Dlaczego rakii nie pije się na raz? Czy to prawda, że Bułgaria jest rajem dla archeologów? Jak to się stało, że ten czarnomorski kraj zasłużył sobie na miano „Róży Europy”? “Bułgaria. Złoto i rakija” to erudycyjna i pełna humoru książka.


Bułgaria. Złoto i rakijaBułgaria kojarzy nam się przede wszystkim z wczasami w PRL-u. Na wakacjach w Złotych Piaskach popijano pomarańczowy schweppes, a na pamiątkę każdy pakował do torby koniak Słynczew Briag. Kwitł nie tylko handel wymienny, ale także nawiązywały się wieloletnie przyjaźnie.

A jaka jest współczesna Bułgaria? Autorka przedstawia nieznane oblicze jednego z najciekawszych krajów Europy. Prowadzi nas mało uczęszczanymi szlakami, mierzy się z mitami, uwodzi znajomością miejsca i kultury.

***

Ta erudycyjna i pełna humoru książka to także moja Bułgaria. Dawno nie czytałem niczego, co przeniosłoby mnie tak wiernie w czasy i miejsca dzieciństwa. Bo niekiedy miejsca, które pozornie doskonale znamy, zasługują na ponowne odkrycie. Takim odkryciem jest „Bułgaria” Magdaleny Genow.
Hubert Urbański

Magdalena Genow pisze o Bułgarii w tak niezwykły sposób, że czyta się ją jednym tchem. Jej miłość do tego kraju to cudowna rekomendacja dla niezdecydowanych.
Jarosław Kuźniar CEO goforworld.com

Pełna smaków, zapachów i wrażeń książka o Bułgarii i Bułgarach. Autorka ciepło i z nostalgią, bez cienia sentymentalizmu, pisze o kraju lat dziecinnych, zapamiętanych obrazach, wyprawach w różne rejony Bułgarii, babci, która odeszła, i tańczących niedźwiedziach. Bardzo polecam.
Ałbena Grabowska, autorka wielu powieści, w tym ekranizowanej sagi „Stulecie winnych” i non-fiction o Bułgarii „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”

Magdalena Genow
Bułgaria. Złoto i rakija
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 5 czerwca 2019
 
 

Bułgaria. Złoto i rakija

Wstęp

Bułgaria kojarzy nam się przede wszystkim z wczasami, na które jeździło się w czasach PRL-u. Niektórzy wyjeżdżali solidnie obładowani, wioząc z Polski na handel ubrania, kosmetyki, sprzęt turystyczny i butle gazowe. Przewożone towary można było opylić już po drodze, na Ukrainie lub w Rumunii. Dworce kolejowe w tamtych czasach pełniły funkcje bazaru, a transakcje nierzadko zawierano przez okna pociągów. Na wakacjach w Złotych Piaskach popijano pomarańczowy i grejpfrutowy schweppes, a na pamiątkę każdy pakował do torby koniak Słynczew Briag.
Jestem dzieckiem tej epoki. Dosłownie.
Mama tańczyła w zespole ludowym i podczas jednej z tras koncertowych odwiedziła Bułgarię, a dokładnie – Płowdiw. Po występie jeden z miejscowych tancerzy wywróżył jej, że wyjdzie za Bułgara. Wyśmiała go i wróciła do Polski.
Kilka lat później planowała wyjazd na stałe do Francji. Zaprosiła swoją mamę na pożegnalne wczasy do Warny. I tam poznała pewnego Bułgara. Świetnie mówił po polsku, prenumerował „Magazyn Polski” i miał całą biblioteczkę polskich książek. To mój tata.
Na tym ta historia mogłaby się zakończyć, bo przecież nie każdy mieszaniec bierze się za pisanie książki. Dwujęzyczność i coroczne długie wakacje w Bułgarii sprawiły jednak, że ukończyłam filologię bułgarską, pracowałam w kilku bułgarskich firmach oraz jako tłumaczka. Potem był blog o Bułgarii – śledztwo o kryptonimie „Bułgaria” weszło w fazę publiczną. Poznawanie kraju było szukaniem odpowiedzi na pytanie: „kim jestem?”.
Tymczasem zaczęłam pracować w wydawnictwie i kiedy rozmawiałam z koleżanką z redakcji o tym, jak fajnie byłoby znaleźć nowych autorów do serii podróżniczej o państwach, oświeciło nas, że przecież o Bułgarii napisać mogę ja.
Mam nadzieję, że ta książka uprzyjemni leżakowanie na czarnomorskim all-inclusive, będzie dodatkowym ciężarem w plecaku podczas trekkingu po Rile czy Pirinie lub zagryzką do piwa Zagorka Retro[1].
Wiem, że wiele kwestii może okazać się spornych, zwłaszcza dla bałkanofilów, a tych w Polsce nie brakuje. Nie chcę kruszyć kopii o to, gdzie zaczyna się börek a kończy banica, czy sałatkę szopską naprawdę wymyślili mieszkańcy Szopłuku i czy macedoński to dialekt bułgarskiego. To trochę jak z polską dyskusją, czy wychodzi się na dwór, czy na pole, czy mówi się pyzy, czy kluski na parze, i czy Ślązacy są odrębnym narodem. Niniejsza książka to nie przewodnik, a rzecz subiektywna, osobista opowieść, i aż chciałoby się popaść w banał i napisać – „moja Bułgaria”.
Odpierając w swojej książce „Guamardżos! Opowieści z Gruzji” zarzuty o idealizowanie Gruzinów, Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller powoływali się na Mariusza Szczygła, któremu z kolei zarzucano idealizowanie Czechów. Parafrazując autora „Gottlandu”, Mellerowie napisali: „Każdy ma takich Gruzinów, na jakich sobie zasłużył”.
Ja zasłużyłam sobie na samych dobrych Bułgarów. Zapraszam.
 
