W książce “W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” Elisabeth Åsbrink demaskuje Szwecję i jej prawdziwy stosunek do Żydów – niechęć, bierność i milczące przyzwolenie na Zagładę.


W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa“W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” to literacki reportaż o dwóch twarzach Szwecji w czasie II wojny światowej laureatki prestiżowych Nagród Augusta i im. Ryszarda Kapuścińskiego. Książka, która wywołała w Szwecji skandal jeszcze przed premierą. Niewygodna, niepoprawna politycznie opowieść o nazistowskich grzechach w skandynawskim raju.

Gdy w zaanektowanej przez hitlerowskie Niemcy Austrii życie Żydów stało się nieznośne, Elise i Josef Ullmannowie postanowili za wszelką cenę ocalić swojego jedynego syna. Ratunek mógł oznaczać tylko jedno – wysłanie Ottona do jakiegoś bezpiecznego kraju. Tak trafił do Szwecji.

W ciągu pięciu lat rozłąki, aż do ich śmierci w Auschwitz w 1944 roku, piszą do niego ponad pięćset listów, na podstawie których Elisabeth Åsbrink tworzy intymną opowieść o miłości i tęsknocie wplecioną w najczarniejsze fragmenty historii Europy XX wieku.

Ale ta historia ma jeszcze jednego bohatera. To Ingvar Kamprad, rówieśnik Ottona i późniejszy twórca IKEI. Zafascynowany nazistowskimi ideami należał do faszyzujących szwedzkich organizacji. Losy tych dwóch chłopców splotły się, gdy Otto zatrudnił się na farmie Kampradów. Ingvar wiedział, że Otto jest Żydem, Otto znał poglądy Ingvara, a mimo to połączyła ich przyjaźń. To kolejna zagadka ludzkiego losu.

To opowieść o życiu, które nagle rozpada się w proch, o rozpaczliwym szukaniu ratunku, o samotności dziecka wyrwanego z rodzinnego domu, o najgorszej zarazie, jaka mogła spotkać ludzkość – nienawiści do drugiego człowieka. To wreszcie rozliczenie autorki ze wstydliwą historią jej kraju.

Elisabeth Åsbrink
W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa
Przekład: Irena Kowadło-Przedmojska
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera: 15 maja 2019
 
 

W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa


W dużym mieście przed domem stało dziecko. Dawno temu. Miasto przecina rzeka, jak rana zszyta przez siedem mostów, które spinają wzgórza z równiną, zieleń ze spalinami. Budapeszt.
Chłopiec bawił się na skwerze przed domem, w którym mieszkał. Jego ojciec był w pracy, matka w mieszkaniu kilka pięter wyżej. Nie miał rodzeństwa, na skwerze nie było kolegów. Miał pięć lat i może lubił być sam.
Jakiś człowiek przechodził obok, przystanął i spojrzał na niego. Krzyknął coś i chłopiec natychmiast przestał się bawić. Słów użytych przez mężczyznę nigdy wcześniej nie słyszał, więc ich nie zrozumiał, ale dotarła do niego obelga, ton głosu, złość. I wzrok. Skierowany prosto na niego.
W tym miejscu przerwę.
 
