Trzeci tom kryminalnego cyklu Piotra Górskiego. Tym razem Kruk postanawia grać równie nieczysto i bezwzględnie jak przestępcy, nawet za cenę utraty dobrego imienia i pracy, która jest dla niego wszystkim…


Krewni“Piekło jest puste, a wszystkie diabły są tutaj” – William Szekspir, “Burza”.

Kruk dotknął policzka dziewczyny. Nawet przez lateksową rękawiczkę poczuł, że jest zimny. Prawa dłoń była odcięta, starannie umyta i idealnie biała, za to prześcieradło w tym miejscu zesztywniało od krwi.

Brutalne morderstwo jest szeroko komentowane, a gdy jeszcze znany trójmiejski architekt zgłasza zaginięcie żony, policja i prokuratura skłaniają się do opinii, że w mieście grasuje seryjny morderca.

Zgorzkniały i sfrustrowany Kruk coraz częściej rozpamiętuje sprawy, w których wymiar sprawiedliwości okazał się bezsilny.

Tym razem postanawia grać równie nieczysto i bezwzględnie jak przestępcy, nawet za cenę utraty dobrego imienia i pracy, która jest dla niego wszystkim.

Piotr Górski
Krewni
Wydawnictwo HarperCollins
Premiera: 17 lipca 2019
 
 

Krewni


Piekło jest puste,
a wszystkie diabły są tutaj.

