“Skradzione dziecko” to wciągający, pełen napięcia domestic thriller, który spodoba się czytelnikom szukającym ciekawych psychologicznie postaci i pełnej zaskakujących zwrotów fabuły.


Skradzione dzieckoZoe Morley i jej mąż Ollie po długim oczekiwaniu na dziecko zostają przybranymi rodzicami maleńkiej Evie. Ich radość nie ma granic.

Po kilku latach wydarza się cud – rodzina powiększa się o kolejne dziecko, tym razem ich własne. Gdy jej brat kończy dwa latka Evie zaczyna znajdować dziwne listy i prezenty.

Ich autor twierdzi, że jest jej biologicznym ojcem i nie cofnie się przed niczym, by odzyskać dziecko, które zostało mu skradzione…

Dlaczego Evie trafiła do adopcji? Czy to, co pisze nieznajomy, jest prawdą? I jak jego niespodziewane pojawienie się wpłynie na życie rodziny?

 
Sanjida Kay
Skradzione dziecko
Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Skradzione dziecko


Londyn

Maj

Zaraz się zjawi! Będzie przed czasem! Czułam podskórnie, że tak się stanie. Chwała Bogu, że Ollie uwierzył mi i pomógł przygotować pokój dziecięcy. Mamy całe niezbędne wyposażenie: łóżeczko, wózek, zapas pieluch, sudocrem, rozkosznego króliczka z uszami w łączkę. Śpioszki. Koszyk do spania. Kocyki. Butelki. Śpiewającą karuzelę rzucającą na sufit kaskady kolorowych światełek.
– Zoe! Przyjechała taksówka!
Mój mąż stoi przy oknie naszego mieszkania na pierwszym piętrze. Ma już na sobie płaszcz. Podaje mi kurtkę.
– Nie zdążyłam skończyć muralu! – mówię, gdy ostrożnie nasuwa mi rękawy na rozłożone ramiona.
Malowanie muralu na ścianie pokoju dziecięcego było moim sposobem na zachowanie spokoju ducha w czasie ciąży; chciałam, żeby był idealny i gotowy na przybycie dziecka. Przedstawiał Wrzosowiska Ilkley, obok których się wychowałam: głazy Krowa i Cielę o wschodzie słońca, dobrego Olbrzyma Rombalda kroczącego przez morze fioletowych wrzosów. Ollie całuje mnie w policzek.
– Wygląda wspaniale. I tak się jej spodoba. Skończysz, kiedy przywieziemy ją do domu.
Wiedzieliśmy, że to będzie dziewczynka.
– Nie skończę! – mówię piskliwym, podniesionym głosem. – Noworodki w ogóle nie śpią. Po całych nocach płaczą. Będę zbyt zmęczona, żeby go skończyć!
– Noworodki głównie śpią. Zwłaszcza karmione butelką – uspokaja mnie Ollie.
Obejmuje mnie w talii i prowadzi do drzwi.
Jest najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a ja nie mam rodzeństwa, więc skąd możemy to wiedzieć? Tyle że on przebrnął przez gigantyczny stos literatury na temat rodzicielstwa, więc może ma rację. Ja też próbowałam czytać jakieś książki, ale to tylko potęgowało mój stres. A jeśli będzie miała kolki lub zachoruje na różyczkę? Albo dostanie gorączki i drgawek?
– Torba!
– Wzięta.
Spakował ją kilka tygodni temu, na wszelki wypadek.
– A co z…
– Twoją torebkę włożyłem do torby, mam pieniądze i telefon. Wezmę jeszcze fotelik samochodowy. Nic więcej nie będzie nam potrzebne.
Uśmiecha się do mnie łagodnie. Fotelik czeka przy drzwiach. Ollie powiedział, że powinniśmy mieć go ze sobą, na wypadek gdyby pozwolili nam od razu zabrać ją do domu. Wyszukał w internecie najlepszy model i zamówił go online. Zarejestrował się na forach dla rodziców i zaprenumerował czasopismo konsumenckie „Which?”. Kiedy kupiłam fotelik samochodowy w second-handzie, oburzył się i kazał mi go zwrócić. Podobno używane foteliki samochodowe nie gwarantują bezpieczeństwa.
– Poradzę sobie. – Bierze fotelik i torbę. – Uważaj na schodach.
Zauważył, że ledwie widzę przez łzy. W samochodzie trzyma mnie za rękę. Mówi kierowcy, że musimy jak najszybciej dojechać do szpitala. Taksówkarz zerka na mnie we wstecznym lusterku i przenosi wzrok na fotelik. Przez chwilę na jego twarzy maluje się zdziwienie, ale zaraz rozjaśnia ją uśmiech.
– Trzymajcie kapelusze, panie i panowie – mówi. Sam ma na głowie turban.
Mijamy kebab, polski spożywczak, kiosk z gazetami, przed którym w kolorowych plastikowych pojemnikach piętrzą się stosy czerwonej papryki i pomarańcz, i gwałtownie skręcamy w boczną uliczkę. Samochód podskakuje na progach zwalniających. Bloki z czerwonej cegły ustępują biało-brązowym wiktoriańskim szeregowcom z palmami i krzewami jaśminowców w ogródkach. Wpadamy na Chatsworth Road na wysokości wystaw zastawionych roślinami doniczkowymi i słoikami przetworów oraz hiszpańskich delikatesów z wielką szynką w oknie. Tuż przed światłami, obok pizzerii, która wygląda jak ekskluzywny pub, taksówkarz skręca ostro w prawo. Fotelik samochodowy przechyla się do przodu. Kątem oka dostrzegam w witrynie sklepu z zabawkami różowy drewniany zamek ozdobiony bajkowymi wieżyczkami i mnóstwem złotych chorągiewek.
Przestaję się orientować, gdzie jestem.
– Za chwilę będziemy na miejscu – mówi Ollie, ściskając mi dłoń.

