Melodie Winawer debiutuje powieścią historyczną z zawiłym wątkiem kryminalnym i poruszającą historią miłości, która nie mogła się wydarzyć.


Skryba ze SienyRomans z przeszłością czy bezpieczeństwo teraźniejszości?

Nowy Jork, wiek XXI. Po nagłej śmierci brata Beatrice dowiaduje się, że zostawił jej w spadku stary dom w Sienie i powierzył dokończenie badań nad zagadkową historią tego miasta. Wśród dokumentów brata Beatrice natrafia na dziennik artysty z XIV wieku: w jego freskach odkrywa własny wizerunek. Nierozwikłana tajemnica przenosi Beatrice do Sieny w przededniu wybuchu zarazy.

Siena, rok 1347. Gabriele Accorsi śni o ciemnowłosej kobiecie, która stała się dla niego źródłem inspiracji. Gdy niespodziewanie spotyka ją na jawie, jego muza okazuje się równie realna jak spisek, który zagraża nie tylko im obojgu, ale i całemu miastu. Siena i Florencja walczą o dominację, a tymczasem zaraza zbiera pierwsze żniwo. Beatrice i Gabriele, uwikłani w zdradę dzielącą dwa najwspanialsze miasta Toskanii, będą musieli zadecydować, który kraj – i wiek – wybiorą.

***

Winawer debiutuje powieścią historyczną z zawiłym wątkiem kryminalnym i poruszającą historią miłości, która nie mogła się wydarzyć. To świetna książka oparta na rzetelnych badaniach i twórczych pomysłach.
„PUBLISHERS WEEKLY”

Melodie Winawer jest profesorem neurologii na Uniwersytecie Columbia, autorką licznych artykułów naukowych i rozdziałów specjalistycznych książek. Biegle włada hiszpańskim i francuskim, dobrze zna łacinę i znośnie posługuje się włoskim. Mieszka wraz z rodziną w nowojorskim Brooklynie. “Skryba ze Sieny” jest jej pierwszą powieścią.

Melodie Winawer
Skryba ze Sieny
Przekład: Agnieszka Jacewicz
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 30 lipca 2019
 
 

