Powieścią “Współczesna rodzina” Helga Flatland udowadnia, że jest jednym z najsilniejszych głosów nowego pokolenia norweskich pisarzy.


Współczesna rodzinaTa kolacja przypominała scenę z klasycznego, mrocznego skandynawskiego dramatu. Tyle tylko, że nikt nie wyjawił skrywanej przez lata rodzinnej tajemnicy.

To miał być spokojny urlop z okazji siedemdziesiątych urodzin Sverrego. Gdy Liv, Ellen i Håkon słyszą, że ich rodzice rozwodzą się po czterdziestu latach małżeństwa, wydają się zupełnie zdezorientowani. Choć od dawna są już dorośli, mają własne rodziny i problemy, ta wiadomość destabilizuje ich życie. Czy wszystko, w co do tej pory wierzyli, jest fikcją?

Helga Flatland buduje znakomite portrety psychologiczne swoich bohaterów i pokazuje, że jest świetnym obserwatorem współczesności. W świeżym, bezpretensjonalnym stylu odsłania najgłębiej ukryte w nas obawy i traumy.

***

«Współczesna rodzina» wciąga i hipnotyzuje od pierwszej strony. Dla wielu czytelników będzie to opowieść o nich samych, o ich własnych nadziejach, traumach i niepokojach, o ich bliskich.
Katarzyna Tubylewicz

W tym portrecie zwyczajnej rodziny drzemie szczypta Ingmara Bergmana. Wnika pod skórę i rozdziera serce.
„Adresseavisen”

Helga Flatland
Współczesna rodzina
Przekład: Karolina Drozdowska
Seria: „Dzieła Pisarzy Skandynawskich”
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 15 maja 2019
 
 

Współczesna rodzina


Liv

Alpejskie szczyty są jak kły rekina, najeżona nimi paszcza przebija się przez pokrywę chmur nad Europą. Kły zmieniają gwałtownie kierunek wiatru, pęd powietrza brutalnie potrząsa samolotem, a my w jego trzewiach jesteśmy tacy mali, potylice w rzędach przede mną podskakują w rytm turbulencji. Uświadamiam sobie, że połacie lądu gdzieś daleko pod nami zamieszkuje ludność w większości przekonana, że można bić swoje potomstwo, i przez chwilę rozglądam się za własnymi dziećmi, ale ich nie widzę, siedzą cztery rzędy przede mną, ukryte za oparciami foteli. Usadowiony obok nich Olaf opiera głowę o ścianę kabiny. Przed nim dostrzegam czubek jasnej fryzury Ellen, między fotelami widzę także mamę, śpiącą z głową na jej ramieniu. Tata staje w przejściu, na szyi ma nowe słuchawki Bose, czyżby był z nimi w toalecie? Przepełnia mnie nagła czułość i posyłam mu uśmiech, ale on mnie nie widzi. Siada obok Håkona, dostrzegam tylko fragment jego twarzy, wysokie kości policzkowe i koniuszek nosa, oświetlony słabą błękitną poświatą bijącą od trzymanego na kolanach laptopa.
Każde z nich mogłoby być kimkolwiek innym. Każde z nas mogłoby być kimkolwiek innym.

