Snajper nigdy nie oddaje chybionego strzału. Przed każdym zabójstwem wysyła policji nekrolog z wyjaśnieniem, dlaczego jego ofiara musi umrzeć. Przed Pią Kirchhoff wyjątkowo trudne zadanie…


Żywi i umarliNele Neuhaus w najlepszym wydaniu – wiarygodne postaci, akcja trzymająca w napięciu.

W szóstej części serii wraz z Pią Kirchhoff śledzimy snajpera – zabójcę uderzającego zawsze z ukrycia, często ze znacznego oddalenia.

Przesyła on policji specjalnie przygotowane nekrologi z informacją, dlaczego dana osoba musiała zginąć. Ofiary to niewinni ludzie, bliscy osób, które snajper chce ukarać.

Morderca terroryzuje ludność Frankfurtu i okolic, uderzając systematycznie i precyzyjnie i nie dając policji chwili wytchnienia.

Nele Neuhaus – (ur. w 1967 r. w Münster w Westfalii) – dorastała w Paderborn. Pracowała w agencji reklamowej i studiowała prawo, historię i germanistykę. Pierwsze trzy powieści wydała własnym sumptem, a w 2008 roku odkryło ją wydawnictwo Ullstein (imprint: List). Para policjantów, Oliver von Bodenstein i Pia Kirchhoff, zapewniła jej ogromną rzeszę fanów i popularność, czyniąc z niej jedną z najpoczytniejszych niemieckich autorek kryminałów. Od wydanej w 2010 r. “Śnieżki” każda jej nowa powieść kryminalna debiutuje na 1. miejscu „Spiegla” i pozostaje na tej pozycji przez wiele tygodni. “Śnieżka musi umrzeć” osiągnęła w Niemczech nakład prawie miliona egzemplarzy.

 
Nele Neuhaus
Żywi i umarli
Przekład: Anna Urban, Miłosz Urban
Seria: „Gorzka Czekolada”
Wydawnictwo Media Rodzina
Premiera: 20 maja 2015
 
 

Żywi i umarli


ŚRODA 19 GRUDNIA 2012

Temperatura na zewnątrz wynosiła trzy stopnie Celsjusza. Brak wiatru. Według prognozy pogody nie miało padać. Idealne warunki.
Ósma dwadzieścia jeden.
Widział, jak się zbliża. Jej różowa czapka była niczym lampion pośród łupkowej szarości rozpoczynającego się zimowego dnia. Była sama, jak zawsze. Obok niej dreptał pies; ciemny, zwinny cień pośród pozbawionych liści krzaków. Staruszka codziennie wybierała tę samą drogę. Najpierw szła Lahnstrasse, mijała plac zabaw, drewnianym mostkiem na drugą stronę strumienia Westerbach, a potem chodnikiem wzdłuż niego, w prawą stronę. Kawałek dalej asfalt skręcał w lewo, w kierunku szkoły. Tutaj znajdował się najdalszy punkt jej porannego spaceru. Stąd wracała, najpierw kilometr przez pola drogą Dörnweg, która prowadziła z Eschborn do Niederhöchstadt, potem skręcała w lewo, przechodziła przez ten sam drewniany mostek i była już niemal w domu.