W innym kraju, w innym mieście, nad inną wodą, gdzie inne mosty przytrzymują brzegi jak pasy napinające, mieszkało inne dziecko: dziewczynka. W Londynie.
Chodziła do szkoły, bawiła się i namawiała się z przyjaciółkami, a jej największym marzeniem było pójść na doroczny bal w szkole dla chłopców. Kiedy więc otrzymała drukowane zaproszenie, nie posiadała się z radości – może nawet pochwaliła się przed przyjaciółmi – dopóki nie spostrzegła, że kartka jest wypisana ręcznym pismem; zaproszenie było sfabrykowane, było fałszywe. Ktoś (dziewczynka przypuszczała, że intrygę uknuła odtrącona koleżanka) chciał, by przyszła na tańce wystrojona oraz pełna nadziei i została sromotnie zawrócona przy wejściu. Dziewczynka rozpłakała się ze złości i poskarżyła matce.
Matka wpadła w gniew i poszła porozmawiać z ojcem dziewczynki; powinni się wybrać do dyrektora, zażądać ukarania oszustki i przeprosin dla córki. Ale ojciec był niewzruszony, mówił jedynie: „Psst” i „Daj spokój”. Potem wypowiedział słowo, którego od tamtej pory dziewczynka nienawidzi i nie chce znać. Powiedział: „Nie, (słowo) tak nie robią. My nie rozwiązujemy problemów, stwarzając nowe, my nie wywołujemy kłótni. Kłos uginający się na wietrze się nie łamie”.
I chociaż ta dziewczynka przekroczyła dziś już osiemdziesiątkę, nadal pamięta tamto rozżalenie. Poczucie zaznanej niesprawiedliwości, niemożność obrony, przypisane jej słowo – to wszystko spowodowało wewnętrzne pęknięcie.
Traf chciał, że usłyszała to samo słowo, które (z dodatkiem „parszywy”) obcy człowiek wykrzyczał do bawiącego się samotnie chłopca. A ponieważ chłopiec miał zaledwie pięć lat, nie zrozumiał go, poszedł na górę do mamy i zapytał: „Co to znaczy parszywy Żyd?”.
Matka nie powiedziała mu, że jest ochrzczony. Powiedziała tylko, że istnieją dwa rodzaje ludzi: dobrzy i źli, i świat stał się dla dziecka bardziej zrozumiały.
 
Przypadek zrządził, że chłopiec z Budapesztu i dziewczynka z Londynu spotkali się jako dorośli ludzie, dostrzegli w sobie tę samą otchłań i się pokochali.
 
Przypadek zrządził, że urodziło im się dziecko, któremu przekazali poczucie obcości – mieli go w nadmiarze. Przekazali mu również tamto słowo, jak jakąś dolegliwość. Usłyszało: „Psst”. Usłyszało: „Im mniej ludzi o tym wie, tym lepiej”. A później: „Dobrze, że ojciec twoich dzieci nie jest Żydem, krew się szybciej oczyści”.
Taka jest moja historia.

Mutti. Pappa. Zupełnie jakby was nigdy nie było.
A przecież się urodziłem.

Nie znamy się, ale ona przeczytała moją książkę. Podczas pierwszego spotkania prawie nie rozmawiałyśmy. Przy drugim poszłyśmy na kolację, a potem na koncert. Tam, w obcym miejscu, przy dźwiękach przesterowanych basów zaczęła mówić. Z trudem słyszałam jej głos. Ale zbliżała się do mnie. Przyniosła coś ze sobą i słowami usiłowała zbudować pomost, żeby przekazać mi swój bagaż.
Gdyby zapytać ją, skąd pochodzi, powiedziałaby, że ze Smalandii. Tymczasem wręczyła mi pięćset listów z Wiednia.
Z początku nie byłam pewna, czy chcę je wziąć.
Później nie mogłam myśleć o niczym innym.
Listy leżą w dużym białym pudle z Ikei z wiekiem ze sztywnego kartonu. Sam ten fakt mógłby świadczyć o ironii losu albo – jeśli ktoś woli interpretacje psychologiczne – o działaniu podświadomości. Być może to przejaw czułości lub czarnego humoru.
Listy uporządkował Otto. Od tamtej pory nikt nie miał ich w ręku, czyli nikt ich nie czytał. Lecz ona, córka Ottona, i tak wie, co zawierają. Leżały w paczkach przewiązanych sznurkiem pakowym zawiązanym na zwykły supeł, który oddzielał jeden rok od drugiego.
Czy te listy są stare? Czy siedemdziesiąt lat to dużo? Czy też mniej niż ludzkie życie i o tak samo wątpliwej wartości?
Mniejsza o to. Leżały w białym pudle, zapisane gęstym pismem, w chronologicznym porządku. Ognisko bólu.