W Rzymie pada. Wszyscy są na to przygotowani, od trzech tygodni sprawdzaliśmy codziennie prognozy, dyskutowaliśmy o tym przez telefon, w esemesach oraz w naszej grupie na Facebooku, dochodząc do wniosku, że to nie ma znaczenia, jest kwiecień i pogoda może się okazać nieprzewidywalna, tak czy inaczej, będzie cieplej niż w Norwegii, przecież to nie dla pogody tam lecimy — lecz mimo to atmosfera na Gardermoen, w promieniach wiosennego słońca i przy niemal dwudziestu stopniach Celsjusza, była odczuwalnie lepsza niż na Fiumicino, gdzie powitał nas deszcz i zaledwie trzynaście stopni. Może to też przez to, że nastąpiło coś w rodzaju falstartu, że ekscytacja i entuzjazm towarzyszące nam na Gardermoen wyczerpały się w czasie lotu, pierwszy etap był już za nami i wszyscy trochę sobie odpuścili.
Mam wrażenie, że przywiozłam ze sobą intruzów, nawet tu, na lotnisku, próbuję uchwycić wzrok Olafa i znaleźć w nim potwierdzenie, że on czuje to samo. Rzym i cała okolica, wszystko, co z nim związane, jest nasze. Maszerując przez halę przylotów, rejestruję, że jest inaczej, nie oddycham już pełną piersią tak jak wtedy, gdy jestem tu sama z Olafem, nie czuję tego samego radosnego podniecenia. Olaf jest zajęty, kupuje nam wszystkim bilety na pociąg, a ja gromię się w duchu za swoją niewdzięczność, swój egoizm. W ramach pokuty biorę Heddę na ręce, całuję ją w nosek i pytam, czy się nie bała, kiedy tak trzęsło w samolocie. Mała mi się wyrywa, jest pewnie na cukrowym haju po ciastkach i batonie, które przed podróżą dostał Olaf, z przykazaniem, by sięgnąć po nie tylko w sytuacji kryzysowej.
Mamy spędzić dwa dni w Rzymie, a potem jechać do domu udostępnionego nam przez brata Olafa, gdzieś w jakiejś wiosce na wybrzeżu. Dwa dni to jednocześnie krótko i za długo, myślę teraz, patrząc innymi oczami na moje dwie rodziny: tę, którą stworzyliśmy razem z Olafem, i tę, z której sama pochodzę.

Za cztery dni wypadają siedemdziesiąte urodziny taty. Rok temu zastukał w kieliszek na swoim własnym przyjęciu i obwieścił, że na siedemdziesiątkę sprawi prezent sobie i całej rodzinie, fundując nam wszystkim wycieczkę. Dokąd tylko zechcemy, dodał głośno. Odwrócił się do Heddy, wtedy czteroletniej, po czym oświadczył: Może pojedziemy aż do Afryki!
