“Odwet” to brawurowa kontynuacja głośnej powieści „Zamęt”. Tajemnicze śmierci polskich tajnych agentów. Brudna gra na wyborczej scenie politycznej. Te same nazwiska, które rozdają karty w mrocznych rozgrywkach… Członkowie tajnej komórki Agencji Wywiadu znowu w akcji!


OdwetWaldemar Zenonik, oficer polskiego wywiadu, ginie w Algierze, wykonując misję związaną z kontraktem Polskiego Koncernu Zbrojeniowego. Ślady wskazują na Al-Kaidę.

W tym samym czasie w Baku inny oficer wywiadu, Robert Kunicki, spotyka się z Jewgienijem Morozowem – dziennikarzem i rosyjskim szpiegiem. Wkrótce po rozmowie umiera na atak serca.

Tajemnicze śmierci polskich agentów wzbudzają zainteresowanie Rosjan. Pułkownik GRU Arsen Fiedotow bacznie śledzi sytuację na polskiej scenie politycznej. Stawka jest szczególnie wysoka – zbliżają się wybory parlamentarne.

Sekcja Romana Leskiego otrzymuje zadanie specjalne – prześwietlenie bohatera z Iraku, Olgierda Rubeckiego, który startuje w wyborach i zagraża partii rządzącej. Okazuje się, że w sprawach Rubeckiego i oficerów pojawiają się te same nazwiska…

Vincent V. Severski
Odwet
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Odwet


