“Dzikie serce” to nietypowa opowieść o miłości i niesamowity horror – jak połączenie sióstr Brontë ze Stephenem Kingiem.


Dzikie serceNastoletnia Tracy, wychowana w dzikich ostępach Alaski, spędza całe dnie na tropieniu zwierząt i powożeniu psim zaprzęgiem w lasach otaczających jej rodzinny dom. Chociaż czuje się bezpieczna w tej dziewiczej krainie, zawsze przestrzega zasad, których nauczyła ją matka, zanim zginęła:

Nigdy nie trać domu z oczu.

Nigdy nie wracaj do domu z brudnymi rękami.

A przede wszystkim: Nigdy nie rań innych ludzi do krwi.

Pewnego dnia ktoś atakuje Tracy w lesie. Dziewczyna nie pamięta dokładnie, co się stało, ma jednak wrażenie, że zanim straciła przytomność, zraniła go nożem. Do krwi. Ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać, jest zajęta przygotowaniami do zbliżających się zawodów Iditarod.

Wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niepokojący lokator, który podstępnie wkrada się w łaski rodziny. Groźna twarz nieznajomego w tłumie. Odcisk buta na skraju lasu… Rodzina Tracy jest w tarapatach.

***

“Dzikie serce” to nietypowa opowieść o miłości i niesamowity horror – jak połączenie sióstr Brontë ze Stephenem Kingiem.
John Irving

Jamey Bradbury napisała mocną powieść o delikatnej równowadze między życiem a śmiercią, o istocie oraz kruchości człowieczeństwa w obliczu sił natury, a także o tym, jak to jest być nie do końca człowiekiem.
„Library Journal”

Bradbury debiutuje oszałamiającą książką pełną tajemnic i głodu, smutku i tęsknoty. Niczym zima na Alasce, ta powieść zmroziła mnie i zdjęła milczącą grozą.
Jennifer McMahon

Jamey Bradbury zadebiutowała “Dzikim sercem”, które szturmem wdarło się do świata literackiego i prawa do książki kupiły wydawnictwa między innymi z Francji, Węgier i Włoch. Jej utwory publikował „Black Warrior Review” (zwyciężczyni dorocznego konkursu na opowiadanie), „Sou’wester” i „Zone 3”. Zdobyła także Estelle Campbell Memorial Award, przyznawaną przez National Society of Arts and Letters. Mieszka w Anchorage na Alasce.

Jamey Bradbury
Dzikie serce
Przekład: Robert Waliś
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 10 lipca 2019
 
 