Wspomnienia latami leżały bezużytecznie. Jak gdyby czekały, że może kiedyś Otto zajrzy do krainy cieni i liści. Ale on patrzył w inną stronę. Nie chciał pamiętać.
I nagle dostał pęk kluczy. Przyszedł do niego list, koperta ze zdjęciami; pomieszane dni, chwile bez daty, spojrzenia bez słów.
Osobą, która przechowała zdjęcia, była oczywiście Mitzi. A kiedy wszystko się skończyło, włożyła mniejszą kopertę do większej, zaadresowała do Ottona Ullmanna i wysłała do Szwecji.
Ujrzał samego siebie. Napotkał jasne spojrzenie swojego ojca. Josef! Zobaczył swoje dziecięce ciało wtulone w ramiona matki.
 
„Der Blade” – grubaska, tak nazywano Elise ze względu na jej krągłe kształty i pulchne ciało.
Otto i ojciec tworzyli drużynę – mężczyźni przeciwko matce – i żartowali sobie z niej przy każdej okazji. A ona doglądała ich, jak mieli gorączkę, i zamartwiała się, gdy zbyt długo chodzili w deszczu lub zimnie.
Pappa i Mutti podzielili świat Ottona pomiędzy siebie. Był późnym dzieckiem i ich życie koncentrowało się wokół niego, właściwie nie spuszczali go z oka. Bojaźliwa Elise troszczyła się o jego zdrowie i wygodę. Dbała, żeby gotowano jego ulubione potrawy, żeby zawsze miał nowe, czyste i w odpowiednim rozmiarze ubrania, i starannie opatrywała każde, nawet najmniejsze, zadrapanie. Z kolei ojciec z nim wychodził, poszerzał zakres jego doznań, otwierał przed nim świat. Czerwony plusz operowych foteli. Bokserski ring. Drążek baletowy. Prawidłowy bekhend w tenisie. Rozmowy nad Kanałem Dunajskim o piłce nożnej, Bogu i znaczeniu dobrego wykształcenia. To Josef.
Na zdjęciach z końca lat trzydziestych widać, jacy byli kiedyś w świetle dni, które już dawno zgasły. Mężczyźni w szarych kapeluszach obok kobiet w szerokich kraciastych sukienkach. Josef na tle austriackich gór i Elise w białych skarpetkach i butach na płaskim obcasie latem.
Czy wciąż tak wyglądali w snach Ottona? Wciąż tak samo, mimo że od dawna był od nich starszy? Czy nadal mieli po czterdzieści pięć lat, chociaż już nie żyli? I czy wciąż czuł siłę ich miłości?
Josef miał chyba zawsze pod ręką aparat. Może dlatego mało jest zdjęć pozowanych, toczy się na nich codzienne życie – na spacerach, na chodnikach, w parkach. Przemierzali ulice wielkiego Wiednia i jednocześnie robili zdjęcia – migawki z lata. Upał promieniuje z ich twarzy, z przewiewnych sukienek Elise. Otto w skórzanych szortach ze szmacianym królikiem w ręku lub ze szkolną teczką. Otto z foksterierem ciotki Miny, który zawsze ciągnął smycz. Otto wlecze za sobą hulajnogę. Elise na wakacjach, w bujnym ogrodzie na wsi, w ciepłym morzu, skąd spogląda na brzeg. Nie bała się kąpać?
Josef ma zawsze zadowoloną minę. Rozbawił stojącego obok kolegę, widać po oczach, że właśnie powiedział coś śmiesznego. Trzyma syna w ramionach, bawi się i prowadzi rozmowy, jakby nie było nic lepszego nad życie z pulchną żoną i małym Ottonem.
Wspomnienia. Obrazy z idealnego świata. Przywoływanie upadłej potęgi.
Wiedeń, miasto w środku Europy, gdzie kiedyś chodzili z parasolem chroniącym przed upalnym słońcem, karmili gołębie w parku, kopali piłkę, jedli lody i byli rodziną.
 