| 1 |

To miało być ważne spotkanie, a właściwie decydujące, chociaż nieformalne. Dlatego umówili się na kolację w restauracji hotelu El Djezair. Nie ma w Algierze lepszego miejsca na takie spotkanie – uważał Waldemar Zenonik, od trzech miesięcy nowy przedstawiciel Polskiego Koncernu Zbrojeniowego w Algierii.
Generał Ahmed Al-Burgiba miał przekazać stronie polskiej ostateczną decyzję władz algierskich w sprawie zakupu pięćdziesięciu transporterów opancerzonych. Negocjacje, z wręczaniem potężnych łapówek algierskim wojskowym włącznie, prowadził wcześniej Piotr Korczyk, ale od dłuższego czasu zarząd PKZ podejrzewał, że nie działa on w interesie firmy i sprzedaje informacje Rosjanom z ROSorużyja, sabotując kontrakt za obfite wynagrodzenie w euro.
Zenonik nie był doświadczonym handlowcem i wszyscy nawet uważali, że jest słabym negocjatorem, jednak to on wykrył podwójną grę Korczyka. A najważniejsze, że był oficerem polskiego wywiadu, więc jego lojalności i uczciwości nie kwestionowano. O tym, kim jest człowiek oficjalnie skierowany do koncernu przez Ministerstwo Gospodarki, wiedział jedynie prezes zarządu, który sam pracował kiedyś dla wywiadu wojskowego. Inni tylko się domyślali, ale nic nie mówili.
Podejrzenia wobec Korczyka były bardzo poważne, dlatego w sprawę zaangażowany został kontrwywiad ABW. Oprócz sfinalizowania kontraktu, który miał zadecydować o przyszłości PKZ, Zenonikowi przyszło także prześwietlić aktywność Korczyka w Algierii. Spotkanie z Al-Burgibą było zatem dobrą okazją do zweryfikowania podejrzeń. Generał cierpiał na typową tutejszą słabość i Zenonikowi pozwolono ją wykorzystać na ostatnim etapie negocjacji. Położył więc na stoliku przy drzwiach grubą niebieską kopertę z metalowym spinaczem, w której znajdował się pakiet nowych banknotów o nominale pięciuset euro.
Waldemar Zenonik był pięćdziesięcioletnim mężczyzną średniego wzrostu, ze sporą nadwagą i owalną twarzą ozdobioną okularami plus pięć, dużymi uszami i gęstymi blond włosami zaczesanymi gładko do tyłu. Podszedł do lustra i sprawdził, czy dobrze wygląda. Miał na sobie żółtą koszulę z krótkimi rękawami i jasnobeżowe spodnie chino z cienkim paskiem nieco unoszącym obwisły brzuch. Wsunął stopy w brązowe mokasyny i stanął bokiem. Wciągnął brzuch, wstrzymał powietrze, po chwili wypuścił i z dezaprobatą pokręcił głową.
Kurwa, jest trzydzieści pięć i wilgotność dziewięćdziesiąt dwa – pomyślał i zawołał po francusku:
– Yacef! Za dziesięć minut jedziemy. Wyprowadź samochód i nie zapomnij włączyć klimatyzacji.
Dom, który wynajął jeszcze Korczyk, należał kiedyś do pewnego francuskiego pułkownika, oprawcy powstańców z Kasby. Miał dwa wysokie piętra i ponad trzysta metrów kwadratowych powierzchni, wyłożonych brązową terakotą i kolorową majoliką. Głos odbijał się od ścian i wzmocniony szukał drogi ujścia. Dlatego mówiło się, że to dom bez tajemnic, bo nawet szept słychać było w każdym zakamarku. Mimo zapachu stęchlizny Zenonik czuł się w nim dobrze i bezpiecznie. Kiedy kładł się do łóżka i gasił światło, wydawało mu się, że słyszy nawet, jak po ścianach przemykają gekony. Na wszelki wypadek jednak spał z nożem kukri pod poduszką kupionym na bazarze w Chéraga pierwszego dnia po przyjeździe.
– Dobrze, proszę pana – doleciał z kuchni na parterze zachrypnięty głos Yacefa. – Już wyprowadzam – dodał, ale nawet nie drgnął i gapiąc się w telewizor, dalej siorbał herbatę.
