“Nazywam się Stephen Florida” to powieść o pasji, uporze i pokonywaniu traumy. Bluźniercza i niesamowita. Opowiada o samotności i nieludzkiej wręcz obsesji na punkcie tego, by zostawić po sobie choćby najmniejszy ślad na tym świecie.


Nazywam się Stephen FloridaStephen jest wychowanym przez babkę sierotą. Dzięki stypendium sportowemu trafia na któryś z zapomnianych przez Boga wiejskich college’ów w Dakocie Północnej.

Oficjalnie uczy się po to, aby uzyskać dyplom licencjata sztuk wyzwolonych, lecz prawdziwym celem jego życia w Oregsburgu jest uprawianie zapasów. Tytuł mistrzowski jest dla chłopaka świętym Graalem, spełnieniem i – być może – kresem lub początkiem wszystkiego.

Florida podporządkowuje więc zawodom całe swoje życie, a każdy trening i każda walka mają stanowić kolejny krok w stronę wielkości.

***

Co za diabelnie niezwykła powieść… Potrzeba ogromnej odwagi, żeby napisać coś takiego.
Roxane Gay, autorka „Histeryczek”

Wspaniałe, magnetyczne powieściopisarstwo.
„Guardian”

Niesamowita, niejednoznaczna książka.
Hanya Yanagihara, autorka „Małego życia”

Oszałamiająca proza.
„Huffington Post”

Gabe Habash
Nazywam się Stephen Florida
Przekład: Jędrzej Polak
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 5 czerwca 2019
 
 

Nazywam się Stephen Florida


Matka miała dwa łożyska, a ja żywiłem się z obu. Bo podobno ciąża była bliźniacza. Doktor wyciągnął mnie z jej brzucha i powiedział: „Wygląda na to, że dziecko będzie bardzo silne”. Tak opowiadali moi rodzice, ale niespecjalnie im wierzyłem.
Za chwilę, jak tylko zapnę rzepy na sznurówkach, wstanę ze składanego krzesełka. Wyprostuję się, napnę mięśnie w trykocie i poprawię oba ramiączka, co przynosi szczęście. Policzę kibiców na trybunie (siedemnastu) i poproszę trenera Hargravesa, żeby klepnął mnie w ochraniacz na głowie. Spełni moją prośbę. Potem wejdę na ciemnoczerwoną matę, wstąpię w białe koło, uścisnę rękę Nieszczęsnego Richarda i na znak sędziego natrę na rywala z właściwym sobie impetem. Wrzask z trybun. Trzeba sekundy, żeby utrzymać tusz, a przez ten czas usłyszę, jak coś trzaska mu w przedramieniu. To jest jak oddychanie.
Nigdy nie byliście w Dakocie Północnej, ale każdy, kto tam był, wie, że o tej porze roku dobrze jest się w Dakocie przewietrzyć. Spędzę trzy minuty na dworze, na parkingu, gdzie stanę obok zaspy i rozluźnię się, przyglądając się ptakom i myśląc o tym, że w końcu nadszedł listopad, sezon potrwa aż do marca, a wtedy pożegnam się z tym wszystkim w swój niepewny, przepocony sposób, zanim to wessie mnie na dobre.
Kiedyś na zajęciach z dynamiki grupowej i zespołowej czytałem o czymś takim jak wiek metaboliczny. Dostałem z DGZ czwórkę z plusem. Wyobraźcie sobie tylko, że każdy nosi w sobie maleńką ściśniętą pestkę, a na tej pestce jest wyryta liczba, a ta liczba to wiek, w którym osiąga się najlepszą formę. Niemal każdy narzeka, że jeszcze nie osiągnął wieku metabolicznego albo już z niego wyrósł. Każdy oprócz mnie. Bo przeżywam złotą erę.
Wierzę w zapasy i wierzę w Stany Zjednoczone Ameryki.
Jestem jebanym astronautą.