[1] Które wygrało plebiscyt na najlepszy bułgarski browar na moim facebookowym profilu bulgarka.pl

Opowieść pierwsza

Ralica nie była typową Bułgarką. Miała blond włosy i jasną karnację. Mieszkała w tym samym bloku, piętro nad nami. Ja gościłam u babci. Babcie i ciocie mieszkające nad morzem nie mogą narzekać na brak odwiedzin krewniaków.
Tym razem na wakacje pojechałam tylko z ojcem, więc stworzyłam sobie podwórko pełne wyimaginowanych przyjaciół i nie przejmowałam się brakiem towarzystwa. Bawiłam się sama przed blokiem. Było bardzo gorąco, trzydzieści osiem stopni (w nocy trzeba było ratować się spaniem na balkonie). Właśnie skończyłam sześć lat. Ralica i osoby z jej bandy były starsze ode mnie o rok.
– Skąd jesteś? – zapytała Ralica, ostentacyjnie żując gumę.
– Z Polski.
– Nie ma takiego kraju.
– Jest.
– Kłamiesz.
– Jest, bo ja z niego przyjechałam.
Zmrużyły lekceważąco oczy i popatrzyły na siebie, wykrzywiając usta w sarkastycznym uśmiechu. – Nie ma, jest tylko Czechosłowacja. Na pewno jesteś z Czechosłowacji.
– Mogę coś powiedzieć po polsku – postanowiłam udowodnić im istnienie Polski.
– W takim razie powiedz coś śmiesznego. – Z całej bandy mówiła tylko Ralica, reszta się śmiała.
– Czas to u nas godzina. – Bułgarskie słowo czas oznacza godzinę, a rzeczownik godina oznacza rok.
– To jak się mówi na godinę?
– Rok – odparłam, a one wybuchnęły śmiechem.
– Twój język to czeski – zawyrokowała Ralica, a ja uciekłam.
Mój świat legł w gruzach. Polska nie istniała, polski to był czeski. Z oczu poleciały mi łzy jak grochy i wtedy na podwórku pojawiła się Dobi. Mieszkała pod nami. Przyjeżdżała ze Starej Zagory na wakacje do cioci. – Nie płacz. Chodź, pójdziemy do mnie. Pokażę ci mój skarb.
Jej ciocia, na którą zawsze mówiło się doktor Zjumbiulewa (zjumbiul to hiacynt), nalała nam lemoniady. Dobromira z namaszczeniem wyjęła z szafy misterną, piętrową konstrukcję, która wyglądała jak tort. Do poszczególnych, kartonowych warstw przyklejone były setki fantastycznych muszli. Prawdziwy pałac. Idealny na pocieszenie dziewczynki zagubionej w geografii i historii.
Opowiedziałam jej, co stało się na podwórku. Dobi spojrzała na mnie i odrzekła:
– Ja ci wierzę, że Polska istnieje.

