“Mgły Tangeru” to opowieść o miłości i tajemnicy w mieście o fascynującej przeszłości.


W grudniu 1951 roku Paul Dingle zaginął bez śladu w tangerskim porcie. Ponad 60 lat później, Flora Gascón podejrzewa, że był to ten sam człowiek, w którym zakochała się podczas przelotnego romansu w Madrycie.

Wspólnym mianownikiem są “Mgły Tangeru”, powieść, która leżała na nocnym stoliku Paula.

Flora wyrusza do Tangeru, by odnaleźć autorkę książki, jedyną osobę, która może wyjaśnić jej, kim był jej kochanek i jak może go odnaleźć. Kobieta szybko orientuje się, że sama musi dopisać zakończenie tej historii.

Wyprawa staje się podróżą w głąb siebie i pozwala odkryć Florze, kim tak naprawdę jest.

Cristina López Barrio – urodzona w Madrycie prawniczka, która porzuciła karierę na rzecz pisania. Za swoją debiutancką powieść zdobyła nagrodę Villa de Pozuelo de Alarcón, za drugą powieść “Ogród wiecznej wiosny” otrzymała tytuł literackiego odkrycia roku. “Mgły Tangeru” znalazły się w finale Premio Planeta 2017.

Cristina Lopez Barrio
Mgły Tangeru
Przekład: Katarzyna Kozioł-Galvis
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 17 lipca 2019
 
 

Mgły Tangeru


„Jeśli wyruszasz w podróż do Itaki,
pragnij tego, by długie było wędrowanie,
pełne przygód, pełne doświadczeń.
Lajstrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie obawiaj się. Nic takiego
na twojej drodze nie stanie, jeśli myślą
trwasz na wyżynach, jeśli tylko wyborne
uczucia dotykają twego ducha i ciała.
[…]
Itaka dała ci tę piękną podróż.
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
A jeśli ją znajdujesz ubogą, Itaka cię nie oszukała.
Gdy się stałeś tak mądry, po tylu doświadczeniach,
już zrozumiałeś, co znaczą Itaki”.
Konstandinos Petru Kawafis, Itaka

„Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”.
Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie
 
 
„Życie staje przed sztuką ze zwierciadłem…”
Oscar Wilde, Zanik kłamstwa

Kochanek

Madryt, 12 grudnia 2015 r.