Nazywam się Stephen Florida i zdobędę mistrzostwo czwartej międzyuczelnianej ligi NCAA w wadze stu trzydziestu trzech funtów.
Właśnie tak. Czy uwierzycie, kiedy powiem, że myślę o tym każdego dnia co godzinę, a nawet dwadzieścia razy w ciągu jednej godziny? I że niespecjalnie jest o czym mówić? Nie kłamię. Mógłbym skłamać, ale nie w tej sprawie. Gdy się czegoś bardzo chce, gdy pragnie się coś osiągnąć, do samego końca nie wiadomo, jak to będzie naprawdę wyglądało. Wiem, że staje się na białym podium z ośmioma stopniami i pozuje do fotografii z drewnianym trofeum dokładnie takiej samej wielkości co stołowy zegar. Wydarzenie to odbywa się w hali sportowej noszącej nazwę Kenosha Arena w Kenoshy w stanie Wisconsin; w hali leży sześć różnokolorowych mat, fotele na trybunach są niebieskie, a każdy z dwóch tysięcy tych niebieskich foteli jest zajęty przez kibiców. Hala jest podpiwniczona, na dole świecą się stare lampy, ale jest tam dosyć miejsca, żeby każdy zapaśnik, zwycięzca czy pokonany, znalazł sobie własny cichy kącik i popłakał w samotności ze szczęścia albo dlatego, że jego występy w danym sezonie dobiegły końca. Wszyscy tam schodzą po walkach. Taka tradycja. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze mnie tam nie ma.
Potraficie sobie wyobrazić, że opowiadałem o tym każdemu, kto się nawinął, gdy byłem głupim pierwszoroczniakiem i święcie wierzyłem, że własnoręcznie wyszarpnę Excalibura z kamienia? Teraz nie jestem już tak gadatliwy. Redaguję i cenzuruję wypowiedzi w głowie. Gdyby ktoś chciał wiedzieć i nie bał się zapytać, to jestem ogolony na łyso, mam groźną, nawet na co dzień, minę i łatwo wpadam w gniew, co odziedziczyłem po ojcu i co pomaga mi w zapasach, ale nie w kontaktach interpersonalnych. O nich też miałem zajęcia.
Już się nie wyrywam. Pracowałem nad tym. Ale wciąż myślę o tej hali sportowej, matach i podium. Nic na to nie poradzę. Miewam ekstatyczne wizje, w których schodzę do piwnicy pod halą. Myślę o tym, jeżdżąc minibusem naszej drużyny, składając pranie, zrywając strupy, srając, słuchając wykładów w przegrzanej sali i udając, że zaglądam do podręcznika, choć przymykam oczy po to, żeby śnić na jawie w pozornym skupieniu.
Teraz też o tym myślę. Któregoś dnia wszyscy się dowiedzą, kim jestem.
Cóż, jeśli mi się powiedzie, napiszą o mnie w „New York Timesie”!
Kiedy o tym nie myślę, zastanawiam się, jak przywołać te wizje. Wyobrażenia to nic innego jak tryskające w siebie nawzajem chemikaliami neurony w mózgu. Śniła wam się kiedyś dźwignia prosta na łokieć albo przedni krawat? Słyszane na treningach zgrzyty i głuchy łomot – odgłosy wydawane przez wasze własne, spocone z wysiłku ciało? Zdarzyło wam się wpatrywać przez dłuższą chwilę w mokrą plamę na macie, a potem ją zlizać, bo to wasz własny pot? Trenujecie stójki, podskakując jak Quasimodo, aż zakleszczą się wam rzepki w kolanach? Uznajecie włosy za przejaw próżności? Zabawiacie się, kurwa mać, pięciuset słownikowymi fiszkami Barrona, przygotowującymi do egzaminów SAT i dającymi gwarancję poprawienia waszego wyniku z czytania ze zrozumieniem o sto punktów?
