“1491. Ameryka przed Kolumbem” to wyprawa w głąb dziejów Ameryki z doskonałym przewodnikiem, Charlesem C. Mannem, korespondentem magazynów „Science” i „Atlantic Monthly”.


1491. Ameryka przed KolumbemCharles C. Mann przedstawia w swojej książce wyniki badań archeologicznych ostatnich dziesięcioleci.

Wnioski są zaskakujące. W chwili przybycia Kolumba na Hispaniolę w Amerykach żyło więcej ludzi niż w Europie; największe, blisko milionowe miasto Tenochtitlan miało sprawne wodociągi, ogrody botaniczne i nieskazitelnie czyste ulice – czym nie mogła się poszczycić żadna ze stolic Starego Świata; indiańscy rolnicy wyhodowali kukurydzę ze zwykłego chwastu i potrafili prowadzić uprawy w tropikalnej dżungli bez jej niszczenia (sztuka dziś nieosiągalna); matematyka, astronomia i pismo były w Mezoameryce rozwinięte nie gorzej niż u Sumerów.

Nowy Świat nie był ostoją pierwotnej przyrody ani pustkowiem, ale w znacznej mierze krajem przeobrażonym przez człowieka.

Skąd się zatem wziął ów powszechnie znany obraz konkwistadorów obejmujących w posiadanie wyludnione kontynenty? Dlaczego tak rozwinięte cywilizacje zniknęły bez śladu?

Zapraszamy na nowe odkrywanie Ameryki, wyprawę w głąb dziejów, w której książka Manna będzie fascynującym i rzetelnym przewodnikiem.

Charles C. Mann jest korespondentem magazynów „Science” i „Atlantic Monthly”, a także współautorem kilku książek, m.in. “Noah’s Choice: The Future of Endangered Species” i “The Second Creation”.

Charles C. Mann
1491. Ameryka przed Kolumbem
Przekład: Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie 5
Premiera w tej edycji: 18 czerwca 2019
 
 