Zenonik zmienił zdanie. Wyjął z szafy drugą koszulę, w białe prążki i z kieszeniami na piersi. Tym razem wyłożył ją na spodnie i z satysfakcją stwierdził, że teraz wygląda znacznie lepiej. Do brązowej aktówki włożył kopertę z pieniędzmi, notatnik i telefon. Poszedł jeszcze do łazienki opróżnić pęcherz, bo czas jazdy przez Algier o tej porze trudno było wyliczyć. Yacef, jego kierowca i ochroniarz, były policjant, poradził mu na samym początku, żeby tak robić, i Zenonik nieraz pożałował, że go nie posłuchał.
Wyjechali za bramę. Yacef ostro skręcił w prawo i dodał gazu, jakby kogoś gonił. W willowej dzielnicy Chéraga ruch był niewielki, więc mógł sobie na to pozwolić, ale za chwilę miało się to zmienić.
Pokonali dwa kilometry i samochód utkwił w korku na placu du 1 Mai.
Zenonik zajmował tylne siedzenie. Rozglądał się leniwie wokół, ale w pewnej chwili zauważył, że Yacef nerwowo spogląda w lusterka.
– Co się dzieje? – zapytał i popatrzył do tyłu.
– Mamy towarzystwo – odparł Yacef. – Niech pan się nie ogląda – dodał.
– Skąd wiesz? Widzisz w takim korku? Który to… – Zenonik znów się obejrzał.
– Biały peugeot… jest dwadzieścia metrów za nami. Tylko z kierowcą.
– Pewny jesteś? Może to ktoś od generała. Sécurité… – Zenonik się zaniepokoił.
– Nie. Jedzie za nami, odkąd wyjechaliśmy z domu, ale to nie jest nasz… to nie Algierczyk, prowadzi nie tak jak my. To zawodowiec. Znam się na tym. – Yacef był spokojny, a jego oczy pracowały intensywnie. – Niech się pan tak nie ogląda! – powtórzył ostro. – Wszystko jest pod kontrolą. Spokojnie. – Dotknął dłonią marynarki, pod pachą miał pistolet.
– Terrorysta? GIA? – zapytał Zenonik z udawaną obojętnością, ale głos mu się załamał.
– Może, ale na pewno nie stąd.
Yacef wyciągnął komórkę i natychmiast z kimś się połączył. Rozmawiał kilkanaście sekund po arabsku, po czym odłożył telefon na siedzenie obok.
Zenonik trochę się uspokoił.
– Jadę na spotkanie z generałem, więc wiesz, Yacef, nic się nie może…
– Wiem, proszę pana. Znam swoje obowiązki.
Zenonik zaczął się poważnie zastanawiać nad sytuacją. Przez moment pomyślał nawet, że to Yacef próbuje coś zainscenizować, żeby podnieść w jego oczach swoją wartość. Przed wyjazdem koledzy z Agencji Wywiadu, którzy znali Algierię, ostrzegali go przed takimi zagraniami miejscowych, ale Zenonik czuł wyraźnie, że Yacef nie kręci. Był policjantem i walczył z GIA, więc nie był ani tchórzem, ani cwaniakiem. A jeśli śledzili ich islamiści, to i on był w niebezpieczeństwie.
Była dwudziesta dziesięć, kiedy dotarli do hotelu El Djezair.
Zenonik wysiadł, rozejrzał się uważnie i szybkim krokiem wszedł do westybulu. Było pusto. Minął fontannę ozdobioną mozaiką przedstawiającą dwa pawie i wyszedł na taras.
Generał Ahmed Al-Burgiba miał na sobie białą koszulę z długimi rękawami. Siedział rozparty przy stoliku z nogą założoną na nogę, nerwowo poruszając stopą, i palił cygaro. Na tarasie było jeszcze kilka osób. Parę metrów od generała stało dwóch ochroniarzy. Kiedy tylko Zenonik wszedł, generał uniósł dłoń z cygarem, jakby chciał pokazać, gdzie jest, chociaż trudno było go nie zauważyć.
Zenonik od razu spostrzegł, że generał jest w dobrym nastroju, a to wróżyło bliską finalizację kontraktu. Mimo to nie mógł przestać myśleć o obserwacji, którą wyłapał Yacef. Wprawdzie udało im się zgubić białego peugeota, ale niepokój pozostał. Coś się dzieje – pomyślał Zenonik i doszedł do wniosku, że musi szybko zmienić mieszkanie.
– Witam, panie generale – zaczął, patrząc Al-Burgibie prosto w głęboko osadzone czarne oczy, jakby chciał zapytać, czy to jego człowiek śledził go przed chwilą.
