“Olga” to opowieść o kobiecie, która walczy, i mężczyźnie, który marzy, o życiu między rzeczywistością, tęsknotą i buntem.


OlgaWioska na Pomorzu. Olga jest sierotą, Herbert synem właściciela ziemskiego. Zakochują się w sobie i mimo oporów jego rodziców próbują być razem, nawet gdy ona zostaje nauczycielką w Prusach Wschodnich, a on eksploruje świat. Wkrótce wybucha pierwsza wojna światowa.

Olga to rozpięta od końca XIX do początków XXI wieku, od Niemna po Neckar opowieść o silnej, mądrej kobiecie, która jest świadkiem, jak nie tylko jej ukochany, lecz cały naród traci związek z rzeczywistością.

Centralnym pytaniem jej życia staje się: Dlaczego Niemcy myślą w zbyt wielkich kategoriach? Zawsze i wciąż?

***

Książka o wielkiej miłości, tak porywająca i przerażająca jak panorama niemieckiej historii.
Angela Wittmann „Brigitte”, Hamburg

Powieść, która może konkurować z “Lektorem” i jak tamta odnieść światowy sukces!
Rainer Hartmann SWR1, Stuttgart/Baden-Baden

Bernhard Schlink (ur. 1944), jest czynnym prawnikiem i profesorem prawa, wykładowcą uniwersyteckim. Sławę przyniosła mu powieść “Lektor” z 1995 roku, sfilmowana w 2009 przez Stephena Daldry’ego, przetłumaczona na 55 języków i wyróżniona licznymi nagrodami w Niemczech i za granicą. DW REBIS spośród jego utworów opublikował “Lektora” oraz “Kobietę na schodach”. “Olga” to najnowsza powieść Schlinka, bestseller „Der Spiegel” sprzedany do 22 krajów.

Bernhard Schlink
Olga
Przekład: Ryszard Wojnakowski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 21 maja 2019
 
 

