„Do Europy — tak, ale razem z naszymi umarłymi”, pisała Maria Janion. Ta myśl stała się punktem wyjścia powieści Jacka Dehnela, w której trochę śmieszno, trochę straszno, a na pewno bardzo aktualnie.


Ale z naszymi umarłymiW pewnej krakowskiej kamienicy mieszka cały przekrój polskiego społeczeństwa. W tym Kuba i jego chłopak, Tomek.

Kuba jest dziennikarzem. Wraz z ekipą telewizyjną trafia na cmentarz w Cikowicach pod Bochnią, skąd napływają informacje o napadach na groby i wykradzionych ciałach. Nie byłoby w tym może nic aż tak niezwykłego, gdyby nie jeden zagadkowy szczegół — nagrobne płyty zostały rozbite… od środka.

I wtedy zaczyna się prawdziwe literackie szaleństwo! Kolejny cud nad Wisłą? Próba mająca zjednoczyć naród? Polska w ferworze! Medialna gorączka, polityczne oskarżenia i społeczne nastroje, od paniki po euforię.

Tymczasem sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli… Bo są na świecie rzeczy, o których nie śniło się czytelnikom.

Jacek Dehnel
Ale z naszymi umarłymi
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Ale z naszymi umarłymi


ROZDZIAŁ I

(…)
Za miastem zrobiło się szaro, smutno i jak z Dudy-Gracza. Widać było tylko rosochate, gołe drzewa, z zawieszonymi między gałęziami czarnymi piłkami jemioły, długie bruzdy w ziemi i domki: trochę starych, ale głównie nowe, rozłożyste, z parkanami z betonu lanego we wzorek, z dobudówkami nieotynkowanymi jeszcze, ale już świadczącymi o powiększeniu rodziny, a przynajmniej o powiększeniu jej wymagań. I szyldy, niekończące się szyldy wsi polskiej: że „Opony”, że „Bochnia ul. Kazimierza Wielkiego 8”, że sprzedam, że kupię, że „KOMBAJN”, że działka budowlana, że „DZIAŁKA ROLNA pow. 3200 m² SPRZEDAM”, że jedyny salon firmowy w Małopolsce, że „PUSTAKI JOLA”, że do sanktuarium tędy, że kiosk „Pomona” – a wszystko to w drobnej mżawce, od której szarzały tła i liternictwo w barwach podstawowych.
– Przez Kłaj? – przerwał ponurą ciszę ponurym głosem dźwiękowiec.
– Przez Kłaj – odparł równie ponuro kierowca.
Do samych Cikowic jechali w milczeniu.
Albowiem żadna Gundula Janowitz; Kuba, zanim zdążył wejść do budynku, dostał esemesa, że ma czekać na dole, bo jedzie z ekipą skręcić jakieś dewastacje cmentarza pod miastem. Wybrał numer redaktorki wydania, drugi raz, trzeci. Nie odebrała, przysłała tylko kolejnego esemesa, o treści: „Żadnego ale”.
Minęli kościół, otoczony kutym ogrodzeniem z bramą dużą, ozdobną (za sztachetami mignął im rząd niskich pniaków, które zostały po ściętych drzewach), oraz szeroki betonowany parking przed poczesną plebanią, i skręcili w lewo, w dróżkę na wpół asfaltowaną, na wpół szutrową; po dobrych dwudziestu metrach rozszerzała się ona w niewielki placyk, który o tej porze roku był po prostu rozjeżdżonym, błotnistym bajorem, mętną kałużą otoczoną odciskami opon.
– Musiała być ładna aleja – powiedział Kuba, pokazując w stronę kościoła dłonią, w której trzymał rękawiczki. Nikt tego nie podchwycił. Reszta ekipy w milczeniu wypakowywała sprzęt z bagażnika.

*

– …co innego, gdybyście mieli balkon. To jeszcze. Ale mam schodzić na dół? Litości. Nic nie poczuje.
– Wywącha, Kuba ma węch wyżła.
– Toomeeek…
– Mowy nie ma.
– Jak będę stał w oknie i wydmuchiwał dym na zewnątrz, to za parę godzin wywącha?
– Owszem – przytaknął Tomek – i od razu zapyta, kto tu był i palił. A lista podejrzanych jest krótka. Konkretnie: Szymuś.
– Nikt inny u was nie pali? – Szymuś leżał na rozgrzebanej pościeli, z twarzą wtuloną w poduszkę, więc mamrotał; wyraźny był tylko ton ogólny: jękliwy i niezadowolony. 
– Czy naprawdę musimy przez to przechodzić za każdym razem? Że przed seksem gra wstępna, po seksie zaś dywagacje, co Kuba może wywąchać, a czego nie może? No już, dość, nie fochaj się.
Szymuś wtulił twarz w poduszkę do reszty i jeszcze nakrył głowę kołdrą.
– Nie fochaj się, no.
Po dłuższej przerwie Tomka dobiegło „bohbahę”, co miało oznaczać „focham się”.
– Idę zrobić kawę. Chcesz?
Szymuś ściągnął z głowy kołdrę i popatrzył na Tomka z wyrzutem:
– Kawa nie liczy się bez papierosów. Nigdy. W żadnym świecie, w żadnym wszechświecie.
No cóż, tak, owszem, był śliczny śliczością chłopców z reklam giezełek dla hipsterów: duże, pulchne wargi, wystające kości policzkowe, długie rzęsy, a nad tym wszystkim rudawozłote włosy, zwijające się w grube pierścienie.
– Dobra już, dobra! – zawołał Tomek już z kuchni – ale dmuchaj przez okno.
Szymuś robił to, zasłaniając się kołdrą od zimnego marcowego powietrza, zanim jeszcze te słowa do niego doleciały. To się musiało tak skończyć, zawsze tak się kończyło.