Ale, jak już wspomniałem, ważne jest, żeby się nie wyrywać, więc siadam ciężko na ławce w szatni i wbijam wzrok w otoczenie, gdyż życie jest tylko tu i teraz. A tu i teraz to czerwone szafki w szatni i ze dwudziestu chłopaków oraz ich trenerzy stojący z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Tu i teraz to czerwone ściany i ławka, która przylepia mi się do skóry. Pół wieku zmarłych i żywych mężczyzn, którzy siedzieli w tej szatni, to przeszłość. Każdy z nich przeżywał tu jakąś ważną chwilę, ale to już nie ma znaczenia. Jedyne, co ma znaczenie, to warstwa ulegającej oksydacji skóry, która śmierdzi jak rząd mokrych od potu aluminiowych foteli na trybunach – bo one są również tu i teraz.
– Stephen dostanie dodatkową porcję kurczaka na obiad za złamanie ręki temu dzieciakowi.
Trener Hargraves to miły facet, ale nie słucham tego, co mówi. Kiedyś, któregoś roku, trener kazał mi „wyobrazić sobie idealną walkę i ze wszystkich sił starać się, aby się urzeczywistniła”; przegrałem wtedy więcej starć niż w jakimkolwiek innym sezonie. Teraz oszczędzam siły zużywane niegdyś na słuchanie, oszczędzam je dla siebie, gardłowe buczenie Hargravesa owija mi się wokół uszu, a mózg pauzuje. W głowie rozkwitają jak kwiaty prostoduszne myśli, rozkwitają jak pojedyncze bardzo dojrzałe słoneczniki, opuszczające głowy i garbiące się pod własnym ciężarem. Obok Hargravesa stoją jego asystenci: Eerik, Fink, Whiting, Farrow i Lee. Mówiąc szczerze, gdy stoją razem, nie odróżniam jednego od drugiego, potrafię ich rozróżnić tylko wtedy, gdy któryś oderwie się od grupy. Stoją w rzędzie w białych koszulkach z czerwoną główką George’a Washingtona na piersi: „drudzy trenerzy prezydenta”. Czy ktoś umiałby wyobrazić ich sobie wracających do domu, do dzieci? Żywiących jakieś skryte nadzieje? Płaczących podczas słuchania muzyki klasycznej? Ja nie.
– Florida?
– Tak?
– Powiedziałem właśnie, żebyś dodał otuchy młodym.
Kręcę głową, wzruszam ramionami, nie przestaję kręcić głową.
Trener kazał nam wypisać na dużej tablicy wszystkie zajęcia, na które uczęszczamy. Nie wiem po co. Jeden z jego asystentów, nie wiem który, rozdał wszystkim kasety z nastrojowymi odgłosami, których mamy słuchać podczas snu. Bez przerwy mówią o „odpowiedzialności wobec wspólnoty”, co w teorii oznacza, iż jest się bardziej wiarygodnym i osiąga się więcej, gdy się nie zawodzi stada (tego rodzaju animalistyczne porównania są dosyć powszechne w tych okolicach). Chodzi o to, żeby zapaśnicy ze strachu nie stali się słabym ogniwem, ale ja nie jestem słabym ogniwem i w ogóle nie należę do stada, zajmuję się tylko sobą, co pochłania wszystkie moje siły i czas. W środku szafki, która stoi obok mojej (należy teraz do Ellisa), jest bardzo stary napis: „Kto chce zobaczyć mój penisk?”. Szafka oddalona od mojej o cztery inne należała kiedyś do Mycaha Jakiegośtam, trenowaliśmy razem tylko przez rok, bo chciał rzucić zapasy z powodu opryszczki, którą podłapał na macie. Wiercili mu dziurę w brzuchu i zawstydzali go, żeby został. Szafkę oddaloną od mojej o dwie (teraz należy do Shermana) w zeszłym roku i przez trzy wcześniejsze lata zajmował Flores, który rósł przez cały ten czas: był Meksykaninem z Illinois i rósł bez przerwy, i zaznaczał swój wzrost kreskami po wewnętrznej stronie drzwiczek. Tu, w Oregsburgu, przeszedł z kategorii stu trzydziestu trzech funtów do stu pięćdziesięciu siedmiu. Nie widziałem go od maja. Nikt go nie widział. Miał małe stopy, zepsute zęby i z góry przepraszał za swój cuchnący oddech; zrobił laskę przynajmniej trzem wykładowcom, a potem wrócił do Illinois i ślad po nim zaginął.