Zarówno sam pomysł, sposób, w jaki go nam obwieścił, jak i niezwykłe pobudzenie i doskonały nastrój w kolejnych miesiącach po sześćdziesiątych dziewiątych urodzinach taty były tak nie w jego stylu, że Ellen przez jakiś czas przesyłała mi codziennie listy objawów guza mózgu. To pewnie przez to, że wkrótce kończy siedemdziesiątkę, mówił Olaf, ale Ellen i ja protestowałyśmy: Tata nie jest z tych, co się przejmują swoim wiekiem, zawsze nabijał się z ludzi wpadających w urodzinową depresję i wynagradzających ją sobie nieodpowiedzialnym zachowaniem, mawiał, że to tylko wymówka usprawiedliwiająca jakieś ich inne potrzeby. Ale nasz ojciec nie wyglądał na człowieka chorego ani przechodzącego kryzys, poza tym chętka na darmowy wyjazd w ciekawe miejsce zwyciężyła nad naszą troską o niego i w końcu przestałyśmy się z Ellen przejmować.
Nie byliśmy na wspólnym wyjeździe ze dwadzieścia lat, od czasów, kiedy pojęcie „rodzina” obejmowało tylko Ellen, Håkona, mnie i rodziców. Zdarzało się co prawda, że korzystaliśmy wspólnie z domku wakacyjnego, czasem rodzice i Håkon, albo może Ellen, zostawali w nim jeszcze parę dni po tym, jak Olaf i ja przyjeżdżaliśmy z dziećmi, ale taki planowany wyjazd, wycieczka w rodzaju „jedziemy razem na wakacje” nie miała miejsca od czasów, gdy jako dwudziestolatka tłoczyłam się z Ellen i Håkonem na tylnym siedzeniu wypożyczonego auta, którym podróżowaliśmy po Prowansji.
Nie przypominam sobie, bym wtedy czuła, że jesteśmy sobie obcy, tak jak teraz. Wyjazd poza Oslo i dom w Tåsen, wyjście poza zwyczajowe ramy, utarte wzorce rozmów, spotkań i stałe miejsca przy stole zmieniły dynamikę naszych relacji. Teraz nikt nie wie, jak się ma zachowywać, odnosić do innych ani też jakie odgrywać role. Może chodzi tu również o to, że jesteśmy trojgiem dorosłych dzieci na wycieczce z rodzicami.
Pomysł wyjazdu do Afryki został szybko zarzucony — przez wszystkich z wyjątkiem Heddy — i to Olaf zaproponował, byśmy pojechali do Włoch, gdzie jego brat miał dom. Olaf zawsze bardzo się starał, by nie mieć wobec nikogo żadnych długów, więc myśl, że mój tata miałby fundować wycieczkę jemu i jego dzieciom, była dla niego nie do zniesienia. Nie możesz mu dawać pieniędzy, obrazisz go, zaprotestowałam, gdy Olaf wyszedł z pomysłem, byśmy sami za siebie zapłacili. Chcielibyśmy z Liv pokazać wam takie Włochy, jakie sami znamy, oświadczył Olaf moim rodzicom. Może dałoby się to połączyć z obchodami urodzin?