Skryba ze Sieny


CZĘŚĆ I
EMPATIA

Neurochirurg jest niewolnikiem telefonu – nie może zignorować jego dzwonka. Gdy moja komórka odezwała się o trzeciej nad ranem, od razu poderwałam się ze snu. Po głosie lekarza dyżurnego poznałam, że ma kiepską noc.
– Doktor Trovato? Mówi doktor Green z bloku A. Mamy tu starszą pacjentkę z krwotokiem do móżdżku. Jest nieprzytomna. Tomogram wygląda kiepsko. Jak szybko może pani przyjechać?
– Będę za osiem minut. Proszę zawiadomić blok operacyjny.
Móżdżek mieści się w ciasnej i ograniczonej przestrzeni tylnego dołu czaszki. Nie ma tam miejsca na wynaczynioną krew. W przypadku krwotoku mamy katastrofę – móżdżek zostaje zepchnięty w jedynym możliwym kierunku: w dół przez otwór wielki, w wyniku czego dochodzi do ucisku na pień mózgu, który jest centrum sterowania podstawowymi funkcjami życiowymi. Jeśli chirurg nie zdąży temu zapobiec. Jechałam do szpitala, w myślach planując operację. Ruch na Amsterdam Avenue był niewielki. Jedynie kilka żółtych taksówek krążyło w poszukiwaniu nieobecnych klientów. Przycisnęłam pedał gazu, żeby załapać się na „zieloną falę”.
Umyłam ręce nad dużą stalową umywalką i przez dwuskrzydłowe drzwi tyłem weszłam na salę operacyjną. Podczas gdy naciągałam chirurgiczne rękawiczki, Linney, moja ulubiona anestezjolożka, zajęła swoje zwykłe miejsce za głową pacjentki. Zadaniem anestezjologa jest między innymi monitorowanie akcji serca, oddechu i ciśnienia tętniczego. Spokojna i małomówna Linney dała mi znak – mogłam zaczynać. Spojrzałam na kark pacjentki: zupełnie zwyczajny, trochę pomarszczony, ale w środku rozgrywał się dramat. Zaczęłam nacięcie kilkanaście centymetrów od ucha i poprowadziłam skalpel w dół. Skóra, potem mięśnie. Kraniotomem wycięłam fragment kości czaszki. Przecięłam oponę twardą, odsłoniłam móżdżek… jest! Zaczęłam usuwać świeży skrzep i nagle poczułam, że brak mi tchu. Przez chwilę miałam wrażenie, że tonę, że nie mogę wypłynąć na powierzchnię.
– Linney – wykrztusiłam – jakiś problem z oddechem?
Zdumiona spojrzała na mnie, a potem na monitory. Po trzech sekundach – bardzo długich trzech sekundach – rozległy się sygnały ostrzegawcze.
Pacjentka wybudziła się dopiero około południa, ale późnym popołudniem była już zupełnie przytomna i ściskała dłoń córki.
– Beatrice, pora na lunch – zakomunikowała Linney, gdy w służbowej szatni ściągnęłyśmy ochronną odzież i pokrowce na buty.
Ruszyłam za nią do stołówki dla personelu. Z Linney nie rozmawiało się tak jak z innymi. Gdybym do niej zadzwoniła i spytała: „Cześć, co u ciebie?”, usłyszałabym: „Mów, o co chodzi”. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy stoliku z białym melaminowym blatem. Naszej stołówce daleko było do stylowej jadłodajni, którą próbowała udawać. Napis SMAKI PIEKARNI wisiał nad koszykiem zawiniętych w folię bułek, a szef kuchni polecał tego dnia makaron ziti nieumyślnie zapiekany trzy razy. Wzięłam jabłko.
– Beatrice, skąd wiedziałaś o hipoksji u operowanej?
– Miałam wrażenie, że to ja nie mogę oddychać – wyjaśniłam – ale rozumiałam, że chodzi o pacjentkę. – Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie wypowiedziałam tych słów na głos.
– Jak mam to rozumieć, doktor Trovato? – Czułam, że nabroiłam, bo Linney nie zwróciła się do mnie po imieniu. – Tak po prostu wiedziałaś?!
– Tak po prostu wiedziałam.
– Powinnaś chyba zjeść coś więcej niż jabłko. – Linney swoim zwyczajem niespodziewanie zmieniła temat. – Mamy dzisiaj jeszcze pięciu pacjentów – oznajmiła, po czym wstała od stolika, zostawiając mnie z ogryzkiem w ręku.
Przez kilka minut nie ruszałam się z miejsca. Chirurgia wydaje się wszystkim taka oczywista: otworzyć człowieka, naprawić to, co się zepsuło, zamknąć. Tymczasem nawet działając od wewnątrz, nie zawsze docieramy do sedna problemu. W trakcie specjalizacji z neurochirurgii chciałam wiedzieć, czy ból głowy u nastolatki jest skutkiem trudnej sytuacji w domu czy zwiastunem pęknięcia tętniaka. Potrzebowałam pewności, że przygnębiony pacjent z guzem mózgu, którego wysyłam do domu z receptą na leki przeciwbólowe, nie podejmie próby samobójczej, biorąc wszystkie tabletki naraz. Zawsze żałowałam, że nie potrafię się porozumieć z osobami, które choroba pozbawiła mowy lub uwięziła w próżni śpiączki, gdzie bez końca krążą po omacku. Dotykałam ludzkich mózgów, ale nie miałam pojęcia, jak to jest znaleźć się w czyjejś głowie naprawdę. Podczas tamtej operacji chyba tego właśnie doświadczyłam.