Olga


Część pierwsza

1

Nie ma z nią kłopotu, najbardziej lubi stać i patrzeć.
Sąsiadka, u której matka zostawiała córkę, nie mogła w pierwszej chwili uwierzyć. Ale tak było. Roczna dziewczynka stała w kuchni i oglądała jedno po drugim: stół z czterema krzesłami, kredens, płytę kuchenną, a na niej patelnie i warząchwie, zlew, który razem z lustrem powyżej stanowił umywalkę, okno, zasłony, a na końcu zwisającą z sufitu lampę. Potem zrobiła parę kroków i stanęła w otwartych drzwiach sypialni, także tutaj obejrzała wszystko: łóżko, nocną szafkę, szafę ubraniową, komodę, okno i zasłony, a na koniec znowu lampę. Patrzyła z zainteresowaniem, mimo że mieszkanie sąsiadki nie różniło się od mieszkania jej rodziców rozkładem pomieszczeń ani właściwie też umeblowaniem. Kiedy sąsiadka uznała, że milcząca dziewczynka zobaczyła wszystko, co było do zobaczenia w dwupokojowym mieszkaniu – ubikacja mieściła się na zewnątrz, w korytarzu – posadziła ją na krześle przy oknie.
Dzielnica była biedna, za każdym z wysokich domów znajdowało się ciasne podwórko i jeszcze jeden dom. Wąska ulica z tramwajem konnym pełna była ludzi z tych wielu domów i wózków, z których sprzedawano kartofle, warzywa i owoce, mężczyzn i kobiet sprzedających wszelką tandetę, papierosy i zapałki, chłopców sprzedających gazety, kobiet sprzedających własne ciało. Na rogach wystawali mężczyźni i czekali na okazję, jakąkolwiek okazję. Co dziesięć minut dwa konie ciągnęły po szynach wagon, a dziewczynka klaskała wtedy w dłonie.
Także gdy podrosła, dziewczynka chciała stać i patrzeć. Nie żeby chodzenie sprawiało jej trudności, bo poruszała się zwinnie i pewnie. Ona chciała obserwować i rozumieć, co się wokół niej dzieje. Jej rodzice prawie nie rozmawiali ze sobą ani z nią. Posiadanie słów i pojęć zawdzięczała sąsiadce. Ta mówiła dużo i chętnie, po ciężkim wypadku nie mogła pracować i często zastępowała matkę. Kiedy z dziewczynką opuszczała dom, mogła chodzić jedynie bardzo wolno i co rusz musiała przystawać. Ale opowiadała o wszystkim, co było do zobaczenia, wyjaśniała i oceniała, i pouczała, a ponieważ dziewczynka nie mogła nasłuchać się do syta, powolne chodzenie i częste zatrzymywanie się było jej na rękę.
Sąsiadka uważała, że powinna więcej bawić się z innymi dziećmi. Ale na ciemnych podwórkach i w klatkach schodowych panowały surowe obyczaje, kto chciał się utrzymać, musiał walczyć, a kto nie walczył, temu dokuczano. Zabawy dzieci stanowiły raczej przygotowanie do walki o byt niż rozrywkę.
Dziewczynka nie była lękliwa ani słabowita. Po prostu nie lubiła tych zabaw.
Jeszcze przed pójściem do szkoły nauczyła się czytać i pisać. Z początku sąsiadka nie chciała przekazywać jej tych umiejętności, żeby dziecko potem nie nudziło się w szkole. W końcu jednak zdecydowała się uczyć dziewczynkę, a ta czytała wszystko, co u niej znalazła, Baśnie Grimmów, 150 umoralniających opowieści Hoffmanna, Losy lalki Przecudnej i Piotrusia Rozczochrańca. Długo czytała na stojąco, oparta o kredens lub parapet.
W szkole dziewczynka i tak by się nudziła, nawet gdyby nie umiała jeszcze czytać i pisać. Nauczyciel wbijał do głowy czterdziestu uczennicom literę po literze za pomocą rózgi, a powtarzanie za nim na głos i przepisywanie z tablicy było nudne. Ale dziewczynka była żądna wiedzy i chętnie uczyła się rachunków, żeby móc kontrolować sprzedawców podczas zakupów, lubiła śpiewać, a w ramach lekcji krajoznawstwa nauczyciel urządzał z klasą wycieczki, dzięki czemu poznała Wrocław, miasto i okolicę.