Pies załatwił się na placu zabaw, na trawniku przed huśtawkami. Kobieta starannie posprzątała po swoim pupilu do plastikowej torebki, którą wyrzuciła do kosza na śmieci na skrzyżowaniu. Przeszła nie więcej niż dwadzieścia metrów obok niego, lecz go nie zauważyła. Przyglądał się jej z ukrycia. Widział, jak przechodzi przez mostek, którego drewniane belki połyskiwały ciemno wilgocią, a potem jak znika za drzewami po drugiej stronie. Przygotował się na dobre pół godziny czekania. Ułożył się na brzuchu pod ciemnozieloną pałatką, poprawił wygodnie i znieruchomiał. Gdyby było trzeba, mógłby tak leżeć godzinami. Cierpliwość była jego największym atutem. U jego stóp bulgotał i szumiał strumień, który latem był ledwie strumyczkiem. Tuż obok podskakiwały dwa kruki. Przez chwilę przyglądały mu się z zaciekawieniem, ale szybko straciły zainteresowanie. Mimo specjalnego ubioru marzły mu nogi. Gdzieś pośród pozbawionych liści gałęzi dębu pohukiwał gołąb. Po drugiej stronie strumienia biegła jakaś młoda kobieta. Poruszała się lekko, jakby niesiona muzyką, której słuchała. W oddali turkotał pociąg, a w powietrzu niósł się melodyjny sygnał dzwonka na przerwę.
W końcu pośród czarnoszarej plątaniny gałęzi dostrzegł różowy punkcik. Zbliżała się. Momentalnie przyspieszył mu puls. Spojrzał przez celownik optyczny, wyrównał oddech, rozprostował palce prawej dłoni. Skręciła w prawo, w drogę, która łukiem prowadziła do mostku. Pies truchtał kilka metrów za nią.
Oparł palec na spuście. Z ostrożności, nie odwracając głowy, spojrzał w prawo i w lewo, lecz nie dostrzegł nikogo. Poza nią oczywiście. Skręciła razem z drogą i tak, jak sobie zaplanował, widział jej lewy profil.
Tłumik odbierał broni nieco precyzji, jednak przy niecałych osiemdziesięciu metrach to nie miało znaczenia. Huk wystrzału mógłby niepotrzebnie wzbudzić zbyt wiele zainteresowania. Odetchnął głęboko. Był skoncentrowany. Nie widział niczego poza swoim celem. Delikatnie nacisnął spust. Odrzut, na który był przygotowany, uderzył go kolbą w obojczyk. Ułamek sekundy później pocisk Remington Core-Lokt rozerwał jej czaszkę. Staruszka osunęła się bezgłośnie na ziemię. Trafiona.
Wystrzelona łuska parowała na wilgotnej ziemi, wyrzucona z komory karabinu. Podniósł ją i schował w bocznej kieszeni kurtki. Miał trochę sztywne kolana po długim leżeniu w zimnie. Kilkoma ruchami rozłożył broń i ukrył w sportowej torbie, do której trafiła również starannie złożona zielona pałatka. Upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu, i wyszedł z krzaków. Przeszedł przez plac zabaw i ruszył w stronę Wiesenbad, gdzie zostawił samochód. Było trzynaście minut po dziewiątej, kiedy opuszczał parking i skręcał w lewo, na główną drogę.