– Witam pana – odparł generał, podając rozmówcy mocną dłoń.
Drugą, w której trzymał cygaro, wskazał wolne krzesło. – Piękny wieczór, prawda? Czego się pan napije? – Gestem przywołał kelnera.
– Szkockiej – odparł Zenonik.
– Kolację zjemy w środku… tu jest chłodniej.
– Oczywiście.
– Mam dla pana dobre wiadomości, ale… jest małe ale… – Generał uśmiechnął się i pod wielkimi czarnymi wąsami błysnęły białe zęby.
– Jestem przygotowany na każde ale – wtrącił z delikatnym uśmiechem Zenonik i położył dłoń na aktówce.
– To niezwykłe, jak efektywnie robi się z panem interesy. – Generał dmuchnął dymem z cygara. – W takim razie co mogę dla pana jeszcze zrobić, nim zasiądziemy do kolacji?
– Mam kilka pytań o swojego poprzednika. To delikatna sprawa. – Wyjął kopertę i położył na stoliku.
Generał zważył ją wzrokiem. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.
– Przecież pana Korczyka już nie ma. Słyszałem nawet, że już u was nie pracuje. Więc…
– To prawda, ale chcemy uporządkować po nim scenę… sam pan rozumie… na przyszłość, żeby nasza współpraca dalej tak dobrze się rozwijała. Ale nie wszystko wygląda tak, jak się spodziewaliśmy. – Przesunął kopertę w stronę generała. – Więc?
– Myśli pan, że pracował dla konkurencji? – zapytał Al-Burgiba, obracając cygaro w palcach. – Hm, zapewne dobrze pan myśli. Podejrzewaliśmy go od początku i dlatego… – Schował kopertę do aktówki, która stała na podłodze, oparta o nogę stołu. – Pan Korczyk nie wywiązywał się wobec nas ze zobowiązań, które uzgodniliśmy w Warszawie, i… jak by to powiedzieć… – pociągnął z cygara i wypuścił cieniutką strużkę dymu – przywłaszczył sobie nie swoje pieniądze. Jednym słowem, chciał nas skierować wprost w objęcia Rosjan. Jeśli pan sobie życzy, możemy dać na to dowody. Kontrakt podpiszemy, ale straty spowodowane przez pana Korczyka powinny być pokryte.
– Ależ oczywiście będą! – Zenonik uśmiechnął się, bo uzyskał dokładnie to, czego chciał, i było jasne, że generał wycisnął od Rosjan, ile się dało, a teraz weźmie jeszcze raz od Polaków. – To… bardzo bym prosił o te dowody, panie generale. A teraz przejdźmy do naszej sprawy. Wygląda na to, że w ciągu miesiąca będziemy gotowi z załadunkiem, więc i transportery muszą być opłacone.
Był bardzo zadowolony, bo doskonale wiedział, jaka jest prawda. Algierskie służby miały Korczyka pod kontrolą. I nic dziwnego. Gdybym był na ich miejscu, też bym tak zrobił – pomyślał z satysfakcją. I nagle do niego dotarło, że obserwacja, która za nim jechała, musiała być z Sécurité i że była to mistyfikacja obliczona na zmiękczenie Polaków przed podpisaniem kontraktu oraz zachęta do wypłacenia zaległych łapówek. Przecież Yacef jest na kontrakcie służb algierskich i musiał brać w tym udział. Wszystko nagle nabrało sensu i Zenonik poczuł, że mocno przesadził w swoich obawach.
I pewnie nie było żadnego białego peugeota… Yacef, ty oszuście, pięknie to zagrałeś. Ach… ci Arabowie! – pomyślał, nieco rozbawiony tym oczywistym odkryciem, i uśmiechnął się do generała. Zrezygnował z pytania o to, kto go dzisiaj śledził, a nawet się ucieszył, że jest pod opieką algierskiej armii.
– To co? – Al-Burgiba podniósł się z krzesła. – Zaprasza mnie pan na kolację? Jestem głodny, a pan?
– Oczywiście, panie generale. Ja też, i jak rozumiem, kontynuujemy miłe zakończenie negocjacji?
– Ależ oczywiście, panie Zenonik… oczywiście. – Generał położył cygaro w popielniczce.