Czuje niesmak w ustach. Obudziła się w pokoju o czerwonych ścianach. Ciągle jeszcze jest noc. Oddycha z ulgą. Zasłony w oknie są lekko odsunięte. Migotliwe światło neonu pada na jej nagi brzuch. Nie ma odwagi się poruszyć. Słyszy hałas przejeżdżających aut, Gran Vía wcześnie stanęła w korkach. Przypomina sobie, gdzie jest. Kim jest. Co zrobiła. On leży tuż obok, żywy, oddycha miarowo we śnie. Która może być godzina? – pyta samą siebie. Czuje zimno. Lodowate sutki. Zdrętwiałe nogi. Niebieskawy od świateł neonu brzuch. Genitalia ciągle jeszcze drżą wspomnieniem tego, co się zdarzyło. Inne rzeczy też wskazują na to, że to wszystko jest prawdą. Ale musi iść. Już pewnie po drugiej. A co, jeśli się obudzi? Czuje bicie serca w gardle. On śpi na brzuchu, z twarzą zwróconą w jej stronę. Sylwetka nagiego ciała, jego stykająca się z prześcieradłem skóra też jest świadkiem tych wydarzeń. Wstaje, na drżących nogach, z tępym bólem głowy, z płonącymi ustami.
Na podłodze kłębią się spodnie, buty, swetry, rajstopy… Po omacku szuka swojej odzieży i ubiera się w pośpiechu, przyglądając mu się. Każdy jego gest, każde westchnięcie sprawiają, że zastyga w bezruchu, czekając na kompletną ciszę. Na biurku leży torebka. Sprawdza godzinę w telefonie, już wpół do czwartej. Obok torebki zauważa książkę, jeszcze kilka godzin temu niewidoczną; kartkuje ją, oświetlając strony latarką z komórki. Na niektórych przyklejone są karteczki z zanotowanymi ołówkiem komentarzami po francusku. Książka zatytułowana jest Mgły Tangeru; napisała ją Bella Nur. Lubi czytać, pomyślała, patrząc na niego. Teraz leży na plecach, jego łono migocze w świetle neonu.
Odkładając książkę, zauważa portfel. Dość wysłużony. Chowa telefon do kieszeni, on oddycha zanurzony w innym świecie. Drżącymi rękami otwiera portfel: żadnej karty kredytowej, żadnego dowodu, żadnej wizytówki, jedynie zdjęcie mężczyzny w mundurze, uśmiechającego się w bieli i czerni. Słyszy jego kaszlnięcie. Portfel wyślizguje się jej spomiędzy palców, chwyta go za róg, coś wypada z jego wnętrza na dywan. To wisiorek o kształcie przypominającym krzyż. Chwyta go i zaciska w ręce aż do bólu. Jej terapeutka zawsze powtarza: „Odważ się choć raz, moja droga”. Chowa wisiorek w torebce. W leżącym na biurku notatniku z logo hotelu zapisuje: „Flora z bajki” i podaje swój numer telefonu. On przytula się do poduszki; ona odchodzi, czując jego zapach na policzkach.
Młody recepcjonista z nocnej zmiany porusza szybko kciukami po ekranie swojego nowego iPhone’a. W tygodniach poprzedzających Boże Narodzenie przez hotel przewija się wielu gości, ale od godziny jest w końcu spokój. Kiedy drzwi windy otwierają się, młodzieniec szybko odrywa wzrok od telefonu. Dobry wieczór, mówi spieszącej w kierunku wyjścia kobiecie. Wymykająca się ukradkiem Flora nie odpowiada nic.
Madryt skrzy mnogością barw. Bijące od teatralnych billboardów światła przy Gran Vía, lunatyczne auta, hordy młodzieńców w czapkach świętego Mikołaja, Chińczycy sprzedający na kartonowych straganach piwo i kanapki w celofanie. Flora idzie w kierunku parkingu przy Plaza de España, obcasy, których zazwyczaj nie nosi, stukają po chodniku. Lodowaty grudniowy wiatr kaleczy jej skórę wokół ust i na brodzie. Zanurza się w połach płaszcza i, pomimo odrętwienia, uśmiecha się na myśl o tym, że ma źle włożone rajstopy i idzie w rozkroku, ocierając się o nylonowe szwy. Wydarzenia tej nocy wracają do niej jak bumerang. Jego srebrny pierścień z szarym kamieniem przesuwający się po jej piersiach; wyszeptana do ucha obietnica: będę całował każdy skrawek twojego ciała. Po raz pierwszy od wielu lat Flora czuje, że żyje. Istnieje w tym nierealnym świecie kanapek w celofanie. Istnieje, gdy w końcu znajduje parking i kroczy przez oświetloną przyćmionymi latarniami i pełną niedopałków alejkę. Istnieje, gdy jacyś dwa razy od niej młodsi chłopcy patrzą na nią, wdychającą opary z azjatyckiej restauracji, w której tłoczy się uciekająca przed świtem młodzież. Istnieje, wchodząc do auta, szarego volkswagena z drugiej ręki, a każdy banalny gest, taki jak ściągnięcie płaszcza czy odłożenie torebki na siedzenie, wydaje się jej wyjątkowy. Istnieje, kiedy opuszcza tętniące życiem miasto i przejeżdża przez Puente de los Franceses. Istnieje, gdy na jej usta ciśnie się to słowo, nie Lowenstein, jak w Księciu przypływów, który widziała już z tysiąc razy, lecz Camelot, pub, w którym poznała go wśród oparów whisky i podchmielonych śmiechów; istnieje ona, Ginewra, pośród gromadzącej się na poboczach mgły, a ciemność pochłania ją, podczas gdy w radiu leci jakaś piosenka z lat osiemdziesiątych. Śpiewa. Istnieje, choć skręciła już w zjazd, a jej królestwo wyłania się spośród zmrożonego powietrza i świateł pierwszych lamp sygnalizujących mieszczańską cywilizację, rzędy otoczonych betonowymi płotami identycznych osiedli ze szczątkowymi śladami zieleni. Flora milknie, wyłącza radio w obawie, że ktoś ją usłyszy, zanurza się w garażu i parkuje na przysługującym jej miejscu numer 223.
Jest czwarta trzydzieści. Jadąc windą, Flora sprawdza telefon, ale nie ma nowych wiadomości ani połączeń. Zdejmuje buty, chwyta je jedną ręką, a w drugiej trzyma już klucze. Korytarz na czwartym piętrze pogrążony jest w półmroku. Otwiera oznaczone literką „C” drzwi, wchodzi i zamyka je za sobą bezgłośnie. W domu panuje głucha cisza. Przez okno w salonie wpada podłużny cień najwyższego cyprysa w ogrodzie. Flora pozbywa się płaszcza i butów, szuka w torebce papierosów i siada na sofie, by zapalić. Wspomnienia uderzają z nową siłą, unoszą się wśród kłębów dymu: on rozpala ją pocałunkiem w szyję, liże, upaja się nią, przemierza, szuka, pragnie jej i znajduje. Papieros się kończy, dogasza go w kryształowej popielniczce. Flora wstaje, a przed nią otwiera się prowadząca do sypialni przepaść. Po drodze zdejmuje rajstopy, stąpa po lodowatych płytkach, przeskakuje z jednej na drugą, zatrzymuje się, nasłuchuje, nic. Głucha cisza. Skręca do łazienki, zapala światło i patrzy w lustro. Szare oczy giną w smugach tuszu do rzęs, włosy są rozwichrzone od chwil uniesienia. Szkła kontaktowe zaschły na kamień, odklejają się od źrenic i spadają na umywalkę. Jutro będzie musiała założyć nowe. Rozbierając się, czuje jego zapach, ich zapach, przykrywa go piżamą, strzeże, utrwala na skórze. Gasi światło. Dom pogrążony jest w ostatnich podrygach nocy. Nie ma ucieczki. Wielkie łóżko na nią czeka. Jest jak grobowiec, w którym leży już na plecach mężczyzna, zajmując przysługującą mu połowę. Śpi. Flora zbliża się do wolnej połowy, kładzie się ostrożnie, by nie dotknąć drugiego ciała, by nie poczuć nawet jego ciepła, śladu jego obecności, nakrywa się płytą i zamyka grób.