1491. Ameryka przed Kolumbem


WSTĘP: POMYŁKA HOLMBERGA
1. Z lotu ptaka

WIZYTA W BENI

Kiedy startowaliśmy, było zaskakująco chłodno jak na centralną Boliwię. Samolot wziął kurs na wschód, ku granicy brazylijskiej. Po paru minutach skończyły się domy i drogi, a jedynym śladem ludzkiego osadnictwa pozostały stada bydła, rozproszone na sawannie niczym czekoladowa posypka na lodach. Potem zniknęły i one, za to archeolodzy wyciągnęli aparaty fotograficzne i z upodobaniem zaczęli pstrykać zdjęcie za zdjęciem.
Pod nami rozpościerała się Beni, płaska jak stół boliwijska prowincja o powierzchni około ćwierć miliona kilometrów kwadratowych. Przez prawie pół roku deszcze i roztopy z graniczących z nią od południa i zachodu gór pokrywają ją nieregularną taflą wolno płynącej wody, która w końcu zasila rzeki Amazonii na północy. Przez pozostałe miesiące równina z wolna wysycha i stopniowo z zielonej łąki zamienia się w suchy step. Ta dziwna, ni to bagienna, ni to półpustynna kraina zaczęła ostatnio przyciągać uwagę naukowców, i to nie tylko dlatego, że jest ona jednym z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie żyją ludzie, z których niewielu tylko widziało białego człowieka i kamerę.
Clark Erickson i William Baleé, z którymi się zabrałem na tę wyprawę, siedzieli z przodu. Pierwszy, archeolog z Uniwersytetu Wisconsin, współpracuje zazwyczaj z boliwijskim kolegą, który tego dnia nie był obecny. Drugi, akademik z Tulane, jest właściwie antropologiem, ale dziś, kiedy uczeni zaczęli doceniać wzajemne uzupełnianie się przeszłości z teraźniejszością, różnice między tymi specjalnościami się mocno zatarły. Różnili się między sobą budową, temperamentem i preferencjami naukowymi, ale teraz obaj przyciskali nosy do szyb z jednakowym entuzjazmem.
Lecieliśmy nad niezliczonymi zadrzewionymi wzgórzami, często prawie idealnie kolistymi – zielonymi wyspami ma oceanie żółtych traw. Każda wyspa wyrasta na kilkadziesiąt do stu kilkudziesięciu metrów ponad równinę zalewową, dzięki czemu mogły się na nich zadomowić drzewa, niezdolne do przetrwania ciągłych powodzi. Te leśne kępy połączone są prostymi jak strzelił nasypami, czasem sięgającymi kilkukilometrowej długości. Erickson twierdzi, że cały ten region – około osiemdziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych upstrzonych zalesionymi wzgórzami i łączącymi je groblami – został ukształtowany przez zaawansowaną technicznie i liczną społeczność przed ponad tysiącem lat. Balée, który później zapoznał się z Beni, przychylał się do jego poglądu, ale nie był jeszcze gotów się zadeklarować.
Erickson i Balée należą do tej grupy naukowców, którzy w ostatnich latach radykalnie atakowali tradycyjną wizję Nowego Świata sprzed wyprawy Kolumba. Za moich licealnych czasów, w latach siedemdziesiątych, uczono nas, że Indianie przybyli do Ameryki zza Cieśniny Beringa przed mniej więcej trzynastoma tysiącami lat, żyli przeważnie w małych i odosobnionych grupkach i w tak niewielkim stopniu wpływali na środowisko, że nawet po tysiącleciach zamieszkania oba kontynenty były w większości dzikimi pustkowiami. Ten stereotyp pokutuje w szkołach po dziś dzień; poglądy badaczy w rodzaju Ericksona i Balée można zaś podsumować jednym zdaniem – wszyscy oni zgodnie uważają tę wizję indiańskiego życia za z gruntu błędną w prawie wszystkich możliwych aspektach. Indianie są obecni w Amerykach znacznie dłużej, niż się przyjęło sądzić, a ich populacja była o wiele liczniejsza. Co się zaś tyczy wpływu na środowisko, kształtowali je z takim powodzeniem, że kiedy w 1492 roku Krzysztof Kolumb stawiał stopę na nowo odkrytym lądzie, półkula zachodnia nosiła już niezatarte ślady ludzkiej ręki i myśli.