Zostałam osierocona dwukrotnie. Pierwszy raz tuż po przyjściu na świat. Ojca nigdy nie poznałam, a matka i bliźniacza siostra zmarły krótko po moich narodzinach. Byłam bliźniaczką A, choć to chyba nie ma żadnego znaczenia, skoro przeżyłam tylko ja. Mój brat Benjamin, który właśnie skończył siedemnaście lat, w jednej chwili zyskał siostrę i stracił matkę, a z brata musiał nagle zmienić się w rodzica. Nie mam pojęcia, jak mu się to udało. Wiem jedynie, że o rok opóźnił pójście do college’u. Nic więcej na ten temat nie mówił.
Od Bena dowiedziałam się, że nasza mama nie zawracała sobie głowy szukaniem ojców dla swoich dzieci. Podobno mawiała: „Chwila i kobieta w zupełności wystarczą”. Powtarzałam te słowa, kiedy byłam dzieckiem, nie do końca pojmując ich znaczenie, i nie wiedziałam, dlaczego dziwnie mi się wtedy przyglądano. Dopiero jako nastolatka to zrozumiałam. Nigdy nie poznałam mamy, jeśli nie liczyć czasu, kiedy byłam w niej.
W żłobku wszystkie maluchy zazdrościły mi uni-rodzica. Na Dzień Matki, gdy odwiedzające nas mamy dostawały krzywe kartki w kształcie serca, Benjamin zjawiał się w sukience w grochy, blond peruce i balerinach. Studiował wtedy mikrobiologię, więc przynosił ciasteczka w kształcie mikrobów. Najbardziej lubiłam wirusy, bo wyglądały jak klejnoty. W Dzień Ojca przychodził ubrany w dwurzędowy garnitur, w okularach z doczepionym nosem i wąsami w stylu Groucho Marxa. Nikt nigdy nie wytykał mi, że nie mam rodziców. Wszyscy chcieli mieć Benjamina.
Potem Ben zapisał mnie do prowadzonego przez franciszkanki przedszkola Świętego Jakuba. Wybrał je, kierując się tradycją i nostalgią. Sam trzynaście lat wcześniej nauczył się tam alfabetu i responsorialnego śpiewu. Na ścianie wisiało jego czarno-białe zdjęcie z jasełek, w których wystąpił jako wielbłąd. W każdy wtorek, idąc na mszę, przystawałam przed tą ścianą i patrzyłam na nie. Ja wcieliłam się w rolę Marii, ale po cichu trochę żałowałam, że nie mogę być wielbłądem.
Gdy uczyłam się w szkole podstawowej, Benjamin zrobił studia doktoranckie: najpierw z mikrobiologii, a następnie z mediewistyki. Zanim jako czternastolatka na lekcji biologii uczyłam się anatomii kręgowców, on stał się ekspertem w dziedzinie czarnej śmierci, a zwłaszcza jej następstw w średniowiecznej Italii. W nauce obraliśmy przeciwne kierunki. Ja podążałam naprzód, w stronę pacjenta, on natomiast szedł wstecz, w przeszłość.
Mając rodzeństwo, nie czujemy presji, aby sprawdzać się we wszystkim. Ja zostałam lekarzem, Benjamin – naukowcem. Ja nie czułam się niespełniona akademicko, a on nigdy nie musiał się zastanawiać, czy nie powinien był się zająć medycyną od strony praktycznej. Oczywiście wyglądałoby to inaczej, gdybyśmy oboje próbowali osiągnąć sukces w tej samej dziedzinie, ale nigdy nie brałam pod uwagę rywalizacji… ani współpracy, dopóki nie okazało się, że jest już za późno.
Kiedy miałam trzydzieści lat, Ben rozpoczął pracę nad projektem, który zawiódł go do Sieny. Tam mój brat się zakochał – nie w osobie, lecz w mieście.
„Moja Mała B, wpadłem po uszy”, pisał. „Mam wrażenie, że przeniosłem się w czasie, ale nie muszę rezygnować z wygód – średniowieczne życie plus gorący prysznic i papier toaletowy. Chcę kupić dom w sam raz dla całej rodziny, czyli dla Mojej Siostrzyczki Beatrice”.
Podobało mi się słowo „rodzina” na papierze, ale nie miałam w zwyczaju pisania listów. Ostatni tradycyjny naskrobałam podczas obozu skautowskiego na papeterii ozdobionej rysunkami myszy z ogonami owiniętymi wokół kałamarza. Ben z kolei niechęcią darzył pocztę elektroniczną – myślę, że jako mediewista czuł opór przed postępem technicznym.
Oczywiście dotrzymał słowa i kupił dom w Sienie, ale minęły trzy lata, a ja wciąż nie odwiedziłam go we Włoszech. On natomiast nie myślał o powrocie do Nowego Jorku. Po raz pierwszy w życiu nie widzieliśmy się tak długo. Nie straciliśmy kontaktu dzięki niezbyt częstym i bardzo wyczekiwanym rozmowom telefonicznym przekraczającym liczne strefy czasowe. No i pozostawała nam ulubiona przez Bena – choć przestarzała – listowna forma komunikacji. Żeby wczuć się w atmosferę średniowiecza, wyciągnęłam nawet swój stary zestaw do kaligrafii.