* * *

– Budzisz mnie o siódmej, żeby mi powiedzieć, że przespałaś się z gościem, którego imienia nawet nie pamiętasz? Że masz kaca jak stąd na Księżyc? Ile ty masz lat, Florciu? Czy ja wyglądam na twoją psiapsiółkę ze szkoły? Popatrz na mnie, kochanieńka… Worki pod oczami, kurze łapki, napuchnięta twarz… Mam pięćdziesiąt lat, ty czterdzieści i jestem twoją psychoterapeutką.
Na ekranie laptopa Flory widać na Skypie, jak siedząca w Buenos Aires Deidé Spinelli wachluje się gazetą.
– W takim razie widzimy się we wtorek o piątej trzydzieści, półtorej godziny dla mnie, pół dla ciebie, zwykła sesja. Została mi jeszcze jedna z tego, co zapłaciłam za ten miesiąc.
– O nie, kochanieńka, nie rób z siebie ofiary. Mnie na to nie nabierzesz.
Flora uśmiecha się. Siedzi przy swoim biurku, ubrana w ciepłą piżamę z Małym Księciem. Założyła słuchawki, żeby jej mąż nie usłyszał głosu Deidé. Drzwi pokoju są zamknięte.
– No to opowiadaj wszystko, każde słowo i każde jęknięcie. Zasłużyłam sobie na to, skoro już zerwałam się o świcie. – Wachluje się z wyraźnie większą energią.
– Jest gorąco już o tej porze?
– To nie argentyńskie słoneczko, kochanieńka, tylko ta pieprzona menopauza. Uderzenia gorąca nie dają mi żyć.
– A nie możesz zacząć terapii hormonalnej?
– Pieprzyć hormony, przejdę to tak, jak przeszła moja matka. Ale teraz mów, bo jak na razie to tylko rzuciłaś kilka haseł, a ja chcę znać szczegóły.
– Mówiłaś mi wiele razy, że muszę być bardziej odważna, wyjść ze strefy komfortu, w której żyję…
– Nie szukaj usprawiedliwień, kochanieńka, jesteś już na tyle duża, że musisz to brać na klatę. Ja cię nie wpychałam w niczyje ramiona. Mówiłam ci już, że musisz zejść z wieży do lochu, bo tam właśnie siedzisz. Musisz zejść po schodach do serca, do wnętrzności. To najtrudniejsza droga. – Deidé ściąga przewiewny szlafrok w kwiaty. Ma farbowane na czarno długie i bardzo kręcone włosy.
– Może właśnie on jest drogą na skróty. – Flora zaciska w dłoni telefon.
– Tam, gdzie musisz dojść, nie ma drogi na skróty.
– Deidé, dawno tak dobrze się nie bawiłam…
– Co o nim wiesz? Imienia nie znamy, ale chyba coś tam wyłapałaś.
– Mówił z francuskim akcentem.
– No to pewnie jest z Francji.
– Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy o zwykłych sprawach… No, wiesz, skąd jesteś, gdzie pracujesz…
– Czyli omawialiście tematy metafizyczne?
Flora marszczy niewielki piegowaty nos. Sprawdza w telefonie, czy nie dostała jakiejś wiadomości.
– Zaproponował mi grę… Mieliśmy być nie tym, kim tak naprawdę jesteśmy, ale tym, kim chcielibyśmy być.
– A to ci zabawniś, i dzieciuch, z tego co widzę. – Deidé nalewa sobie filiżankę kawy. – Ale opowiadaj po kolei, możemy z tego zrobić sesję. Ta gierka może prowadzić bezpośrednio do podświadomości. Gdzie go poznałaś?
– Pamiętasz tę bożonarodzeniową kolację, którą wczoraj organizowały moje koleżanki ze szkoły, tę, na którą nie chciałam iść? Cóż, w końcu jednak poszłam…
– Nie mówiłaś, że się zdecydowałaś.
– O tej porze już spałaś. Ostatecznie nie było tak źle… Po kolacji poszłyśmy do knajpy, nazywa się Camelot.
– Dość niebezpieczna nazwa jak dla ciebie, kochanieńka, z tą twoją bujną wyobraźnią. Takim jak ty powinni zabraniać wstępu do tego typu miejsc, tak jak hazardzistom do kasyn. Bo później nagle pojawia się koleś i chce grać w jakąś grę…
