“Granica. Podróż wokół Rosji” to wspaniała podróż geograficzna, ale również – a może przede wszystkim – podróż przez historię oraz ludzkie opowieści.


Granica. Podróż wokół RosjiAutorka po raz kolejny daje świadectwo szczególnego talentu do nawiązywania bliskich relacji z ludźmi, których napotyka na swojej drodze. Ich historie to trzon tej książki.

Spośród czternastu sąsiadów Rosji przez ostatnie pięćset lat jedynie Norwegia nie prowadziła z nią wojny i nie została przez nią zaatakowana. Ten historyczny fakt najlepiej opisuje losy państw graniczących z mocarstwem Putina.

Erika Fatland zabiera nas w podróż do wszystkich krajów graniczących z Rosją. Trasa autorki rozpoczyna się w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, będącej najbardziej zamkniętym i tajemniczym państwem świata, a kończy w najdalej na północ wysuniętym regionie Europy – magicznej i odludnej Norwegii Północnej.

Erika Fatland
Granica. Podróż wokół Rosji
Przekład: Maria Gołębiewska-Bijak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Granica. Podróż wokół Rosji


Uwagi Autorki

Wiele nazw miejscowości wymienionych w tej książce zapisałam w transkrypcji z innych alfabetów. Zazwyczaj stosowałam nazwy i pisownię przyjęte w Norwegii. Na przykład przy omawianiu Kazachstanu używam rosyjskich nazw Semipałatyńsk i Ust-Kamienogorsk zamiast kazachskich Semej i Öskemen, ponieważ te rosyjskie są u nas bardziej znane. Z tych samych względów posługuję się nazwą Odessa, a nie ukraińską wersją Odesa, oraz Kiev zamiast raczej obcej Norwegom wersji Kyiv. Zabieg ma na celu jedynie ułatwienie odbioru, nie ma natomiast żadnych konotacji politycznych.
Na końcu książki czytelnik znajdzie krótki zarys historii Rosji.

Od Tłumaczki

Pisownia nazw miejscowych w przekładzie została podporządkowana zasadom języka polskiego. Wszędzie tam, gdzie istnieją zwyczajowe nazwy spolszczone, taki zapis został uwzględniony. Również w przekładzie nie ma to żadnych konotacji politycznych.

MORZE

Człowiek ma nieprzepartą potrzebę zbadania
każdej części naszej Ziemi.