*

Telewizja, powtarzał często Kuba, powinna nadawać jak kiedyś, od południa, pomijać wszystkie bzdury, a całodobowych serwisów informacyjnych trzeba zakazać raz na zawsze, bo media są jak leukocyty: jeśli nie mają do załatwienia poważnych spraw, zaczynają się zajmować wszystkim, co się nawinie, i społeczeństwo zaczyna robaczywieć od jakiejś autoimmunologicznej choroby, od skupiania się na rzeczach pomijalnych. Nie znosił więc historii o pękniętych rurach, o wypadku, w którym cztery osoby zostały niegroźnie ranne, o urodzinach najstarszej mieszkanki Małopolski – wydawały mu się powtarzalne, zbędne, nieciekawe. Nade wszystko jednak nienawidził języka, który był z tymi historiami ściśle związany. Było to straszliwe narzecze dziennikarskie, mające swoje stałe figury, utarte zwroty, nawet intonację. Czuł, że przed kamerą z jego ust wydobywa się atrapa języka, którym opisuje atrapę świata. Zamiast twarzą w twarz z Gundulą Janowitz przywoływać rozmaite niemieckie słowa i słówka (w tym oznaczające słowika, którego nadal, jak na złość, nie był w stanie sobie przypomnieć), rozmawiał z miejscowym kamieniarzem. I oczywiście nie mógł się do niego zwracać „proszę pana” ani po nazwisku, nie, wedle reguł gatunku musiał z nim kordialnie, na „panie Andrzeju”.
– Panie Andrzeju – zaczął więc, a właściwie zagaił – proszę opowiedzieć telewidzom… tu… ale proszę nie patrzeć w kamerę, tak? Dziękuję. Jeszcze raz. Panie Andrzeju… proszę opowiedzieć telewidzom, co zdarzyło się na tym oto cmentarzu w… w Ciko… – zerknął na grzbiet ręki, gdzie miał ściągę – w Cikowicach pod Bochnią?
– Popękane wszystko, porozwalane. Przywieźliśmy, to… która to była? – Pan Andrzej podniósł głowę znad mikrofonu, do którego mówił z bliska i czule, jak do dziecka, i wrzasnął do stojącego za murkiem chłopaka w niebieskim kombinezonie. – Szósta trzydzieści? – Kuba przeczytał z ruchu warg dźwiękowca: „Wytnie się”, i mrugnął porozumiewawczo. – Siódma może. Siódma. Przywieźliśmy tu płytę, z karabatką na środku na kwiaty, więc to we trzech trzeba kłaść, żeby nie pękła, patrzymy tu po sąsiadach… no, po sąsiednich grobach, nie… i widzimy. Tutaj, jak ten krzyż leży, to ja pierwszy zobaczyłem, właśnie, że spoczywa tak. W pozycji. W takiej. Że uszkodzenia nastąpiły…
– Dziękujemy uprzejmie.
– …że to chuligani jakieś. Jacyś. Pojadą na dyskotekę gdzieś pod Bochnię, wrócą, nudzą się, to czasem porozbijają. Ale pan redaktor popatrzy… tu, tak żeby kamerą, nie…?
– Bardzo dziękujemy. Z Cikowic pod Bochnią mówił…
– …od środka to jest walnięte – ożywił się kamieniarz, jakby dopiero teraz dotarł do istotnej części swojej opowieści – bo normalnie jak przy… uderzą, to młotkiem, czasem krucyfiks wezną, jak słabo osadzony, i tym krucyfiksem, to widać, bo na wypolerce jest odprysk.
Chyba że stary grób, niedbany jakiś. Ale jak dbany, to znać, że ubite jest od uderzenia. Patrzyliśmy dokładnie i na wszystkich od spodu jest, od ciosowej strony. I jak lastryko, na tym starszym, to też od spodniej…
W tej chwili słuchał uważnie nie tylko Kuba, ale i kamerzysta, i dźwiękowiec, i kierowca (rzadki relikt dawnych czasów, kiedy wozy telewizyjne prowadziła jeszcze specjalna kadra, a nie zmuszeni do tego techniczni), nie wspominając już o tłumku miejscowych, którzy rozciągnięci w długi szereg tuż za świeżo wzniesionym murem, patrzyli posępnie na groby i potakiwali do taktu („Kręć to, kręć to” – syczał Kuba do Ryśka, a Rysiek kręcił).
– Czy sądzi pan zatem, że ktoś zakradł się do tych grobów, następnie wybił płyty od środka i wyniósł zwłoki?