Kochany Benie,
wiem, że powinnam wkrótce Cię odwiedzić i poznać Twoją nową sympatię, czyli Sienę. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić wyjazdu w tej chwili. Codziennie przez dwanaście godzin wpatruję się w dziesięć centymetrów kwadratowych czyjegoś ciała i zmuszam ręce, aby robiły dokładnie to, co powinny. Najdrobniejszy błąd grozi utratą wzroku, niedowładem połowiczym lub śmiercią – tak po prostu. W tygodniu mam jeden dzień wolny, a to za mało, aby dotrzeć do Sieny i wrócić. Ale już niedługo, dobrze? Ostatnio na sali operacyjnej czuję się bardziej spięta – mam wrażenie, że wyczerpuje mi się zapas zdrowego lekarskiego dystansu i potrzebuję jakiegoś antidotum na wszystko, co wiąże się z pracą chirurga. Jaka pora roku jest najlepsza na wizytę?
Beatrice

Na sali operacyjnej rzeczywiście coraz bardziej wszystko przeżywałam – z negatywnymi skutkami. Zaledwie dzień wcześniej miałyśmy z Linney chorą z zaawansowanym rakiem podstawnokomórkowym skóry. Zwykle rak skóry nie wymaga interwencji neurochirurga, ale ta pacjentka zasłaniała powoli rosnącą zmianę na czole peruką. Po piętnastu latach naciągała ją tak nisko, że prawie nic nie widziała. Zanim do nas trafiła, nowotwór przeżarł jej skórę i kość czaszki. Między brwiami widniał otwór wielkości dwudziestopięciocentówki, przez który widziałyśmy oponę twardą. Podczas pierwszego badania w moim gabinecie aż się wzdrygnęłam na ten widok. Mnóstwo razy oglądałam oponę twardą, ale nigdy poza salą operacyjną.
W czasie operacji szybko wystąpiły komplikacje. Zaraz po wykonaniu pierwszego nacięcia monitory pokazały częstoskurcz komorowy – bardzo szybką akcję serca, która może uniemożliwiać prawidłowe krążenie krwi. Niedobrze. Zerknęłam na monitory. Ciśnienie krwi jeszcze było w normie, ale to mogło się lada chwila zmienić. Kątem oka widziałam, jak Linney błyskawicznie wkracza do akcji i zarządza podanie prokainamidu. Nagle w moich uszach pojawił się szum, a potem, o dziwo, usłyszałam głos Bena. Wszystko wokół stało się szare i niespodziewanie ogarnął mnie lęk, że go stracę.
Benjamin powiedział mi o swoich problemach z sercem, dopiero gdy studiowałam medycynę. Zareagowałam okropnie.
– Częstoskurcz komorowy? Na litość boską, jesteś chodzącą bombą zegarową!
– Mój kardiolog twierdzi, że sytuacja jest pod kontrolą. Ale tak na wszelki wypadek nie rób w mojej obecności nic szokującego ani nagłego… – Uśmiechnął się krzywo, a tymczasem ja się wściekałam, próbując ukryć paniczny strach.
– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
– Bo byłaś dzieckiem… w pewnym sensie moim. Uważałem, że nie musisz tego wiedzieć. Teraz jesteś już dużą dziewczynką.
Rąbnęłam go. Zasłużył sobie. Ben stęknął i natychmiast sprostował:
– Chciałem powiedzieć, że jesteś już dużą panią doktor…
– Tak lepiej.
– I pomyślałem, że czas, abyś mnie poznała z perspektywy osoby dorosłej. Żyję z tym od lat i czuję się świetnie.
Próbowałam jakoś wpasować tę nową słabość w wizerunek niezniszczalnego brata, jaki sobie stworzyłam, ale moje serce biło jak oszalałe. Nie chcę go stracić, myślałam.
Schowałam twarz w jego wełnianym swetrze i wsłuchałam się w rytm jego serca, spokojny i miarowy.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Linney szepcze mi do ucha surowym tonem:
– Beatrice, ciśnienie stabilne. Wrócił rytm zatokowy. Co się dzieje?
Nie miałam pojęcia, ale nie mogłam dopuścić, aby się to powtórzyło. Gdy w ręku trzyma się skalpel, nie ma miejsca na wahania emocji.
– Nic – skłamałam.

