W tle hotelowego lobby po trzykroć spotyka się para bohaterów – Mary Ho Pearson i Malcolm Webster, za każdym razem jednak jest to „spotkanie wyjątkowe, pierwsze i zarazem ostatnie”, jak pisze sam autor we wstępie.


Trzy razy o świcieW pierwszej opowieści obie postacie mają około czterdziestu lat, w drugiej – ona jest nastolatką, a on przekroczył już sześćdziesiątkę, w trzeciej – Malcolm ma trzynaście lat, a Mary Ho pięćdziesiąt sześć. Przypadek sprawia, że za każdym razem wpadają na siebie, choć nie są kochankami – przynajmniej w potocznym tego słowa znaczeniu, ale ich spotkania zawsze okazują się fatalne: zmieniają bieg życia albo jemu, albo jej, albo obojgu.

Chociaż całość przypomina skomplikowaną układankę, „Trzy razy o świcie” czyta się szybko i przyjemnie: większą część tekstu stanowią wartkie i bezpośrednie dialogi, a szczegóły z życia bohaterów objawiają się stopniowo, jak w puzzlach, gdzie kawałek po kawałku dochodzimy do pełnego obrazu.

Nie jest jednak powiedziane, że to obraz definitywny, bo Baricco może w przyszłości dołożyć nowe elementy, żeby zburzyć wyobrażenia czytelników i ukształtować je od nowa. To się dopiero okaże…

***

Tajemnice, sekrety, aura niezwykłości, przenikające się formy narracji. Jeśli ktoś lubi realizm magiczny w wydaniu iberoamerykańskim, tutaj, u włoskiego pisarza, dramaturga, krytyka teatralnego i muzycznego, ale też filozofa, znajdzie podobne klimaty.
„Tygodnik Angora”

Alessandro Baricco
Trzy razy o świcie
Przekład: Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 12 czerwca 2019
 
 

Trzy razy o świcie


NOTA OD AUTORA

W ostatniej mojej powieści, zatytułowanej Mr Gwyn, wspomniana została niewielkich rozmiarów książeczka napisana przez Anglika indyjskiego pochodzenia, Akasha Narayana, Trzy razy o świcie. Chodzi, rzecz jasna, o tekst wyimaginowany, który jednak odgrywa wcale nie drugorzędną rolę w opowiedzianej przeze mnie historii.
Podczas pracy nad Mr Gwynem ogarnęło mnie pragnienie, by naprawdę napisać tę krótką książkę, zarówno jako swoisty ciąg dalszy, jak i dla czystej przyjemności realizowania pewnego pomysłu. Dlatego po ukończeniu Mr Gwyna zabrałem się do pisania Trzy razy o świcie, a zrobiłem to z wielką radością.
Teraz powieść znajduje się już w księgarniach, warto jednak dołączyć wyjaśnienie, że może ją przeczytać każdy, nawet ten, kto nigdy nie miał w rękach Mr Gwyna, jako że chodzi o w pełni samodzielną i zamkniętą historię. Co nie zmienia faktu, że jej pierwsza część dotrzymuje obietnicy złożonej w Mr Gwynie i rzuca światło na ciekawe losy Jaspera Gwyna oraz jego wyjątkowy talent.
styczeń 2012 Alessandro Baricco

Książka ta przedstawia historię prawdopodobną, która jednak nie mogłaby się wydarzyć w rzeczywistości. Opowiada bowiem o dwóch osobach, które spotykają się trzykrotnie, lecz za każdym razem jest to spotkanie wyjątkowe, pierwsze i zarazem ostatnie. Mają taką możliwość, ponieważ żyją w innym Czasie, którego na darmo szukać w naszej codzienności. Czas ten wypełniają opowieści, które są ich wielkim przywilejem.

Jeden

Był raz hotel o nieco przestarzałej wytworności. Prawdopodobnie w przeszłości gwarantował obiecany stopień luksusu i elegancji. Dysponował na przykład pięknymi drewnianymi, obrotowymi drzwiami, które zawsze wzbudzają pewne fantazje.
Przez te drzwi o nietypowej nocnej godzinie weszła kobieta, która chwilę wcześniej wysiadła z taksówki z pozornie nieobecną miną. Miała na sobie żółtą suknię wieczorową z dużym dekoltem, a jej ramion nie okrywał żaden szal, co nadawało jej intrygujący wygląd kogoś, komu się coś przytrafiło. Jej ruchy pełne były wdzięku, a przy tym przypominała aktorkę, która wróciła do swojego szczerszego ja, bo właśnie weszła za kulisy i została zwolniona z obowiązku recytowania. Szła odrobinę zmęczonym krokiem, a malutką torebkę trzymała tak, jakby zaraz miała ją upuścić. Nie była pierwszej młodości, ale to tylko dodawało jej uroku, co typowe dla kobiet, które nigdy nie wątpiły w swoją urodę.
Na zewnątrz panował mrok sprzed świtu, już nie noc, ale jeszcze nie poranek. Hotelowy hol, elegancki w szczegółach, czysty i miękki, tonął w bezruchu: ciepłe barwy, cisza, właściwe rozmieszczenie, dyskretne oświetlenie, wysokie ściany, jasny sufit, książki na stołach, pulchne poduszki na sofach, obrazy oprawione ze starannością, fortepian w kącie, kilka niezbędnych napisów, starannie dobrana czcionka, zegar wahadłowy, barometr, marmurowe popiersie, zasłony w oknach, dywany na podłodze – subtelna woń.
Ponieważ portier zawiesił uniform na oparciu skromnego krzesła i spał w dyżurnym pokoiku snem lekkim, w którym doszedł do perfekcji, nikt by nie widział wchodzącej do hotelu kobiety, gdyby nie pewien mężczyzna siedzący w fotelu w rogu holu – co o tej porze przeczy zdrowemu rozsądkowi – który, gdy ją zobaczył, bez wyraźnego powodu założył lewą nogę na prawą, choć wcześniej to prawą trzymał na lewej. Spojrzeli na siebie.
Zanosiło się na deszcz, ale w końcu nie padało, odezwała się kobieta.
Tak, nie zebrało się, odrzekł mężczyzna.
Czeka pan na kogoś?
Ja? Nie.
Jaka jestem zmęczona. Pozwoli pan, że usiądę na chwilę?
Proszę.
Widzę, że nie ma tu nic do picia.
Nie sądzę, aby przed siódmą serwowano śniadanie.
Miałam na myśli alkohol.
Ach tak. Nie wiem. Chyba nie, o tej porze.
Która jest godzina?
Dziesięć po czwartej.
Naprawdę?
Tak.
Ta noc nie ma końca. Mam wrażenie, jakby trwała od trzech lat. Co pan tu robi?
Właśnie chciałem wyjść. Muszę iść do pracy.
O tej godzinie?
Cóż.
Dlaczego?
Bo lubię.
Lubi pan.
Tak.
Niewiarygodne.
Tak pani sądzi?
Jest pan chyba pierwszą interesującą osobą, którą dziś wieczorem spotykam. Dziś w nocy. W każdym razie dzisiaj.
Wolę nie myśleć, jacy byli pozostali.
Potworni.
Była pani na jakimś przyjęciu?
Chyba nie czuję się dobrze.
Zawołam portiera.
Nie, nie trzeba.
Może się pani położy.
Zdejmę buty, pozwoli pan?
Proszę się nie krępować.
Niech mi pan coś powie, cokolwiek. Przejdzie mi, gdy zajmę się czymś innym.
Nie wiem, co mógłbym…
Niech pan opowie o swojej pracy.