Przy tak napiętych stosunkach między białymi i tubylcami nie da się uniknąć niezgody w kwestii badań nad historią i kulturą Indian. Jednakże szczególną kontrowersję wywołują prace najnowsze. Wielu uczonych – zwłaszcza ze starszego pokolenia, ale nie tylko – odrzucają nowe teorie jako wymysły fantastów, oparte na błędnej interpretacji danych i przesadnej poprawności politycznej. „Nie widziałam żadnych dowodów, które by świadczyły o istnieniu wielkich populacji na ziemiach Beni – usłyszałem od Betty J. Meggers ze Smithsonian Institute – a takie twierdzenia to tylko zwykłe chciejstwo”. Wspierani przez jej instytucję dwaj archeolodzy z Argentyny dowodzili nawet, że wiele z większych kopców powstało w sposób naturalny z namułów osadzanych przez powodzie, a „niewielka wczesna społeczność” mogła zbudować pozostałe groble i podwyższyć niektóre pola zaledwie w dziesięć lat. Podobnej krytyce poddaje się liczne nowe hipotezy dotyczące Indian. Antropolog z Uniwersytetu Pensylwanii, Dean R. Snow problem widzi w tym, że „ubogie dane historyczne i etnograficzne, jakimi dysponujemy, można nagiąć do dowolnie wybranej tezy i naprawdę łatwo jest wmówić sobie jej słuszność”. Niektórzy uciekają się nawet do argumentów, że podobne roszczenia służą celom politycznym tych, którzy pragną zdyskredytować kulturę europejską; większe szacunki nadmiernie powiększają bowiem skalę strat poniesionych przez tubylców wskutek konkwisty.
Spory wybuchają także z tego powodu, że nowe teorie rodzą ciekawe implikacje względem dzisiejszych bojów o ekologię. Spora część ruchu ochrony środowiska czerpie inspirację – świadomie lub nie – z czegoś, co William Denevan nazywa „mitem niepokalanej przyrody”: przekonaniem, że Nowy Świat w 1491 roku był niemal dziewiczym Edenem, „wolnym od jarzma człowieka”, jak to ujęto w Wilderness Act (ustawie o dzikich terenach) z 1964 roku, jednego z fundamentalnych dokumentów światowego ruchu ekologicznego. Dla „Zielonych”, jak napisał historyk z Uniwersytetu Wisconsin, William Cronon, odrodzenie tego pradawnego, domniemanie naturalnego świata jest moralnym obowiązkiem ludzkości. Jeżeli jednak nowe poglądy są słuszne i oddziaływanie człowieka na przyrodę było w Amerykach rzeczywiście tak powszechne i na dużą skalę, to jak to się ma do dzisiejszych apeli o przywrócenie środowiska do stanu sprzed pierwszej wyprawy Kolumba?
Casus Beni ilustruje to doskonale. Według Ericksona tamtejsi prekolumbijscy Indianie nie tylko podnosili pola i budowali drogi, groble, kanały, tamy, zbiorniki wodne i kopce, ale łowili ryby na okresowo zalewanej sawannie. Nie chodzi tu o pojedyncze osoby czy małe, odizolowane grupki zarzucające sieci, ale skoordynowany wysiłek całej społeczności: setki i tysiące ludzi usypywały pomiędzy groblami ziemne wały, których zadaniem było zmuszanie ryb do wpływania w wybrane z góry miejsce połowu. Sawanna jest tworem naturalnym, powstałym wskutek takich powtarzających się powodzi, ale to Indianie podtrzymywali ją przy życiu, regularnie wypalając ogromne jej połacie. Przez wieki ten proceder przyczynił się do utworzenia misternego ekosystemu gatunków roślin przystosowanych do działania ognia. Dzisiejsi mieszkańcy Beni wciąż robią to samo, choć dziś przede wszystkim w celu użyźnienia sawanny dla potrzeb hodowli bydła. Kiedy lecieliśmy nad tym regionem, pora sucha dopiero się zaczynała, ale już było widać kilometrowe jęzory ognia, a w niebo wzbijały się słupy dymu. Na zwęglonych połaciach ziemi widzieliśmy poczerniałe kikuty drzew, w tym wielu z gatunków, o których ratowanie toczy się walka w innych częściach Amazonii.
Przyszłość Beni jest niepewna, tym bardziej, że jest to region najsłabiej zaludniony, położony niedaleko granicy brazylijskiej. Ludzie z zewnątrz chcą przekształcić te ziemie w rancza, jak to się stało z wieloma połaciami prerii w Stanach Zjednoczonych. Inni optują za utrzymaniem stanu jak najbardziej dzikiego, co jednak miejscowi Indianie traktują podejrzliwie. Jeżeli Beni zostanie uznane za rezerwat przyrody, pytają, to czy jakaś międzynarodowa organizacja nie odbierze im prawa do podpalania sawanny? Czy jakakolwiek zewnętrzna instancja może zaaprobować podobne metody dla Amazonii? Bojąc się o swoje tradycje Indianie postulują przekazanie kontroli nad regionem w ich ręce – co z kolei „Zieloni”, ma się rozumieć, przyjmują bez entuzjazmu: w południowo-zachodnich stanach USA niektóre grupy rdzennych mieszkańców aktywnie promowały zakładanie składowisk odpadów nuklearnych w ich własnych rezerwatach. No i w ogóle, co to za pomysł – wypalać trawy na wielką skalę w dobie ograniczania emisji CO2?