Nad Morzem Gościnnym

Urodziłam się w Warnie, dwa kilometry od plaży. Warneński wiatr, latem wyczekiwany, a zimą przewiewający gnaty, zajrzał mi w ucho już pierwszego dnia, powodując jego zapalenie.
Mama nie znała jeszcze bułgarskiego, dlatego kiedy lekarze powiedzieli, że urodziła momicze, to zwątpiła. Dziewczynka, momiczence, brzmi po bułgarsku podobnie do słowa „chłopiec” – momcze.
Szpital, tak samo jak blok, w którym w Warnie mieszkamy, znajduje się w dzielnicy Odessos. Tak też nazywa się port oraz reprezentacyjny w BRL-u – Bułgarskiej Republice Ludowej – hotel w centrum. Skąd tyle Odessy w letniej stolicy Bułgarii?
W starożytności na miejscu Warny funkcjonowało miasto Odessos. Tę grecką kolonię założyli mieszkańcy Miletu w VI w. p.n.e. Współczesna Odessa swoją nazwę zawdzięcza Greckiemu Projektowi carycy Katarzyny, który w ramach wspierania Greków jako cierpiących pod Turkiem zakładał nadawanie miastom greckich nazw. Wiąże się z tym pewne nieporozumienie. Sądzono, że antyczne Odessos znajdowało się tam, gdzie ukraińska Odessa. W rzeczywistości były tam zlokalizowane dwie inne osady: Isiaka i Istrian.
Na starożytnych mapach Morze Czarne widnieje jako Pontus Euxinus – Morze Gościnne. To właśnie nad jego brzegiem żyły Amazonki, a Argonauci żeglowali w stronę Kolchidy po złote runo. Zaklęte w jego falach mity wydają się wiecznie żywe – w 2017 roku odkryto na dnie statek okrzyknięty okrętem Odyseusza. W ramach projektu Black Sea MAP badano ten akwen na okoliczność zmian klimatycznych – przy okazji odkrywając ponad 60 wraków. Nie wiadomo, ile dokładnie, bo projekt jest ściśle tajny. Dopóki naukowcy nie przebadają wszystkich wraków, ich położenie nie zostanie ujawnione z obawy przed poszukiwaczami skarbów. To morze śródlądowe jest prawdziwym cmentarzyskiem statków. Niektóre, na przykład te z czasów średniowiecza, wyglądają jakby zatonęły wczoraj. Morze Gościnne ma bowiem niezwykłą cechę – przedmioty na jego dnie się nie rozkładają. Wynika to z niewielkiej wymiany wody i braku tlenu w głębinach. To sprawia, że występują w nim siarczki barwiące fale na czarno. Stąd współczesna nazwa.
Morze Czarne jest jednym z najmłodszych na ziemi. Istnieją hipotezy, że od jego wód miał zacząć się wielki potop, o którym opowiadają mit o Gilgameszu i Biblia. Genezą wersji biblijnej jest nieposłuszeństwo ludzi wobec Boga. Wersja naukowa mówi o ociepleniu klimatu, na skutek którego roztapiający się lądolód zostawił masy wody, z których powstało Morze Io. To ono miało spowodować potop. Według innej hipotezy Morze Czarne kiedyś było jeziorem, którego wody, podnosząc się i łącząc z Morzem Śródziemnym, utworzyły Cieśninę Dardanelską[2]. Ludność uciekła na południe, gdzie później opowieść o potopie krążyła jak plotka. Ze względu na słabą wymianę wód z oceanem (ograniczoną przez wielkość i głębokość Bosforu i Dardaneli – cieśnin, które łączą go z Morzem Śródziemnym), w Morzu Czarnym nie ma przypływów i odpływów. Dlatego też zasolenie morza jest niewielkie – wynosi 18,3%, a przy dnie 22,5% (dla porównania w Morzu Śródziemnym wskaźnik waha się w granicach 33-39%). To wszystko nie oznacza jednak, że Morze Czarne jest bezpieczne. Jak każde inne potrafi być groźne.
W Bułgarii 20 lipca obchodzi się dzień topielca. Według prawosławnych wierzeń morze składa zatopionych w darze Świętemu Ilii. Tego dnia zaleca się, by nie chodzić na plażę. Myrtwo wylnenie, czyli prądy strugowe (lub wciągające), powstają w miejscu załamywania się fal. Toń podstępnie wciąga swoje niefrasobliwe ofiary, które często przed wejściem do wody wypiły o jednego drinka z palemką za dużo.
Pewnego razu, kiedy byłam na plaży z moim młodszym bratem, sama poczułam, jak morze potrafi przerazić.
Słońce w Warnie grzało tak intensywnie, że jego promienie kłuły po ciele niczym igły. W taki dzień nawet czerwona flaga nie powstrzymywała urlopowiczów przed wejściem do wody.
Siedzieliśmy na plaży „Centralnej”, tuż obok nieczynnej, zardzewiałej zjeżdżalni, która w BRL-u robiła furorę – można było z niej wjechać wprost do morza, dlatego nazwano ją „kamikadze”. Obserwowaliśmy walkę ratownika o życie dwóch osób, które jeszcze przed chwilą moczyły się przy brzegu.
Następnego dnia wybraliśmy się w to samo miejsce. Pod koniec plażowania poszłam szukać brata, który uwielbiał budować zamki z piasku. Nie ma go. Wędrowałam dalej, w stronę portu Odessos. Nad brzegiem zebrał się tłum – trwała kolejna walka ratownika z żywiołem. Wpadłam w panikę. Zapytałam gapiów, kto się topi. Nie wiedzieli. Zaczęłam biegać po plaży. Nie mogłam znaleźć brata. Wracając z portu, zobaczyłam ciała dwóch rosłych mężczyzn. Przed chwilą wypluło je morze. – To Rosjanie – powiedział ktoś z tłumu. – Weszli do wody z materacami i ich zniosło.
Święty Ilija dostał swoje dary.
Brata odnalazłam w piasku przy rzeczce.

