“Teheran o zmierzchu” to frapująca przypowieść o poczuciu własnej tożsamości i wygnaniu, o więzach przyjaźni oraz granicach lojalności.


Teheran o zmierzchuRok 2008. Reza Malek wiedzie skromne, ale całkiem znośne życie – mieszka w niewielkim lokum w Harlemie, na miejscowym uniwersytecie naucza kreatywnego reportażu, ma szczęście pozostawać daleko od krwawych konfliktów w Iraku i Afganistanie, gdzie występował jako reporter, tłumacz, a od czasu do czasu także kochanek dziennikarki celebrytki, już dawno zainteresowanej zresztą innymi mężczyznami.

Po krótkiej, lapidarnej rozmowie telefonicznej z Siną Vafą, swoim najlepszym przyjacielem mieszkającym w Iranie, Reza z niechęcią powraca do Teheranu.

Po przybyciu na miejsce odkrywa, że jest gorzej, niż się spodziewał: miasto znajduje się na skraju rewolucji, jego przyjaciel Sina ma związki z bojówkami szyickimi, a zaginiona matka Rezy, która podobno uciekła z kochankiem przed rewolucją, żyje i ma się dobrze.

Co gorsza, ktoś nastaje również na życie Rezy…

***

Abdoh maluje poruszający portret kraju pogrążonego w przemocy, przeżartego bezprawiem […]. Robi wrażenie.
„Publishers Weekly”

Abdoh zgrabnie oddaje niespokojną atmosferę Teheranu roku 2008, kłębowiska zdrady i demoralizacji.
„Library Journal”

Salar Abdoh
Teheran o zmierzchu
Przekład: Przemysław Hejmej
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 12 czerwca 2019
 
 

Teheran o zmierzchu


Książka ta nie jest oparta na faktach.
Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie, miejsca
oraz wydarzenia historyczne są albo wytworem wyobraźni
autora, albo po prostu fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do
prawdziwych osób, żywych bądź martwych, do przedsiębiorstw,
wydarzeń oraz miejsc jest czysto przypadkowe.