FRIDTJOF NANSEN

Arktyczne lato

Przylądek Dieżniowa jest najbardziej wysuniętym na wschód punktem kontynentu Eurazji. Do Moskwy jest stąd ponad osiem i pół tysiąca kilometrów, do Nowego Jorku więcej niż sześć i pół tysiąca, a mniej niż dziewięćdziesiąt do Przylądka Księcia Walii na Alasce, po drugiej stronie Cieśniny Beringa.
Wspięłam się na niewielką latarnię morską na skalistym pagórku. Wydawała się w tym miejscu dziwnie samotna – otoczona stromymi zielonymi zboczami i niedostępnymi wierzchołkami. Rozejrzałam się po szarym morzu. Tu, w tym właśnie miejscu, kończy się Azja, tu jest kres olbrzymiej Rosji. Na froncie wieży zwróconym w stronę cieśniny odnalazłam tablicę z brązu poświęconą pamięci Siemiona Dieżniowa2. Kozak Dieżniow, poborca podatkowy, przepłynął Cieśninę Beringa w 1648 roku. Osiemdziesiąt lat po nim, w 1728 roku, wyczyn ten powtórzył Vitus Bering, duński oficer marynarki. W tym czasie wszyscy zapomnieli o Dieżniowie, a jego sprawozdanie z rejsu pokrywało się kurzem w archiwum w Jakucku, leżącym ponad pięć tysięcy kilometrów na wschód od Moskwy. Imperium stało się tak ogromne, że car nie orientował się, jak przebiegają jego granice, i nikt nie miał kontroli nad dokonanymi wcześniej odkryciami.
U stóp latarni skuliło się skupisko wysmaganych wiatrami, szarych i powypaczanych domów z bali – dawny radziecki posterunek graniczny. Na drugim brzegu cieśniny Amerykanie zamontowali swoje instalacje. Rok za rokiem jedni i drudzy siedzieli po obu stronach niewidzialnej żelaznej kurtyny, śledząc nawzajem swoje ruchy przez lornetki oraz na radarach wielkich jak wysokościowce.
O kilka rzutów kamieniem od latarni znajdowały się ruiny wioski Jupików, rdzennej ludności Syberii blisko spokrewnionej z Inuitami z Alaski i Grenlandii. Liczebność tej grupy etnicznej, rozsianej po całej Rosji, wynosi dziś tylko około tysiąca siedmiuset osób. Na zboczu wzgórza widziałam kilkadziesiąt rozproszonych okrągłych, częściowo zrujnowanych podmurówek. Między domami sterczały wbite w ziemię długie, szpiczaste kości wieloryba, które służyły Jupikom do wieszania tradycyjnych łódek ze skóry morsa. Gdyby nie jedna czy druga patelnia i kilka plastikowych baniek, łatwo można by uwierzyć, że ruiny liczą kilkaset lat. Niemniej mieszkańcy wioski Naukan, bo tak się ona nazywała, zostali przesiedleni stąd przez władze dopiero w 1958 roku. Za oficjalny powód likwidacji osadnictwa podano problemy z dostarczaniem zaopatrzenia do tej odizolowanej i narażonej na kaprysy pogody wioski. Zapewne jednak wpływ na tę decyzję miało również jej położenie nad Cieśniną Beringa, niecałe dziewięćdziesiąt kilometrów od zachodniego wybrzeża Alaski.
Mieszkańców Dużej Diomedy (nazwanej Wyspą Ratmanowa), położonej w połowie cieśniny i będącej prawdziwym krańcem Rosji, ewakuowano w trakcie drugiej wojny światowej, jeszcze przed zapadnięciem żelaznej kurtyny między oboma sąsiednimi krajami. Inuitom zamieszkałym na wyspie nigdy nie pozwolono tam powrócić. Rosyjską Dużą Diomedę od Little Diomede Island (zwaną też Wyspą Kruzenszterna), która należy do USA, dzieli niewielka, niespełna pięciokilometrowa cieśnina, a jej środkiem przebiega linia zmiany daty. Zimą, kiedy