Dzikie serce

1

Od zawsze potrafię czytać psom w myślach. Tata mówi, że to dzięki okolicznościom, w jakich przyszłam na świat – w otwartych drzwiach psiej zagrody, pod bacznym spojrzeniem dwudziestu dwóch par psich oczu, od początku otoczona szczekaniem i wyciem.
Wtedy w wiosce nie było przychodni, więc lekarz środowiskowy odwiedzał rodziców raz w miesiącu. W połowie ciąży kazał mamie leżeć i się nie przemęczać. Stosowała się do tego zalecenia aż do nocy moich narodzin, pierwszego marca. Z zimna zamarzały jej końcówki włosów. Wyszła z domu, poczłapała na drugą stronę psiego podwórza i zdążyła dotrzeć do drzwi zagrody, gdy przeszył ją ból. Przykucnęła, trzymając się za brzuch, po czym zawołała mojego tatę. Wyślizgnęłam się błyskawicznie. Znalazłam się na świecie, zanim się zorientowała, niemal bez jej pomocy. Kiedyś stwierdziła, że to jedyna rzecz, w której nie sprawiałam jej problemów.
Po co poszłaś do zagrody? spytałam ją pewnego dnia.
Wzruszyła ramionami. Chyba tęskniłam za psami.
Byłam duża, ciężka i stale głodna. Mama powiedziała, że czasem kobiety mają trudności z przystawieniem dziecka do piersi, zresztą widziałam to samo u niektórych szczeniaków – ignorują instynkt i nie chcą ssać sutka, a wtedy trzeba odciągać mleko i karmić malców butelką. Ale mnie to nie dotyczyło. Natychmiast się przyssałam i nie chciałam puścić. Podobno mama nigdy nie widziała tak żarłocznego dziecka. Ale chociaż miała wrażenie, że całkiem osuszę jej piersi, nie przestawała mnie karmić.
W albumie rodzinnym znajdują się zdjęcia, na których wszyscy czworo pracujemy na podwórzu albo stoimy wokół psiego zaprzęgu przed wyścigiem. Scott i ja razem, z ciemnymi włosami mamy i brązowymi oczami taty. W szkole nauczyłam się, że krew ma pamięć. Przenosi informacje, które czynią cię tym, kim jesteś. Dlatego mojego brata i mnie tak wiele łączy – oboje nosimy w sobie cechy, które zapamiętała krew naszych rodziców. Wspólna krew to największa bliskość, jaka może cię łączyć z drugim człowiekiem.
Pewnie dlatego tak często pakowałam się w kłopoty, kiedy poszliśmy ze Scottem do szkoły. Nie miałam nic wspólnego z innymi dziećmi. Wcześniej uczyliśmy się w domu. Mama była naszą nauczycielką, dawała nam zadania, kartki z kolumnami cyfr, które musieliśmy dodawać albo odejmować. W dzieciństwie za poprawne odpowiedzi dostawałam gwiazdkę. Dziesięć gwiazdek znaczyło, że mogę wyjść z domu. Załatwiałam sprawę jak najprędzej, by móc spędzić większość dnia na podwórzu, w lesie albo na zapasach i gonitwach ze Scottem. Zazwyczaj tylko się bawiliśmy, ale czasami dochodziło do bójek i mama musiała na nas krzyczeć, żebyśmy przestali.
Nasz dom był najlepszy na świecie. Zbudował go dziadek, jeszcze przed narodzinami taty. Znalazł kawałek Alaski, który mu się spodobał, po czym wyciął w lesie czterohektarowy krąg i na jednej połowie postawił dom, a na drugiej zagrodę dla psów, długi budynek z warsztatem na końcu i mnóstwem miejsca na sprzęt i sanie. Pomiędzy domem a zagrodą stało w sumie czterdzieści psich bud. Dookoła rosły drzewa, a na tyłach podwórza zaczynał się szlak prowadzący przez las do jeziora Ptarmigan, oddalonego o niecałe pięć kilometrów, i dalej przez czterdzieści pięć kilometrów do rzeki, za którą rosły kolejne drzewa, potem góry i wreszcie tundra.
Staram się spędzać w lesie jak najwięcej czasu. Ktoś może na mnie popatrzeć i powiedzieć: Przecież masz dopiero siedemnaście lat i jesteś dziewczyną, więc po co włóczysz się sama w dziczy, gdzie może cię rozszarpać niedźwiedź albo stratować łoś? Ale gdybyście posłali mnie i dowolną inną osobę na tydzień do serca lasu, przekonalibyście się, kto wróci cały i zdrowy, a wręcz zachwycony. Jeżdżę saniami, od kiedy potrafię utrzymać się na nogach, a już w wieku dziesięciu lat zabierałam niewielkie zaprzęgi na nocne wyprawy szlakiem. Czasami znikałam na kilka dni, a za towarzystwo miałam wyłącznie swoje psy. Od razu po osiągnięciu wymaganego wieku wystartowałam w juniorskim wyścigu Iditarod, a jako szesnastolatka – w pierwszych dorosłych zawodach psich zaprzęgów. Mam już na koncie wystarczająco wiele przejechanych kilometrów, by zakwalifikować się do dorosłego wyścigu Iditarod, więc będę mogła wziąć w nim udział, gdy skończę osiemnaście lat. Raz udało mi się nawet odzyskać wpisowe, po tym jak ukończyłam kobiecy wyścig Gin Gin 200 w pierwszej piątce. Ale mówiąc szczerze, nie obchodzą mnie pieniądze. Chcę po prostu jak najczęściej stawać na saniach.