Siena, 2 maja
Hej, Mała B,
co miałaś na myśli, pisząc, że na sali operacyjnej czujesz się bardziej spięta niż zwykle? Chyba powinnaś sprawdzić w słowniku definicję słowa „spięty”. Założę się, że na początku hasła znajdziesz zawód „NEUROCHIRURG”. Wyobrażam sobie, jak rozbierasz ludzi na części, a potem (najlepiej) składasz ich z powrotem. Ja również próbuję dociec, co siedzi w ludzkich głowach, tyle że moi „pacjenci” od dawna nie żyją. Można powiedzieć, że param się medycyną sądową zamierzchłej przeszłości. Już słyszę, jak mnie upominasz: „Daj spokój, Ben, oszczędź mi zawiłych metafor”. Uwielbiam, kiedy tak mówisz. A tak przy okazji, wszystkiego najlepszego z okazji prawie-urodzin, duża siostrzyczko.
Mam dla Ciebie nowiny, o ile historyk zajmujący się średniowieczem może mieć jakieś „nowiny”. Z dżumą w Sienie wiąże się coś dziwnego. Udało mi się dotrzeć do źródeł, które wyjaśniają, dlaczego miasto tak bardzo wtedy ucierpiało. Wzbudzę sporą sensację, kiedy będę gotowy do opublikowania wyników badań. Nie wykluczam, że już ją wzbudziłem – napomknąłem o moich odkryciach na konferencji toskańskich mediewistów, czym okropnie zirytowałem kilku „kolegów” po fachu.
Pewnie są wściekli, bo woleliby być pierwsi, a tymczasem nie tylko ich ubiegnę, ale mam też coś, czego oni nie mają – coś naprawdę pikantnego. Żałuję, że Cię tu nie ma. Moglibyśmy razem szukać odpowiedzi, tak jak dawniej, kiedy byłaś mała. Wciąż pamiętam Cię jako poważną dziewięciolatkę, z buzią okoloną prostymi czarnymi włosami. Już wtedy posiadałaś niezwykły dar koncentracji. Widziałaś wyłącznie to, co miałaś tuż przed nosem. Mogłem się domyślić, że zostaniesz chirurgiem. Przez jakiś czas wydawało mi się, że wybierzesz historię, tak jak ja. Ty jednak wolałaś skalpel. Wy, lekarze, traktujecie historię pacjenta jak własność. My, badacze dziejów, wiemy, że historia nie należy do nikogo.
Siena Cię zachwyci. To zupełny absurd, że jeszcze nie widziałaś naszego tutejszego domu. Powinnaś wziąć urlop i przyjechać, żeby mi pomóc w rozwikłaniu mojej małej tajemnicy. Przecież i tak nie lubisz szpitala w lipcu, bo wtedy zjawiają się nowi rezydenci i musisz ich uczyć, jak nie zabijać ludzi.
To świetna pora na wizytę. Wtedy odbywają się Palio – wyścigi konne, które od siedmiu wieków każdego lata opanowują całe miasto. Wszyscy niecierpliwie ich wyczekują. Poza tym będziemy mogli razem czytać rękopisy – współczesny włoski jest zbliżony do średniowiecznego, więc na pewno dasz radę. Całe szczęście, że dopilnowałem, abyś poznała ten język i kulturę. Nie mogłem pozwolić, żeby Beatrice Alessandra Trovato nie umiała mówić i pisać w ojczystym języku swojej matki. Przyznaję, że lektura Dantego jest niecodzienną metodą nauki, no ale lepszych od niego nie znajdziesz.
Napisz, kiedy się do mnie wybierzesz. Specjalnie dla Ciebie zmienię pościel w gościnnej sypialni.
Kocham Cię, Mała B,
Ben

Przeczytawszy list od Bena, zrobiłam coś, co było zupełnie nie w moim stylu – poddałam się impulsowi. Mimo późnej pory – minęła już północ – w Internecie wyszukałam loty do Sieny. Miałam czterdzieści osiem godzin na zmianę zdania i mogłam sobie pozwolić na spontaniczność. Kliknęłam w okienko „zarezerwuj” przy ofercie lotu za niezwykle przystępną cenę. Ben właśnie wstawał, więc wybrałam jego numer.
– Kupiłam bilet. Przylatuję.
– Naprawdę?
– Będę za trzy tygodnie.
Oczami wyobraźni ujrzałam Bena z jednodniowym zarostem, przyciskającego słuchawkę do ucha.
– Będę musiał kupić proszek do prania, ale dla ciebie jestem skłonny zrobić nawet to. Wyślij mi dane lotu, to odbiorę cię z lotniska.
– Świetnie. I wiesz co… kocham cię.
– Ja też cię kocham, Mała B. A teraz idź już spać. Niedługo będziesz musiała wstawać.
Zasypiając, wyobrażałam sobie, jak znowu przeglądamy stare manuskrypty, tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Niestety sprawy potoczyły się inaczej.