Jesteśmy za duzi na Włochy. Za wysocy, bladzi i jasnowłosi, ledwie mieścimy się przy stole w restauracji. Meble i całe wyposażenie zostało stworzone dla drobnych, filigranowych Włochów, nie zaś dla taty i Håkona, mierzących po metr dziewięćdziesiąt pięć, nie dla tak długich ramion i nóg, nie dla nas. Wciskamy się na krzesła z naszymi łokciami i kolanami, mamy zbyt wiele stawów, którymi się nawzajem poszturchujemy. Ellen i Håkon kłócą się trochę o miejsce, jakby znów byli nastolatkami. Pamiętam, że na tylnym siedzeniu auta mieliśmy szwy, które wyznaczały nam granice — za część, która przypadła mi w udziale, nie mógł wystawać nawet rąbek kurtki. Te szwy zdawały się nawet oddzielać powietrze, które nas otaczało. Håkon miał wtedy zaledwie trzy lata, ale dorastał z dwiema siostrami, więc szwy i kreski wyznaczały mu jasne granice w samochodzie, namiocie, przy stole oraz we wszystkich innych sferach życia.
Obok nas usadowiła się włoska rodzina, są od nas liczniejsi i zajmują mniejszy stolik, jedzą danie za daniem, tak jak w czasie pierwszej wizyty w Rzymie próbowałam ja z Olafem. Oświadczyliśmy kelnerowi, że chcemy dokładnie to samo, co rodzina przy sąsiednim stoliku. Naoglądałam się już wtedy tych wielkich włoskich rodów, które co wieczór okopują się przy stole podczas kolacji i jedzą kilka godzin, z dziećmi i dziadkami, głośno gadają, gestykulując jak na filmach, i brakowało mi mojej własnej rodziny — choć już wtedy pojęłam, że u nas by to tak nie wyglądało, nawet jeśli moi bliscy byliby tam ze mną. Byli ze mną tutaj. Teraz tu są, jesteśmy tu razem, przy stole: mama, tata, Ellen, jej chłopak Simen, Agnar i Hedda, Olaf i ja — oraz Håkon.
Zerkam na tatę usadowionego u szczytu stołu i uderza mnie, że rozsiedliśmy się dokładnie tak jak w domu rodziców. Tata zawsze zajmuje miejsce u szczytu stołu, mama siada na lewo od niego, ja zaś — obok niej, Håkon — naprzeciwko mamy, a Ellen tuż przy nim. Ci, którzy dołączyli do nas z czasem, nasi życiowi partnerzy, Olaf, Agnar i Hedda, musieli się w ten system wpasować, chyba nigdy się nawet nad tym nie zastanawialiśmy.
Jedyną osobą, która próbuje się buntować, jest Simen, gdy sporadycznie pojawia się na rodzinnych przyjęciach, siada obok Ellen na miejscu Håkona, otacza oparcie jej krzesła ramieniem i trzyma się go kurczowo w ostentacyjnym geście, czekając, aż wszyscy się porozsiadają.
Tata ma gęste, siwe włosy. Ledwie pamiętam jego czarną czuprynę uwiecznioną na zdjęciach z czasów mojego dzieciństwa. W większości moich wspomnień włosy taty są siwe, tak jak teraz. Ojciec napotyka moje spojrzenie i się uśmiecha, zachodzę w głowę, co też sobie myśli, czy jest zadowolony, czy tak sobie to wszystko wyobrażał. A może w ogóle sobie tego nie wyobrażał, zazwyczaj nie ma żadnych oczekiwań, nie wieszczy sukcesów ani klęsk, lubi za to komentować moje oczekiwania: Musisz spróbować pogodzić się ze stanem rzeczy, Liv, mawiał, gdy byłam mała i płakałam zrozpaczona, bo jakiś wyjazd, mecz piłki ręcznej czy szkolny sprawdzian nie poszedł po mojej myśli, a ja nie umiałam wyjaśnić tacie, jakie to ważne, by wszystko było dokładnie tak, jak sobie założyłam, by wszystkie mniejsze czy większe wydarzenia i projekty następowały i były realizowane według wcześniej obmyślonego planu, w przeciwnym razie życiem mógł zacząć rządzić chaos. Ale życia nie da się szczegółowo zaplanować, mówił mi tata, musisz zrozumieć, że nie zawsze masz nad wszystkim kontrolę.
Teraz ojciec przysuwa się do mamy, jest trochę przygłuchy na lewe ucho, to, które zawsze ma do niej zwrócone przy stole, mama zaś podnosi dłoń, żeby gwar restauracyjnej sali nie zagłuszył jej słów — albo odwrotnie. Tata na nią nie patrzy, ale kiwa głową z uśmiechem.
— To co, decyzje podjęte? — pyta, machając nieznacznie kartą dań, zwraca się do nas wszystkich, nie czeka, aż mama opuści rękę.
Minęły ledwie dwie minuty, od kiedy kelner przyniósł menu, tata nie zdążył nawet do swojego zajrzeć.
— Może na początek zamówmy wino — mówi mama.
Tata jej nie odpowiada. Dokładnie studiuje kartę dań. Mama pochyla się nad jego przygłuchym uchem i powtarza, głośniej, on zaś kiwa głową, bez słowa, nie unosząc wzroku. Mama się uśmiecha, ale nie do niego ani do nikogo z nas. Otwiera kartę win.