MALEK

Weekend spędził w towarzystwie grupy ekspertów należących do pewnego think tanku, niedaleko Dupont Circle w Dystrykcie Kolumbii; był to cały wachlarz emerytowanych amerykańskich wojskowych oraz politologów, którzy obecnie lub dawniej pracowali dla rządu federalnego. Teraz, wracając do Nowego Jorku pociągiem (planowy odjazd pierwsza pięć w nocy), Reza Malek – który widział kiedyś, jak wściekły tłum wyciąga człowieka ze sklepu monopolowego w Bagdadzie i go podpala, by spłonął żywcem – siedział w prawie pustym wagonie, sącząc bourbona z butelczyny nieudolnie ukrytej w torbie na laptop. Ręce lekko mu drżały, umysł zalewała irytacja na wspomnienie pewnej rozniesionej na strzępy twarzy.
Buczenie telefonu komórkowego oznaczało chwilową ulgę.
– Jesteś mi tu potrzebny. – To był Sina Vafa. Dzwonił z Teheranu.
– Właśnie przed chwilą myślałem o tamtym okresie w Mosulu. Sprzed czterech lat. Pamiętasz?
– Dokładniej: sprzed trzech lat. Facet wyleciał w powietrze dwadzieścia metrów przed nami. Kiedy wrócił na ziemię, tylko nos miał na swoim miejscu. Reszta znajdowała się… hm… wszędzie dookoła.
Sina Vafa zawsze starał się przybierać pozę cynika, jakby te straszne rzeczy nie robiły na nim żadnego wrażenia. I może faktycznie nie robiły – w przeciwieństwie do Maleka. Jego, prawdę mówiąc, dręczyło wszystko. Nie był typem wojownika, którego udawał Sina, lecz molem książkowym, mającym pecha znaleźć się na niewłaściwej wojnie we właściwym czasie. Fakt ten pchnął go później na ścieżkę kariery akademickiej. W pewnym sensie wojna, co zaskakujące, uratowała Malekowi życie. Niestety, dane mu było również widzieć rzeczy, o których wolałby zapomnieć. Na przykład tamten obraz płonącego żywcem człowieka przed sklepem monopolowym w dzielnicy Dora. Albo ów niemal zupełnie nienaruszony nos w Mosulu w Iraku. Sekundę wcześniej ich przystojny, młody kurdyjski przewodnik, tak pełen życia, tak pełen entuzjazmu, szedł o dwadzieścia kroków przed nimi, opowiadając o planowanym ożenku, by chwilę później nastąpić na minę i pozbyć się twarzy niczym maski, która została zeń zerwana w okamgnieniu.
Jak normalny człowiek może sobie z czymś takim poradzić? Malek miał ochotę zapytać o to Sinę, ale w słuchawce zaległa cisza i połączenie zostało przerwane. Czekając, aż kolega oddzwoni, Reza pozwolił myślom na swobodną wędrówkę – do Mosulu, do Bagdadu, do Teheranu, oraz – oczywiście – do Siny, swojego najlepszego przyjaciela. Jego radykalizacja, gwałtowna przemiana w zaprzysięgłego, nieprzejednanego wroga Amerykanów była czymś, co Malek starał się wyprzeć. Jak gdyby dusza Siny stanowiła jedynie kolejne spalone zwłoki, leżące na poboczu drogi, przy której wybuchła ukryta mina.
A teraz przyjaciel znowu się z nim kontaktował. Czego chciał? Dlaczego zadzwonił akurat do niego? Codziennie rano, obudziwszy się, Malek śledził w mediach nową listę poległych młodych Amerykanów. Wojna wciąż trwała; za każdym razem, widząc te raporty i poznając nazwiska zabitych, pocił się tak, jak poci się tylko ktoś z nieczystym sumieniem. Mieszkał tutaj, w Stanach Zjednoczonych, nie uważał jednak tego kraju za swój. Płacił podatki, posiadał niebieski amerykański paszport, rzecz niezwykle pożądaną, i od dwóch lat cieszył się fantastyczną pracą nauczyciela akademickiego w Nowym Jorku, prawdziwą gratką. Uczelnia należała wprawdzie do przeciętnych, a Reza nie wykładał dziedziny, którą wcześniej studiował. A jednak miał prawo tam być, dwa razy w tygodniu chodzić na swoje zajęcia, by potem dwadzieścia minut wracać piechotą do cichego mieszkania w górnym Harlemie. Lubił tę dzielnicę. Lubił skandowany hiszpański byłych mieszkańców Dominikany, którzy go otaczali. Mężczyzn rozgrywających partyjki domina do późnej nocy, na chodnikach, i stare kobiety trajkoczące na leżakach przed domem, podczas gdy młodzież pędziła z potwornym rykiem na skuterach po osiedlowej ulicy, tam i z powrotem. To wystarczało, by ukoić serce Maleka, by wzniecić w nim nową nadzieję. Żeby zaczął myśleć, iż można jakoś wymazać zło tego świata, byle tylko się dostatecznie wysilić, byle dać sobie szansę. Jego osobisty sen o imigracji ziścił się właśnie tutaj. Więcej nawet – teraz wręcz proszono Rezę, aby dzielił się w Waszyngtonie swoimi opiniami z poważnymi, starszymi ludźmi, emerytowanymi wojskowymi i innymi facetami z Pentagonu.
