“Ostatnie dni komendanta” to literacki portret Wenezueli w ostatnim okresie życia Hugo Cháveza i poruszający obraz kraju w kryzysie. Świetnie napisany thriller.


Ostatnie dni komendantaPrzełom 2012 i 2013 roku. Wenezuelę obiega wieść o walce Hugo Cháveza z nowotworem. Przyszłość kraju staje pod znakiem zapytania.

Miguel Sanabria, emerytowany onkolog i mąż zagorzałej przeciwniczki obecnego rządu, otrzymuje od bratanka osobliwy podarunek: telefon komórkowy zawierający kompromitujące nagranie głowy państwa w krytycznym stanie.

Wkrótce ma się po niego zgłosić amerykańska dziennikarka, Madeleine Butler, pracująca nad rozprawą naukową o charyzmatycznym wenezuelskim przywódcy.

W tym samym czasie informacje o Chávezie próbuje zdobyć bezrobotny dziennikarz Fredy Lacuna. Książka obnażająca sekrety choroby komendanta może być dla niego jedyną szansą na utrzymanie rodziny, ale gdy udaje mu się skontaktować z cenną informatorką, okazuje się, że cena za wiedzę może być zbyt wysoka…

Alberto Barrera Tyszka
Ostatnie dni komendanta
Przekład: Karolina Jaszecka
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Ostatnie dni komendanta


