Błyskotliwa i niepokojąca powieść “Świat miniony”, choć jest pełna szokujących pomysłów, pozostaje głęboko ludzką historią.


Świat minionyMorderstwo, porwanie, podróż w czasie i katastrofalny koniec ludzkości – powieść, która zmrozi ci krew w żyłach.

Ostrzeżono ją, że ujrzy rzeczy, których jej umysł nie pojmie.

Agentka specjalna Shannon Moss zostaje wyznaczona do rozwiązania sprawy zamordowania rodziny członka Navy SEAL i odnalezienia jego zaginionej córki. Odkrywa, że żołnierz był astronautą na pokładzie USS Waga, statku, który prawdopodobnie przepadł w najciemniejszych otchłaniach Głębokiego Czasu. Moss zna z własnego doświadczenia traumę powodowaną podróżami w czasie i uważa, że do zbrodni mogły doprowadzić powiązania żołnierza SEAL z przyszłością.

Agentka, zdecydowana odnaleźć dziewczynę, podróżuje w przyszłość, żeby zbadać jej możliwe wersje i znaleźć informacje, które pozwolą rozwikłać współczesne śledztwo. Ku jej przerażeniu przyszłość ujawnia, iż od tego dochodzenia zależy dużo więcej niż los czyjejś rodziny: Shannon na własne oczy widzi wznoszącego się ponad horyzont czasu i gnającego ku teraźniejszości Terminusa – przerażający i ostateczny koniec ludzkości.

***

Nieustraszona, choć okaleczona, i zdeterminowana Shannon Moss jest bohaterką najoryginalniejszej powieści, jaką czytałem od lat. Świat miniony ogromnie mi się podobał. Ta zręczna fabuła osnuta na wątku rozciągającego się na wiele rzeczywistości śledztwa w sprawie morderstwa w intrygujący sposób wymyka się regułom gatunku. Imponująca i psychodeliczna, prowadzi czytelnika przez pięknie przedstawione koleje ludzkiego życia. Zapewniam, że jeszcze nigdy nie czytaliście takiej historii.
Blake Crouch, autor Mrocznej materii

Futurystyczna, przerażająca i bezwzględna – Tom Sweterlitsch zabiera czytelników w podróż do innego świata i z powrotem. Podejmijcie tę wyprawę.
Stewart O’Nan, autor Śnieżnych aniołów i Królowej odjazdu

Tom Sweterlitsch
Świat miniony
Przekład: Mirosław P. Jabłoński
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 4 czerwca 2019
 
 