W TYM SAMYM CZASIE…

Nadkomisarz policji kryminalnej Pia Kirchhoff miała urlop. Po raz ostatni w pracy była w zeszły czwartek, a powrót zaplanowała na szesnastego stycznia przyszłego roku. Pełne trzy tygodnie! Poprzedni urlop z prawdziwego zdarzenia wzięła niemal cztery lata wcześniej: w 2009 roku poleciała z Christophem do Republiki Południowej Afryki. Później zdarzały się jej jakieś krótsze wyjazdy, lecz tym razem zaplanowali coś specjalnego: lecieli na drugą półkulę, do Ekwadoru, a stamtąd statkiem na wyspy Galapagos. Christoph już nieraz był zatrudniany przez organizatorów luksusowych rejsów jako przewodnik, a tym razem ona miała mu towarzyszyć w zupełnie nowej roli — jako żona.
Pia usiadła na brzegu łóżka i zamyślona spojrzała na wąską złotą obrączkę na palcu. Urzędnik stanu cywilnego wydawał się nieco zdezorientowany, kiedy Christoph wsunął ją na jej lewą dłoń. Wyjaśniła wtedy, że przecież serce znajduje się po lewej stronie i dlatego postanowili nosić obrączki na lewej dłoni. I było w tym trochę prawdy, lecz przy tej decyzji kierowali się przede wszystkim pragmatycznymi względami. W czasie pierwszego małżeństwa z Henningiem Pia nosiła obrączkę jak zwykło się nosić w Niemczech, czyli na prawej dłoni. Nie była co prawda nadmiernie przesądna i wiedziała, że to nie miało wpływu na rozpad ich związku, jednak uznała, że lepiej nie kusić losu. Po drugie — i to był właściwy powód — nienawidziła, gdy ktoś silnym uściskiem dłoni sprawiał jej ból, miażdżąc palce obrączką.
W zeszły piątek udała się z Christophem do Urzędu Stanu Cywilnego w Höchst, który miał siedzibę w pawilonie ogrodowym pałacu rodziny Bolongaro, i tam, w tajemnicy, odbył się ich dyskretny ślub. Bez przyjaciół, bez rodziny, bez świadków i bez powiadamiania kogokolwiek. Zaplanowali, że podzielą się tą wieścią dopiero po powrocie z wyprawy do Ameryki Południowej, a później, w wakacje, wydadzą wielkie przyjęcie u siebie w gospodarstwie.
Pia oderwała w końcu wzrok od obrączki i wróciła do pakowania stosów rzeczy z łóżka do dwóch walizek, w taki sposób, by zajęły jak najmniej miejsca. Grube swetry i kurtki nie będą potrzebne. Za to letnie ubrania jak najbardziej. Koszulki z krótkim rękawkiem. Krótkie spodenki. Kostiumy kąpielowe. Cieszyła się, że umknie w ten sposób zimie i świętom Bożego Narodzenia, których nie darzyła szczególnym sentymentem i, zamiast marznąć w kraju, będzie wygrzewać się na pokładzie luksusowego wycieczkowca, czytać książki i odpoczywać. Christopha czekała co prawda ciężka praca, ale i on będzie mógł cieszyć się wolnym czasem. Poza tym noce będą należeć tylko do nich. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wysłać z wycieczki kartek z życzeniami do rodziców, siostry i brata — o tak, a przede wszystkim do jego aroganckiej żony, i nie przekazać im w ten sposób szczęśliwej wiadomości. Wciąż jeszcze pamiętała pogardliwy komentarz szwagierki Sylvii, kiedy ta dowiedziała się o jej rozwodzie z Henningiem. „Kobietę po trzydziestce prędzej trafi piorun, niż znajdzie kolejnego męża”, mruknęła wtedy. Pesymistka. Jednak rzeczywiście, kiedy pewnego czerwcowego ranka przed sześcioma laty Pia stanęła przed wybiegiem dla słoni w ogrodzie zoologicznym, jakby trafił ją piorun. Tam właśnie po raz pierwszy spotkali się z dyrektorem zoo, doktorem Christophem Sanderem, i zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Przed czterema laty zamieszkali razem w jej gospodarstwie w Unterliederbach i szybko doszli do wniosku, że chcą być razem już do końca życia.
Naraz rozdzwonił się telefon, który zostawiła na szafce w kuchni. Zbiegła na parter, weszła do kuchni i spojrzała na wyświetlacz, żeby sprawdzić, kto chce z nią rozmawiać.
— Mam urlop — przywitała się. — Właściwie to już wyjechałam.
— „Właściwie” to niezbyt precyzyjny termin, pozostawiający pole do różnych interpretacji — odparł Oliver von Bodenstein, jej szef. Oliver miał denerwujący zwyczaj czepiania się słówek. — Bardzo mi przykro, że akurat teraz zawracam ci głowę, ale mam mały problem.
— Mhm.
— Mamy zwłoki. Całkiem niedaleko ciebie — ciągnął Bodenstein. — Ja jeszcze zajmuję się sprawą o podpalenie, Cem wyjechał, a Kathrin jest na chorobowym. Może mogłabyś tam podskoczyć i załatwić formalności? Kröger i jego ludzie są już w drodze, a jak tylko będę wolny, natychmiast popędzę do ciebie i wszystko dokończę.
Pia zastanowiła się szybko i w myślach sprawdziła listę rzeczy, które jeszcze miała do zrobienia. Całkiem dobrze stała z czasem i wszystko, co miała do załatwienia w związku z trzytygodniowym wyjazdem, zdążyła załatwić już wcześniej. Dokończenie pakowania walizek było kwestią trzydziestu minut, a Bodenstein nie prosiłby o pomoc, gdyby naprawdę jej pilnie nie potrzebował. Tych kilka godzin mnie nie zbawi, pomyślała.
— Niech będzie — zgodziła się. — Dokąd mam jechać?
— Dzięki, Pia, to bardzo miło z twojej strony. — W głosie Bodensteina słychać było ulgę. — Jedź proszę do Niederhöchstadt. Najprościej będzie, jeśli zjedziesz tam z głównej na Steinbach i po około ośmiuset metrach w polną drogę w prawo. Stamtąd cię już poprowadzą, bo nasi są na miejscu.
— W porządku. — Pia zakończyła rozmowę, zdjęła obrączkę z palca i schowała do kuchennej szuflady. — Widzimy się później.