wody cieśninki zamarzają, teoretycznie jest możliwe, choć oczywiście surowo zabronione, przejście pieszo z USA do Rosji, przeniesienie się z dzisiaj w jutro. Niewidoczna, lecz nad wyraz realna granica biegnąca środkiem powierzchni wód oddziela te dwie bliźniacze wyspy, które z przyrodniczego punktu widzenia są tak ściśle ze sobą związane i tak sobie bliskie, a z powodu wyroków ludzkich przynależą do dwóch zupełnie różnych światów. Światów wyodrębnionych przez jedną cienką kreskę na mapie oddzielającą Wschód od Zachodu, ustrój od ustroju, datę od daty.
Granica Rosji jest nie tylko długa, jest najdłuższa na świecie; łącznie ma sześćdziesiąt tysięcy dziewięćset trzydzieści dwa kilometry. Obwód Ziemi – dla porównania – wynosi czterdzieści tysięcy siedemdziesiąt pięć kilometrów. Prawie dwie trzecie rosyjskiej granicy przebiega wybrzeżem. Obejmuje kolosalny, niemal niezamieszkany obszar przez większą część roku pokryty śniegiem i lodem od Władywostoku na wschodzie po Murmańsk na zachodzie. Ta linia brzegowa należała do najpóźniej zbadanych i naniesionych na mapy terenów na Ziemi. Jako ostatni duży archipelag w 1913 roku odkryto Ziemię Północną, a skartowano ją dopiero dwadzieścia lat później.
Ponad trzy czwarte olbrzymiego rosyjskiego lądu znajduje się na wschodzie, w Azji. Jego większa część została podbita nie przez carską armię, lecz przez żądnych zysków łowców futer. W połowie XVI wieku bogaty i wpływowy kupiec nazwiskiem Stroganow otrzymał błogosławieństwo cara na kolonizację terenów na wschód od Uralu, by móc prowadzić handel futrami. Uzyskał nie tylko zwolnienie od podatków, lecz także pozwolenie na utworzenie czegoś w rodzaju prywatnej armii dla ułatwienia podbojów. Popyt na skóry zwierząt futerkowych był wówczas zarówno w Europie, jak i w Azji ogromny. Dzięki kolonizowaniu Syberii przez ród Stroganowów Rosja długi czas była największym eksporterem futer na świecie. W poszukiwaniu futer Stroganowowie zapędzali się coraz dalej na wschód, Rosja zaś rosła dosłownie z dnia na dzień. Z czasem podbojom traperów nadano charakter państwowy. Zaczęto budować forty i twierdze, a Kozakom – grupie wolnych myśliwych, wojowników i poszukiwaczy przygód – car wyznaczył zadanie pobierania yasaku, daniny od nowych poddanych, często koczowników. Ten trybut, inaczej: podatek, płacono przede wszystkim skórami zwierząt i futrami.
Siemion Dieżniow był jednym z owych carskich Kozaków. Urodził się w 1605 roku we wsi nad Morzem Białym niedaleko od dzisiejszego Archangielska i w młodym wieku został carskim poborcą podatkowym na Syberii. Zadanie należało do trudnych i niebezpiecznych. Wielu koczowników wcale nie zdawało sobie sprawy z tego, że zostało poddanymi cara. Nie rozumieli oni zatem, że mają płacić mu daninę. Nie zawsze łatwo było im wytłumaczyć, że do ich obowiązków należy zaopatrywanie w futra jakiegoś dalekiego obcego im pana.