Gdy komórka ponownie zabrzęczała, od razu zadał Sinie pytanie:
– Do czego jestem ci potrzebny w Teheranie?
– Wynikło kilka kwestii prawnych.
– Słucham?
Rozmawiali ze sobą wyłącznie po angielsku, co zaczęło się jeszcze w okresie, gdy obaj studiowali na Berkeley w Kalifornii. W pewnym momencie – mniej więcej na początku trzeciego roku – Malek zdał sobie sprawę, że Sina jest właściwie niereformowalny. Przyjaciel stał się jednym z tych absolutnie nieprzejednanych, nastawionych antyamerykańsko studenciaków; wiele opowiadał o powrocie „na Wschód”, jakby tam znajdowało się jego zbawienie. Na samym początku Reza przypuszczał, że to tylko gra, udawanie. Faza pośrednia. Przecież każdy ukochany synalek mamusi, mający pretensje do całego świata, przynajmniej raz w życiu musi spalić amerykańską flagę.
Kiedyś, ostatecznie, Sina z tego wszystkiego wyrośnie, rozumował Malek. Od czasu do czasu próbował przypominać koledze suche fakty: że nazywa się Sina Vafa, pochodzi ze sławnego klanu Vafów, jest potomkiem bardzo zamożnej rodziny z Bliskiego Wschodu. Zamożnej nie dzięki ropie naftowej, lecz mimo to bardzo majętnej. Rodzina Vafów miała tak dużo pieniędzy (a dzięki interesom z firmami amerykańskimi spodziewała się zdobyć ich jeszcze więcej), że islamiści, którzy wzniecili rewolucję, wyznaczyli nagrodę za głowę ojca Siny.
Wtedy to właśnie ojciec i syn musieli salwować się ucieczką z Iranu, zabierając ze sobą wyłącznie to, co mieli na grzbiecie. Ileż było potem ciągnących się do późnej nocy sporów o tę ponurą przeszłość, niemalże karczemnych awantur o Amerykę i Amerykanów! Dlatego w rozmowach obaj przyjaciele trzymali się wyłącznie angielskiego, jakby stanowiło to ich artykuł wiary.
– To poważna sprawa – powiedział Sina, a jego głos stwardniał. – Jesteś jedynym człowiekiem, któremu mogę zaufać, Rez. Musisz tu przyjechać.
Malek rozważał sytuację. „Kwestie prawne” w przypadku takiego faceta jak Sina, w takim miejscu jak Republika Islamska mogły oznaczać tylko jedno: Sinie udało się wreszcie przekonać sąd do zwrotu części skonfiskowanych aktywów jego ojca. A te były bardzo rozległe – fabryki, sieci restauracji, ziemia, kluby sportowe, kina, wielkie połacie lasów na wybrzeżu Morza Kaspijskiego. Nawet ułamek tego majątku stanowił niewyobrażalną fortunę. Rodziło się jednak następujące pytanie: niby dlaczego Republika Islamska miałaby Sinie cokolwiek zwracać? Cóż takiego zrobił, aby przekonać władze, że zasługuje na odzyskanie części dóbr swego bezbożnego, miłującego Amerykę ojca? I jaka w tym wszystkim miała być rola Maleka?
Poczuł, że ogarnia go chęć dania odporu, choćby tylko chwilowo. I nie chodziło tu nawet o to, że kiedyś obiecał sobie, iż nigdy tam nie wróci. Po prostu nie istniało nic, dla czego miałby tam wracać. Z wyjątkiem Siny. Malek wyczuwał jakąś pułapkę. Kwestie prawne oznaczały zaangażowanie się. Oznaczały konieczność posługiwania się własnym nazwiskiem i składanie podpisów. Niepokój sprawił, że przez sekundę Reza miał ochotę ponownie sięgnąć po butelkę whiskey. Mężczyźni i kobiety w wagonie kolejowym drzemali za laptopami. Ludzie w podróży służbowej, wiodący całkiem wygodne życie, nie licząc tych wszystkich przejazdów pociągami o różnych porach dnia i nocy, porannych lotów między jednym wybrzeżem a drugim. Może mieli drugie domy, gdzieś w Westchester albo w Chesapeake. I bez wątpienia także własne problemy. Ale nikt nigdy nie poprosił ich o przyjazd w takie miejsce jak Teheran i zajęcie się „kwestiami prawnymi”. Cóż to właściwie znaczy? Tam wszystko albo toczyło się zgodnie z ich zamierzeniami, albo człowiek lądował w więziennej celi. A przecież nie mógł odmówić; gdy zdał sobie z tego sprawę, pojął też inną prawdę. Stary przyjaciel okazał się jednak kimś, kto jest zdolny się zmienić. Reza pojedzie do Teheranu i sprowadzi stamtąd Sinę, przywróci go wolnemu światu.
Mimo wszystko nie zamierzał wyciągać od niego bardziej szczegółowych informacji, skoro rozmawiali przez telefon; to było w końcu połączenie między stolicą Iranu a pociągiem wlokącym się ku północy stanu Delaware. Czując, że zaczyna się w to angażować coraz bardziej, głosem, który prawdopodobnie ów fakt zdradzał, Malek odrzekł:
– Tutaj niedługo zaczynają się wakacje. Zatem przyjadę, bracie. Wtedy porozmawiamy.