Świat miniony


Prolog
2199

Ostrzeżono ją, że ujrzy rzeczy, których jej umysł nie pojmie. W martwym lesie, w zimie, w niekończącej się nigdy zimie stały drzewa poczerniałe od ognia i pokryte lodem, kilka pni leżało przewróconych, zwęglone gałęzie tworzyły koronkowy wzór. Godzinami szła przez obszar martwych sosen, ale kombinezon kosmiczny zapewniał jej ciepło, cienki strój, który dawał swobodę ruchów pozwalającą posuwać się naprzód. Skafander był pomarańczowy, kolor dla kursantów, gdyż była to jej pierwsza wyprawa w daleką przyszłość Ziemi. Wszędzie, w każdym kierunku, w którym patrzyła, widziała zwarzone mrozem niebo i zaśnieżone podłoże zasłane krzyżującymi się pniami obalonych drzew. Nie było słońc – bladego dysku Słońca, jakie znała, oraz jaskrawego promieniowania fenomenu, który jej instruktor nazwał Białą Dziurą. Niegdyś to była Wirginia Zachodnia.
Odeszła daleko od bazy i martwiła się coraz bardziej, czy znajdzie drogę powrotną do quad-landera, żeby zdążyć na czas podjęcia. Dozymetr pokazywał poziom jej napromieniowania, kolorowa plama, która w ciągu ostatnich kilku godzin zmieniła barwę z jasnej zieleni do zieloności rzęsy wodnej. Została zainfekowana przez to miejsce, którego powietrze i glebę zanieczyszczały opary metalu, cząsteczki na tyle małe, żeby wniknąć przez kombinezon do jej organizmu. KTN-y, nazwał je jej instruktor; kwantowo tunelowane nanocząsteczki, powiedział. Zapytała go, czy KTN-y są jak rój robotów, ale odparł, żeby myśleć o nich raczej jak o raku – zagnieżdżają się w mikrotubulach jej komórek, a kiedy znajdzie się ich tam wystarczająco dużo, będzie stracona. Nie chodzi o śmierć, rozwinął, niedokładnie; powiedział jej, że zobaczy, co KTN-y robią z ludzkim ciałem, ale że jej intuicja może odrzucić tę wizję, że może być pełna obrzydzenia i poczuć gwałtowną potrzebę „odwidzenia”.
Jedno ze spalonych drzew stało nadal, naga sosna okryta korą zbielałego popiołu, a kiedy minęła białe drzewo, krajobraz wokół niej się zmienił. Wciąż znajdowała się w lesie, ale drzewa nie były już spalone i przewrócone. Teraz sosny rosły bujnie, zielone, chociaż obsypane śniegiem. Lód przygiął gałęzie odległych chojaków, niewyraźnych za kurtyną śniegu. Jak się tutaj znalazłam? Obejrzała się; żadnych śladów, nawet jej własnych. Zabłądziłam. Przepychała się między iglastymi gałęziami, wyczerpana brnięciem przez zaspy. Minęła kolejne spalone drzewo, identyczne jak to, które widziała wcześniej, martwe, ze szkieletami spalonych gałęzi. A może to była ta sama sosna? Kręcę się w kółko, pomyślała. Przechodząc nad korzeniami i kamieniami, ześlizgując się po śniegu, starając się wypatrzyć coś znajomego, jakąś charakterystyczną cechę krajobrazu, przecisnęła się przez przerwę między drzewami i wyszła na polanę, na brzeg czarnej rzeki. Krzyknęła na widok ukrzyżowanej kobiety.