W szpitalu młoda kobieta wyjaśnia nam, że przeprowadzą nieplanowane cesarskie cięcie.
– Dziecko jest zagrożone, musimy operować.
– Urodzi się przed terminem – mówię. – Cztery tygodnie. Za wcześnie…
– Zapewnią jej tu dobrą opiekę. Trafi prosto do inkubatora.
Ujmuje w dłonie moje ręce. Staram się przypomnieć sobie, jak ma na imię. Sara. Powinnam była pamiętać.
– Uprzedzaliśmy was, że może się tak zdarzyć, Zoe.
Kiwam głową, przełykając gorące łzy. Ollie podaje mi chusteczkę. Wycieram nos. Nie chcę, żeby moja córeczka została wycięta jak jakiś guz. Włożona do pudełka. Chcę wziąć ją na ręce, śliską od krwi i śluzu.
– Jesteśmy na to przygotowani – mówi mój mąż, biorąc mnie za rękę i splatając z moimi swoje palce.
Czekanie ciągnie się bez końca. Ze stołówki dochodzi zapach jajek na twardo i lekko przypalonego mielonego mięsa. Zbiera mi się na mdłości. Ściskam Olliego za rękę tak mocno, że wbijam mu paznokcie w skórę. Krzywi się z bólu i delikatnie uwalnia dłoń. Obejmuje mnie ramieniem.
– Wszystko będzie dobrze – szepcze w moje włosy.
Zaciskam powieki i przepędzam wspomnienie bolesnych lat wypełnionych tęsknotą i poronieniami; chcę zapomnieć krew, piosenkę Scissors Sisters, którą puszczali w radiu, kiedy pochylał się nade mną chirurg, spływające do uszu łzy. To już przeszłość. Nareszcie się stanie. Zawsze tego chcieliśmy. Jesteśmy ze sobą od ośmiu lat, odkąd ja skończyłam dziewiętnaście, a Ollie dwadzieścia, i w końcu będziemy mieli dziecko. Będziemy rodziną.
– A co, jeśli… – mówię. Nie mogę się powstrzymać, to silniejsze ode mnie.
Rozmawialiśmy o tym milion razy, we dwoje, z urzędnikami i lekarzami. Zostaliśmy poinformowani o istniejącym ryzyku. Wyjaśniono nam w brutalnych słowach, co może się zdarzyć. Jest wcześniakiem i może umrzeć. Może mieć uszkodzenie mózgu. Poradzili nam, żebyśmy poczekali z nadaniem jej imienia. Że jeśli się z tym pospieszymy, potem będzie nam jeszcze trudniej. Ale zignorowaliśmy tę radę. Postanowiliśmy nazwać ją Evelyn Catherine Morley. Catherine po mojej mamie; zdrobniale Evie.
Odsuwam rękę Olliego, żeby mu się dobrze przyjrzeć. Ma niebieskie oczy i opadające na czoło włosy w odcieniu brudny blond. Miałabym takie same, gdyby nie to, że od czasów studiów je rozjaśniam. Na pudełku jest napisane „Naturalny blond”. Niedawno ufarbowałam odrosty, bo wiem, że kiedy urodzi się Evie, nie będę miała na to czasu. W oczach Olliego maluje się życzliwość. Przez wiele miesięcy cierpliwie mnie wysłuchiwał i pocieszał.
– Nie martw się – mówi teraz. – Wszystko będzie dobrze.
Skąd może to wiedzieć? W przeszłości wcale nie było dobrze.
Pomieszczenie, w którym się znajdujemy, ma podłogę wyłożoną szarym linoleum i białe ściany ozdobione koszmarnymi obrazkami w pastelowych barwach. Wyobrażam sobie, że opowiem o tych bohomazach mojej córeczce, kiedy będzie już dostatecznie duża, by zrozumieć, z jaką nadzieją i miłością oczekiwaliśmy jej przyjścia na świat: „Malowane techniką puentylizmu, stosowaną przez francuskich impresjonistów – powiem jej – ale sztuczne, współczesne, puste. Wiesz, o co mi chodzi? Kiedy czekasz na tak ważne wydarzenie jak narodziny twojego dziecka, chcesz, by każdy szczegół coś znaczył”. A ona otworzy szeroko oczy i spyta: „Wiedziałaś, mamusiu, że niektórzy artyści stosują bazgranie jako technikę?”.
– Kocham cię – mówi Ollie.
– Ja też cię kocham.
– Będzie dobrze. – Całuje mnie w czoło. – Już niedługo zabierzemy naszą córeczkę do domu.

