Verena Lueken w zbiorze reporterskich esejów “Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata” ukazuje czytelnikom miasto iluzji tak różnorodne, jak ludzkie wyobrażenia na jego temat. Jest przy tym mistrzynią nastroju, z dużą wrażliwością odmalowuje na kartach książki nieustannie zmieniającą się atmosferę tego wielkiego miasta.


Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata„Nowy Jork jest stolicą świata, bo każdemu obiecuje, że znajdzie tutaj to, czego szuka” – pisze Verena Lueken w swojej książce poświęconej temu miastu. W istocie, nie ważne ile opowieści, książek i filmów powstało na jego temat i ile jeszcze powstanie, to każda taka relacja ma szansę uwieść odbiorców, bo perspektyw z jakich można nań spojrzeć jest tak wiele, że żadne pojedyncze dzieło ich nie obejmie. Czym wyróżnia się perspektywa Vereny Lueken? Zdecydowanie umiejętnością uchwycenia wszelkich odcieni atmosfery miasta poznawanego w pionowej perspektywie, gdzie to co w górę, zarezerwowane jest dla bogactwa, a to co w dół – dla nędzy, przy czym jedno i drugie potrafi przyjmować w Nowym Jorku swoje skrajne formy.

Lektura tej książki uzmysławia czytelnikowi, że Nowy Jork jest miastem nieprzeniknionym. Iluzją i fatamorganą podlegającą nieustannym zmianom, które w połączeniu ze skomplikowaniem struktury miasta wykluczają możliwość poznania go przez kogokolwiek. To przestrzeń licznych równoległych światów istniejących obok siebie, a podróżowanie po nich przypomina odyseję Alicji po drugiej stronie lustra.

Wystawne kolacje pod kryształowymi kandelabrami w opuszczonych korytarzach metra, a w opozycji do nich zhierarchizowany świat bezdomnych przemieszczających się w tych samych przestrzeniach, to tylko jeden z przykładów ilustrujących ten stan rzeczy, przywołanych przez autorkę książki. To, co dzieje się w trzewiach miasta, jest fascynujące w całej swej tajemniczości i Verena Lueken ma tego świadomość. Potrafi zbudować napięcie pośród melancholii. Stojąc nad kolosalnym dołem w strefie zero, jaki pozostał po oczyszczeniu jej z ruin World Trade Center wczesnym latem 2002 roku, zdaje relację z tego, jak „przez kilka tygodni można było zajrzeć do tego ośrodkowego układu nerwowego Nowego Jorku”, bo prace ratowników odsłoniły podziemny przekrój miasta łącznie z pozostałościami po jego XIX-wiecznym obliczu.

Verena Lueken pisze lekko, w sposób przyjemny i przystępny, lecz nie bez krytycyzmu – to nie jest oda ku czci miasta ani prywatna lista zachwytów.

Świadomość XIX-wiecznego dziedzictwa miasta, także tego czysto fizycznego, uwzględniająca poznanie fundamentów społecznych i gospodarczych, na jakich zostało ono zbudowane, przybliża do pojęcia zasad jego funkcjonowania w teraźniejszości. Dlaczego Nowojorczycy są tak nieufni wobec władzy a miasto tak trudne do zarządzania? Dlaczego tereny nad samym oceanem nigdy nie zostały wykorzystane pod budowę eleganckiej i prestiżowej architektury, jak miało to miejsce w wielu innych miastach zlokalizowanych na wyspach? Odpowiedzi na te dwa, z pozoru bardzo dalekie od siebie pytania, trzeba szukać w odległej historii miasta wciąż rzutującej na jego dzisiejszy kształt i charakter obecnych mieszkańców.

Verena Lueken pisze lekko, w sposób przyjemny i przystępny, lecz nie bez krytycyzmu – to nie jest oda ku czci miasta ani prywatna lista zachwytów. Zbiór reporterskich esejów umieszczonych w książce „Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata”, dotyka różnorodnych aspektów życia metropolii, przynosi sporo wiedzy, i jest to wiedza osoby, która od lat obserwuje to, o czym opowiada czytelnikom. Łącznie z wiedzą na temat tego, jak przebiega adaptacja przybysza z Europy w tym amerykańskim mieście, ze wszystkimi pułapkami, w które ów przybysz wpadnie – a doświadczyła ich na własnej skórze.