Regulirani otpuski – wczasy reglamentowane

Choć jeździliśmy do Warny już po transformacji ustrojowej, to w mieszkaniu dziadków słusznie miniona epoka była zakonserwowana jak przetwory w spiżarni, która po bułgarsku nazywa się kiler. Tak naprawdę moje wakacje w Bułgarii były podróżą w czasie – do zimnowojennych artykułów, taśm szpulowych z piosenkami Beatlesów i medali od Żiwkowa, które spoczywały w szafce dziadka na klucz wraz z talią kart z roznegliżowanymi damami, papierosami (choć dziadek oficjalnie nie palił) i wodą kolońską, której woń zdawała się przebijać przez zamknięty flakonik. Do tego książki, wieże książek, a nawet łóżeczko dziecięce pełne książek. W tym ostatnim znajdowała się polska klasyka po bułgarsku. Bułgarzy swego czasu zaczytywali się w „Faraonie” Prusa („Lalka” to w bułgarskiej wersji „Kukła”), Trylogii Sienkiewicza i „Panu Tadeuszu” Mickiewicza. I nadal nasz kanon cenią.
Za PRL-u wczasy w Bułgarii wiązały się nie tylko z kąpielami w morzu, ale też możliwością powiększenia zasobu dewizowego. Na Bułgarię przydzielano 200 lewów na rok do zrealizowania za pomocą książeczki dewizowej – szło się do banku z pieczątką i tam wymieniano „przydziałową” walutę po państwowym kursie. Polacy przywozili do Bułgarii towary na handel, na przykład kuchenki, lampy i butle gazowe, koszulki żarowe, namioty, odzież, materiały do szycia, ręczniki frotté, perfumy Pani Walewska i kremy Nivea. To były dobra trudno dostępne także w Polsce, ale perspektywa zdobycia dolarów sprawiała, że wczasowicze między strój kąpielowy a klapki wkładali wszystko, co można było w Bułgarii sprzedać.
Z przemytem trzeba było kombinować. Pewnego razu, gdy mój tata wsiadał do pociągu relacji Warszawa-Warna, pewne starsze małżeństwo powiedziało mu: – Nie wsadzaj nic cennego do bagażu na górze, bo tam celnicy będą szukać. Schowaj pod nogi, zrób bałagan i przykryj to wszystko jedzeniem.
W czasach PRL-u do Warny i Burgasu codziennie przyjeżdżało kilka pociągów z Polski. W latach 70. Polacy cieszyli się relatywną wolnością w podróżowaniu po braterskich krajach – wystarczył specjalny paszport na demoludy zwany „wkładką paszportową wielokrotną”. Później satelity Moskwy zaczęły się bać „zarazy »Solidarności«”. Do Bułgarii można było wjechać na zaproszenie lub voucher.
Vouchery wystawiały biura podróży, na przykład Orbis, lub stowarzyszenia turystyczne, jak Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Po stronie bułgarskiej realizował je państwowy monopolista Balkantourist, który zapewniał przydział na nocleg – zwykle na kempingu lub kwaterze prywatnej. Miejsca w nielicznych hotelach były reglamentowane – na poszczególne kraje przypadała ich określona liczba. W pierwszej kolejności dostęp do nich miały osoby związane z partią. PRL-owscy aparatczycy odpoczywali głównie w Domu Polskim w Drużbie (dziś kurort „Przyjaźń” zwany jest Sweti Konstantin i Sweta Elena; ci święci w prawosławnym kalendarzu występują razem, dlatego to miejsce nosi „wspólną” nazwę), podarowanym Polsce przez cara Borysa III w podziękowaniu za pomoc, której udzieliła ofiarom trzęsienia ziemi w Bułgarii w 1928 r. Serwowano tam polskie dania z polskich produktów.