– A jak inaczej? Wyniesione cztery, ksiądz sprawdza, czy u Dworzaczków nie było więcej zwłok, bo najstarszy grób, to mógł być kto niewpisany na płytę. Ale najmniej czterech brakuje. Stara Dworzaczkowa to raz, Dworzaczek syn to dwa, Kulasz, pan Spojło. Cztery. Ten Spojło to się do synowej wyniósł pod Włocławek, ale chciał, żeby go w Cikowicach…
Rysiek jednak, widząc znaki dawane przez Kubę, kręcił już obrazki: samotne gołe drzewo na horyzoncie, potrzaskane kawałki płyt, plastikowe kwiaty w lastrykowych wazonach, cynowe Chrystusiki na starszych grobach.
– Czyli teraz – mówił cicho Kuba, nie zważając na kamieniarza, który w najlepsze ciągnął opowieść – jeszcze rzecznik policji w Bochni, o piętnastej, piętnasta trzydzieści… Może zjemy coś pomiędzy? Nie, nie da się. O piętnastej trzydzieści wójt. To teraz nakręćmy końcówkę.
Ustawił się przed kamerą, kilkakrotnie poruszył brwiami, uszami, porozciągał wargi.
– OK. Lecimy. Mieszkańcy Cikowic są wzburzeni i trudno im się dziwić. Czyżby w Polsce grasowali rabusie praktyk, wykradający… Sorry, jeszcze raz. Mieszkańcy Cikowic są wzburzeni i trudno im się dziwić. Czyżby w Cikowicach… czyżby w Polsce, czyżby w Polsce, do cholery. Jeszcze raz. Idiotyczny ten tekst. Mieszkańcy Cikowic są wzburzeni i trudno im się dziwić. Czyżby w Polsce grasowali rabusie grobów, wykradający ciała do tajemniczych praktyk? Odpowiedzi na te pytania przyniesie, miejmy nadzieję, śledztwo miejscowej policji.
– …zresztą to było lastryko-płukanka, chropawe takie, więc na tym nie widać. Widać na polerowanym – mówił, właściwie już tylko do siebie, niezrażony kamieniarz – jak u tych dwóch, u Kulasza i Spojły, i nie że ktoś puknął potem, tylko stamtąd pęknięcie idzie. To chyba by trzeba kilofem pierdyknąć, żeby taką płytę rozwalić, a jak oni z tym kilofem do środka wleźli? I po chu…lerę, jak i tak mieli zostawiać ślady? Przecież łatwiej z góry przyrżnąć…
Kolejni cikowiczanie, zwabieni białym vanem z napisem TVP Kraków, kamerą i mikrofonem, podchodzili coraz bliżej i mówili jeden przez drugiego, jedna przez drugą – jednak nic, co mogłoby trafić na wizję; były to w większości narzekania, że jest coraz gorzej i że kiedyś tak nie było, że młodzież chuligani, że w tym kraju to i żyć strach, i strach umrzeć, bo nie wiadomo, co z ciałem po śmierci będzie.
Kuba przytakiwał, udawał, że słucha, ale podniósł głowę i – znów myśląc o Gunduli Janowitz – patrzył przed siebie. Na niskie szczurzoszare marcowe niebo, na rozciągnięte pod nim szczurobure bruzdy, gdzieniegdzie z brudnymi pasmami topniejącego śniegu, i na widoczne w oddali rozłożyste drzewo. Pod drzewem stała jakaś szczurzoszczurza szarobura postać: przygarbiona, z rękami zwieszonymi wzdłuż ciała, w obdartym, jeśli można to było ocenić z takiej odległości, ubraniu. Kołysała się lekko na boki.
– …tak że jakby tefałen tu przyjechał, to mówię panu, że na klęczkach mogliby mnie prosić, a ja bym im niczego nie powiedziała, pary z ust bym nie puściła – mówiła, tarmosząc go za rękaw i potrząsając wielkimi obręczami kolczyków, brunetka w czerwonej puchowej kurtce – ale pan jest z tefałpejeden, to nie jest tak najgorzej. Więc panu powiem. Że tak się będzie działo, dopóki będą zabijać dzieci nienarodzone. Może mnie pan cytować. Może mnie pan cytować: tak się będzie działo, dopóki będą zabijać dzieci nienarodzone. To tylko chciałam powiedzieć.
– Widziałeś? – zagadał Kuba do kamerzysty, machając ręką w ogólnym kierunku drzewa – nakręciłeś?
– Drzewo? Nakręciłem.
– Nie, faceta – znów podniósł wzrok – taki dziwny facet tam stał. Albo kobieta.
– Mam tylko drzewo. Chcesz jeszcze dzwonnicę?
– To nie dzwonnica, tylko sygnaturka.