„Trzeba wierzyć, że ma się tu szanse i że istnieją sposoby pozwalające na skorzystanie z tych okazji, w przeciwnym razie człowiek nie ma czego szukać w Nowym Jorku i nie będzie tutaj szczęśliwy. Nowojorczykiem jest jednak tylko ten, kto tu pozostaje, gdy już się nacierpiał i nauczył, że nie wszystkie obietnice się spełniają” – konkluduje autorka w ostatnim rozdziale. Jeśli więc wybieracie się do Nowego Jorku, to ta książka może być dla was pomocna, zaś jeśli nie, to przekonacie się dzięki niej czy jest czego żałować, czy wręcz przeciwnie. Nikodem Maraszkiewicz

Verena Lueken, Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata, Przekład: Dariusz Salamon, seria Mundus, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 2014 (wersja papierowa), 10 czerwca 2019 (ebook)
 
 

Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata

Verena Lueken
Nowy Jork. Neurotyczna stolica świata
Przekład: Dariusz Salamon
seria Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 2014 (wersja papierowa), 10 czerwca 2019 (ebook)
 
 

Kody pocztowe ZIP

Mimo że nowojorczycy mówią staranniej po angielsku niż na przykład Teksańczycy, a ich wymowa jest mniej rozpowszechniona, dzielą z tymi ostatnimi i wszystkimi innymi Amerykanami upodobanie do semantyki cyfrowej, która może zeszpecić każde zdanie, obcym zaś wydaje się zupełnie niezrozumiała. Być może wcale nie chodzi o jakieś szczególne upodobanie, lecz jedynie o leniwe przyzwyczajenie lub o redukowanie języka do logo, gdziekolwiek to tylko możliwe. Od czasu, gdy cały świat – idąc za przykładem Amerykanów – zamiast o zamachach terrorystycznych z 11 września mówi o 9/11, nine eleven, ten zwyczaj rozprzestrzenił się także daleko poza granicami Ameryki. Kody liczbowe są bardzo popularne także w mniej dramatycznych kontekstach. Nawet w „New York Timesie”, w końcu angażującym do swojego niedzielnego wydania krytyka językowego i wydającym własny podręcznik stylistyczny, w którym są objaśniane wysokie standardy językowe gazety, zdarza się, że w środku artykułu o straży pożarnej i pozostawaniu w stanie gotowości nagle pojawia się kod 24/7, czytany jako twenty four seven, oznaczający „dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu”. Inne przykłady takiej maniery językowej to 911, nine one one – nie tylko numer telefonu, lecz także nazwa telefonu alarmowego na policję i do straży pożarnej, oraz 311, three one one – nazwa infolinii, pod której numerem mieszkańcy miasta mogą składać skargi i zażalenia. Z kolei 2 × 4, two by four, to określenie dla samochodów o napędzie czterokołowym, a 401(k), four o one k, to nazwa planu emerytalnego, do którego dopłaca także pracodawca.

Inne liczby zyskały społeczne znaczenie. Są to przede wszystkim numery kierunkowe, tak zwane area codes. Do niedawna można było być pewnym, że po wybraniu kierunkowego 212 zadzwoni jakiś telefon na Manhattanie, ponieważ na Manhattanie wszystkie numery telefonów zaczynały się od 212. Każdy Amerykanin znał ten numer kierunkowy, a jego właściciele traktowali go w głębi ducha jako coś nobilitującego, odróżniającego ich jako wybrańców losu od tych, do których można się było dodzwonić, wybierając kierunkowy 718, a więc mieszkańców Brooklynu, Queens czy Bronksu. („O, mieszka pani na peryferiach” – przez długi okres był to zuchwały komentarz na temat numerów zaczynających się od 718, aż nastała moda na wynajmowanie kwater poza Manhattanem). W erze telefonii komórkowej, gdy nowojorczykom podarowano nowy numer kierunkowy 917, area codes przestały jednak być jednoznacznymi elementami wyróżniającymi. Poza tym spółce telefonicznej na Manhattanie skończyła się pula siedmiocyfrowych numerów poprzedzonych numerem kierunkowym, co było spowodowane faktem, że co drugi mieszkaniec miasta miał jeszcze dodatkowy numer dla telefaksu i trzecie łącze telefoniczne do obsługi internetu. Jeszcze na długo zanim do tego doszło, gazety i stacje radiowe przygotowywały nowojorczyków na to, że na Manhattanie zostanie wprowadzony dodatkowy numer kierunkowy 646, co stanowiło perspektywę wzbudzającą wśród wielu mieszkańców rozgoryczenie. W stałych kolumnach z listami od czytelników rozgrywały się prawdziwe bitwy o 212 for Manhattan, oczywiście skazane na niepowodzenie i być może właśnie dlatego prowadzone z tym większym zapałem. Pewnego dnia wprowadzono numer kierunkowy 646 i nagle numer 212 stał się naprawdę ekskluzywny, skoro wskazywał nie tylko na to, że jego właściciel mieszka na Manhattanie, lecz także na to, iż posiadał ten numer już od dawna. Ci zaś, którzy dopiero co się tu przeprowadzili, od razu byli rozpoznawani po kierunkowym 646 i traktowano ich z lekceważeniem. Na krótko po przełomie tysiącleci media całymi miesiącami wałkowały temat tej dyskryminacji, aż wszyscy zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tymczasem wydarzyły się nowe potworności, takie jak zamknięcie dwóch nieotrzymujących żadnych zgłoszeń komend straży pożarnej. Ludzie mieszkający na północnym Manhattanie, czujący się przejściowo zagrożeni wizją przydzielenia ich obszaru do świata numeru kierunkowego 718, jako pierwsi przyzwyczaili się do nowego porządku, reszta Manhattanu też się w końcu pogodziła ze zmianami. Pewnie dlatego, że jeden element wyróżniający, którym się sugerują nowojorczycy, a mianowicie kody pocztowe, nie uległ zmianie.

