągnąłem w jego stronę rękę z kubkiem i gestem poprosiłem, by podszedł. Pasang dmuchał w węgle ogniska. Nie poruszywszy żadną gałązką, minutę później nieznajomy wszedł do obozu. Ale gdzie się podziała jego broń?
Nie mogłem oderwać oczu od stóp przybysza. Przez lata spędzone w Himalajach widywałem stopy zgrubiałe od odcisków, o palcach rozczapierzonych jak szpony ptaka i gołe stopy całkowicie przylegające do ziemi w chwili, gdy jej dotknęły. Te stopy jednak są inne. Palce rozgarniają kamienie i szukają stabilnego podłoża, co wskazuje na osobę, która bezwiednie stara się iść po bezpiecznym gruncie.