– Nie miał zbroi – śmieje się Flora. – Tylko sweter w paski i czarne spodnie. Podszedł do mnie przy barze, kiedy zamawiałam kolejny dżin z tonikiem.
– Był sam?
– Tak.
– Samotny facet w barze… Przynajmniej nie okazał się psychopatycznym mordercą… No naprawdę, kochanieńka, kusisz los. W końcu z nim wyszłaś, tak po prostu, a co o nim wiedziałaś?
– Dużo podróżował. Opowiadał mi o niezwykłych miejscach… Złotych wydmach Sahary, egipskiej oazie, w której jeziorze znajdują się zachowane w soli muszle. Snuł historie kobiet z marokańskiego Rifu, historie, które można opowiadać jedynie nocą, bo ten, kto robi to za dnia, zostaje przeklęty na zawsze.
– Lawrence z Arabii, Szeherezada, zaklinacz węży… Szybko trafił w twój czuły punkt, kochanieńka.
– A potem tańczyliśmy, Deidé. Koleżanki, które dotrwały jeszcze do tej godziny, nie spuszczały z nas wzroku. Normalnie w tańcu czuję się jak drewniany kloc, ale z nim było inaczej… To nie byłam ja, Flora, pulchniutka i w babcinych majtkach. W tamtej chwili on był kapitanem francuskiego ruchu oporu, walczącym o wyzwolenie Paryża z rąk nazistów, a ja byłam pisarką i korespondentką wojenną, której właśnie udzielił wywiadu. Pub zmienił się w bar z lat czterdziestych, brakowało jedynie kłębów dymu papierosowego. Tańczyliśmy przytuleni, patrząc sobie w oczy. W końcu zaproponowałam, żebyśmy wyszli i nie dawali moim koleżankom więcej powodów do plotek.
– Chyba już nic więcej nie musiały wiedzieć. A jeśli któraś z nich powie to twojemu mężowi?
– Nie wiem, jak miałyby go znaleźć.
– W dzisiejszych czasach to raczej nietrudne z Facebookiem, Instagramem i Bóg wie czym jeszcze… Skończyły się czasy anonimowości na świecie.
– Nie obchodzi mnie to. Jak dla mnie może wiedzieć. Najchętniej bym to wykrzyczała!
– Kochanieńka, ty nadal jesteś pod wpływem czegoś, co nazywa się dobrym seksem.
– Czułam się pożądana, Deidé.
– Nie mam co do tego wątpliwości, chłopak dobrze odrobił zadanie. Spotkacie się jeszcze?
– Dałam mu swój numer.
– To dlatego nie wypuszczasz telefonu z rąk.
Zza drzwi dobiega głos jej męża:
– Floro, z kim rozmawiasz? Musimy iść na zakupy.
– Już kończę – odpowiada. – Daj mi minutę.
– Potem będą kolejki przy kasie – upiera się cienkim głosem mąż.
– Deidé, zadzwonię do ciebie, jak tylko będę mogła.
– Daj mi też odetchnąć, kochanieńka, dziś sobota. I zalecz kaca sokiem pomidorowym.
– Floro, potrzebujesz dużo czasu, żeby się przygotować?
– Nie! – krzyczy. – Bez odbioru, Deidé. Trzymaj się.
Flora otwiera drzwi.
– Z kim rozmawiałaś? – pyta mężczyzna.
– Z koleżanką z Argentyny, którą poznałam na Facebooku, teraz jesteśmy sobie bardzo bliskie.
Leczy się u Deidé już od dwóch lat, ale nie chce, by on się dowiedział. Pieniądze, które zarabia w Electrodomestic Language, tłumacząc na angielski i francuski instrukcje obsługi mikserów, ekspresów do kawy, zmywarek, suszarek do włosów, lodówek i innych sprzętów AGD, nie są zbyt duże, dlatego szukała psychoterapii przez Skype’a. Nie mogła pozwolić sobie na opłacenie specjalisty w Madrycie bez konieczności tłumaczenia się, na co idzie tyle pieniędzy. Początkowo sesje odbywały się w godzinach pracy jej męża, urzędnika ministerialnego, ale teraz Flora dzwoni do Deidé, kiedy tego potrzebuje, i to za darmo.