2

Uczyła się, że dorasta w biedzie. To, że szkoła, nowy gmach z czerwonej cegły z gzymsami i pilastrami z żółtego piaskowca, jest piękniejsza od innych budynków w dzielnicy, nie znaczyło jeszcze, że te inne są nędzne. Szkoła to była szkoła. Ale gdy dziewczynka widziała okazałe domy przy szerokich ulicach, wille z ogrodami, wspaniałe budowle publiczne i rozległe place oraz parki i zieleńce, a nad brzegami i na mostach oddychała pełną piersią, pojęła, że w jej dzielnicy mieszkają biedni ludzie, a ona jest jedną z nich.
Jej ojciec był dokerem i kiedy w porcie nie było pracy, siedział w domu. Matka była praczką, zabierała pranie z lepszych domów, przynosiła je do siebie w węzełku na głowie i odnosiła wyprane, wyprasowane i zawinięte w prześcieradło też na głowie. Pracowała dzień w dzień, ale niewiele miała z tej pracy.
Kiedy ojciec przy przeładunku węgla przez szereg dni nie spał i nawet się nie rozbierał, w końcu zachorował. Bóle i zawroty głowy, gorączka – matka robiła mu zimne okłady na czoło i łydki. Kiedy wystraszyła się czerwonawej wysypki na brzuchu i ramionach i sprowadziła lekarza, także ona poczuła zawroty głowy i gorączkę. Lekarz zdiagnozował tyfus plamisty i kazał umieścić oboje w szpitalu. Pożegnanie z dziewczynką było krótkie.
Ta nie zobaczyła już rodziców. Żeby się nie zarazić, nie mogła ich odwiedzać w szpitalu. Od sąsiadki, która wzięła ją do siebie, słyszała, że rodzice wyzdrowieją, ale po tygodniu zmarł ojciec, a matka po dziesięciu dniach. Dziewczynka chętnie zostałaby u sąsiadki i sąsiadka chętnie by ją zatrzymała, ale matka ojca postanowiła zabrać dziecko do siebie na Pomorze.
Już w dniach, kiedy babka załatwiała sprawy pogrzebowe, likwidowała mieszkanie i wypisywała dziewczynkę ze szkoły, nie układało się między nimi dobrze. Babka nie pochwalała małżeństwa syna. Dumna ze swej niemieckości, odrzucała Olgę Nowak, choć ta mówiła płynnie po niemiecku, jako żonę dla swojego syna. Nie pogodziła się również z tym, że rodzice dali dziewczynce imię matki. Znalazłszy się pod jej kuratelą, dziecko miało dostać niemieckie imię zamiast słowiańskiego.
Ale Olga nie pozwoliła sobie odebrać imienia. Kiedy babka próbowała wyjaśniać wady słowiańskiego i zalety niemieckiego imienia, Olga patrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem. Kiedy babka proponowała niemieckie imiona, które jej się podobały, od Edeltraud do Hildegard, nie mogła się na żadne zdecydować. A kiedy babka oświadczyła, że dość już tego i będzie mieć na imię Helga, prawie jak Olga, dziewczynka skrzyżowała ręce na piersi, przestała się odzywać i nie reagowała, gdy zwracano się do niej per „Helga”. Tak było podczas podróży koleją z Wrocławia na Pomorze i w pierwszych dniach po przyjeździe. Potem babka odpuściła. Ale od tej pory uważała Olgę za krnąbrne, niewychowane, niewdzięczne dziecko.
Wszystko było dla Olgi obce: po wielkim mieście mała wioska i szerokie pola, po szkole dla dziewcząt z wieloma klasami – szkoła dla chłopców i dziewcząt w jednym pomieszczeniu, po żywych z usposobienia Ślązakach – spokojni Pomorzanie, po serdecznej sąsiadce – szorstka babka, po nieograniczonej swobodzie czytania – konieczność pracy w polu i w ogrodzie. Podporządkowała się, jak od najmłodszych lat podporządkowują się biedne dzieci. Ale ona chciała więcej niż inne dzieci, więcej się nauczyć, więcej wiedzieć, więcej umieć. Babka nie miała książek ani pianina, więc Olga nie dawała spokoju nauczycielowi, dopóki nie zaczął jej dawać książek z własnej biblioteki, a organiście, dopóki nie wyjaśnił jej gry na organach i nie pozwolił na nich ćwiczyć. Gdy podczas nauk przygotowujących do konfirmacji pastor wyrażał się pogardliwie o Życiu Jezusa Davida Friedricha Straussa, skłoniła go do pożyczenia jej tej książki.
Nie miała towarzystwa. Na wsi bawiono się mniej niż w mieście, dzieci musiały pracować. A kiedy się bawiono, panowały nie mniej surowe obyczaje, ale Olga była dostatecznie sprytna, żeby wygrywać. Tak naprawdę nie należała jednak do grupy. Tęskniła za innymi, którzy również nie zaliczali się do grupy.
Aż w końcu kogoś znalazła. Także on był inny. Od samego początku.