Dlatego nie spodobało mi się, gdy w piątkowe popołudnie tata rzucił mi swoje kluczyki i zadysponował: Odbierz brata ze szkoły, Trace.
Chwyciłam je jedną ręką i odrzuciłam. Upadły na trawę obok dmuchawy śnieżnej, przy której majsterkował.
A ty nie możesz?
Jasne, odpowiedział tata. W takim razie zostań w domu i napraw tę maszynę dla Eleanor Andrews. Tylko się pospiesz, bo za godzinę wpadnie po nią jej siostrzeniec.
Zrobiłabym to, gdybym potrafiła, mruknęłam, grzebiąc w trawie w poszukiwaniu kluczyków.
Proszę, tata wyjął z kieszeni kawałek papieru. Przy okazji powieś to w sklepie w wiosce.
Podał mi ogłoszenie przeznaczone do przyczepienia na korkowej tablicy przy drzwiach jedynego sklepu w miasteczku, gdzie trafiały wiadomości w rodzaju SPRZEDAM OPONY DO QUADA albo ODDAM DREWNO DO SAMODZIELNEGO POCIĘCIA.
Tata napisał swoje ogłoszenie odręcznie, pochyłymi literami, które wyglądały, jakby zmagały się z silnym wiatrem. „Pokój do wynajęcia. Mały pokój na tyłach domu, ustronny, czysty. Piec na drewno. Bez wody ani prądu. Można korzystać z kuchni i wanny w domu. Położony przy 180. kilometrze. Żadnych włóczęgów”. Na dole nazwisko oraz nasz numer telefonu.
Który pokój? spytałam. Nasz dom był spory, nie musiałam dzielić sypialni ze Scottem. Nie zamierzałam mieszkać z bratem tylko po to, żeby jakiś obcy człowiek mógł wynająć miejsce, które należy do mnie.
Szopa nie zawsze była szopą, wyjaśnił tata. Kiedy dziadek ją zbudował, miała być samodzielną chatką.
Oprócz domu, zagrody i stojących między nimi czterdziestu psich bud na naszym terenie znajdowały się jeszcze dwa budynki: szopa na drewno, a raczej trzy ściany przykryte daszkiem, pod którym składowaliśmy cały opał, oraz prawdziwa szopa, z solidnym dachem i piecem na drewno, a nawet niewielkim oknem. Przechowywaliśmy tam wszystko, czego nie potrzebowaliśmy stale mieć pod ręką, na przykład kosiarkę z pękniętym ostrzem, kozły do piłowania drewna, wędki czy pokryte smarem części drugiego pick-upa, który stał na cegłach.
Posprzątamy i będzie całkiem ładnie, oznajmił tata.
Jakiś obcy ma tam zamieszkać? zdziwiłam się.
Potrzebujemy pieniędzy.
Ale jeśli mam zostać i ci pomagać… zaczęłam
Wszedł mi w słowo.
Tak jak mi pomagasz, od kiedy zawiesili cię w szkole?
To niesprawiedliwe. Zrobiłam, co mogłam, żeby odpokutować szkolne winy. Przez cały tydzień, gdy tata odwoził Scotta do miasteczka, sprzątałam naczynia po śniadaniu, a potem siadałam do książek, ponieważ okazuje się, że nawet jeśli cię zawieszą, i tak musisz odrabiać lekcje. To prawda, że nie ruszałam połowy zadań, które mi przysyłali, ale przecież musiałam polować. Skąd tata miałby brać skórki na handel lub wymianę? Ładne futro kuny, rozciągnięte i garbowane, może być warte pięćdziesiąt dolarów albo więcej, a to niemało.
Zabawa w lesie nie liczy się jako pomoc, powiedział tata, jakby potrafił czytać mi w myślach. A teraz czy możesz zrobić to, o co cię proszę, bez wymyślania dwudziestu wymówek?
Wślizgnęłam się za kierownicę pick-upa i czekałam, aż silnik postanowi zaskoczyć. Psy obszczekiwały mnie, kiedy powoli sunęłam podjazdem, wściekłe, że nie wybierają się ze mną na przejażdżkę. Popatrzyłam w lewo wzdłuż drogi, potem w prawo, a następnie znów w lewo; uczyniłam tak dwa albo trzy razy, zanim wyjechałam na szosę. Nie chciałam sprawiać tacie kłopotów. Naprawdę pragnęłam mu pomóc, ale nie w taki sposób. Nie lubiłam prowadzić auta, nawet zanim to się wydarzyło. Poza tym nigdy nie lubiłam jeździć do miasteczka, zwłaszcza gdy towarzyszyła temu wizyta w szkole. Skoro tata potrzebuje mojej pomocy, dlaczego nie mogę zostać w gospodarstwie i zająć się czymś konkretnym, na przykład tresurą, sprzątaniem kojców lub wyprowadzaniem młodszych psów na spacer, aby obserwować, które z nich są posłuszne, a które nadają się na liderów?