POMYŁKA HOLMBERGA

– Nie dotykaj tego drzewa – ostrzegł mnie Balée.
Znieruchomiałem. Wraz z Ericksonem i moim synem Newellem wspinaliśmy się na niskie, nieregularne wzgórze i właśnie miałem się złapać rachitycznego, bardziej podobnego do pnącza drzewa o poszarpanych liściach. „To triplaris americana. Trzeba na nie uważać”, powiedział mój towarzysz, znawca leśnej flory. Gatunek ten, tłumaczył dalej, żyje w niezwykłej symbiozie z koloniami drobniutkich czerwonych mrówek, bez których trudno by mu było przetrwać. Mrówki okupują wąskie korytarzyki tuż pod korą; za schronienie odwdzięczają się gospodarzowi ochroną – strzelają jadem we wszystko, co choćby dotknie pnia czy gałęzi: owady, ptaki, nieostrożnych pisarzy. Zajadłość ich ataków przyczyniła się do nadania triplaris americana lokalnego przydomka „diabelskie drzewo”.
U stóp naszego egzemplarza tej rośliny z piekła rodem widniał otwór opuszczonej jamy jakiegoś zwierzęcia, odsłaniający korzenie. Balée odgarnął trochę ziemi nożem, po czym kiwnął na nas, abyśmy podeszli. Dołek był pełen pogruchotanej ceramiki; widać było krawędzie talerzy i coś, co wyglądało na dno dzbanka – w kształcie ludzkiej stopy z pomalowanymi paznokciami. Balée wyciągnął kilka fragmentów mis i garnków, a także długi odłamek cylindrycznego pręta, być może pochodzący z podstawy jakiegoś większego naczynia. Wyjaśnił nam, że podobne artefakty zajmują aż jedną ósmą objętości wzgórza; można wbić łopatę w dowolnym miejscu i zawsze coś się znajdzie. Okazało się zatem, że gramolimy się na hałdę ceramicznego złomu.
Hałda ta nosi nazwę Ibibate i jest jednym z najwyższych zalesionych kopców w Beni (mierzy osiemnaście metrów). Od Ericksona dowiedziałem się, że szczątki naczyń najprawdopodobniej celowo zmieszano z ziemią dla jej napowietrzenia i wzmocnienia konstrukcji kopca, a tym samym stworzenia warunków dla osadnictwa i uprawy. Podkreślił on jednak, że choć z inżynierskiego punktu widzenia sprawa jest dość oczywista, w niczym nie umniejsza to tajemniczości działań owych budowniczych sprzed stuleci. Kopce pokrywają tak dużą powierzchnię, że trudno je uważać li tylko za ów typowy uboczny produkt cywilizacji ­ wysypiska śmieci. Monte Testaccio, analogiczna hałda ceramicznych skorup odkryta na południowy wschód od Rzymu, pełniła tę rolę dla ludnej stolicy imperium. Kopiec Ibibate jest od niej większy, a poza tym jest tylko jednym z setek podobnych sztucznych wzgórz. Trudno uwierzyć, że Beni mogła wytwarzać aż tylekroć więcej odpadków niż Wieczne Miasto – według Ericksona znaleziska ceramiczne na Ibibate wskazywałyby na to, że w tej okolicy musiała żyć bardzo liczna społeczność, w tym wielu wykwalifikowanych rzemieślników, w dodatku bez przerwy i bez wylewania za kołnierz biesiadująca. Liczba garncarzy, którzy musieli wyrabiać tyle naczyń, ilość poświęconych na to roboczogodzin, żywności i schronień dla nich przeznaczonych, które musiał wytwarzać ktoś inny, a wreszcie sama organizacja procesu tłuczenia i zakopywania ceramiki na tak wielką skalę – wszystko to zdaje się potwierdzać wywody Ericksona o istnieniu w Beni prze tysiącem lat wysoko rozwiniętego, warstwowego społeczeństwa, które dzięki badaniom archeologicznym dopiero zaczyna się wyłaniać z mroku naszej niewiedzy.
Tego dnia towarzyszyli nam także dwaj Indianie ze szczepu Siriono, Chiro Cuéllar i jego syn Rafael – mężczyźni o ciemnej karnacji, żylastej budowie i prawie pozbawieni zarostu. Idąc obok nich szlakiem, zauważyłem u obu drobne szramy na małżowinach usznych. Wesoły, by nie powiedzieć: rozdokazywany, Rafael przez całe popołudnie miał coś do powiedzenia; Chiro, lokalny autorytet, w milczeniu palił meksykańskiej produkcji marlboro i przyglądał się naszym wysiłkom z tolerancyjnym rozbawieniem. Mieszkali o półtora kilometra stąd, w małej wiosce na końcu długiej i wyboistej drogi gruntowej. Przyjechaliśmy tam późnym rankiem, zostawiliśmy samochód w cieniu zapuszczonej szkoły i zabudowań starej misji, zbudowanych na niewielkim wzgórku – kolejnym prastarym kopcu. Zostaliśmy z Newellem na zewnątrz, podczas gdy Balée z Ericksonem weszli do szkoły, aby uzyskać od Chiro i innych członków rady pozwolenie na włóczęgę po