Po powrocie do Nowego Jorku Reza przespał zaledwie kilka godzin; obudził go dźwięk telefonu. Dzwoniła Clara Vikingstad. Mimo takiego nazwiska kobieta odznaczała się drobną budową ciała; ta zbliżająca się do pięćdziesiątki brunetka o inteligentnych piwnych oczach postrzegała świat głównie jako miejsce, w którym nikt nie sprzeciwia się jej woli. Tymczasem Malek spędził większość swego dorosłego życia na robieniu doktoratu z orientalistyki, zwłaszcza studiów bliskowschodnich. Spośród wszystkich ludzi, których poznał w tym regionie, Clara odznaczała się szczególnym podejściem do jego problemów. Miała ambicję dopasować Rezę do siebie. Poza tym dosłownie uratowała Malekowi tyłek – wiosną dwa tysiące czwartego roku w Bagdadzie. Z tego powodu miał u niej dług na całą wieczność.
– Fajnie cię było zobaczyć, Rez – powiedziała Clara. – Chciałabym ci coś zaproponować.
– Niech zgadnę. Wracasz do Teheranu i potrzebujesz tłumacza.
– Kto nadawałby się lepiej od ciebie?
Odparł, że chętnie wyświadczyłby jej tę przysługę. W Bagdadzie Clara, wyprostowana na całe sto pięćdziesiąt pięć centymetrów swojego wzrostu, stawiła czoło nadgorliwemu sierżantowi sztabowemu armii amerykańskiej, którego zdaniem Malek zachowywał się podejrzanie: „Aresztowaliście mojego tłumacza. Nie pozwolę wam na to”. A kiedy facet spróbował ją odsunąć i wydał rozkaz dwóm nabuzowanym dziewiętnastolatkom w mundurach, aby zamknęli tego hadżiego, Clara posłużyła się blefem: ona bezzwłocznie opisze całą tę sytuację i za osiem godzin zajawka ukaże się w amerykańskich mediach w porze największej oglądalności. „A to, kolego, będzie koniec twojej oszałamiającej kariery wojskowej!” – krzyczała. Co wystarczyło, by Malek został uwolniony. A także do tego, żeby z miejsca Clarę pokochał. Jednakże dwa lata później, już w Stanach, stał się dla niej tylko źródłem informacji, jeszcze jednym tłumaczem, po prostu facetem, z którym kobieta chwilowo współpracowała w jakimś zagmatwanym zakątku świata. Reza był tylko numerem, twarzą, miejscowym jegomościem, z którym kilkakrotnie się przespała, ponieważ odgłos wybuchających nie tak daleko pocisków moździerzowych to niesamowicie skuteczny afrodyzjak, zachęta do przypadkowego seksu.
Czy z powodu tego wszystkiego Rez żywił do Clary urazę? Na Boga, nie. Malek był niczym „uległy pył pod jej stopami”, jak mówi perskie porzekadło. Kiedyś to ona wyświadczyła mu wielką przysługę i nie zamierzał o tym zapominać.
– Wiesz co, Claro? Czytałem twoje ostatnie artykuły. Ale powiedz szczerze, o co ci chodzi z tą Gwatemalą? Co jest tam dla ciebie takiego interesującego? – zapytał.
– Szwadrony śmierci. Porwania. To co zwykle. Po prostu muszę się oderwać na chwilę od Bliskiego Wschodu, Rez. Wiesz, jak to jest. Miałeś tak samo. – Po chwili przerwy dodała: – Żałuję, że nie mogłam pogadać z tobą w trakcie weekendu.
Clara była gościem tego samego spotkania ekspertów think tanku, w którym uczestniczył Malek. Tyle że przyjechała z jakimś mężczyzną: starszym, gładkim, protekcjonalnym w obejściu fotoreporterem, który najwyraźniej znajdował się w szczytowym momencie kariery i wszedł już do branżowego panteonu sław. Jednym z tych szpakowatych hemingwayowskich typów, w których CV znajduje się informacja, że relacjonowali kilkadziesiąt konfliktów zbrojnych w stu czterdziestu krajach świata i nie mają nic przeciwko temu, by każdy o tym wiedział.
Mimo to w sobotni wieczór Malek zjadł z nimi kolację; Clara obiecała wówczas, że zadzwoni. I właśnie dzwoniła.
– Nie szkodzi – odparł. – W Teheranie będziemy mieć mnóstwo czasu na pogaduszki. Chyba że jego wysokość, twój przyjaciel fotograf, jedzie z nami.
Zaśmiała się.
– To tylko kolega. Poza tym Irańczycy i tak nie daliby mu wizy.
– Bo chcą cię mieć tylko dla siebie, Claro – zażartował Reza ze znużeniem. – I trudno mieć do nich o to pretensje, moim zdaniem.
Jeszcze w Waszyngtonie spytała Maleka, co obecnie porabia; odpowiedział, że ma stałą pracę nauczyciela akademickiego w Nowym Jorku.