Ale w dniu, w którym zawiesili mnie za bójkę, tata postanowił: „Żadnych psów”. Zabronił mi dawać im się wybiegać, bawić z nimi ani nawet je karmić, co oznaczało, że miał więcej pracy. Wściekł się z powodu tego, co zrobiłam tamtej dziewczynie ze swojej klasy, i to była najsurowsza kara, jaka przyszła mu do głowy, nie licząc zakazu polowania.
Pilnie ćwiczyłam powożenie psim zaprzęgiem, ale to polowanie miałam we krwi. Lubiłam to robić i o tym czytać, a w domu stało mnóstwo książek na ten temat. Moimi ulubionymi były Nóż i spryt. Minimalistyczne przetrwanie Joego Wilcoxa, Co warto jeść. Jadalne dzikie rośliny Nancy i Billa Philomenów, Pułapki i ich zastawianie Aleca Cooka, a przede wszystkim Jak się zgubić Petera Kleinhausa, która nie jest poradnikiem, lecz zwyczajną książką, ale i tak nauczyłam się z niej wielu rzeczy o przetrwaniu. Peter Kleinhaus to ten gość, który przyjechał na Alaskę z południowych stanów i próbował całą zimę przeżyć w terenie, mieszkając w samodzielnie zbudowanym schronieniu i żywiąc się tylko tym, co sam upolował albo znalazł. Odmroził sobie płatek ucha i dwa palce u nóg, ale ogólnie całkiem nieźle sobie poradził.
Zawsze najbardziej podobała mi się książka Kleinhausa, ponieważ miejscami autor przestaje pouczać i po prostu opowiada, o czym myślał. Czasami podczas czytania jakiejś książki zaczynasz się zastanawiać, skąd obcy człowiek mógł wiedzieć, co dokładnie siedzi w twojej głowie. W pewnym momencie Kleinhaus pisze o tym, że przebywa w dziczy już od około trzech miesięcy, a od czterech dni szaleje śnieżyca. Utknął na skalnej półce na zboczu góry, nie ma opału do ogniska. W połowie czwartej nocy nagle się budzi i widzi, że śnieg przestał padać. Niebo jest bezchmurne, a gwiazdy przypominają opiłki żelaza rozsypane po czarnej tkaninie, która ciągnie się bez końca, wciąż dalej i dalej, a ty masz wrażenie, że niebo zaraz cię połknie, i niemal pragniesz stać się częścią czegoś potężnego. Chociaż jest mu zimno i nie ma ogniska, nie robi nic poza siedzeniem i patrzeniem w niebo. Pisze: „Zapominam się pod tym bezkresem. Moje człowieczeństwo umyka i już nie jestem sobą, tylko kolejnym zwierzęciem pod wiecznym, obojętnym niebem”. Kiedy przeczytałam to po raz pierwszy, musiałam zamknąć książkę i wyjść z domu. Zakręciło mi się w głowie.
Od prowadzenia samochodu też kręci mi się w głowie, ale inaczej. Drzewa przemykają obok, a niebo rozwija się nade mną, szare od obietnicy śniegu, której wciąż nie spełniło. Jechałam wyraźnie poniżej ograniczenia prędkości, ale opony z kolcami straszliwie jęczały na szosie, więc zwolniłam przed zakrętem, próbując nie patrzeć na pobocze.
Mama zginęła miesiąc przed moimi szesnastymi urodzinami. Miała wypadek. Nie prowadziła auta, szła wzdłuż drogi. Jest tyle miejsca na spacery na terenie naszej posiadłości, a ona postanowiła przejść się poboczem.
Droga mijająca nasz dom jest niemal całkowicie prosta i zapewnia dobrą widoczność. Ale w jednym miejscu ostro skręca i opada, a jeśli jedziesz za szybko, możesz nie zauważyć kogoś na poboczu. Facet, który kierował ciężarówką, twierdził, że odwrócił wzrok tylko na moment. Powiedział policjantowi, że nawet nie widział człowieka, a jedynie usłyszał, że jego samochód w coś uderzył, może w dużego psa albo cielę łosia.
Siła uderzenia rzuciła mamę na drzewo. Podejrzewam, że właśnie to ją zabiło. Jeśli złapiesz w sidła wiewiórkę i znajdziesz ją wciąż żywą, a nie masz wystarczająco dużo siły, by skręcić jej kark, możesz huknąć nią o drzewo i będzie po sprawie. Zastanawiam się, o czym myślała, kiedy wyrzuciło ją w powietrze. Czy było tak, jak mówią: czas zwolnił i mogła zobaczyć całe swoje życie albo przyjrzeć się, jak płatki śniegu spadają niczym gwiazdy i nieruchomieją na ziemi, a noc staje się jaśniejsza, gdy wszystko jest czyste i białe? Jeśli o czymkolwiek myślała, to mam nadzieję, że właśnie o tym.
Zastanawiam się także, co robiła w środku nocy poza domem, na poboczu. To nie jest przyjemne miejsce na spacer. Kiedy obok ciebie przemyka samochód, obsypuje cię kamykami i ziemią, chlapie błockiem, uderza falą powietrza, która za nim podąża. Nie rozumiem, co ją tam przyciągnęło. A jednak znalazła się przy drodze, sama w ciemności, dopóki nie oświetliły jej reflektory.