Podają sobie coś po kryjomu w szatni.
Mam taki problem: jeśli muszę siedzieć nieruchomo w jednym miejscu, zawsze wkładam palce do ust. Przejeżdżam krawędziami kłykci po lekko rozchylonych wargach, co sprawia mi przyjemność zawsze i wszędzie. Czasem dobrze jest też oprzeć głowę o coś twardszego od niej. Gdy siła kontaktu nie budzi zaskoczenia. Jeśli się wierzy, że wszechświat jest miejscem, gdzie wszystko zderza się ze wszystkim, własne ramiona stają się kołyską, w której chce się trzymać coś, co nie pozwala stracić zmysłów. Nie twierdzę, że to zawsze musi mieć gwałtowny przebieg. Moja babcia miała kocura, któremu dała na imię Poker – był bezpański, zaopiekowała się nim – i ten kocur wskakiwał mi na kolana, a ja drapałem go za uszami, co bardzo lubił.
– Za trzy dni jedziemy do Miles City – mówi Hargraves.
Miles City to miejscowość pełna domów i ludzi. W Montanie. Będzie turniej czterech drużyn i będę musiał walczyć trzy razy w ciągu czterech godzin. Powtarzanie sobie takich podstawowych rzeczy pomaga, bo tworzy odpowiednie nastawienie, żeby je zrealizować. Najszybszy tusz w historii zajął dziewięć sekund. Masuję dziury starych blizn na czole, miejsce między oczami, gdzie przed dwoma laty wyczułem maleńkie bolesne zgrubienie pod skórą i bałem się, że to jakaś poważna narośl neurologiczna, guz albo tętniak, który mnie zabije, zanim dotrę na matę w Kenoshy. Poszedłem do ośrodka zdrowia dla studentów, żeby zapobiec tragedii, a kiedy wyjaśniłem, co mi dolega, dowiedziałem się, że to pryszcz.
Linus okręca sobie głowę ręcznikiem. Pod lewą stopą turla piłeczkę do lacrosse, co pomaga na zapalenie powięzi podeszwy, którego nabawił się w szkole średniej w biegach przełajowych w nieodpowiednim obuwiu i którego, jak powszechnie wiadomo, nie da się w pełni wyleczyć. Wygrał dziś walkę. Chce iść do domu poczytać. Poczytać! A ja myślę o polu na wschód od Dickinson po drodze do Miles City, gdzie na każdym słupku ogrodzenia siedzi epoletnik krasnoskrzydły.
Fink albo Farrow dodają coś do tego, o czym właśnie skończył mówić Hargraves.
Trener Whiting zauważa to, co podają sobie zapaśnicy, ale udaje, że nie widzi. Niektórzy przyglądają się temu dłużej od pozostałych. To coś jest coraz bliżej mnie.
Jest mi bardzo trudno nie myśleć o leżącym w mojej szafce bananie. Muszę coś włożyć do ust. Ale obiecałem sobie, że zjem banana później. Nigdy nie składam obietnic, których nie dotrzymuję, obiecałem sobie i babci, że zdobędę mistrzostwo. Wysoko pod pachą Stanów Zjednoczonych, gdzie nikt nie może mnie zobaczyć, zmieniam kształt i staję się czymś oślizgłym i wściekłym, żeby dostać to, na czym mi zależy.
Przez ten cały jebany czas przytupywałem nogą. Więc nieruchomieję, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
Mieszkam w najszczęśliwszym miejscu na ziemi. Tak nazwały je gazety. To prawda. I jedyne, czego się ode mnie oczekuje, to dokładnie to, co chcę robić. To się nazywa szczęście. Szczęście to zagęszczony sens istnienia, miejsce gdzieś w głębi siebie, osłonięte przed słabeuszami i bezcelową udręką: podążam jednokierunkową drogą przez gęsty metaforyczny las i nigdy z niej nie zbaczam. Wszystko, co robię, jest zamierzone. Na końcu tej drogi czeka Chwała w biblijnym sensie, jak Chwała Ojca. Chodzę po świecie i naznaczam swą Ojcowską Chwałą to, czego dotykam. Nie czytałem zbyt wiele żywotów świętych, ale mam