Dzwonek telefonu przeszył wieczorny spokój.
Miguel Sanabria go nie dosłyszał. Mył w łazience zęby. Jego żona Beatriz siedziała w dużym pokoju i oglądała telewizję. Nie odrywając wzroku od ekranu, krzyknęła do męża, że ktoś dzwoni. Jej słowa przeleciały korytarzem jak wystrzelony z procy kamień. Sanabria podniósł słuchawkę. Telefonował jego bratanek Vladimir; był wzburzony, zdenerwowany, bełkotał, jakby miał kłopoty z mówieniem. Musimy się zobaczyć, powiedział. Na co Sanabria odrzekł: Kiedy chcesz? A Vladimir rzucił: Jak najszybciej. Sanabria zapytał, co się stało. Czy to coś pilnego? Vladimir potwierdził. To bardzo pilne. Właśnie wylądowałem. Przyleciałem z Hawany. Sanabria o nic więcej nie pytał.
Nie wiedział, o co dokładnie chodzi, ale był absolutnie pewny, że ten pośpiech miał związek z chorobą prezydenta. Ponad rok wcześniej, trzydziestego czerwca 2011 roku, również późnym wieczorem, jego siostrzeniec też zadzwonił – chwilę po tym, jak Hugo Chávez ogłosił w telewizji, że ma nowotwór.
– Widziałeś? Słyszałeś go? – zapytał wtedy Vladimir.
Działo się to krótko przed tym, jak Sanabria skończył siedemdziesiąt lat i przeszedł na emeryturę, odchodząc z Instytutu Badań Klinicznych na Centralnym Uniwersytecie Wenezueli w Caracas. Był onkologiem, większość życia zawodowego poświęcił badaniom i wykładom. Pod koniec kariery zaczął coraz bardziej interesować się tematami niezwiązanymi z salą operacyjną i strzykawkami. Nawiązał współpracę z madryckim Uniwersytetem Complutense i doprowadził do włączenia psychoonkologii do programu przedmiotów wykładowych na wydziale medycyny. Z wiekiem Sanabria, jak wielu ludzi, stał się bardziej ustępliwy. Pod koniec swojej pracy zawodowej doszedł do wniosku, że nauka nie była wystarczającym narzędziem do obchodzenia się z ludzkim ciałem.
– Co o tym myślisz? – dopytywał się uparcie Vladimir.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Przyznanie się do choroby, nazwanie jej własną, wywołuje natychmiastową emocjonalną konsternację. Nowotwór zmienia człowieka w jednej chwili w ofiarę. Sanabria wolał powstrzymać się od komentarzy. Nie chciał się za bardzo narażać. Wiedział, że jego bratanek czeka z niepokojem na jego odpowiedź na drugim końcu linii. Zawsze łączyła ich wyjątkowa, bliska relacja i dzięki wzajemnym staraniom udało im się utrzymać ją przez lata, mimo całkowitej rozbieżności swoich poglądów politycznych. Vladimir był zaufanym pracownikiem administracji rządowej. Jego wuj nigdy nie głosował na Cháveza.
Nie był też w najlepszej formie. Po odejściu z uniwersytetu zaczął odczuwać coraz częstsze wahania nastroju. Bezustannie i szybko przechodził z niepokoju w melancholię. I z równą częstotliwością i szybkością wracał z melancholii do stanów lękowych. Tak po prostu. Bez wyraźnego powodu czuł się kruchy, bezradny. Czasami budził się przerażony o świcie, jakby wyrwany ze snu podczas ucieczki. Beatriz spała spokojnie obok niego. Miguel wstawał wtedy z łóżka i szedł do kuchni. Siadał na stołku i brał z koszyka mandarynkę. Słyszał odległy warkot samochodów jadących autostradą. Przez chwilę wpatrywał się w mrok, obierając owoc ze skórki. Czuł, jak jej ostry, cytrusowy aromat wypierał zapachy nocy – woń pościeli, snu, z którego po raz kolejny uciekł. Przeżuwanie miękkiego miąższu działało na niego krzepiąco. Wbicie zębów w owoc i smak pryskającego na język soku przywracały mu dziwny spokój. Wielokroć budził się też z niewytłumaczalną potrzebą płaczu. Powtarzało się to coraz bardziej systematycznie. Coraz częściej wczesnym rankiem wyrywało go ze snu uczucie ściskającego gardło smutku. Zdarzało mu się leżeć nieruchomo w łóżku i czekać, aż przygnębienie minie. Brał głęboki wdech i wstrzymywał powietrze w płucach, jakby ćwiczył oddychanie w basenie. Zamykał oczy. Otwierał. Jakby wraz z obudzeniem zanurzał się pod wodę.
Początkowo uznał to za chwilowy kryzys związany z ukończeniem siedemdziesiątki i przejściem na emeryturę. Myślał, że bezsenność była pewną formą żałoby. Stopniowo docierało do niego, że ma do czynienia z dużo poważniejszym rozchwianiem psychicznym. To, czego tak bardzo próbował unikać, w końcu go dopadło: jego kraj, Wenezuela. Sanabria przez ponad dziesięć lat starał się żyć na obrzeżach rzeczywistości, unikając konfliktów, próbował trzymać się z dala od tego, co zwano Rewolucją. Przetrwał różne trudności, rodzinne spory, dyskusje na uczelni, a nawet wyjazd swojej córki Elisy do Panamy. Trzymał się uparcie zdrowego rozsądku, odcinając od radykalizmu obu stron, uważając, że to, co się dzieje, jest częścią chwilowego zamętu, który prędzej czy później minie i wszystko wróci do normy. Tyle że właśnie wtedy pojawiło się niewytłumaczalne pragnienie płaczu i zaczął jeść o świcie mandarynki. Poczuł się przytłoczony. W głębi duszy był zmęczony tą sytuacją. Czuł, że Wenezuela to kupa gówna, rumowisko, które trudno nawet nazwać krajem. Wenezuelczyków odurzyła polityka i wszyscy byli nią w pewien sposób skażeni, zmuszeni do opowiedzenia się po jednej ze stron, do życia w pilnej potrzebie poparcia lub przeciwstawienia się rządowi. Wenezuelczycy zbyt długo stanowili społeczeństwo przedapokaliptyczne, naród w stanie konfliktu, na skraju wybuchu. Każdego dnia mogło dojść do katastrofy. Spiski, zabójstwa, wojny, zamachy terrorystyczne, egzekucje, sabotaże, powstania, lincze… Codziennie mogła wydarzyć się masakra. Kraj znajdował się w ciągłym punkcie wrzenia, ale nie wybuchał. Gorzej – pękał powoli, z czego w zasadzie nikt nie zdawał sobie sprawy.
Sposób radzenia sobie z destrukcją: wbić paznokcie w skórkę mandarynki.