3

Ledwo nauczył się stać, od razu chciał chodzić. Ponieważ chodzenie nie odbywało się według niego dość szybko, kiedy stawiał krok za krokiem, więc podnosił jedną nogę, zanim oderwał od ziemi drugą, i się przewracał. Wstawał, robił krok i jeszcze jeden, znów za późno łapał równowagę, znów zaczynał jedną nogą, zanim postawił drugą, i znów się przewracał. Wstawał, upadał, wstawał – niecierpliwie i niestrudzenie kontynuował swoje próby. On nie chce chodzić, on chce biegać, myślała, przyglądając mu się, jego matka i kręciła głową.
Kiedy się nauczył, że noga może opuścić ziemię dopiero wtedy, gdy dotknęła jej druga, poniekąd odechciało mu się chodzić. Dreptał, stawiając szybkie kroczki, a gdy rodzice zakładali mu uprząż i prowadzili go na sznurku, jak wtedy było modne, mieli z niego ubaw, bo chłopczyk telepał się na spacerze jak kucyk. Jednocześnie byli trochę zakłopotani; inne dzieci chodziły lepiej w uprzęży.
W wieku trzech lat zaczął biegać. Biegał po przestronnym domu, który miał trzy kondygnacje i dwa strychy, długimi korytarzami, po schodach w górę i w dół, przez pokoje ciągnące się amfiladą, przez taras do parku i w pola, a potem do lasu. Kiedy zaczął chodzić do szkoły, to też do niej biegał. Nie żeby ociągał się przy wstawaniu lub guzdrał z myciem zębów. Po prostu wolał biegać, niż chodzić.
Z początku inne dzieci biegały razem z nim. Jego ojciec był najbogatszym człowiekiem w wiosce, w swoim majątku dawał wielu rodzinom zarobek i chleb, rozsądzał spory, troszczył się o kościół i szkołę i dbał o to, żeby mężczyźni wybierali jak trzeba. Dlatego inne dzieci podziwiały syna i gorliwie go naśladowały, dopóki respekt okazywany mu przez nauczyciela, a także odmienne maniery, język i ubranie nie oddaliły go od pozostałych. Może i chętnie zostałyby jego świtą, gdyby zechciał być ich przywódcą. Jego to jednak w ogóle nie interesowało, nie żeby był zarozumiały, ale przez upór. Inni powinni bawić się w swoje zabawy, on bawił się w swoje. On innych nie potrzebował. W szczególności nie potrzebował ich do biegania.
Gdy skończył siedem lat, ojciec podarował mu psa. Ponieważ podziwiali Anglię i uwielbiali Wiktorię, wdowę po cesarzu Fryderyku, wybrali bordera collie, angielskiego psa pasterskiego, który miał towarzyszyć biegającemu synowi i go ochraniać. I tak robił, zawsze z przodu, często się oglądając i dobrze wyczuwając, dokąd syn chce się wybrać.
Biegali polnymi drogami i miedzami, leśnymi przecinkami i duktami, często na przełaj przez pola i lasy. Syn uwielbiał wolną przestrzeń pól i rzadkie lasy, ale kiedy zboże wyrosło, biegał na skroś przez łany, bo chciał czuć kłosy na obnażonych rękach i nogach, biegał po leśnym poszyciu, żeby go drapało i czochrało, a on mógł się wyrwać, gdyby go chciało przytrzymać. Kiedy bobry zbudowały tamę i spiętrzona woda strumienia utworzyła bajoro, biegał przez to bajoro. Nic nie miało go powstrzymywać, nic.
Wiedział, kiedy pociąg wjeżdża na dworzec i kiedy go opuszcza, biegł więc na dworzec i ruszał razem z pociągiem, i biegł obok niego, dopóki nie wyprzedził go ostatni wagon. W miarę dorastania potrafił wytrzymywać tempo pociągu coraz dłużej. Ale nie o to mu chodziło. Pociąg doprowadzał go do punktu, w którym serce nie mogło bić szybciej, a płuca szybciej oddychać. Sam także potrafił osiągnąć ten punkt, uważał jednak, że piękniej jest zostać do niego zabranym przez pociąg.
Słyszał własny zdyszany oddech i czuł bicie własnego serca. Słyszał swoje stopy uderzające o ziemię, równomiernie, pewnie, lekko, w każdym postawieniu stopy było już jej oderwanie, a w każdym oderwaniu stopy kryło się jej podniesienie. Czasami wydawało mu się, że lata.