Pod prysznicem Flora zmywa z siebie zapach poprzedniej nocy. Jedynymi wspomnieniami po niej są niewielkie pieczenie w pachwinie – kilkudniowy zarost podrażnił delikatną skórę podczas licznych pocałunków – oraz malinka na szyi. Zakrywa ją wełnianą apaszką. Ubiera się odważniej niż zwykle, wkładając dawno już zapomniane ciuchy, i maluje się inaczej: używa eyelinera i szarych, podkreślających kolor oczu cieni.
– Idziemy gdzieś jeszcze po zakupach? – pyta ją mąż.
– Umyć twoje auto, jak zwykle – odpowiada Flora.
– Teraz wyglądasz zdecydowanie lepiej. Dużo wczoraj wypiłaś?
– Tyle, ile trzeba.
– A dobrze się bawiłaś?
– Fajnie było się spotkać po latach.
– Cieszę się. Potrzebowałaś tego.
W soboty robią cotygodniowe zakupy. Jadą do supermarketu jego autem, rodzinnym peugeotem 508 w kolorze wiśniowym – którego Flora nigdy nie lubiła – choć jak na razie ich rodzina ogranicza się do nich dwojga.
Prowadzi jej mąż. To mężczyzna o poważnych oczach, ubrany w sweter z okrągłym dekoltem, pachnący łagodną wodą kolońską. Z drogi widać już wyłaniającą się z oddali gigantyczną sylwetkę supermarketu. Skamielina codzienności, myśli Flora. Czuje ścisk w żołądku. Nie chce tam iść. Unosi się nad nią jakaś groźba, ostre, punktowe światło, megafony zapowiadające wciąż tę samą świeżą rybę w promocji.
– Już jest dużo ludzi – mówi jej mąż. – Parking jest prawie pełny. Nie powinniśmy się byli tak guzdrać.
Flora opuszcza szybę w oknie, szukając świeżego powietrza. Ma na sobie okulary przeciwsłoneczne. Promienny, zimny poranek uderza w jej kaca. Boli ją głowa, chociaż wzięła już tabletkę. Zapaliłaby papierosa, dwa, oddałaby wszystko, żeby ból ustąpił, żeby zniknął strach, że już nic się nie wydarzy.
Po wejściu do supermarketu oddają się sobotniej rutynie. Zaczynają zakupy od działu warzyw i owoców. Następnie puszki, przetwory, oliwy, pieczywo, słodycze, napoje, wędliny i środki czystości. Nigdy nie zaburzają tego porządku, jej mąż mówi, że w ten sposób o niczym nie zapomną.
– Floro, ziemniaki. Może zrobimy wieczorem tortillę? – To on pcha wózek.
Dzielą się obowiązkami: Flora wybiera warzywa, a on owoce.
– Są jeszcze bakłażany? – pyta ona.
– Trzeba kupić.
Z torebki Flory dobiega dźwięk telefonu. Charakterystyczny dzwonek zdradza, że dostała wiadomość na WhatsAppie. Patrzy w ekran:
Floro z bajki, tajemnicza Floro, obudziłem się, a Ciebie już nie było…
– Wszystko w porządku? – pyta mąż. – Poczerwieniałaś.
Paul, powtarza cicho Flora. Tak jest, ma na imię Paul. Teraz pamięta. Po prostu Paul. Jestem Paul, tak się przedstawił przy barze w Camelocie.
– Weź cukinie, Floro! Czekam na ciebie przy puszkach, tutaj już skończyłem. I pospiesz się.
Ognistowłosa Flora… Chcę znów poczuć go na sobie… Gdzie jesteś?