Beatriz była mniej powściągliwa w słowach. Według niej Elisa przeprowadziła się do Panamy przez Cháveza. Uważała, że jeśli w kraju władzę sprawowałby inny rząd, jej jedyna córka nie byłaby zmuszona do emigracji. Elisa i jej mąż postanowili przyjąć propozycję pracy i przenieść się wraz z małym Adriánem do stolicy Panamy. Mieszkali na czterdziestym drugim piętrze budynku z widokiem na morze, znosząc upały i wilgoć, podczas gdy w Caracas Miguel Sanabria i jego żona uczyli się, jak być dziadkami przez internet.
W wieczór, kiedy Chávez ogłosił, że jest chory, Beatriz poczuła, że sprawiedliwości stało się zadość.
Sanabria wspomniał tę chwilę. Jakby rozmowa z bratankiem uruchomiła mu nagle pamięć. Trudno uwierzyć, że od tamtego wieczoru minęło zaledwie półtora roku. Myślał, że upłynęło więcej czasu. Na początku czerwca 2011 roku Chávez przerwał podróż po świecie i szóstego czerwca schronił się na Kubie. Potem rząd poinformował, że cztery dni później prezydent przeszedł w szpitalu na wyspie operację usunięcia ropnia miednicy. Wiadomość zaskoczyła Wenezuelczyków. Zdumienie przerodziło się prędko w zaniepokojenie. Zapanowała dziwna atmosfera niedowierzania, a informacje o Chávezie były niejasne czy wręcz sprzeczne. Mnożyły się pytania. Tamtej nocy Miguel i Beatriz siedzieli w dużym pokoju, słuchając przemówienia przywódcy w telewizji.
– To pewnie jedno wielkie kłamstwo – mruknęła Beatriz. – Wymysł Kubańczyków, żeby nas skołować.
Sanabria oglądał w milczeniu.
Chávez był szczupły i blady. Stał za pulpitem i – co dziwne – czytał tekst z kartki zamiast improwizować przed kamerami. Niezwykłe, że człowiek, który tak chętnie przemawiał godzinami przed każdym rodzajem publiczności, ograniczył się do zaledwie kilku słów, stał się nagle zakładnikiem niewielkiego kawałka papieru.
– Nie wierzę w ani jedno jego słowo – oświadczyła Beatriz.
Mąż uciszył ją syknięciem.
Prezydent powiedział, że poddał się zabiegowi drenażu; stwierdził, że dwudziestego czerwca będzie musiał przejść kolejną operację, gdyż „w ropnym guzie wykryto obecność komórek nowotworowych”.
– Ropny guz? Czy coś takiego istnieje? – zapytała Beatriz, nie patrząc na męża.
Chávez poinformował, że po całkowitym usunięciu guza znajdował się w trakcie szybkiej i dynamicznej rekonwalescencji. Potem zaczął mówić o ojczyźnie i o sobie, o sobie i o historii, o rewolucji i o sobie, o sobie i Fidelu Castro, by na koniec wydać z siebie bojowy okrzyk: „Teraz i zawsze! Będziemy żyć i zwyciężymy”.
Beatriz zmarszczyła brwi, wstała i zawołała:
– Jeśli to prawda, dobrze mu tak! Cholera, zasłużył sobie na to!
Miguel Sanabria obrzucił żonę surowym spojrzeniem. Z jego oczu bił wyrzut.
– Nie patrz tak na mnie – powiedziała. – Ten skurczybyk wyrządził krajowi dużo złego.
– Nikt nie zasługuje na raka, Beatriz.
– To ty tak uważasz! – rzuciła, idąc w stronę kuchni. Po chwili z korytarza dobiegł jej głos: – Może to kara boska.
Sanabria pokręcił głową; nie znosił, kiedy Beatriz mówiła takie rzeczy. Sam nie popierał prezydenta, ale nie był w stanie podzielać tego rodzaju opinii i emocji. Czuł raczej podziw. Chávez nie dopuścił do głosu żadnego lekarza, nie dał szansy wypowiedzieć się specjalistom, jak to się zazwyczaj odbywało w podobnej sytuacji w każdym innym miejscu na świecie. Nawet przy słabej kondycji fizycznej uparcie wszystko kontrolował. Nie pozwolił usunąć się z centrum uwagi. Tym bardziej w takich chwilach i okolicznościach. W ten sposób dawał jasno do zrozumienia, że tylko on może mówić o swoim ciele. To on był jedynym panem swojej choroby. To on też zawiadywał informacjami medycznymi, naukowymi; decydował, co można było ujawnić i powiedzieć na temat jego stanu zdrowia. W rzeczywistości dawał jasno do zrozumienia, że wciąż będzie rządził, nawet z sali operacyjnej.