– Cóż, wygląda na to, że w Ameryce spadłeś na cztery łapy, Rez. To lepsze niż ciągłe gonienie za tematami do artykułów, nieustanna troska o kolejny zarobek, nieprawdaż? Znalazłeś tu sobie niszę. Trzymaj się jej.
Raz jeszcze Malek pomyślał o tym, że w zawodzie Clary ciągle ma się do czynienia z ludźmi, z którymi łączy nas coś tylko na moment; niekiedy intymność tych relacji bywa wyolbrzymiona przez okoliczności, jak na przykład tamtej wiosny w Bagdadzie. Pracuje się razem, sypia razem, a potem – gdy zadanie zostanie wykonane – każdy podąża we własną stronę. Czasem udaje się pozostawać w kontakcie przez pewien czas, ale ostatecznie życie bierze górę i relacja słabnie. Było, minęło. Nawet romanse gasną dość szybko.
– Masz rację, Claro, to bezpieczna robota. Nie wiem jednak, jak długo ją utrzymam.
– Dlaczego?
– Nalegają, żebym napisał kolejną książkę.
Znów się roześmiała, tym razem tak, jakby Malek powiedział coś bardzo głupiego.
– Rez, to chyba normalne oczekiwania względem kogoś, kto zostaje profesorem. Ile lat się uczyłeś, żeby nim zostać?
– A jeśli jej nie napiszę, i to szybko, podziękują mi serdecznie i stwierdzą, że było miło, fajnie się współpracowało. Po prostu chwilowo potrzebowali do pracy arabusa – powiedział, podkreślając to słowo dla większego efektu. – Może chodziło o zapełnienie wakatu. A skoro już to załatwili, to…
– Nie mów tak. Zrzędzisz.
– Claro – nie ustępował Malek – ja, powiedzmy sobie otwarcie, trochę polubiłem to życie. Jest proste i spokojne. W mojej dzielnicy strzały z broni palnej słychać tylko sporadycznie. Ale nie uświadczysz tu ani granatników przeciwpancernych, ani min pułapek. Mam tutaj prawdziwy raj, w tym Harlemie. Nie chcę go stracić. Naprawdę, naprawdę nie chcę.
– Nie stracisz. A jeśli dojdzie do najgorszego, zawsze możesz się przenieść do Waszyngtonu i znaleźć pracę w jednym z tych think tanków. Bóg wie, że ich nie brakuje. Mogłabym się nawet za tobą wstawić. Mam swoje koneksje.
Clara była miła, a jej uprzejmość szczera.
– To znaczy, że miałbym codziennie siedzieć w jakimś biurowym boksie i produkować jeden raport za drugim dla skacowanych pułkowników i generałów, podczas gdy świat stoi w płomieniach?
– Świat zawsze stoi w płomieniach, Rez. Nie bierz wszystkiego tak mocno do serca.
Kiedy się rozłączyła, Malek długo odtwarzał w myślach obie rozmowy telefoniczne, jakie odbył tego dnia. Clara Vikingstad chciała, żeby pojechał do Teheranu i znów został jej tłumaczem, Sina natomiast żądał, aby pojawił się tam „w pewnej sprawie”. To miasto, Teheran, było dla Rezy niczym zagubione, zdezorientowane i bardzo niebezpieczne dziecko. Które cały czas rosło. Rozrastało się, tyło w każdym kierunku, a własnej prawej ręki nie odróżniało od lewej. Stanowiło ośrodek cichej desperacji, lecz także efektownych, głupich gestów, które prowadziły donikąd. Wystarczyło spędzić tam ledwie chwilę, aby mieć serdecznie dość użerania się dosłownie o wszystko, o najdrobniejszą rzecz. A potem, pewnego dnia człowiek się budził i stwierdzał, że zapomniał, jak się uśmiechać. Przyglądając się posępnym, długim czarnym czadorom, noszonym przez religijne kobiety, odnosił wrażenie, że zaczyna brakować mu tchu. I znów, zapraszany na przyjęcia urządzane przez bogaczy, gdzie każdy występek uchodził płazem, czuł, że oddycha z jeszcze większym trudem. Ten ogólny obłęd, to skrzywienie miasta, gotowego zabawiać się każdą niebezpieczną rzeczą, jaką tylko dało się kupić, po pewnym czasie stawały się nieznośne. Człowiek pragnął ucieczki, lecz było już za późno – Teheran uzależniał. Ciemiężył. Z pewnością przez jakiś czas ciemiężył także Maleka, który bał się tego miejsca. Bał się, ponieważ aż nazbyt dobrze je znał; wiedział, że w mgnieniu oka może ono każdego zaatakować. A wówczas, siedząc w tym wszystkim zbyt głęboko, nie można już było na nic liczyć. Ani na nikogo.