Nie musimy przecież spędzać całego czasu razem, powiedziała mama, gdy planowaliśmy te dwa dni w Rzymie i gdy się okazało, że nikt poza nią nie ma, jak to ujął Håkon, potrzeby pójścia do muzeum MAXXI. Potrzeby? — powtórzyła mama. To nie chodzi o potrzebę. Mówicie o tym, jakby to było coś prymitywnego, jak jedzenie, a ja mam po prostu ochotę, sądzę, że wypada tam pójść, oświadczyła, i chociaż w rozmowie brali udział zarówno Håkon, jak i Ellen, miałam jak zwykle poczucie, że jej słowa skierowane są do mnie, że zawarta w nich jest krytyka, w tym konkretnym przypadku wymierzona we mnie i Olafa, bo tyle razy byliśmy w Rzymie, a nie zajrzeliśmy nawet do jednego muzeum. W sumie zaś był to ogólny atak na sposób, w jaki spędzamy wakacje, wychowujemy dzieci i żyjemy. Ciosy tego typu trafiają zawsze w to samo miejsce, zadane tak wprawnie, że nie mam nawet czasu dokończyć konkretnej myśli, a już czuję ukłucie i uruchamiają się wypracowane przez lata odruchy obronne. Przecież cały Rzym to jedno wielkie muzeum, odparłam wtedy pospiesznie, jest tam tyle do zobaczenia, że moim zdaniem nie ma sensu specjalnie gdzieś chodzić. Mama uśmiechnęła się nieco pobłażliwie, jak zawsze, gdy widzi, że próbuję się bronić lub mówię tonem wciąż określanym przez nią jako przemądrzały. Nie bądź już taka przemądrzała, mawia czasem, a ja wtedy zapominam, że mam ponad czterdzieści lat.
No ale przecież nie musimy spędzać całego czasu razem, powiedziała wtedy, spoglądając na nas po kolei, by sprawdzić, jakie wrażenie zrobiły na nas jej słowa. A teraz, kiedy stoimy przed Koloseum w tłumie japońskich turystów, jestem pewna, że Ellen i Håkon także sobie myślą, iż lepiej byłoby pójść z mamą do muzeum sztuki.
Tata wybrał się do Watykanu, nie pytając nawet, czy ktoś chciałby mu towarzyszyć, obwieścił po prostu przy śniadaniu, że ma takie plany. Wydaje mi się to dziwne, powiedziałam Olafowi, gdy wstaliśmy od stołu, w ogóle rodzice są jacyś nieswoi. Też to widzisz, prawda? — wypytywałam, sama nie będąc pewna, co takiego właściwie dostrzegam — bo z jednej strony nie pamiętam, kiedy mama i tata ostatnio odnosili się do siebie tak serdecznie, żartowali z siebie nawzajem i śmiali się ze swoich historii, angażowali się szczerze w dyskusje inicjowane przez drugą stronę, zupełnie jakby nagle wyrobili sobie nowe poglądy i stanowiska — lub też byli gotowi rozmawiać o nich na nowe sposoby. Z drugiej zaś strony był między nimi jakiś dystans, wynikający chyba z braku poufałej bliskości.
Olaf twierdził, że nie powinnam się na nich tak skupiać, wiesz, my też jesteśmy na urlopie, powiedział, a poza tym — nie sądzę, by to cokolwiek pomogło, że tak ich obserwujesz, zastanawiając się nad każdym ich ruchem i spojrzeniem. Przecież tego nie robię, zaprotestowałam, a Olaf wybuchnął śmiechem.