Ojciec Ottona, Josef, prawdopodobnie urodził się w Wiedniu, dokąd jego rodzice przenieśli się z miasta Iglau, leżącego dawniej w granicach monarchii austro-węgierskiej.
Josef miał trzech braci i siostrę. Kobieta, która go wydała na świat, jest jednym z wielu sucho szeleszczących imion w drzewie genealogicznym, z którego pnia pozostał tylko cień.
Wiem, że Josef chciał być szczęśliwy. Ale nie jestem pewna, czy rzeczywiście doświadczył szczęścia. Z pewnością sprawiało mu przyjemność formułowanie długich, zawiłych zdań, z licznymi, następującymi po sobie wtrąceniami. Przepadał za wszelkimi imprezami sportowymi, w czasie których rywalizowali znakomici piłkarze, tenisiści lub lekkoatleci. Miał dobre oko i potrafił dostrzec niewielkie zmiany, które wprowadzał nowy trener w długości kroku i pracy ramion biegacza. Sam nie był chyba aż tak zręczny, żeby zostać zawodowym sportowcem, ale potrafił relacjonować grę jedenastu piłkarzy w sposób, który pozwalał wychwycić słaby punkt w przebiegu meczu nawet średnio zainteresowanemu słuchaczowi, umożliwiając mu zrozumienie reguł gry i samodzielną ocenę wyniku. Josef lubił pisać. Został więc dziennikarzem sportowym.
Nie można co do tego mieć pewności, ale przypuszczalnie przyswoił sobie kilka prawd, które niewątpliwie można ująć w słowa – choć z dużym prawdopodobieństwem dotarły one do niego bez słów:
„Wiedzy nikt ci nie odbierze”. „To też minie”. „Kłos uginający się na wietrze się nie łamie”.
Sto siedemnaście lat po przyjściu na świat Josefa Ullmanna – długo po tym, jak został zamordowany – wymawiam jego imię.
 
Elise Kollmann przybyła do Wiednia z Moraw. Podobnie jak Josef urodziła się w Austro-Węgrzech i mimo że nigdy się nie przeprowadzała, po I wojnie światowej znalazła się w Czechosłowacji. Miała gęste, faliste, brązowe włosy.
Może pojechała do Brna razem z siostrami Margarethą i Adolfiną – trzy mocno zbudowane kobiety o ciemnych oczach. Zamiast oficjalnych imion miały zwyczaj używać zdrobnień, i tak Elise nazywano Lisl, Margarethę – Grete, a do Adolfiny mówiono Nuny.
Kiedy poznały Josefa, nazwały go Pepi. Zaprzyjaźniły się z nim. Któregoś dnia, nie wiadomo dokładnie kiedy, Lisl wyszła za mąż za dwa lata od siebie młodszego Pepi i zmieniła nazwisko z Kollmann na Ullmann.
Czy lubiła sport? W każdym razie nie lubiła pisać, uważała, że nie potrafi. Niemniej zmuszona przez okoliczności, postanowiła się bardzo starać.
Kiedy urodziło się ich jedyne dziecko, Lisl miała trzydzieści cztery lata, a Pepi trzydzieści dwa. Było to 20 lipca 1925 roku.
 