Źródła dotyczące życia Dieżniowa są pełne luk i rozbieżne. Podobno miał talent dyplomatyczny i wielokrotnie udało mu się wynegocjować pokój między walczącymi plemionami. Dlatego wysyłano go coraz dalej na wschód, by znajdował kolejne ludy zdolne do płacenia podatków carowi. Pewnego razu wybrał się z niewielkim orszakiem kupców, traperów i grupą zbrojnych dla ochrony w kierunku północno-wschodnim. Kiedy w 1647 roku przybyli nad syberyjską rzekę Kołymę, usłyszeli od miejscowych o innej rzece, zwanej Anadyr, nad którą ponoć było zatrzęsienie morsów i zwierząt futerkowych. Postanowili ją znaleźć. Pierwsze podejście do tej wyprawy się nie udało, bo wody skuł gruby lód. W lecie następnego roku spróbowali znowu. Około dziewięćdziesięciu uczestników podzielonych na załogi siedmiu koczy, rosyjskich jednomasztowców wiosłowo-żaglowych, dostosowanych do żeglugi przy dużym zalodzeniu, ruszyło w nieznane. Dwa statki od razu przepadły w sztormie, kolejne dwa zniknęły po drodze i nikt nigdy nie doszedł, co się z nimi stało. Załoga jednego z ocalałych statków dwudziestego września dostrzegła skalistą formację, którą potem opisała jako „wielki czarny kamienny nos” – dziś Przylądek Dieżniowa. Członkowie załogi zeszli na ląd i spotkali się z mieszkającymi na wybrzeżu Inuitami. Podobno zeszli także na ląd na Dużej Diomedzie. Prawdopodobnie zupełnie nieświadomie Dieżniow dowiódł, że Ameryka i Azja są oddzielnymi kontynentami.
Na południe od cieśniny, która dziś nazywa się Cieśniną Beringa, a oczywiście powinna się nazywać Cieśniną Dieżniowa, ekspedycja trafiła na silny sztorm. Załogi trzech ocalałych statków straciły się z oczu. Kocz Dieżniowa z mniej więcej dwudziestoma osobami na pokładzie rozbił się nieco na południe od celu wyprawy – ujścia rzeki Anadyr. Nie wiadomo, co się stało z pozostałymi dwoma statkami. Może zatonęły wraz z załogami? Może tych ich członków, którzy przeżyli, zaatakowali wojowniczy Czukczowie, jedyny wówczas lud daleko na wschodzie, który rzeczywiście stawił czoło Rosjanom? Według wątpliwej, lecz wyjątkowo żywotnej hipotezy uratowani z obu statków zeszli na ląd na Alasce i założyli tam niewielką kolonię.
Po dziesięciu tygodniach wyczerpującej wędrówki przez pustkowia Dieżniow i jego wycieńczona załoga dotarli do ujścia rzeki, gdzie przezimowali. Z nadejściem wiosny tylko trzynastu pozostało przy życiu. W tym samym jeszcze roku Dieżniow założył faktorię Anadyrsk na mniej więcej sześćsetnym kilometrze w górę biegu Anadyru. Musiało mu się tu spodobać, bo pozostał w tej okolicy przez dwanaście lat. Dopiero dwadzieścia lat po opuszczeniu Jakucka wrócił z nieprzebraną ilością kłów morsów.
Tak więc w którymś momencie pamięć o podróży Dieżniowa zaginęła. Prawie dziewięćdziesiąt lat później, w roku 1736, niemiecki z pochodzenia historyk Gerhard Friedrich Müller zaczął ją rekonstruować z fragmentów rozsianych po jakuckich archiwach, a dopiero w 1898 roku, dwieście pięćdziesiąt lat po tamtej wyprawie, Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne zadecydowało, że najdalszy na wschodzie punkt kontynentu euroazjatyckiego zmieni nazwę z Przylądka Wschodniego na Przylądek Dieżniowa. Prawdę mówiąc, najsłuszniej byłoby nazwać przylądek od zamieszkującego go ludu – Jupików. Oni żyli tam, zanim pojawił się Dieżniow, ale taki już jest ten świat: atlas wypełniają nazwy upamiętniające śmiałych europejskich mężczyzn, którzy ruszali w drogę w małych, kruchych łódkach, by odkrywać to, co dawno zostało odkryte.