Ukrzyżowano ją do góry nogami, ale nie było krzyża; wisiała w powietrzu, unosząc się nad czarną wodą. Ogień płonął wokół jej nadgarstków i kostek nóg. Klatka piersiowa była rozciągnięta, wypukła, ciało skarlałe, wychudzone do stopnia zagłodzenia, nogi pokrywały czarne smugi gangreny. Twarz była sina, fioletowa kałużą napływającej do niej krwi, a włosy, jasnoblond, zwisały tak, że dotykały powierzchni wody. W ukrzyżowanej kobiecie rozpoznała samą siebie i osunęła się na kolana na brzegu czarnej rzeki.
Sztuczka KTN-ów, pomyślała. To było odrażające, ta niedorzeczność. Są we mnie, każą mi widzieć te rzeczy…
Ogarnęła ją panika na myśl, że KTN-y gromadzą się w jej komórkach, w mózgu, ale mimo to zrozumiała, że to nie jest halucynacja, że ukrzyżowana kobieta jest realna, równie rzeczywista jak ona sama, jak rzeka, lód i drzewa. Pomyślała, żeby ją odciąć, ale perspektywa dotknięcia wiszącej przerażała ją.
Jej dozymetr zmienił barwę z zielonej na musztardowożółtą, a ona ruszyła biegiem, aktywując sygnał podjęcia, próbując przypomnieć sobie położenie miejsca ewakuacji, ale las otaczający rzekę był obcy, a ona zagubiona. Potykając się w śniegu, zawróciła w stronę, z której przyszła, jak się jej zdawało, smagana przez lodowaty wiatr. Minęła kolejne białe drzewo, identyczne jak pozostałe; albo nie, to musiało być to samo… Spalona sosna o korze z białego popiołu. Żółć dozymetru pociemniała do barwy czerwonawej gliny. Nie, nie, nie, pomyślała, biegnąc znowu, nurkując pod chwytającymi ją gałęziami. Dozymetr rozbłysnął jaskrawą czerwienią. Poczuła mdłości i upadła, przytłoczona ciężarem własnej krwi. Poczołgała się między drzewami i przekonała się, że dotarła ponownie na polanę na brzegu czarnej rzeki, w miejsce swojego ukrzyżowania, ale teraz widziała tam tysiące ciał wiszących do góry nogami wzdłuż biegu rzeki, nadzy mężczyźni i kobiety krzyczący w świetle dwóch słońc.
– Co się dzieje? – zapytała na głos, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Wzrok jej pomroczniał, walczyła o oddech. Kiedy ujrzała na niebie błyski, pomyślała, że być może traci przytomność, ale to były światła jednego z quad-landerów, modułu o nazwie Tezeusz. Sygnał podjęcia, pomyślała, jestem uratowana. Quad-lander podskoczył kilka razy na polanie, zanim osiadł na lodzie.
– Tutaj – powiedziała słabym głosem. Próbowała krzyknąć: – Tutaj jestem.
Z włazu wygramolili się dwaj mężczyźni w kombinezonach kosmicznych oliwkowej barwy, noszonych przez członków marynarki, i widziała, że podchodzą do rzeki.
– Tutaj – powtórzyła, ale przybyli znajdowali się zbyt daleko, żeby ją usłyszeć.
Usiłowała wyczołgać się spoza linii drzew, chciała pobiec w stronę tamtych ludzi, ale była zbyt słaba, żeby się podnieść. Widziała, że mężczyźni brodzą w rzece zanurzeni po pas, ujrzała, że ściągają z powietrza ukrzyżowaną kobietę, biorą ją w kołyskę ramion. Owinęli ją w grube koce.
– Nie, jestem tutaj, tutaj – powiedziała, ale widziała, że wnoszą ukrzyżowaną, inne wcielenie jej samej, na pokład lądownika.
– Jestem tutaj – powtórzyła. – Proszę.
Jej dozymetr ściemniał do barwy błotnistego brązu; następny będzie śmiertelny odcień czerni. Zamknęła oczy i czekała.