okolicy. Sądząc, że się nudzimy, dwójka dzieciaków usiłowała na nas zarobić parę groszy, namawiając do obejrzenia młodego jaguara, którego Indianie trzymali w zagrodzie. Nie zdążyli nas jednak przekonać do tej rozrywki, kiedy nasi dwaj koledzy zakończyli negocjacje i wynurzyli się z izby z dwoma przewodnikami – Chirem i Rafaelem. Milkliwego Chira też trzymały się żarty; na zboczu Ibibate widząc, że zbliżam się do wspomnianego diabelskiego drzewa, z kamienną twarzą zasugerował, żebym się na nie wdrapał, albowiem na wyższych gałęziach znajdę bardzo smaczne owoce. „Będzie to zupełnie nowe przeżycie”, obiecywał… i na pewno nie kłamał.
Ze szczytu wzgórza roztaczał się dobry widok na sawannę. O kilkaset metrów od nas żółtą płaszczyznę wysokiej do pasa, wyschniętej trawy przecinała prosta linia drzew – rosnących na nasypie starej grobli, jak objaśnił Erickson. Poza nią teren aż po horyzont był tak płaski, że widać byłoby wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów, gdyby nie snujące się tu i ówdzie ławice dymu. Zastanawiałem się później nad stosunkiem naszych przewodników do tej ziemi. Czy Siriono są jak dzisiejsi Włosi żyjący wśród pomników imperium rzymskiego? Zadałem to pytanie Ericksonowi i Balée, gdy ruszaliśmy w drogę powrotną.
Odpowiedzi słuchałem w małych dawkach do końca wieczoru, kiedy jechaliśmy w niespotykanie zimnym jak na tę porę roku deszczu i potem przy kolacji. W latach siedemdziesiątych, usłyszałem, większość autorytetów odpowiedziała by mi na to pytanie w jeden sposób, dziś w zupełnie inny. Różnica wynika po części z tego, co nazwałem, być może niesprawiedliwie, pomyłką Holmberga.
Indianie Siriono są tylko jedną z wielu grup rdzennych Amerykanów zamieszkujących Beni, ale najbardziej znaną. W latach 1940-1942 żył wśród nich młody doktorant Allan R. Holmberg, który swoje spostrzeżenia opublikował w 1950 roku w książce Nomadowie z długimi łukami (tytuł wziął się od typowej dla Siriono broni myśliwskiej – łuków mierzących do stu osiemdziesięciu centymetrów), szybko zaliczonej do klasyki tematu. Do dzisiaj Nomadów uważa się za dzieło fundamentalne i wpływowe; przefiltrowana przez niezliczone inne artykuły naukowe i popularno-naukowe, książka Holmberga stała się z czasem głównym źródłem wiedzy o Indianach Ameryki Południowej w świecie zewnętrznym.
Siriono, jak donosił Holmberg, „należą do najbardziej zacofanych ludów świata”: żyją w stałym niedostatku i głodzie, nie znają ubrań, nie hodują zwierząt, nie mają instrumentów muzycznych (nawet grzechotek czy bębnów), ozdób ani sztuki czy jakiegokolwiek wzornictwa (jeśli nie liczyć naszyjników z kłów zwierzęcych), a nawet religii (ich koncepcja wszechświata była „prawie zupełnie nie skrystalizowana”). Trudno w to uwierzyć, ale nie potrafili liczyć więcej niż do trzech ani rozniecać ognia – nosili go „z obozu do obozu w formie pochodni z płonących gałęzi”. Ich ubogie szałasy, sklecone byle jak z palmowych liści nie dawały praktycznie żadnego schronienia przed deszczem i owadami, przez co przeciętny członek plemienia „spędza wiele bezsennych nocy w roku”. Skuleni przy ogniskach w mokre noce Siriono byli żywym przykładem najprymitywniejszego odłamu ludzkości – „kwintesencją człowieka żyjącego jak część przyrody”, jak to ujął Holmberg. Według niego lud ten przez tysiąclecia egzystował w niezmienionych warunkach, w środowisku, na które nie wywarł żadnego wpływu. Potem zetknął się z europejskim społeczeństwem i po raz pierwszy ich historia nabrała narracyjnego toku.
Holmberg był sumiennym i wrażliwym badaczem, a jego obserwacje z życia Siriono do dzisiaj nic nie straciły na wartości. W Boliwii dzielnie znosił próby, jakie niejednego skłoniłyby do kapitulacji. Przez wszystkie spędzone w terenie miesiące był pozbawiony wszelkich wygód, na ogół głodny, nierzadko chory. Oślepiony przez infekcję oczu, kilka dni wędrował przez dżunglę do kliniki, prowadzony za rękę przez indiańskiego przewodnika. Nigdy w pełni nie powrócił do zdrowia. Po zakończeniu misji został dziekanem wydziału antropologii Uniwersytetu Cornell i w tej roli prowadził działania na rzecz złagodzenia ubóstwa ludów andyjskich, którymi później zasłynął.