Scotta nie było, kiedy zatrzymałam się przed szkołą. Czekałam, patrząc, jak rzeka dzieciaków wylewa się na dziedziniec. Te mieszkające dalej wsiadały do autobusu, który kiedyś woził także mnie i Scotta, zanim sprawiłam, że nas z niego wyrzucili. Według dyrektora przysparzałam kłopotów już od pierwszego dnia.
W końcu wysiadłam z pick-upa i minęłam kilka grupek wygłupiających się starszych dzieciaków, które śmiejąc się i głośno rozmawiając, wsiadały na swoje quady, by odjechać do domu. Była także Beth Worley z listewką na nosie i bandażem zakrywającym szwy, które założono jej na początku tygodnia. Zdziwiło mnie, że już chodziła do szkoły, bo przecież w drodze do przychodni płakała, jakby miała umrzeć. Spiorunowała mnie wzrokiem, a jej przyjaciółki umilkły, kiedy przechodziłam obok nich, a potem zaczęły szeptać, gdy uznały, że wystarczająco się oddaliłam. Ale od zawsze mam lepszy słuch niż inni.
Scott klęczał przed swoją klasą, otoczony rozrzuconymi podręcznikami. Dopiero kiedy podeszłam, żeby pomóc mu je pozbierać, zauważyłam sporego siniaka rozkwitającego w kąciku jego ust.
Kto to zrobił? spytałam.
Pokręcił głową. Nieważne. Chodźmy.
Wiesz, że to po mnie spodziewają się bójek, powiedziałam, kiedy wyszliśmy z budynku.
Prawdziwe z ciebie utrapienie, Tracy Sue Petrikoff, skomentował i zabrzmiał przy tym tak samo jak tata, kiedy we wrześniu zadzwonili do niego ze szkoły i powiedzieli, że kopnęłam jakiegoś dzieciaka kolanem w krocze, po tym jak podczas lekcji wuefu rzucił mi piłką prosto w głowę.
Szturchnęłam Scotta w ramię, ale tylko w żartach, nie na tyle mocno, żeby sprawić mu ból.
Zamknij się, rzuciłam.
Odepchnął mnie.
Sama się zamknij.
Uważaj, Scotty! zawołał jakiś bachor z drugiego końca podwórka. Ona odgryzie ci twarz!
Potem rozległ się śmiech dzieciaków, które nawet nie chodziły ze mną do klasy. Wieści szybko się rozchodzą, gdy w jednym miejscu znajduje się zbyt wiele osób i wszystkie mają długie języki.
Goń się, odkrzyknął Scott.
Hej, zdziwiłam się, czy to nie jest twój kumpel?
Scott wzruszył ramionami. Tak, ale jednocześnie kawał palanta. A ty jesteś moją siostrą.
Zmierzwiłam mu włosy, wiedząc, że tego nie znosi. Pacnął mnie w dłoń.
Zatrzymaliśmy się przy sklepie, tak jak prosił tata, a ja poleciłam Scottowi, żeby pobiegł do środka i zawiesił ogłoszenie. Potem skierowałam się do domu. W miarę jak oddalaliśmy się od stacji benzynowej i zajazdu, w którym ludzie tłoczyli się przy kontuarze niczym rybki w puszce, czułam się coraz swobodniej. Wnętrze auta pachniało tłuszczem i wilgotnym futrem, co przypominało mi czasy, gdy całą czwórką pakowaliśmy się do kabiny i jechaliśmy do wioski, by uzupełnić zapasy, a przed powrotem do domu czasami wpadaliśmy na obiad do zajazdu. Wtedy mężczyźni podchodzili do naszego stolika, żeby uścisnąć dłoń tacie albo postawić mu drinka. Cały stan znał Billa Petrikoffa Juniora. Mam wrażenie, że to było w całkiem innym życiu, jakbym czytała o tym w książce. Po śmierci mamy wszystko szybko się zmieniło.