Potężne szarpnięcie silników sprawiło, że odzyskała przytomność i poznała, gdzie się znajduje – w kapsule quad-landera, pojęła, mając nadgarstki i kostki nóg przywiązane do koi, a głowę i kark chronione przez wyściełany stabilizator. Była odrętwiała, miała dreszcze, a przykrywające ją koce były przytroczone w rogach. Przyśpieszenie związane ze startem zmalało, poczuła nieważkość.
– Proszę – odezwała się. – Zawróćcie. Jestem tam na dole, wróćcie, proszę, nie zostawiajcie mnie…
– Wszystko w porządku, jesteś bezpieczna – zapewnił ją instruktor, lecąc przez kapsułę do jej posłania. Był mężczyzną dużo starszym od niej, o srebrzystych włosach, chociaż niebieskie oczy sprawiały wrażenie młodych. Kiedy sprawdzał jej puls, dłonie miał delikatne i miękkie. – Nadgarstki i kostki stóp będą cię mocno bolały – stwierdził. – Nie wiem, jak byłaś spętana, ale doznałaś oparzeń. Ucierpiałaś na skutek wychłodzenia, masz rozległe odmrożenia. Hipotermia.
– Macie niewłaściwe ciało – powiedziała, przypominając sobie, że w jakiś sposób widziała samą siebie w pomarańczowym kombinezonie kursantki czołgającą się wzdłuż linii drzew. – Musisz mi uwierzyć. Wciąż jestem tam na dole. Proszę, nie zostawiajcie mnie…
– Nie, jesteś z powrotem na Tezeuszu – odparł instruktor. – Znaleźliśmy cię w lesie.
Miał na sobie niebieskie spodenki gimnastyczne, białe podkolanówki oraz szary T-shirt NCIS1.
– Jesteś zdezorientowana – dodał. – KTN-y mieszają ci w głowie. Masz je we krwi. Ich stężenie w twoim organizmie osiągnęło niebezpieczny poziom.
– Nie rozumiem – odparła, usiłując sobie przypomnieć, ale umysł miała ociężały. – Co mam w sobie? Nie wiem, co to są KTN-y.
Zęby jej dzwoniły, ciało drżało. Przenikliwy ból torturował kończyny, jasne strzały nerwobólów, ale palce rąk i nóg miała zdrętwiałe. Przypomniała sobie, że pozbyła się kombinezonu kosmicznego przy rzece, zrzuciła ubranie. Pamiętała lód palący jej barki, powodujący bąble. Pamiętała ogień na nadgarstkach i kostkach nóg. Pamiętała, że godzinami wisiała do góry nogami nad płynącą czarną wodą, całymi dniami może. Modliła się o śmierć, kiedy ujrzała samą siebie wyłaniającą się spoza sosen.
– Nie rozumiem – powiedziała, płacząc z bólu.
– W tej chwili naszym głównym zmartwieniem są hipotermia i odmrożenia – stwierdził instruktor, podlatując bliżej jej stóp i odwijając róg pledu, żeby sprawdzić jej stan. – Och, Shannon – westchnął. – Och…
Uniosła głowę i zobaczyła, że stopy ma fioletowoczarne i spuchnięte, a wokół łuszczy się żółtawa skóra.
– Boże, nie. Och, Boże, nie – powiedziała i w stanie szoku wydało się jej, że te stopy należą do kogoś innego, że są cudze, nie jej. Ktoś włożył między palce kawałki gazy. Po lewej nodze wspinały się fioletowe smugi. Instruktor potarł jej stopy wilgotną myjką, ale nie czuła wody, nawet kiedy jej bąble, wyciśnięte z materiału, spłynęły po palcach i odleciały, wirując w powietrzu niczym szklane paciorki.
– Twój umysł ucierpiał, pamięć mogła zostać zaburzona skutkiem wychłodzenia – powiedział. – Porucznik Stillwell i mat Alexis uratowali cię i ustabilizowali twój stan. Nie jesteś już tam, jesteś tutaj. Jesteś teraz bezpieczna.
– Nie wiem, kim są tamci ludzie – odparła.
Nazwiska nic jej nie mówiły. Quad-landera pilotował porucznik Ruddiker wraz z matem Lee; o ile wiedziała, nie istniał żaden Stillwell. Wypukły iluminator ujmował w ramę Ziemię, odległą teraz, marmurowo białą, pełną mgieł i lodu. Rozmyślała o swoim ciele, które umierało na dole w dziczy, nadal w kombinezonie kosmicznym, ale widziała, że jej skafander jest zamknięty w jednej z szafek kapsuły, jaskrawopomarańczowy, jak kurtka myśliwska. Co się ze mną dzieje, do diabła? Chociaż nadgarstki i kostki nóg spowijały bandaże pachnące maścią, czuła, że skóra ją piecze, jak polewana kwasem.
– To boli – poskarżyła się. – Bardzo boli.