William Szekspir
Burza

1

Spała na boku z głową na rękach złożonych jak do modlitwy. Niczym mała dziewczynka. Rzeka gęstych włosów zasłaniała jej twarz za sprawą matki, która zagarnęła je tam przed wyjściem z sypialni.
„Tu się śpi” – głosił napis w drewnianej ramce zawieszonej nad łóżkiem.
Śpij, pomyślał mężczyzna, który stał u wezgłowia łóżka przy oknie. Ja będę cicho.
Ale czy tamten drugi będzie?
Nieco dalej na podłodze klęczał człowiek, który nie miał twarzy i bawił się czymś w skupieniu. Błędem byłoby mu przeszkadzać, gdy sięgał do walizki i wyciągał z niej swoje przerażające zabawki.
Nie, tamten też nikogo nie obudzi. Tacy jak on są przyzwyczajeni do ciszy.
Mężczyzna przy oknie uchylił białą zasłonę, która częściowo przesłaniała drzwi tarasowe. Poczuł na twarzy ciepłą smugę czerwcowego światła i przez moment wyobraził sobie, że idzie w tym świetle nadmorskim deptakiem, a potem wchodzi na plażę i rzuca się do morza, żeby zmyć z siebie cały ten obłęd. Przez chwilę bawił się tym wyobrażeniem, po czym znowu zwrócił się ku wnętrzu sypialni.
Dominowały szarości i granaty, oprócz łóżka stały tu jeszcze komoda ze szklanym blatem, toaletka ze zbitym lustrem, stolik z małą lampką i szafa. Nawet ozdobne poduszki miały zgaszone kolory.
Na korytarzu zazgrzytał telefon komórkowy. Jego przeszywający dźwięk powtórzył się trzykrotnie, zanim wysoka kobieta w garsonce zdążyła odebrać. Powiedziała do telefonu kilka ostrych słów, ale mężczyzna przy oknie tylko na nią patrzył i nie zadał sobie trudu, by zrozumieć, o czym mówi.
Spojrzał na łóżko z niepokojem, jednak dziewczyna wciąż spała.
Jego wzrok łagodnie prześlizgnął się po pościeli utkanej w misterne kwiatowe wzory. To naprawdę ładna pościel, pomyślał.
Z kuchni dobiegł krzyk. Nie przebrzmiał, tylko lekko opadł i trwał, po czym przeszedł w niemal zwierzęce wycie. Mężczyzna na moment przymknął oczy, bo dosięgnął go ból kryjący się za tym dźwiękiem. Nawet to nie obudziło dziewczyny.
Nic już jej nie obudzi. Spała zbyt głęboko.
Kobieta w garsonce skończyła rozmawiać przez telefon, po czym oznajmiła:
– Matkę wysyłam do szpitala. – Dochodziła dopiero dziewiąta trzydzieści rano, ale jej twarz zdradzała oznaki wyczerpania. – Niech ją czymś naszprycują, tu sobie nie poradzimy.
Popatrzyła, jakby na coś czekała. Mężczyzna przy oknie skinął głową, przyzwalając, choć nie musiała go pytać o pozwolenie. Zniknęła w kuchni.
Człowiek bez twarzy podniósł się z podłogi, zdjął białą maskę i odzyskał twarz.
– Sprawca urządził sobie spacer, zanim zaniósł dłoń do łazienki, stąd tyle krwawych plam na podłodze.
– Ile spędzisz tu czasu?
– Cały dzień. Chcę zebrać jak najwięcej próbek.
W przedpokoju zaroiło się od ludzi. Dwóch umundurowanych policjantów prowadziło słaniającą się czarnowłosą kobietę. Głowę obracała w kierunku sypialni, a otyły mężczyzna w garniturze usiłował coś do niej mówić i jednocześnie zasłonić jej widok.
Gdy wyprowadzono ją z mieszkania, na chwilę zapadła cisza.
Otyły człowiek w garniturze wrócił i stanął w drzwiach sypialni. Ciężko oddychał i się pocił.
– Koszmar. – Rzucił szybkie spojrzenie w stronę łóżka. – Dobra, ta pani jest spokojniejsza i sprawi nam mniej kłopotów.
Cofnął się do kuchni, gdzie zostawił narzędzia.
Mężczyzna przy oknie nie odezwał się. Pragnął, aby dziewczyna się pośpieszyła i otworzyła oczy, wstała, zanim tamten wróci rozpocząć czynności. Zanim ją rozbierze, zacznie oglądać jej skórę centymetr po centymetrze, uciśnie ciało w miejscach plam opadowych, włoży w odbyt termometr, próbując oszacować czas śmierci. Zanim technik, znowu w masce lub bez, zacznie robić zdjęcia jej zmiażdżonej szyi. Zostało jej jeszcze trochę czasu, żeby powstrzymać to wszystko, ale miała go coraz mniej. Za chwilę medyk w garniturze formalnie stwierdzi zgon, i z tą chwilą młoda kobieta przestanie być człowiekiem, a stanie się rzeczą. Nie całkiem zwykłą rzeczą, rzeczą sui generis, wobec której prawo nakazywało szacunek, ale jednak rzeczą, po którą przyjedzie wesoły autobus.
Wstrzymał oddech. Co się dziś z nim działo…
Po raz kolejny popatrzył na dziewczynę, na jej upiornie zmienioną twarz za zasłoną włosów. Doskonale wiedział, co się z nim działo. Z przeszłości wypłynęła inna twarz, nieco młodsza, ale równie upiorna, i te dwie twarze zlały mu się w jedną. Nigdy się od tego nie uwolnię, pomyślał. Tyle razy wydawało mi się, że czas zrobił swoje, ale to ciągle wraca.
Z trudem zapanował nad sobą. Na szczęście technik zajęty był robotą i patrzył w inną stronę. Może to wszystko by nie wracało, gdyby wtedy, w dalekiej przeszłości, udało się zrobić, co należało.
Dotknął dłoni wsuniętej pod policzek dziewczyny. Nawet przez lateksową rękawiczkę poczuł, że jest zimna. Oczywiście, że zimna.
Pomiędzy drobnym nadgarstkiem a przedramieniem widniała szczelina.
Prawa dłoń była odcięta, starannie umyta i idealnie biała, za to prześcieradło w tym miejscu zesztywniało od krwi. Zaschnięte kropelki widniały na twarzy, włosach i ciele dziewczyny.
Zabiję tego, kto ci to zrobił, pomyślał.
Technik schował coś do leżącej w rogu pokoju walizki i wyprostował się.
– Matka mogła zatrzeć sporo śladów. Myślisz, że straciła rozum?
Mężczyzna przy oknie nie odpowiedział, bo zapatrzył się na ogród za szybą.
– Dopadnij sprawcę – mówił dalej technik. – Zafundujmy mu dożywocie. – Czekał na reakcję, ale się nie doczekał. – Hej, komisarzu, co z tobą? Sławek…
Komisarz Sławomir Kruk drgnął, odwrócił się od okna i napotkał wzrok technika.
– Tak, dopadniemy go. Zrobimy, co trzeba.