Ostatni etap mojej długiej podróży wzdłuż rosyjskiej granicy zaczął się kilka dni wcześniej w Anadyrze. Nie w Anadyrsku Dieżniowa, lecz w mieście założonym w 1889 roku u ujścia rzeki, oddalonym o sześćset kilometrów od prymitywnej osady, z której Kozak i jego ludzie przez ponad dekadę wyprawiali się na morsy, zabijali je setkami i tak z wolna budowali sobie wieżę z kości morsowej.
Rejon nabrzeża był błotnisty i pusty. Kilku rybaków brodziło niedaleko po terenie pływów. Na horyzoncie dostrzegłam grupki kolorowych bloków mieszkalnych. W stalowej barwy wodzie roiło się od ciekawskich fok, a od czasu do czasu taflę przebijał lśniący, wygięty grzbiet białuchy (bieługi).
Przez następne cztery tygodnie miałam płynąć ze wschodu na zachód Północną Drogą Morską na pokładzie dawnego radzieckiego statku badawczego „Akademik Szokalski”, nazwanego tak na pamiątkę rosyjskiego oceanografa Julija Szokalskiego. Razem z czterdziestoma siedmioma innymi pasażerami miałam pokonać pięć tysięcy sześćset pięćdziesiąt mil morskich, czyli ponad dziesięć tysięcy kilometrów, płynąc wzdłuż północnej granicy Rosji aż do Murmańska.
Wycieczka została wyprzedana ponad rok wcześniej i ledwo udało mi się zapewnić sobie jedno z absolutnie ostatnich miejsc. Dużo zastanawiałam się nad swoimi przyszłymi towarzyszami rejsu. Kto z własnej woli wydaje ponad dwadzieścia tysięcy dolarów, by spędzić cztery tygodnie na stosunkowo niewielkim statku ze współpasażerem w kabinie, z prysznicem i toaletą w korytarzu? Na dodatek jedyną rozrywką w czasie rejsu miało być zejście na ląd na kamienistych i przewianych wiatrem wysepkach.
Po trapie wspinało się z trudem stadko zgiętych wpół, pomarszczonych pań i panów w kolorowych goreteksowych kurtkach z drogimi lornetkami i jeszcze droższymi aparatami fotograficznymi zawieszonymi na szyi. Nie zaskoczyło mnie zbytnio, że wśród pasażerów przeważali emeryci, zdumiał mnie ich przeciętny wiek. Wielu z nich było tak zaawansowanych w latach, że ich ciała nieustannie drżały. Nic dziwnego, że wymagali pomocy przy zejściu po stromej schodni na pokład. Część z nich wybrała się w ten rejs ze swoją drugą połową, część jednak – owdowiała – pojawiła się w pojedynkę.
Konwersacja przy obiedzie toczyła się wokół podróży. Jeżeli ktoś potrzebował wskazówek w tej kwestii, było to dla niego wymarzone miejsce. Nie istniały ani taka wyspa, ani takie podejrzane terytorium autonomiczne, których przynajmniej garstka spośród emerytów by nie odwiedziła. Somalia? Naturalnie, byłem (byłam) tam wielokrotnie. Bhutan? Interesujące miejsce, zwłaszcza rzadko odwiedzana wschodnia jego część. Jemen? Fascynująca kultura, tylko szkoda, że trwa tam wojna. Szybko wyszło na jaw, że jako jedyna wśród całej czterdziestkiósemki jeszcze nie podjęłam wyprawy na Antarktydę. Większość odwiedziła ten kontynent wiele razy. Niektórzy przypadkowo uczestniczyli w tych samych wycieczkach i już się znali.
Następnego dnia przy śniadaniu rozmowy wiekowych globtroterów toczyły się dalej. Podczas lunchu z tematów ogólnych zboczono na szczegółowe i wnikliwie wypytywano się nawzajem o przejścia graniczne, przepisy wizowe i różne warianty tras podróży. Potem przyszedł czas na pierwszą wycieczkę tego rejsu: czarnymi zodiakami, czyli solidnymi nadmuchiwanymi pontonami, wzdłuż „ptasich wysepek”.
– To będzie ekscytujące – odezwałam się do Elie, osiemdziesięciopięcioletniej, dość stanowczej Holenderki, z którą dzieliłam kabinę i która rutynowo zaopatrzyła się we własne rozgałęziacze oraz wieszaki do ubrań ze znaczkami licznych poprzednich wypraw w rejony arktyczne.
– Ekscytujące? – Popatrzyła na mnie pytająco. – Co pani ma na myśli?
– Nigdy przedtem nie płynęłam pontonem – wyjaśniłam.
Elie ze zdumienia szeroko otworzyła oczy.
– Ja mam za sobą setki wycieczek zodiakami.  S e t k i!
Morze było niespokojne. Zodiaki przy burcie szybko huśtały się w górę i w dół. Żeby nie wpaść do wody, należało zaryzykować i spróbować znaleźć się w jednym z nich, zanim opadł on za grzbietem fali. Emeryci jeden po drugim odbijali się i spadali w gumową łupinkę z pogardą śmierci w oczach i zamarłym uśmiechem na ustach.
– Mam świadomość, że zaczyna mi brakować czasu – wytłumaczyła mi Alyson, rosła Amerykanka powyżej siedemdziesiątki, często wybuchająca ochrypłym, zaraźliwym śmiechem. – Tylko w ciągu ostatniego roku straciłam pięcioro przyjaciół.
Tysiące mew trójpalczastych i nurzyków polarnych krążyły nad naszymi głowami, gdy zbliżaliśmy się do strzelistych ptasich skał. Ich krzykom towarzyszyło klikanie migawek aparatów z metrowymi teleobiektywami. Starsi państwo w sposób zdradzający niemałe doświadczenie wyginali się nad gumowymi burtami w odważnych, ba, nawet akrobatycznych pozycjach, by uwiecznić ptaki pod najkorzystniejszym kątem. Wydawało mi się, że krótkie, wysokie fale robiły wrażenie tylko na mnie, pochodzącej z rodziny od pokoleń osiadłej na wybrzeżu i trudniącej się łowieniem ryb. W gardle poczułam żółć, zapiekły mnie oczy i pojawiły się w nich łzy. Na koniec schowałam dumę do kieszeni i popełzłam na rufę łupinki w pobliże silnika, bo tam kołysało mniej.
Jeszcze dwadzieścia siedem dni. Ostatni etap.