JAK ZWYKLE w podobnych sytuacjach Pia nie miała pojęcia, co ją czeka w miejscu znalezienia ciała. Kiedy skontaktowała się ze stanowiskiem dowodzenia policji, dyżurny funkcjonariusz poinformował ją jedynie o zwłokach kobiety o nieustalonej tożsamości, na które natrafiono w Niederhöchstadt. Minęła tablicę z nazwą miejscowości, skręciła w prawo, w asfaltową drogę pośród pól i już z daleka dostrzegła kilka radiowozów i karetkę. Kiedy podjechała bliżej, zauważyła też volkswagena busa, którym poruszał się zespół techników kryminalistycznych zabezpieczających miejsca zbrodni, oraz kilka cywilnych samochodów. Zaparkowała na niewielkim trawniku nieopodal kępy krzaków, z tylnego siedzenia sięgnęła beżową kurtkę puchową i wysiadła.
— Dzień dobry — przywitał się młody funkcjonariusz prewencji, który stał przy policyjnej taśmie i pilnował, żeby nikt postronny nie wszedł dalej. — Musi pani przejść kawałek na dół. Za krzakami w prawo.
— Dzień dobry i dziękuję — odparła Pia i ruszyła drogą, którą jej wskazał. Gęste zarośla tworzyły wyspę lasu pośród wolnej przestrzeni. Obeszła ją i pierwszą osobą, jaką spotkała, był Christian Kröger, szef ekipy techników z komendy policji w Hofheim, K11.
— Pia! — Christian nie ukrywał zaskoczenia. — Co ty tu robisz? Przecież miałaś być…
— …na urlopie, wiem — przerwała mu z uśmiechem. — Oliver zadzwonił z prośbą, czy mogłabym podskoczyć i zacząć formalności. Zaraz ma dołączyć i mnie zwolnić. Dobra, to co my tu mamy?
— Paskudna sprawa — odparł Kröger. — Zamordowana kobieta. Strzał w głowę i to za dnia, niecały kilometr od komisariatu w Eschborn.
— O której konkretnie się to stało? — zapytała.
— Tuż przed dziewiątą rano — odparł Kröger. — Rowerzysta widział z daleka, jak ofiara pada na ziemię. Tak ni z tego, ni z owego. Nie słyszał wystrzału. Jednak lekarz sądowy uważa, że sprawca skorzystał z karabinu i to z pewnej odległości.
— Czyżby Henning? Bo powiem szczerze, że nie zauważyłam jego auta.
— Nie, na całe szczęście przyszedł ktoś nowy. Od kiedy twój były dochrapał się dyrektorskiego stołka, nie ma już czasu na pracę w terenie. — Kröger wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. — Ale spokojnie, nie tęsknię za nim!
Christian Kröger, z pełną wzajemnością zresztą, nie znosił Henninga Kirchhoffa. Obaj, niczym nadęte primadonny, ścinali się nieraz przy okazji spotkań na miejscu jakiejś zbrodni, co jednak w najmniejszym stopniu nie wpływało na staranność ich pracy. I choćby tylko z tego powodu wszyscy akceptowali trwające od lat kłótnie i dziecinne spory o kompetencje, a o ich niektórych potyczkach słownych krążyły legendy.
Kiedy profesor Thomas Kronlage przeszedł latem na emeryturę, na wakujące stanowisko dyrektora Instytutu Medycyny Sądowej został powołany właśnie Henning. Co prawda początkowo uniwersytet planował ogłoszenie otwartego konkursu, lecz kwalifikacje Henninga na polu antropologii sądowej były tak cenne i bezsprzeczne, że aby nie odszedł z Instytutu, zaproponowano mu ten awans.
— Kim jest nowy? — zainteresowała się Pia.
— Wybacz, zapomniałem, jak się nazywa — wymamrotał Kröger.
Mężczyzna w białym kombinezonie jednorazowym, który kucał obok zwłok, zsunął kaptur z głowy, wyprostował się i ruszył w jej stronę. Nie jest już taki młody, pomyślała Pia, jednak ogolona głowa i gęsta broda utrudniały jej właściwą ocenę wieku. Łysi mężczyźni zawsze wyglądają kilka lat starzej, pomyślała.
— Doktor Frederick Lemmer. — Medyk sądowy zdjął rękawiczkę i podał jej dłoń. — Bardzo mi miło panią poznać.