2

Telefon zadzwonił, ale Grzegorz Konieczny nie odebrał. Dzwoniła Iwona, jego młodsza siostra, u której ostatnio mieszkał i dla której nie miał teraz czasu. Był już spóźniony, adwokat czekał. Wyłączył dźwięk w iPhonie i nacisnął przycisk domofonu.
Wszedł do budynku. Nie zdążył schować smartfona, gdy poczuł w dłoni wibracje. Tym razem dzwonił agent nieruchomości. Ten telefon musiał odebrać.
– O co chodzi? – spytał, rozglądając się po ponurej klatce schodowej wiekowej gdańskiej kamienicy.
Głos młodego pośrednika pełen był bólu.
– Za dwie godziny spotykam się z kupującymi.
– Coś nie tak?
– Proszę się wycofać. Jeszcze możemy.
Grzegorz Konieczny wbiegał po schodach, przeskakując po dwa stopnie.
– Nie ma mowy.
– Jeśli da mi pan kilka tygodni, sprzedam to mieszkanie za sto tysięcy więcej, może nawet sto dziesięć tysięcy. Mam dwóch innych klientów. Muszą załatwić formalności kredytowe, ale oferują wysoki zadatek.
– Niech pan nie kombinuje. Pańska prowizja i tak jest wysoka.
– Nie o to chodzi. To będzie najgorsza transakcja, w jakiej uczestniczyłem. Czuję się, jakbym pana okradał.
– Proszę robić to, na co dostał pan pełnomocnictwo.
Z aparatu dobiegło ciężkie westchnienie.
– Nie zmieni pan zdania?
– Niech pan zawrze transakcję. Cała suma za mieszkanie ma znaleźć się na moim koncie jeszcze dzisiaj. To jest pana jedyne zmartwienie. Żebym dostał dzisiaj pieniądze.
– Rozumiem.
– Na pewno pan rozumie?
– Na pewno. – W głosie pośrednika zadźwięczała gorycz. – Sprzedać mieszkanie za bezcen, przelać pieniądze, zapomnieć.
– Byle pan nie zapomniał o swojej prowizji. Niech pan ją sobie potrąci.
– Szlag by to trafił. Ale tak, oczywiście wezmę swoją krwawą prowizję. Może być pan tego pewien.
Gdy skończyli rozmawiać, znowu zadzwoniła Iwona. Konieczny zawahał się, czy jednak nie odebrać, ale na progu kancelarii witał go już człowiek bez szyi.
Skinieniem głowy zaprosił gościa do środka.
Był ochroniarzem Brunona Kanta, który nigdzie się bez niego nie ruszał. Na początku Konieczny uważał, że ten ochroniarz jest po to, żeby adwokat mógł się wyróżnić i lepiej sprzedawać. Odkąd bliżej poznał Kanta, przestał tak myśleć. Teraz dla odmiany dziwił się, że nawet z takim przybocznym do tej pory ktoś go nie odstrzelił.
Ochroniarz, potężnie zbudowany facet o zadziwiająco inteligentnym spojrzeniu, wskazał otwarte drzwi gabinetu szefa.
Konieczny schował telefon do kieszeni marynarki. Przywitał się z Kantem. Usiedli.
– Moja asystentka ma dziś wolne – powiedział adwokat. – Ani ja, ani Bolo nie umiemy parzyć kawy.
Uśmiechał się groteskowo. Miał niedowład części twarzy i pewnie dlatego zapuścił brodę, a może po prostu chciał być modny. Brunon Kant zawsze się lekko uśmiechał, jakby świat i jego ciemne strony całkiem go bawiły.
– Złożył pan wniosek? – spytał Grzegorz Konieczny.
– Może.
– To nie jest odpowiedź.