Voucher, jak każde dobro luksusowe, dostępny był dla nielicznych. Jeżeli ktoś mimo wszystko chciał pojechać do ciepłych krajów, to musiał mieć znajomości w biurach turystycznych. Facebooka nie było, ale sieci kontaktów działały sprawnie, wszak polska zaradność nie ma sobie równej. Tak do Bułgarii w 1987 roku na wczasy ze swoją rodzicielką przyjechała moja mama. Opowiadała, że kiedy pociąg stawał na rumuńskich stacjach, Rumuni czekali na peronach i krzyczeli, że chcą kupić dżinsy. Polacy sprzedawali też Rumunom Biseptol, antybiotyk, który służył im jako środek antykoncepcyjny. Mama była chyba jedyną osobą na wycieczce, która jechała po prostu na plażę.
Podróż na własną rękę była znacznie bardziej kręta. Kiedy czytam polsko-bułgarskie korespondencje z tamtych czasów, to widzę, że głównym tematem pozostawała kwestia: jak załatwić zaproszenie. Mógł tego dokonać tylko Bułgar zameldowany w Sofii. Ojciec uruchamiał więc dalekie znajomości.
Istniała jeszcze jedna opcja – zaproszenie od Polaka pracującego w Bułgarii. A tych nie brakowało – firma Budimex budowała hotele w Albenie, Dewni i w Kozłoduju. Jeżeli chciało się zaprosić swojego znajomego z Polski, trzeba było znaleźć drogę dojścia do takich pracowników.
Polacy pracujący w Bułgarii wyrabiali książeczki walutowe. Zarobione lewy wymieniali na talony baltonowskie, za które mogli kupić na przykład malucha w peweksie. Widywało się później maluchy, nawet z przyczepkami, ciągnące znad Wisły na Czarnomorskie Wybrzeże. Więcej jednak przyjeżdżało dużych fiatów, modeli 125p. Kierowcy narzekali na policję wyłudzającą łapówki w ZSRR, ale wjazd do Bułgarii był pozytywnym zaskoczeniem. Wczasowicze opowiadali, że drogi w Bułgarii były wielopasmowe, w przeciwieństwie do polskich czy sowieckich.
Bułgarowi wjechać do Polski było jeszcze ciężej. Nie mógł ot tak pójść i kupić bilet na bezpośredni pociąg do Polski. Zaproszenie można było wystawić tylko członkom rodziny. Ojciec, zakochany w Polsce i Polkach, pukał do naszego kraju bocznymi drzwiami – przez granicę z NRD. Opowiada, że pierwszy raz wjechał tak w 1985 roku („paszport celniczce podawałem z drżeniem rąk”).
Problemów z wjazdem do Polski nie było z ościennych demoludów. Bułgar do NRD i Czechosłowacji mógł wjechać, ale musiał mieć zgodę od… swojego przełożonego! Mój tata też taką zgodę musiał zdobyć. A co jeżeli Bułgar był bezrobotny? Wtedy zatrudniał się na 15 dni w jakiejś firmie, w której pracował znajomy i szedł z flaszką do naczelnika prosić o zgodę na wyjazd. Wyobrażacie sobie coś takiego teraz? Prosić szefa o pieczątkę na przykład na bilecie lotniczym do Portugalii?
Tata ostatnią podróż do Polski przed upadkiem muru berlińskiego odbył w 1987 roku, ale już oficjalnie – na zaproszenie. Dostał zezwolenie po okazaniu dokumentu od mamy, że nie ma z jej strony przeszkód do zawarcia ślubu. Na papierze była adnotacja: kandydat na męża.