4

Rodzice dali mu na chrzcie imię Herbert, ponieważ ojciec duszą i ciałem był kiedyś żołnierzem, a po bitwie pod Gravelotte otrzymał Krzyż Żelazny i życzył sobie syna Herberta, promiennego wojownika. Wyjaśnił synowi znaczenie tego imienia i Herbert był z niego dumny.
Był dumny z Niemiec, z młodej Rzeszy i młodego cesarza, ze swojego ojca, swojej matki, siostry i majątku rodzinnego, dużej posiadłości, okazałego domu. Martwiła go tylko asymetria frontu budynku. Drzwi wejściowe były przesunięte w prawo, a pięciu symetrycznie rozmieszczonym oknom na górnych kondygnacjach i w dachu odpowiadały na parterze trzy okna po lewej i jedno po prawej stronie. Nikt nie znał powodu zachwiania symetrii; dom miał już ponad dwieście lat, ale dopiero od pokolenia był w posiadaniu rodziny.
Gdy dziadek kupował majątek od zubożałego szlachcica, miał nadzieję, że pewnego dnia również uzyska szlachectwo, a jeśli nie on, to ojciec, bohater spod Gravelotte. Również ojciec miał nadzieję na tytuł szlachecki w uzupełnieniu posiadłości rycerskiej i Krzyża Żelaznego. Ale pozostali przy nazwisku Schröder, do którego Herbert dołączył później z myślnikiem nazwę posiadłości, bo nie chciał być jednym z wielu Schröderów.
Mimo marzeń o czymś wyższym dziadek i ojciec myśleli trzeźwo i pracowali pilnie. Uzdrowili gospodarstwo, wybudowali cukrownię i browar i mieli dość pieniędzy, żeby spekulować akcjami. Rodzinie nie brakowało niczego, spełniano każde życzenie rodzeństwa, Herberta i Viktorii, jeśli tylko było rozsądne, wprawdzie nie wolne od szkoły i kościoła, ale podróż do Berlina owszem, nie ta czy inna powieść, ale patriotyczne książki o tematyce historycznej, nie angielski model kolejki z napędzaną parą lokomotywą, ale za to łódź i karabin. Po czterech latach szkoły powszechnej razem z dziećmi z wioski rodzeństwo odbywało lekcje w domu; miało nauczyciela od matematyki i przyrody oraz nauczycielkę od kultury i języków. Herbert uczył się gry na skrzypcach, a Viktoria na pianinie oraz śpiewu. Ponadto Herbert pomagał w majątku, żeby później wiedzieć, czego może oczekiwać od zarządcy oraz parobków i dziewek.
Kiedy Herbert rozpoczął przygotowania do konfirmacji, Viktoria mu towarzyszyła, choć była o rok młodsza i w ogóle jeszcze za młoda. Rodzice chcieli, żeby rodzeństwo chodziło na te nauki razem z dziećmi z wioski, podobnie jak wcześniej do szkoły powszechnej, ale tak, żeby Viktoria bez opieki starszego brata nie była narażona na ich prostactwo. Nie żeby dziewczynka bała się innych dzieci.
I ona, i brat odznaczali się wyniosłą nieustraszonością właściwą ludziom, którzy w życiu nie muszą znosić ani obawiać się żadnego cierpienia. Ale Viktorii nie mogło zaszkodzić, że nauczy się gracji słabej kobiety, a Herbertowi wprawianie się w rycerskości silnego mężczyzny. Oboje odgrywali z upodobaniem swoje role. Herbert próbował czasem prowokować inne dzieci do grubiańskich zachowań, żeby móc brać Viktorię w obronę. Inne dzieci jednak nie dawały się prowokować. Nie chciały mieć z nimi do czynienia.
Z wyjątkiem Olgi. Herbert i Viktoria nie potrafili oprzeć się ciekawości i podziwowi, z jakim Olga interesowała się ich światem. To, że tak szybko się z nią zaprzyjaźnili, dowodzi tylko, jak bardzo byli samotni, choć o tym nie wiedzieli.