Zone Improvement Plan Codes, w skrócie ZIP Codes, w momencie, gdy wprowadzano je pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, stanowiły prawie wyłącznie pomoc przy doręczaniu poczty. Kody pocztowe składają się z pięciu cyfr, a w Nowym Jorku wszystkie zaczynają się od dziesiątki. Najważniejsze jest to, co następuje po dziesiątce. Jeśli jest to zero, to dany obszar należy do Manhattanu. Adresy na Staten Island znajdują się w obszarze ZIP 10301 lub wyżej, na Bronx wskazują kody od 10451 wzwyż. Także w obrębie samego Manhattanu istnieją subtelne różnice. To, na czym one polegają, zrozumiecie, gdy sobie wyobrazicie, jak wielkie było rozczarowanie na Upper East Side, gdy w roku 2002 kod ZIP 10021, uchodzący za najbardziej elitarny w mieście, nie znalazł się na liście pięćdziesięciu najbardziej luksusowych kodów pocztowych w Stanach Zjednoczonych. Nie wymieniono tam również 11937, kodu ZIP dla East Hampton, napawającego mieszkańców tak wielką dumą, że niedawno w pewnym czasopiśmie zalecono jako stosowny prezent dla gospodarzy od mieszkających tam przyjaciół torbę plażową z wyszytym w formie monogramu szeregiem cyfr 11937. Być może tej rady będą musieli w przyszłości posłuchać goście podejmowani przez gospodarzy w domu w Sagaponack, tuż obok, których kod ZIP 11962 wprawdzie również nie został uwzględniony na liście najdroższych, ale prawie mu się to udało, o czym z dumą wspomniano w statystykach. W tej całej swojej obsesyjności nowojorczycy ignorują fakt, że najsłynniejszy kod ZIP w kraju, 90210, należy do zupełnie innej okolicy, a mianowicie do Beverly Hills, i że zyskał on sławę na całym świecie nie dzięki wysokim cenom miejscowych działek, lecz dzięki serialowi.

Nietrudno się domyślić, dlaczego to wszystko jest takie ważne. Metropolie, w których poruszają się anonimowe masy ludzi, zawsze tworzyły kryteria służące odgradzaniu się. Z tego też powodu nie istnieje żadne duże miasto, w którym nie byłoby klubów rządzących się elitarnymi zasadami przyjmowania nowych członków. W Nowym Jorku ma swoje siedziby kilka spośród najbardziej ekskluzywnych. Obsesyjność, z jaką nowojorczycy zwracają uwagę na swoje numery kierunkowe czy kody pocztowe, działa na tych samych zasadach. Liczby te poświadczają przynależność do dającej się wyodrębnić wspólnoty, do której nie każdy może przystąpić. Jest to jednak wielka dziecinada, takie samo wariactwo jak rozpaczliwe krzyki mieszkańców Down­town, których sprowadza do Uptown jakieś spotkanie. Niektórzy żyjący w śródmieściu mówią zaś: „Poza 14. Ulicą zaczyna się obcy świat”. Wielu mieszkańców Uptown nigdy z kolei nie zapuszcza się na południe od 57. Ulicy, bo i oni są przekonani, że tam zaczyna się inny wszechświat. To są oczywiście bzdury, co mogą potwierdzić liczni nowojorczycy regularnie i bezproblemowo jeżdżący między obydwiema częściami miasta. Ci ostatni to prawdopodobnie osoby niewiele sobie robiące z wszystkich tych kodów pocztowych i numerów kierunkowych, nawet wtedy, gdy w gazecie znów piszą, że także rasa psów biegających po danej dzielnicy zmienia się odpowiednio do kodów pocztowych. To, gdzie mieszka właściciel psa, można jakoby rozpoznać po tym, jakiego zwierzaka prowadzi na smyczy. Pieski pokojowe prawie zawsze należą do regionu z kodem 10021, rottweilery – do obszaru z kodem 10473 w południowym Bronksie. Psy rasy chihuahua są z kolei trzymane przez mieszkańców Hiszpańskiego Harlemu z kodem pocztowym 10029. Tylko pudli nie można przyporządkować na Manhattanie do żadnego specyficznego regionu.