Tak jak wszyscy rodzice kołysali swojego syna do snu z nadzieją, że czeka go szczęśliwa przyszłość. Nadawali mu pieszczotliwe imiona (złoty chłopczyk, Wuzi, Mucki pucki), mieli nadzieję, że nie odziedziczy brzydkiego nosa swoich krewnych, za to przejmie ich zdolności językowe, muzykalność i żyłkę piłkarską. Chcieli, żeby chłopiec był wrażliwy, ale zarazem potrafił racjonalnie myśleć, posyłali go i na balet, i na boks, bo pragnęli, aby wrodzone zdolności i nabyte umiejętności zrodziły liczne i zdrowe owoce.
Otto wyrósł na szczupłego chłopca o ciemnej czuprynie, zwinnym ciele i bystrym umyśle. W lecie fryzjer strzygł go krótko i jego nieregularne rysy i ciemne oczy stawały się bardziej wyraziste. Lisl i Pepi widzieli w nim najpiękniejsze dziecko na świecie. Swojego jedynaka.
Być może Lisl uznała, że mając ukończone trzydzieści pięć lat, jest już za stara, a może chęć posiadania syna była tak silna, że kiedy urodził się Otto, niczego więcej nie pragnęli?
Chłopiec dorastał bez rodzeństwa i mógł rywalizować wyłącznie z własną potrzebą bycia najlepszym. Jedną z rzeczy uznanych za oczywiste było to, że Otto nie ma konkurencji. Pepi, Otto i Lisl tworzyli nierozłączną całość. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowali.
 
Oczywiście był rozpieszczony.
Hołubiły go na zmianę Lisl i pomoc domowa Mitzi. Jak dwie matki. Ciotki Nuny i Grete, rywalizując z drugą ciotką Grete, siostrą Pepiego, prześcigały się w zasypywaniu go słodyczami i prezentami, w zamian za uściski i nazbyt mokre buziaki, podczas gdy Pepi i wujek Paul prowadzili z nim długie rozmowy o muzyce, polityce i sporcie.
Otto był uparty i przywykły do narzucania swojej woli. Kiedy napotykał sprzeciw, wpadał w złość, która mu szybko mijała. Zresztą na ogół stawiał na swoim.
I tak wyrósł na czułe i samolubne dziecko, chętnie obdarowujące innych prezentami, bo sam ich dużo dostawał. Był jednak niecierpliwy i impulsywny. Wpojono mu, rzecz jasna, poczucie przyzwoitości i wartość dobrego wykształcenia. Obycie i umiejętność konwersacji Ottona brały się głównie stąd, że jego rodzina składała się z dorosłych w średnim wieku – wielbicieli literatury i opery, zawsze gotowych śmiać się z jego żartów, pozwalających mu się boksować lub grać w piłkę, w zależności od jego humoru, a nawet samodzielnie podejmować różne decyzje. Postępowali tak, bo to ich bawiło. Również dlatego że był dla nich wszystkim. Poza tym mieli jeszcze dobrą i oddaną Mitzi.
 
Uważam, że nie można mieć pewności.
Mimo to twierdzę, że Elise – kobieta, której nigdy nie spotkałam – kochała swoje dziecko. I poza tym, że Otto miał studiować, zarabiać pieniądze, cieszyć się popularnością w kręgu kolegów, a później koleżanek, być dobrym synem, który rozmawia z matką o życiowych kłopotach i radościach, mieć czas, żeby zatroszczyć się o jej samopoczucie i wysłuchać jej rad – chciała tylko jednej rzeczy (trudno znaleźć bardziej wygórowane pragnienie). Chciała, żeby Otto był szczęśliwy.

Tramwaj z centrum miasta zatrzymywał się przy placu Radetzkiego, a stamtąd wjeżdżał w Löwengasse. Mijał szkołę i kościół, dalej piekarnię, warsztat szewca i sklep z nabiałem.
Dzielnica Ottona nie była ani brzydka, ani ładna. Nie tak wytworna jak Prater, gdzie wszyscy mijali się na niedzielnych przechadzkach, trzymając się pod rękę, Żydzi i chrześcijanie. Ale też nie jak Taborstrasse, gdzie gęsto było od lokali z czarną kawą, prasą i stołami do szachów. Löwengasse nie była ani zaułkiem, ani główną ulicą, ani celem podróży. Miejskie ptaki, które lądowały na kablach tramwajowych, przysiadały tam jakby przypadkiem, a ludzie na chodniku zawsze dokądś szli, do domu lub w inną stronę. Nikt tu nie przychodził dla samej ulicy.
Na początku XVII wieku dzielnica Leopoldstadt była niezabudowanym terenem na peryferiach Wiednia. Jeżeli ktoś z jakiegoś powodu chciał się tam dostać, musiał powędrować na to bezdrzewne pustkowie, gdzie cesarz Ferdynand II wysłał żydowskich mieszkańców miasta.
Wodząc palcem po mapie wzdłuż obecnie gęsto zabudowanych ulic Kleine Pfarrgasse, Grosse Schiffgasse, Krummbaumgasse, Karmelitergasse i Taborstrasse, wytyczamy zamknięty obszar. Tam niech pieką swój przaśny chleb, urządzają targi. Żydzi. Bezdrzewne pustkowie.
Kiedy urodził się Otto, Leopoldstadt wciąż uchodziło za żydowską dzielnicę, mimo że w większości zamieszkiwali ją chrześcijanie. Jedni trzymali się swojej wiary, inni ją porzucali.
 