| 2 |

Monika wróciła z jogi o dziesiątej i od razu wskoczyła pod prysznic, chociaż wykąpała się przed wyjściem.
Zajęcia prowadził szalony Kuba, więc wszyscy się mocno spocili. Sala była pełna, klimatyzacja szwankowała od dawna, a starsza kobieta, która ćwiczyła w rogu, uporczywie odmawiała otworzenia okna. Przez cały tydzień temperatura w Warszawie przekraczała trzydzieści stopni, więc po godzinie Monika miała wrażenie, jakby oblepił ją rój much. Dlatego musiała się wykąpać drugi raz.
Była już mocno spóźniona. O dziesiątej trzydzieści umówiła się w swojej galerii z Julianem z wydawnictwa Tęcza w sprawie publikacji albumu. Miało to być ich trzynaste spotkanie i Monika nie była pewna, czy na pewno może je traktować jako wyłącznie służbowe lub biznesowe. Więcej czasu poświęcali na rozmowę o sztuce i wszystkim innym niż o albumie Moniki. Chwilami wyglądało to tak, jakby tylko udawali, że wydanie książki jest celem tych spotkań, bo w rzeczywistości wysyłali sobie delikatne sygnały, jak para szesnastolatków, i Monice bardzo się to podobało. Było niezwykle szczere, czyste i coraz bardziej podniecające.
Wciągnęła dżinsy, potem na gołe ciało czerwony T-shirt z napisem Lennon. Stanęła przed lustrem, obejrzała się dokładnie, włożyła zielone trampki. Julian miał metr dziewięćdziesiąt dwa i był najwyższym chłopakiem, jaki jej się podobał, i najmłodszym, bo była starsza od niego o osiem lat. Nie wypiła nawet porannej kawy, bez której zwykle nie wychodziła z domu. Wzięła torbę i zjechała do garażu.
Stary golf odpalił bez problemu. Przez chwilę pomyślała, czy nie powinna spróbować jeszcze raz rozłożyć dachu, bo na zewnątrz było już dwadzieścia dziewięć stopni, a samochód nie miał klimatyzacji. Zrezygnowała: nawet gdyby jej się to udało, wiatr mógłby zniszczyć jej fryzurę. Generalnie nie przywiązywała do tego wagi, ale akurat tego dnia zależało jej, by dobrze wyglądać – młodziej, bardziej dziewczęco. Potrzebowała więcej wigoru i dlatego poszła rano na jogę.
Julian ukończył historię sztuki i malarstwo na krakowskiej ASP, miał niebieskie oczy, smukłe spokojne dłonie i gęste blond włosy. Ale najbardziej podniecający był jego umysł. Te spotkania zawierały w sobie coś z intymnego, wręcz erotycznego przeżycia i każde było inne, jak małe misterium. Nigdy tak bardzo nie pragnęła się przyznać, że jest oficerem wywiadu. Ale wydawało jej się, że Julian akceptuje ją tylko jako artystkę. Przypuszczała, że ten związek ma niewielkie szanse, ale nie mogła nie spróbować.
Galerię MiniMidiMax na Solcu zwykle otwierała Kasia. Julian już siedział przy stoliku na ulicy i pił kawę, nie trzymał w dłoni smartfona. Obok filiżanki położył książkę. Rozglądał się spokojnie po ulicy i kiedy zobaczył Monikę, uśmiechnął się, wstał i czekał, aż podejdzie.
Jaki piękny widok! – pomyślała Monika i poczuła motyle w brzuchu.
Przywitali się serdecznie. Kasia podała jej kawę.
Na stoliku leżało angielskie wydanie powieści Rainera Marii Rilkego Auguste Rodin. Kiedy widzieli się poprzednim razem, z zacięciem dyskutowali o tym francuskim rzeźbiarzu. Przez chwilę nawet pokłócili się o to, czy jest w nim więcej impresjonisty, czy romantyka, i w końcu Julian obiecał jej tę książkę, by poznała jego prawdę.
– „Różo, och, czysta sprzeczności, rozkoszy: być snem niczyim pod tak wielu powłokami”1 – powiedział Julian i Monika od razu zrozumiała, że to Rilke.
Poczuła nagle, że właśnie przyszedł ten moment w jej życiu, kiedy po raz pierwszy jest gotowa rzucić wszystko, całą swoją szpiegowską przeszłość, i zostać z tym mężczyzną. Wiedziała, że dwanaście spotkań to jeszcze zbyt mało, by zdecydować się na rewolucję w życiu i dozgonną miłość, ale tego dnia postanowiła pójść dalej i przekroczyć następną granicę. Dotarło do niej niespodziewanie, że to trzynaste spotkanie z Julianem musi się zakończyć w miłosnym uścisku, jakiego jeszcze nie zaznała. Wiedziała, że jeżeli nie zrobi tego teraz, na zawsze straci okazję.
– Aaa… może, a może… – czuła, jak zaciska jej się gardło i wysychają usta – może pojedziemy do mnie? – Uciekła wzrokiem w kierunku filiżanki, ale po kilku sekundach zdobyła się na to, by spojrzeć mu w oczy.
– Niestety… – usłyszała pierwsze słowo i poczuła się, jakby naga siedziała na scenie, wystawiona na pośmiewisko – niestety, ale jestem dzisiaj zajęty – odpowiedział z uśmiechem, który nagle przestał być dla Moniki uroczy. – Ale może w przyszłym tygodniu. – Spojrzał na zegarek.
– Nie ma sprawy. Oczywiście. – Wzruszyła ramionami, ale pomyślała: Spierdalaj! Jaka ze mnie durna i ślepa baba!
– To dla ciebie. – Przesunął książkę w jej stronę.
– Aaa… tak, dziękuję. – Również spojrzała na zegarek. – Wiesz, coś mi się przypomniało. Pilna sprawa! – Chwyciła torbę, wrzuciła do niej książkę i machnęła mu ręką. – Zdzwonimy się.
Podniósł się na pożegnanie, ale nie wyglądał na zaskoczonego.
Monika ruszyła ostro w kierunku samochodu, odprowadzana zdziwionym spojrzeniem Kasi.
– Ale dupek! – powiedziała do siebie, wkładając kluczyk do stacyjki. – Trzynaste spotkanie! Ja pier…