– Kto dzwonił? – Beatriz położyła się na łóżku przy mężu i okryła się kocem.
– Vladimir.
Ręce Beatriz zastygły, a jej głowa obróciła się powoli w stronę Sanabrii. W jej wzroku malował się ledwo dostrzegalny lęk.
– Coś wiadomo?
Półtora roku później to pytanie nie straciło na aktualności. Ósmego grudnia 2012 roku Chávez przemówił do narodu, ogłaszając, że musi się poddać kolejnej operacji. Nie wypowiedział się żaden lekarz, nie podano żadnych informacji medycznych. Jak zwykle przemawiał osobiście, pierwszy raz wspominając o możliwości swojego odejścia. W tym czasie Vladimir był członkiem zespołu doradców kancelarii prezydenta. Poleciał na Kubę wraz z delegacją towarzyszącą prezydentowi. Wrócił po kilku dniach. I zaraz po wylądowaniu skontaktował się z wujem. Niewątpliwie miał do niego pilną sprawę.
– Naprawdę nic ci nie powiedział? – zapytała Beatriz, gasząc światło.
Sanabria zrobił niewyraźną, znudzoną minę. Nie chciał jej nic mówić. Ostatnio Beatriz za bardzo się wszystkim martwiła. Niepewność tylko podsycała jej nietolerancję. Okłamywanie jej było najlepszym wyjściem.
– Vladimir powiedział, że wszystko poszło dobrze, normalnie.
– Tutaj nic nie jest normalne.

Znów obudził się bardzo wcześnie. Było dopiero wpół do czwartej nad ranem. Siedział przy kuchennym stole, wsłuchując się w daleki pomruk samochodów na autostradzie i ściskając w lewej ręce mandarynkę.
– Martwimy się – powiedział bratanek.
Liczba mnoga jest zawsze niejednoznaczna. Kim byli oni? Kogo dokładnie miał na myśli? Informacje o wyniku operacji były niejasne. Stan zdrowia Cháveza wciąż pozostawał tajemnicą, a fakt, że prezydent wspomniał o możliwości porażki, że wybrał swojego potencjalnego następcę, dodawał tajemnicy dramatyczności. Krążyło mnóstwo plotek.
– Potrzebuję twojej pomocy.
Sanabria miał złe przeczucia.
– Operacja się udała? – zapytał.
Vladimir nie odpowiedział. Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza, odległe echo jakiegoś ruchu. Sanabria nie mógł tego znieść.
– Co mam zrobić? Chcesz, żebym przejrzał nowe wyniki badań?
Zdarzało się już wcześniej, że bratanek pokazywał mu dokumenty medyczne, prosząc o opinię.
– Nie, wuju. Chodzi o coś innego – odpowiedział Vladimir. Był wyraźnie zdenerwowany. – Sprawa poufna. Bardzo poufna – powtórzył. – Mogę na ciebie liczyć?
Sanabria przytaknął. Poczuł jednak nagłą suchość w ustach.
– Czego potrzebujesz?
– Muszę ukryć pewne pudełko.