Przy Löwengasse 49 stał prosty budynek bez ozdób. Dom naprzeciwko pysznił się secesyjnymi girlandami w odcieniu angielskiej czerwieni, na narożnej kremowej kamienicy wisiały złoty zegar i balkony jak perły w naszyjniku. Czterdziestkadziewiątka stała wśród nich solidna i niewzruszona, ze sklepem mięsnym przy bramie wejściowej. Pod numerem piętnastym mieszkali Otto, Lisl, Pepi i ciotka Grete oraz pomoc domowa Mitzi, która przyjechała do nich ze wsi jako młoda dziewczyna.
Tam, w czterech pokojach, kilka ulic od Kanału Dunajskiego, upływały ich dni i noce. W Austrii. Nie w granicach Rzeszy Niemieckiej. Jeszcze nie. Tymczasem Otto chodził do szkoły, a Pepi był redaktorem działu sportowego w gazecie „Wiener Tag”. Po całym dniu pracy przysypiał na stojąco w tramwaju i otwierał oczy na swoim przystanku. Jego pensja starczała na wygodne życie, wieczory w operze i sobotnie popołudnia na trybunie stadionu piłkarskiego, na niedzielne obiady z rurką z kremem na deser i na przyzwoite wynagrodzenie dla Mitzi.
W niedziele pakowali koszyki i jechali tramwajem do Lasu Wiedeńskiego. Tam wędrowali po ścieżkach i zboczach z ciotką Nuny i jej mężem Paulem. Na otwartej przestrzeni grali w piłkę. W ciepłe dni Otto biegał bez koszuli. Potem siadali w cieniu, czytali książki lub omawiali doroczny pobyt w Bad Ischl. Rozprawiali o wynikach meczów i kontuzjach gwiazd sportowych, zrzucali z siebie wymogi i nawyki codzienności – jednym słowem, cieszyli się wspólnie spędzanym wolnym czasem wśród szumu liści i plam słońca na ziemi, w cieniu drzew Lasu Wiedeńskiego.
Dorośli z przyjemnością konstatowali, że Otto odznacza się nie tylko inteligencją i muzykalnością, lecz i wyraźnymi zdolnościami językowymi. Na prośbę Pepiego Paul udzielał mu prywatnych lekcji gramatyki greckiej, łaciny i angielskiego. Chłopiec z taką inteligencją mógłby może zostać lekarzem lub prawnikiem?
Nietrudno ich sobie wyobrazić. Mutti Lisl trzymała Ottona na spacerach za rękę, dopóki się na to zgadzał. Pappa Josef miał wyraźną łysinę, był dobrze zbudowany, o głowę wyższy od żony.
Często trzymał ręce w kieszeniach luźnych spodni, które kończyły się za kolanami, dalej były podkolanówki. Na korcie tenisowym obowiązywały ubrania w kolorze białym.
A Otto – w małej marynarce, ciemnoniebieskiej, dwurzędowej lub innej dwurzędowej w niebiesko-białe prążki, niemal zawsze w krótkich spodniach. Wciąż był jeszcze dzieckiem.