Nie mogę uwierzyć, że jest taka maleńka. Jej całe ciałko zmieściłoby się w dłoni Olliego. Przyciskamy twarze do ścianki inkubatora.
Ollie ma łzy w oczach.
– Evie Cathy Morley – mówi. – Nasza córeczka. – Przytula mnie mocno. – Udało się – szepcze mi do ucha.
Nie pozwolili nam jej jeszcze dotknąć. Jest oplątana rurkami. Monitory ustawione obok wózka z inkubatorem popiskują i mrugają światełkami. Włożyli jej kremową czapeczkę, żeby nie zmarzła jej główka, tak małą, że pasowałaby na lalkę. Leży na boku, tyłem do nas, więc nie widzę jej twarzy. Jej ciałko jest wychudzone, cienkie rączki i nóżki wyglądają jak patyczki, żebra wybrzuszają się z każdym mozolnym oddechem. Skórę pokrywa meszek. Obchodzę dookoła inkubator, żeby przyjrzeć jej się z drugiej strony. Coś gorącego wybucha mi w piersi; nie wiem, czy to miłość, czy strach.
Pochylam się, zrównując twarz z maleństwem w inkubatorze, i patrzę. W pomieszczeniu jest bardzo gorąco, ledwie mogę oddychać. Spod czapeczki wystaje gęsta czarna czupryna. Coś jest nie tak z rysami jej twarzy. Oddycham z trudem. Coś jest nie w porządku, i to bardzo. Evie otwiera oczy, po raz pierwszy, odkąd zobaczyliśmy ją po urodzeniu. Są duże i nie skupiają jeszcze spojrzenia. Wydają się ogromne w drobniutkiej twarzyczce. Są zbyt szeroko rozstawione i trudnego do określenia koloru; na pewno nie są niebieskie. Ma jasnobrązową skórę. Nie wygląda na nasze dziecko. W ogóle nie wygląda jak dziecko. W każdym razie nie ludzkie. Sara kładzie mi dłoń na ramieniu. Oddycham zbyt szybko i zbyt głęboko.
– Może mieć płodowy zespół alkoholowy – mówi. Sara opiekowała się nami przez cały okres ciąży. – To normalne w takiej sytuacji. Kiedy jej stan się ustabilizuje, lekarze przeprowadzą odpowiednie badania. Na razie leczą z uzależnienia narkotykami.
Ollie otwarcie płacze. Wiedzieliśmy, że może się tak stać, ale mieliśmy nadzieję, że urodzi się zdrowa. Ollie przygarnia mnie do siebie.
– Wyjdzie z tego? – pyta.
Sara waha się z odpowiedzią.
– Jeszcze nie wiemy. Ale personel szpitala zrobi wszystko, co tylko możliwe, żeby ją uratować. Wyleczyć. Dlatego wybraliśmy ten szpital – przypomina nam. – Specjalizuje się w leczeniu dzieci narkomanek.
Prostuję się gwałtownie. Potrzebuję powietrza. Muszę się stąd wydostać. Trzęsę się z wściekłości.
Mogłabym zabić matkę Evie.