Po otwarciu poczty internetowej znalazł mejl zaczynający się słowami: „Szanowny Doktorze Sanabria, prawdopodobnie Pan mnie nie kojarzy. Nazywam się Andreína Mijares i jestem właścicielką mieszkania numer 34”. Rzeczywiście, nie pamiętał jej. Zamknął oczy i powtórzył w myślach jej imię i nazwisko. Nie były mu obce. Jak jakiś znany z przeszłości dźwięk, którego nie mógł sobie przypomnieć. Nie przeszkadzało to jednak Andreínie Mijares tkwić w jego skrzynce mejlowej i dzielić się z nim swoimi bolączkami.
„Z powodów osobistych – pisała – zostałam zmuszona do wyjazdu i zamieszkania w Miami. Niestety, sprawy nie potoczyły się zgodnie z moimi oczekiwaniami, dlatego planuję powrót do Wenezueli. Wyjeżdżając przed laty, wynajęłam mieszkanie Fredy’emu Lecunie. Od kilku miesięcy próbuję się z nim skontaktować, żeby z odpowiednim wyprzedzeniem poinformować go o moim powrocie. Ku mojemu zdziwieniu nie udało mi się go do tej pory zlokalizować. Może mam zły adres mejlowy albo telefon stacjonarny w mieszkaniu uległ awarii, w każdym razie nie mogę się z nim skontaktować, co wydaje mi się dziwne i zaczyna mnie niepokoić. Mój kuzyn dowiedział się od dozorczyni, że teraz Pan jest przewodniczącym rady mieszkańców, i udało mi się zdobyć Pański adres mejlowy. Domyślam się, że Pan doskonale orientuje się w sytuacji w kraju. Wracam w grudniu i potrzebuję swojego mieszkania. Dlatego piszę do Pana. I proszę mi wierzyć, że wolałabym nie zawracać Panu tym głowy, ale jak już wspomniałam, nie zdołałam nawiązać kontaktu z moim lokatorem. Będę wdzięczna za jakąkolwiek Pańską pomoc”.
Po przejściu na emeryturę Sanabria zgodził się objąć funkcję przewodniczącego rady mieszkańców budynku. Pomyślał, że w ten sposób czymś się zajmie i w dodatku będzie to coś pożytecznego. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby to być absorbujące zadanie. Budynek był niewielki: pięć pięter z osiemnastoma mieszkaniami i dwoma luksusowymi apartamentami na poddaszu; miał otwarty, ale zadaszony parking i na tyłach wąski pas zieleni – swego rodzaju altanę obrośniętą bugenwillą, która latem zakwitała tysiącami purpurowych kwiatków.
Sanabria w swojej naiwności sądził najpewniej, że to będzie niewielka, niezbyt czasochłonna i kłopotliwa odpowiedzialność. Mylił się. Grupa ludzi żyjąca w pięciopiętrowym budynku zdolna jest do wywoływania różnych perturbacji. Na szczęście do tej pory wszystkie problemy były dość błahe. Ale po przeczytaniu wczesnym popołudniem mejla od Andreíny Mijares Sanabrię ogarnęło złe przeczucie.
Znał dobrze rodzinę Lecunów. Mieszkali na trzecim piętrze. Małżeństwo z jednym dzieckiem, Rodrigiem, który miał dziewięć, może dziesięć lat. Nie mógł sobie natomiast przypomnieć Andreíny Mijares. Pamięć jest równie wybiórcza jak wyobraźnia. Sanabria wyobrażał sobie pamięć jako dno ciemnego – granatowego lub zielonego – oceanu, po którym nagle prześlizgują się cienie, pojawiają się i znikają nieznani ludzie, nieoczekiwane przedmioty. Dlaczego nie zapamiętał twarzy Andreíny Mijares? Dlaczego ją zapomniał? Dlaczego jego pamięć była jedynie falującym delikatnie oceanem?
– Jak możesz jej nie pamiętać? – zawołała Beatriz. – Przecież kiedyś pomogłeś jej nawet rozwiązać jakiś problem z samochodem na parkingu.
Sanabria pokręcił głową z lekkim rozczarowaniem. Nic.
– Niska, trochę nieśmiała – nalegała Beatriz.
Nie. Sanabria wyczuwał w głowie tylko ruch fal.
– Co z nią?
– Wraca do kraju i oczywiście chce odzyskać swoje mieszkanie.
– To ma przerąbane – warknęła Beatriz. – Lecunowie się nie wyprowadzą. Nie mają gdzie się podziać.