– A to, co do tej pory dostałem, to nie honorarium. Ponoszę spore koszty i zaufałem panu, że zostaną pokryte.
Grzegorz nie potrafił ocenić, czy w słowach o zaufaniu nie kryła się groźba. Wyjął z kieszeni i rzucił na stół plik banknotów spiętych banderolą.
Kant sięgnął po pieniądze, rozdarł banderolę i zaczął liczyć. Był jak pokerzysta, który po raz tysięczny bawi się talią kart.
– A reszta? – Wstał i umieścił banknoty w sejfie w ścianie.
– Sprzedaję mieszkanie, dzisiaj spłyną pieniądze. Przekażę je panu jutro do południa.
Adwokat z zadowoleniem skinął głową.
– Zastanawiałem się rano przy goleniu, co zrobi pański brat, gdy znajdzie się na wolności. Musi żywić urazę do niektórych osób.
Konieczny lepiej obejrzał sobie zarośniętą twarz adwokata. Nie wyglądało na to, żeby choć raz golił się w tym stuleciu.
– Dowie się pan, gdy już wyjdzie.
– Tego się właśnie obawiam. Pomijam, za co siedzi pan Dariusz, ale nawet za kratami wyrobił sobie opinię bardzo brutalnego człowieka. Bardzo brutalny pośród innych brutalnych… Cóż, to robi wrażenie.
– Ale przecież nie na panu.
Adwokat uśmiechnął się szerzej i jeszcze bardziej groteskowo.
Grzegorz Konieczny chwilę przyglądał się eleganckim wydaniom ksiąg prawniczych, ustawionych równiutko na półkach regału z egzotycznego drewna. Na piersi czuł wibrowanie telefonu.
– Złożył pan wniosek? – powtórzył pytanie.
– Pański brat opuści areszt za trzy dni.
To zgadzało się z wcześniejszymi przechwałkami adwokata, ale Grzegorz i tak nie za bardzo w to wierzył. Iwona i jej córka Basia przeciwnie. Zaczęły już przygotowania.
– A jeśli nie?
– Jestem optymistą.
– A jeśli sąd się nie przychyli?
– Wtedy pański brat pozostanie za kratami, a ja będę potrzebować jeszcze więcej pieniędzy.
– Niech pan nie próbuje nas naciągać, bo…
Adwokat grzecznie czekał na ciąg dalszy, który jednak nie nastąpił.
– Jak się nie podoba, wróćcie do swojego poprzedniego prawnika.
Konieczny milczał długą chwilę, po czym stwierdził:
– W porządku. Niech pan robi swoje.
– Robię. Ale niczego nie obiecuję. Może pan stracić te pieniądze i jeszcze więcej, bo prawda jest taka, że owszem, może nam się nie udać. Dotarło?
Znowu wibracje w kieszeni. Konieczny poddał się, wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Iwona, kolejny raz.
– Przepraszam, muszę oddzwonić.
Adwokat, niczym pan i władca, wykonał przyzwalający gest.
– Iwonko, o co chodzi?
Grzegorz Konieczny długą chwilę słuchał przyśpieszonego, gasnącego głosu siostry.
– Tak – odparł na pytanie, czy zaraz przyjedzie. W uszach mu dudniło, pojawił się ucisk w skroniach. – Natychmiast.
Wstał z trudem niczym stary człowiek, choć dopiero co skończył czterdzieści sześć lat. Adwokat patrzył na niego bez słowa.
– Basia nie żyje – powiedział Konieczny, czując, że braknie mu tchu. – Zamordowana… Iwona znalazła ją w domu Darka.