— Cała przyjemność po mojej stronie — odparła Pia i uścisnęła jego dłoń. — Pia Kirchhoff z K11, Hofheim.
Miejsce znalezienia zwłok nie sprzyjało kurtuazyjnym rozmowom, dlatego Pia poprzestała na tych kilku słowach. Przygotowała się wewnętrznie na widok, który spodziewała się ujrzeć, po czym podeszła do martwej kobiety. Różowa wełniana czapka i siwe włosy denatki stanowiły uderzająco kontrastową plamę na tle szarego asfaltu, błota i czarnej kałuży zakrzepłej krwi.
— Lista Schindlera — szepnęła.
— Słucham? — Doktor Lemmer spojrzał na nią nieco zagubionym wzrokiem.
— Film z Liamem Neesonem i Benem Kingsleyem — wyjaśniła policjantka.
Medyk momentalnie zrozumiał, o co jej chodziło, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
— Racja. Bardzo podobnie to wygląda. Ten film był czarno–biały i tylko płaszczyk jednej dziewczynki był czerwony.
— Jestem wzrokowcem. Pierwsze wrażenie i ocena miejsca zbrodni mają dla mnie kluczowe znaczenie — dodała Pia, po czym włożyła rękawiczki i przykucnęła. Lemmer zrobił to samo. Przez wiele lat pracy w K11 Pia nauczyła się zachowywać wewnętrzny dystans w podobnych sytuacjach, bo tylko w ten sposób mogła radzić sobie z przerażającym widokiem okaleczonych i zmasakrowanych zwłok.
— Pocisk trafił ją w lewą skroń. — Doktor Lemmer wskazał na czysty otwór rany wlotowej na głowie denatki. — Wychodząc, roztrzaskał doszczętnie całą prawą część czaszki. Charakterystyczne obrażenia dla amunicji półpłaszczowej większego kalibru. Jeśli zaś chodzi o broń, to moim zdaniem sprawca korzystał z karabinu, a strzał oddał z większej odległości.
— A że w tej okolicy nie może być mowy o wypadku przy polowaniu, musiało chodzić o celowe działanie — dokończył Kröger gdzieś zza jej pleców.
Pia potaknęła i zamyślona przyglądała się temu, co pozostało z twarzy staruszki. Dlaczego ktoś miałby strzelać do kobiety między sześćdziesiątką a siedemdziesiątką, i to na ulicy? A może była tylko przypadkową ofiarą, bo znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze?
Ludzie Krögera ubrani w białe kombinezony przeczesywali wykrywaczami metalu pobliską łąkę, szukając pocisku, inni robili zdjęcia i za pomocą elektronicznego miernika starali się ustalić kierunek, z jakiego padł strzał.
— Wiecie w ogóle, kto to jest? — Pia wstała i spojrzała na Krögera.
— Nie, niestety. Ma przy sobie jedynie klucze. Ani portfela, ani telefonu, nic — odparł. — Chcesz porozmawiać z naocznym świadkiem? Siedzi w karetce.
— Już, zaraz. — Pia rozejrzała się i zmarszczyła czoło. Nagie pola i łąki. W oddali migające światła na wieży telewizyjnej i panorama Frankfurtu, rozświetlona słabym słońcem, mozolnie przebijającym się przez warstwę chmur. Niecałe czterdzieści metrów dalej szpaler wysokich drzew ciągnący się wzdłuż strumienia. Między ich nagimi gałęziami widać plac zabaw, a jeszcze dalej domy dzielnicy Eschborn, Niederhöchstadt. Asfaltowe alejki z latarniami ciągnące się między polami i łąkami. Okolica rekreacyjna, prawie park, tylko że bez drzew. Idealna do jazdy na rowerze, biegania, spacerów i…
— A gdzie jest jej pies? — zapytała nagle Pia.
— Jaki pies? — Kröger i doktor Lemmer spojrzeli na nią zaskoczeni.
— To jest przecież smycz. — Nachyliła się i wskazała na ciemnobrązową, dość mocno zużytą skórzaną smycz, którą kobieta miała przewieszoną przez ramię i zapiętą przy drugim boku. — Była tutaj na spacerze z psem. A to, że nie ma przy sobie kluczyków do samochodu, oznacza, że musi mieszkać gdzieś w pobliżu.

 
Wesprzyj nas