Agnar upiera się, by stanąć w kolejce do wejścia do Koloseum. Nie widać jej początku ani końca, ale trzeba w niej pewnie posterczeć kilka godzin. Ellen i Håkon kręcą ze śmiechem głową, mówią, że wolą usiąść w kawiarni, którą minęliśmy po drodze. Patrzę na Olafa, mój mąż rozkłada ręce.
— Mogę iść sam — mówi Agnar.
— Chyba oszalałeś — odpowiadam automatycznie.
Agnar zerka na Olafa.
— Właściwie to nie widzę żadnych przeszkód — oświadcza Olaf.
— Ja natomiast widzę same przeszkody — kontruję.
Agnar właśnie skończył czternaście lat i jest moim zdaniem trochę niedojrzały jak na swój wiek. Zdaniem Olafa jest dojrzały w sam raz. Tak czy inaczej, nasz syn wciąż dokonuje oceny większości sytuacji z dziecięcym oczekiwaniem, że wszystko się jakoś ułoży, nie rozważając przy tym konsekwencji i kierując się własnymi zachciankami. Często potem żałuje, nie posiada się z rozpaczy, gdy dociera do niego, że odchodziliśmy z Olafem od zmysłów, bo na przykład spóźnił się o godzinę do domu i nie odbierał telefonu. Ale potem sytuacja powtarza się po kilku zaledwie dniach. Mówiliśmy mu, że takie zachowanie jest egoistyczne, że musi się ogarnąć, że chcemy móc mu ufać, ale z drugiej strony wiem, że tu nie chodzi o zaufanie — bo on to robi nieumyślnie, jak sam potem mówi, zapomina się, gdy coś go pochłonie. Potrafi zapomnieć o całym świecie, wiem o tym i to rozumiem, ale zarówno Olaf, jak i ja nie do końca wiemy, co z tą sytuacją począć. Olaf zresztą rozpoznaje w naszym synu samego siebie i jest zdania, że najlepsze, co możemy zrobić, to dać mu więcej wolności, nie zaś wolność tę ograniczać. I kiedy cztery dni przed wyjazdem siedzieliśmy w Oslo przy śniadaniu z Ogarniętym Agnarem — jak nazywał go Olaf w dniach następujących po naszych konfrontacjach, gdy chłopak dwoił się i troił, by nam dogodzić, parzył kawę, robił śniadania, zajmował się Heddą i tak dalej, zmieniając się w chodzący wzór grzeczności — byłam gotowa dać szansę takiemu podejściu.
Ale nie tutaj, nie w Rzymie. Daj spokój, Olaf, mówi moje spojrzenie.
— Przecież mam telefon — odzywa się Agnar.
— Z którego korzystasz tylko, kiedy ci to pasuje — odpowiadam. — To ja już chyba wolę pójść z tobą.
Nie mogę mu zabronić iść do Koloseum, skoro tak się tym interesuje, nasz syn w ostatnich latach zapałał zaskakującą namiętnością do historii i architektury, a na wieść, że jedziemy do Rzymu, aż zaświeciły mu się oczy.
— Wcale nie musisz, ja chcę iść sam — mówi Agnar, przebierając niecierpliwie nogami i skubiąc nerwowo lewe ucho, zupełnie jak Håkon, gdy dopada go stres.
— Tu nie chodzi o to, czy chcesz, lecz o to, że nie możesz — mówię. Hedda ciągnie mnie za rękę, chce usiąść na brudnym asfalcie, nie pozwalam jej, więc zaczyna marudzić, wisi na moim ramieniu jak mała małpka, zaczyna mnie boleć bark.
— A właśnie, że może. Słuchaj, zrobimy tak. — Olaf kładzie dłonie na ramionach syna i patrzy mu prosto w oczy. — Masz dwie godziny. Daję ci czas do trzeciej. To znaczy, że jeśli do trzeciej nie wejdziesz do środka, będziesz musiał opuścić kolejkę. O trzeciej spotkamy się w tamtej kawiarni — dodaje Olaf, wskazując lokal, do którego ruszyli już Ellen z Håkonem.
Agnar kiwa głową, nie posiada się ze zdumienia, ledwie ma odwagę na mnie patrzeć ze strachu, że wszystko popsuję swoimi sprzeciwami. Lecz mamy z Olafem pakt, którego nie łamiemy prawie nigdy, w obecności dzieci nie przeczymy sobie nawzajem, jesteśmy w procesie ich wychowania konsekwentni i skoordynowani, dotyczy to wszystkich zasad i stawianych im granic, więc mogę w tej sytuacji tylko przytaknąć. Właściwie jestem też trochę dumna z Agnara, tak żywo zainteresowanego czymś, co inni czternastoletni chłopcy mają na ogół w nosie — i żałuję, że nie widzi tego moja mama.
Olaf sprawdza, czy Agnar ma naładowany telefon, daje mu pieniądze, nakazując, by schował je do kieszeni i nie wyciągał, zanim nie dojdzie do okienka kasy biletowej, poucza, by chłopak koniecznie patrzył na zegarek co dziesięć minut, że to sprawdzian, który powinien zaliczyć, jeśli chce mieć tę wolność, której tak się od nas domaga. Na koniec pyta, czy wszystko jest jasne.
— Co dziesięć minut. O trzeciej. Pieniądze. Kawiarnia. Zrozumiano! — melduje Agnar i jego miękką, ufną twarz rozjaśnia śliczny uśmiech, uśmiech, o którym marzy każdy porywacz i pedofil, a ja czuję, że ze stresu robi mi się niedobrze.
Mój syn znika w tłumie.