– Zawiadomiliśmy lekarzy, że cię wieziemy – poinformował ją instruktor. – Są gotowi zająć się tobą, gdy tylko zadokujemy do statku.
– Co… co to było, tam na dole? Co mi się stało? – zapytała. – Wisiałam. Wszyscy oni…
– Widziałaś ukrzyżowanych ludzi wiszących wzdłuż rzeki – odparł. – Też ich widywałem podczas wielokrotnych podróży, kiedy badałem Terminusa. Nazywamy ich „wisielcami”. Krzyżują ich KTN-y. Ukrzyżowały ciebie.
– Powiedziałeś, że mam je we krwi. Pozbądźcie się ich, wydobądźcie je ze mnie…
– Shannon, przechodziłem przez to, nie da się ich pozbyć. Mówiliśmy o tym na szkoleniu. Sądziłem, że jesteś gotowa. Ostrzegałem cię przed nimi.
– Nie, nigdy tego nie zrobiłeś – zaprzeczyła, wysilając się, żeby się skupić pomimo bólu, rwącego pieczenia nadgarstków. Jej wspomnienia były zagmatwane, splątane… Pamiętała, że podróżowała do Głębokiego Czasu na USS Williamie McKinleyu, do roku 2199, albo do jednej z nieskończonych możliwości roku 2199, na odległość niemal dwustu lat. Kiedy tam przybyli, nad Ziemią wisiała blada radiacja, lśniąc niczym drugie słońce; cała załoga była zdumiona. Nikt nie wiedział, czym było to blade lśnienie. Nikt jej nie ostrzegł przed KTN-ami ani nie poinformował o wisielcach. – Mówiłeś, że zabierasz mnie do domu, to wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.
– Shannon – odezwał się bezradnie instruktor. Ponownie przetarł myjką jej stopy. – Nie wiem, co powiedzieć. Hipotermia… może powodować amnezję. Możliwe, że kiedy dojdziesz do siebie…
– Spotkanie z Williamem McKinleyem. Przygotować się do dokowania – rozległo się z głośnika.
Nie poznała tego głosu. Pamiętała gnającą pod nią czarną wodę.
Spojrzała ponownie na swoje stopy. Prawa odzyskała nieco naturalnych barw, ale palce lewej były nadal czarne, a linie ciągnące się w górę nogi pociemniały. Na ten widok poczuła mdłości.
– Czym one są? Czym są KTN-y? Co jest w moim organizmie? – zapytała, walcząc z oszołomieniem. – Mam gdzieś, że ci się wydaje, że już to przerabialiśmy.
– Nie wiemy, skąd przybyły ani czego chcą – odparł instruktor. – Może nie chcą niczego. Kwantowo tunelowane nanocząsteczki. Uważamy, że pochodzą z innego wymiaru, że przeszły przez Białą Dziurę, to drugie słońce, które widziałaś. Kiedyś, w naszej przyszłości. Powodują zdarzenie, które nazywamy Terminusem.
– Ukrzyżowania.
– Chwila, w której ludzkość przestaje się liczyć – powiedział instruktor. – Nikt nie zostaje przy życiu. W każdym razie nie w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Istnieją wisielcy, ale są także uciekinierzy. Miliony uciekających wielkimi grupami, póki ich ciała nie ulegną dezintegracji albo nie rzucą się do oceanu, żeby utonąć. Niektórzy kopią doły i kładą się na dnie. Inni stoją z twarzami uniesionymi do nieba, a ich usta wypełnia płynne srebro. Tworzą ludzkie łańcuchy na plażach i wykonują to, co nazywamy kalisteniką.
– Dlaczego?
– Nie wiemy, dlaczego ani w jakim celu. Może cel nie istnieje.
– Ale to jest jedynie pewna wersja przyszłości – stwierdziła, wyobrażając sobie, że KTN-y w swojej krwi odczuwa jak pasożyty.
– To tylko jedna z nieskończonych możliwości. Istnieją więc inne możliwości, inne przyszłości. Terminus nie musi nastąpić.
– Terminus kładzie się cieniem na przyszłości naszego gatunku – odparł jej instruktor. – Wszystkie linie czasowe, które odwiedziliśmy, kończą się Terminusem. On się przybliża. Na początku oceniliśmy to zdarzenie na rok 2666, ale następni podróżnicy, którzy go doświadczyli, stwierdzili, że przesunął się do roku 2456. A potem jeszcze bliżej, do 2121. Widzisz, Terminus jest jak spadające na nas ostrze gilotyny. Nasza marynarka i jej flota otrzymały zadanie znalezienia drogi wyjścia z tego cienia, a naszym powołaniem jest wspierać marynarkę. Wszystko, czego cię nauczę, wszystko, co ujrzysz, ma na celu pomóc naszemu gatunkowi uniknąć Terminusa. Musimy znaleźć drogę wyjścia z cienia.
– Co jeszcze zobaczę?
– Kres wszystkiego.