Trzy i pół roku wcześniej śniło mi się pewnej nocy, że wędruję po wielkiej mapie wzdłuż czerwonej, wijącej się linii: granicy Rosji. Przenosiłam się z kraju do kraju, cały czas mając od północy i wschodu terytorium tego olbrzymiego państwa. Po przebudzeniu od razu zrozumiałam, że to będzie temat mojej następnej książki – podróż wzdłuż granic Rosji od Korei Północnej do północnej Norwegii.
Natychmiast zaczęłam opracowywać trasę wyprawy. Chciałam zacząć w Pjongjangu i powoli przemieszczać się na zachód – w stronę domu, Europy i Norwegii. Demokratyczna i pluralistyczna Norwegia nie ma wiele wspólnego z totalitarną i zamkniętą Koreą Północną poza jednym: oba kraje graniczą z Rosją. Podobnie jest z Chinami, Mongolią, Kazachstanem, Azerbejdżanem, Gruzją, Ukrainą, Białorusią, Polską, Litwą, Łotwą, Estonią i Finlandią. Tylko Chiny otacza tyle samo krajów co Rosję – w sumie czternaście.
Obecnie, na pokładzie „Akademika Szokalskiego”, otoczona ze wszystkich stron falami Oceanu Arktycznego miałam lwią część tej podróży za sobą. Przez osiem miesięcy eksplorowałam południową i zachodnią granicę lądową Rosji, od Pjongjangu po Grense Jakobselv, z jednym podświadomym pytaniem w głowie: Co to właściwie znaczy, sąsiadować z największym krajem na świecie?
Po drodze odkryłam, że na to pytanie istnieje nie jedna odpowiedź, a co najmniej czternaście odpowiedzi, po jednej na każdy wymieniony wyżej kraj. Prawdopodobnie istnieją jednak miliony odpowiedzi, po jednej na każdego człowieka mieszkającego przy granicy. Wszystkie one mają swoje własne, niepowtarzalne historie.
Zaraz po upadku ZSRR Rosja była rozłożona na obie łopatki – ekonomicznie, militarnie i politycznie. Skłonny do pijaństwa Borys Jelcyn za sterami nawy państwowej miał niewdzięczne zadanie uporządkowania skutków wieloletnich błędów w zarządzaniu gospodarką. W dzikich latach dziewięćdziesiątych kilkuset inwestorów nieprzyzwoicie się wzbogaciło, ponieważ kupiło za bezcen obligacje państwowe, natomiast większość ludności z trudem wiązała koniec z końcem. Inflacja wymknęła się spod kontroli, zapanowała anarchia, krajem rządziły gangi. W USA świętowano zwycięstwo nad komunizmem, w Rosji panowała żałoba po wszystkim, co utracono: po stosunkowo stabilnym i przewidywalnym systemie społecznym i dość dobrze funkcjonujących usługach społecznych oraz po utopii, której nie udało się zrealizować.
A także po utracie imperium. W ciągu kilku miesięcy liczba ludności kraju spadła z trzystu do stu czterdziestu milionów. Jedna piąta terytorium zniknęła, rozdzielona pomiędzy suwerenne państwa narodowe, w tym Kazachstan, Azerbejdżan, Gruzję, Ukrainę, Białoruś, Litwę, Łotwę i Estonię. Dawne części najpierw rosyjskiego, a potem radzieckiego imperium stały się nowymi sąsiadami Rosji. Również wschodnioeuropejskie państwa satelickie znalazły się poza kontrolą Moskwy. Przez stulecia Rosjanie przyzwyczaili się, że niezliczone ludy i narody tańczą tak, jak oni im grają. Teraz musieli zmienić melodię, ba, zaledwie potrafili wydobyć kilka piskliwych dźwięków.
W dorocznym orędziu o stanie państwa w 2005 roku prezydent Władimir Putin nazwał upadek ZSRR „największą katastrofą geopolityczną w XX wieku”. Oczywiście odnosił się i do rozpadu terytorialnego, i do faktu, że dwadzieścia pięć milionów Rosjan oraz osób, których językiem ojczystym jest rosyjski, raptem znalazło się poza terytorium swojego kraju. Wielu z nich do dzisiaj mieszka u nowych sąsiadów, poza granicami Rosji.
Rosja nadal jest rozległa. I powoli znowu staje się wielka. W ostatniej dekadzie z Putinem u władzy Rosja coraz bardziej zyskuje na znaczeniu na arenie międzynarodowej. Gospodarka znajduje się na mniej więcej prawidłowym kursie, unowocześniono armię. Sąsiedzi już nie sypiają tak spokojnie po nocach. Gdzieniegdzie w ogóle nie śpią, spędzają noce w zimnych, ciemnych piwnicach, chroniąc się przed granatami, których liczne wybuchy rozświetlają niebo.
Nigdy nie było  ł a t w o  sąsiadować z Rosją. Spośród czternastu krajów tylko Norwegia przez ostatnie pięćset lat nie prowadziła z nią wojny ani nie została przez nią napadnięta. Kiedy europejskie mocarstwa, choćby Francja i Wielka Brytania, posiadały zamorskie kolonie, Rosja po prostu rozrastała się jako zwarte terytorium. Lud za ludem, naród za narodem były poddawane carowi i włączane do Imperium. Zawsze znalazło się miejsce dla kolejnego. Do dzisiaj w granicach Federacji Rosyjskiej mieszka prawie dwieście różnych grup etnicznych, od koczowniczych hodowców renów w syberyjskiej wiecznej zmarzlinie po Greków Pontyjskich na urodzajnym wybrzeżu Morza Czarnego. Granica Rosji, w przeciwieństwie do granic Francji czy Wielkiej Brytanii, na niewielkiej długości jest naturalna. Tereny są w większości płaskie, otwarte i niczym nieograniczone, dlatego państwo mogło swobodnie puchnąć we wszystkich kierunkach. Już w XVII wieku, w czasach Dieżniowa, rozciągało się od Moskwy po zachodniej stronie Uralu aż do Pacyfiku na wschodzie.