wrażenie, że właśnie tak to wyglądało. Pod koniec życia wypełnionego dobrymi uczynkami Bartłomiej Apostoł został niezrozumiany i żywcem obdarty ze skóry. Do tej pory otacza się kultem przechowywane w bazylikach odłamki jego kości i kawałki skóry, podobnie jak relikwię ramienia w katedrze. Jak patrzy się na rysunki świętych nagryzmolone na papirusie, widać wokół nich eksplozję jaskrawych kolorów niewiadomego pochodzenia; czasem wydaje mi się, że gdy dobrze się przyjrzeć, podobne kolory widuje się w świecie rzeczywistym.
Nie mam żadnych tajemnic. Niczego nie ukrywam. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałem czternaście lat, a po ich śmierci zamieszkałem z babcią. Babcia z kolei umarła na serce. Kiedy umierała, powiedziałem jej, że będę się uczył w Oregsburgu i że będę uprawiał zapasy, a babcia zapisała mi wszystkie swoje pieniądze, które wraz z pieniędzmi z polisy rodziców tworzą fundusz powierniczy; zarządza nim Rudy Unger, adwokat od spraw spadkowych, którego zatrudnili rodzice i który mówi mi, co mam robić z tym majątkiem.
Liścik jest teraz w rękach Shermana. Zerka na niego i podaje dalej Ucherowi.
Babcia nie interesowała się specjalnie zapasami, ale wiedziała, jak wiele dla mnie znaczy ten sport, więc była szczęśliwa. Powiedziałem jej, że odłamię kawałek mistrzowskiego trofeum i pochowam w ziemi obok niej.
Pod koniec życia miała już w dupie praktycznie wszystko, ale była prawdziwą chrześcijanką i potrafiła docenić starotestamentową wymowę tego gestu, więc pewnie była zadowolona.
A skoro jesteśmy przy spowiedzi, mogę się wyspowiadać: jestem tu od trzech lat i ponosiłem porażki. Nie lubię wyrażenia „ostatnia szansa”, ale nie mam złudzeń. Mam ostatnią szansę, żeby osiągnąć to, co obiecałem. Od tak dawna nie mam już żadnego wyboru, że zapomniałem, co oznacza to słowo. Czyta się o naukowcach za kręgiem polarnym czy o misjonarzach w Mikronezji – ci ludzie wybrali życie w obcych, zapomnianych przez innych miejscach w służbie nauki albo Boga, więc mogą pochylić się nad wolną wolą, której się wyrzekli, uklęknąć w kościele i powiedzieć: „Jestem gotów przyjąć to, co Bóg mi przeznaczył!”, a następnie dać się pokropić święconą wodą. Ja natomiast jestem w Dakocie Północnej, w mieście Aiken, o którym nigdy nie słyszeliście, i jestem tutaj wyłącznie dla siebie. Nawet idiota wie, że nie da się osiągnąć niczego znaczącego bez zakładania możliwości porażki. Moje trzy porażki przez trzy kolejne lata zostaną zupełnie zapomniane po zwycięstwie w czwartym roku, bo zawsze pamięta się tylko i wyłącznie zwycięstwa.
Ucher podaje mi liścik. Zakładam nogę na nogę i czytam, zasłaniając treść kolanem. Liścik został napisany czarnym atramentem na białej serwetce: „Coś trzeba zrobić z Louise”. Nie przekazuję dalej wezwania Linusowi, zgniatam serwetkę w dłoni i wrzucam ją pod ławkę.
Wybór to wspaniały dar i w dzisiejszych czasach cieszy się nim coraz więcej ludzi. Uczą o takich gównach na zajęciach. Ponieważ w dzisiejszych czasach istnieje więcej możliwości, każdy może odejść od tego, co go trapi. Ale nie ja. Jestem zamknięty w sobie, jestem zamknięty w pięciu czekających mnie miesiącach, zostałem w nich zamknięty, czekałem na nie przez całe życie. Chcę mieć strapienie. Bo obiecałem. Obiecałem babci. Nie życzyłbym tego nikomu, ale nie chcę niczego innego.
Hargraves powiada: „Zabij głowę, a umrze ciało”.