1 – NCIS – Naval Criminal Investigative Service, Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki Wojennej.

Część pierwsza
1997

1

Słucham?
– Agentka specjalna Shannon Moss?
Nie poznawała głosu mężczyzny, chociaż przeciąganie samogłosek było znajome. Wychował się tutaj, w Wirginii Zachodniej, albo na wiejskich terenach Pensylwanii.
– Mówi Moss – potwierdziła.
– Zabito rodzinę. – Głos zadrżał. – Dyspozytor policji hrabstwa Waszyngton odebrał zgłoszenie nieco po północy. Zaginęła dziewczyna.
Druga nad ranem, ale wiadomość była jak lodowata kąpiel. Shannon była teraz w pełni rozbudzona.
– Z kim rozmawiam?
– Agent specjalny Philip Nestor – odparł rozmówca. – FBI.
Włączyła nocną lampkę. Ściany sypialni pokrywała kremowa tapeta ze wzorem w winorośl i chabrowe róże. Śledziła wzrokiem kontury, zastanawiając się.
– Skąd moje zaangażowanie? – zapytała.
– Jak rozumiem, szef naszego oddziału terenowego skontaktował się z kwaterą główną, a oni polecili cię włączyć – odparł Nestor. – Potrzebują pomocy NCIS. Naszym podejrzanym jest członek Navy SEAL.
– Gdzie?
– W Canonsburgu, przy Cricketwood Court, przecznicy z Hunter’s Creek – powiedział.
– Hunting Creek.
Znała Hunting Creek, Cricketwood Court – przy tej ulicy mieszkała Courtney Gimm, jej najlepsza przyjaciółka z młodości. Twarz Courtney wypłynęła z pamięci Moss niczym kra wynurzająca się wody.
– Z iloma ofiarami mamy do czynienia?
– Potrójne zabójstwo – odparł Nestor. – Jest źle. Nigdy dotąd…
– Powoli.
– Widziałem kiedyś dzieci potrącone przez pociąg, ale nigdy czegoś podobnego – stwierdził.
– Dobra – powiedziała Shannon. – Mówiłeś, że zgłoszenie nastąpiło po północy?
– Nieco później – rzekł Nestor. – Sąsiadka usłyszała tumult i wezwała w końcu policję…
– Ktoś z nią rozmawia?
– Jeden z naszych ludzi jest teraz u niej.
– Dotrę tam za trochę ponad godzinę.
Zebrała się w sobie, żeby złapać równowagę, zanim spróbowała wstać – jej prawa noga była nadal szczupłą kończyną sportsmenki, ale lewa kończyła się w połowie uda stożkowatym kikutem, którego mięśnie i ciało były zwinięte jak ciasto. Straciła nogę całe lata temu, kiedy została ukrzyżowana w trakcie głębokiej zimy Terminusa – amputacja w połowie uda, chirurg marynarki odciął część, w którą wdała się gangrena. Kiedy wstała, sterczała na jednej nodze jak długonogi ptak brodzący, kołysząc się na opuszkach palców w celu utrzymania równowagi. Kule były w zasięgu ręki; kule firmy Lofstrand stały oparte w przerwie między łóżkiem a stolikiem nocnym. Wsunęła przedramiona w obejmy i chwyciła rączki, po czym ruszyła przez sypialnię zawaloną ubraniami, czasopismami, płytami CD, pustymi pudełkami po płytach – bałagan grożący poślizgnięciem się, przed czym przestrzegał ją terapeuta.
Cricketwood Court…
Na myśl o powrocie tam Shannon przeniknął dreszcz. Ona i Courtney były jak siostry w gimnazjum, w pierwszej klasie ogólniaka; bliżej niż siostry, były nierozłączne. Wspomnienia Moss o Courtney stanowiły najmilszą kwintesencję okresów letnich z dzieciństwa: niekończących się dni spędzanych nad basenem, kolejek górskich w Kennywood, dzielenia się papierosami nad Chartiers Creek. Courtney zginęła, gdy były w drugiej klasie liceum, zamordowana na parkingu dla kilku dolarów, które miała w torebce.
Headline News w odbiorniku w sypialni, kiedy się ubierała. Zaaplikowała antyperspirant na szczątkową kończynę, potem umieściła na końcu kikuta poliuretanową wkładkę, rozwinęła ją i podciągnęła jak nylonową pończochę. Wygładziła gumowy rękaw, pozbywając się bąbli powietrza, które mogły się tam zebrać. Proteza to był prototyp, Ottobock C-leg; skomputeryzowany, zaprojektowany pierwotnie dla rannych żołnierzy. Moss wsunęła nogę w gniazdo i wstała, a objętość jej uda wycisnęła powietrze z węglowego kołnierza, uszczelniając próżniowo protezę. C-leg sprawiła, że poczuła się, jakby jej szkielet został odsłonięty – stalowe podudzie zamiast goleni. Włożyła spodnie i bluzkę w perłowym kolorze. Przypięła kaburę z bronią służbową. Narzuciła zamszową kurtkę. Ostatni rzut oka na telewizor: Dolly kryła się w pełnej siana zagrodzie. Clinton ogłaszał świeżo podpisaną ustawę zakazującą klonowania ludzi, klipy promujące NBA on NBC, Jordan kontra Ewing.