Okazuje się jednak, że w kwestii Siriono i ich środowiska, Beni, popełnił błąd tak istotny, że może służyć za negatywny przykład dla innych. Uważał, że do 1492 roku ani region, ani jego mieszkańcy nie mieli prawdziwej historii i dryfowali przez milenia zawieszeni w bezkształtnej codzienności. Stwierdzenie to, wyrwane z kontekstu i rzucone tak bezpośrednio, może się wydać śmieszne – ale pamiętajmy, że wady perspektywy stają się widoczne dopiero wtedy, gdy ktoś je wskaże i nazwie. W tym przypadku sprostowanie pomyłki zajęło kilka dziesięcioleci.
Niestabilność rządu boliwijskiego i okresowe „napady” antyamerykańskiej i antyeuropejskiej retoryki sprawiły, że do Beni śladem Holmberga trafiali bardzo nieliczni naukowcy z zagranicy. Nie tylko rząd był do nich wrogo nastawiony – w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych cały ten region był niebezpieczny dla przybyszów jako domena producentów i przemytników kokainy. Dziś problem narkotykowy nieco się zmniejszył, ale wciąż widzi się tam ścieżki przemytnicze wycięte w dżungli, a wrak awionetki szmuglera można zobaczyć niedaleko lotniska w Trynidadzie, największym mieście prowincji. Podczas wojny z kartelem „Beni było zaniedbane nawet według norm boliwijskich – miejsce zapomniane przez Boga i ludzi”, zanotował Robert Langstroth, geograf i ekolog z Wisconsin, który zbierał tam materiały do jednej ze swych prac. Stopniowo jednak naukowcy zaczęli się zapuszczać w głąb regionu, a to, co odkryli, było przełomem w ich widzeniu tych ziem i ludzi.
Holmberg miał oczywiście rację, że Siriono należeli do najuboższych społeczności globu – ale nie dlatego, że byli reliktem z pradziejów ludzkości, tylko z powodu epidemii ospy i grypy, jaka wymiotła ich wioski w latach dwudziestych. Przed jej wybuchem we wschodniej Boliwii żyło co najmniej trzy tysiące Siriono, a przypuszczalnie znacznie więcej. Kiedy w ich strony zawitał Holmberg, zastał już tylko stupięćdziesięcioosobową populację – za życia jednego pokolenia wyginęło ich dziewięćdziesiąt pięć procent. Ta hekatomba sprawiła, że plemię to zeszło poniżej granicy kojarzenia wsobnego (prokreacji w ramach pokrewieństwa), które może powodować kumulowanie się niepożądanych genów. Skutki tego opisał w 1982 roku Allyn Stearman z Uniwersytetu Środkowej Florydy, który odwiedził Beni jako pierwszy po Holmbergu antropolog. Odkrył on między innymi, że u Siriono prawdopodobieństwo urodzenia się dziecka ze zniekształceniami stóp jest trzydziestokrotnie większe niż w przeciętnej ludzkiej społeczności, a niemal wszyscy członkowie plemienia mają dziwne szramy na uszach – takie, jakie zauważyłem u Chira i Rafaela.
Jeszcze zanim spadła na nich epidemia, Siriono walczyli z białymi hodowcami bydła, zajmującymi stopniowo region, wspomaganymi przez armię boliwijską, która ścigała Indian i zamykała ich w swego rodzaju obozach koncentracyjnych. Zwalniani z więzień Siriono byli zmuszani do niewolniczej pracy w powstających hacjendach. Grupa, z którą wędrował przez dżunglę Holmberg, też się ukrywała przed prześladowaniem. Ryzykując życiem naukowiec starał się im pomóc, nigdy jednak nie pojął w pełni faktu, że ludzie, których postrzegał jako żywe skamieliny z paleolitu, byli po prostu ocalałą resztką niedawno rozbitej i wytrzebionej społeczności. Pomyłka, którą trudno zrozumieć: to tak, jakby ktoś natknął się na uciekinierów z hitlerowskiego obozu zagłady i osądził, że należą do kultury, która zawsze głodowała i chodziła w pasiakach.
Siriono nie tylko nie są reliktami z epoki kamiennej, ale prawdopodobnie do Beni przybyli stosunkowo niedawno. Posługują się językiem z grupy Tupi-Guarani, jednej z najważniejszych w Ameryce Południowej, ale rzadkiej w Boliwii. Materiały lingwistyczne, po raz pierwszy wzięte pod uwagę przez antropologów w latach siedemdziesiątych, wskazują na to, że Siriono przywędrowali z północy dopiero w XVII wieku, w tym samym czasie, co hiszpańscy misjonarze i osadnicy. Inne dowody świadczą, że znaleźli się tam o parę stuleci wcześniej; ludy z grupy Tupi-Guarani najechały imperium Inków w początkach XVI wieku. Nikt nie wie, dlaczego Siriono się osiedlili w Beni; jednym z powodów mogło być słabe zaludnienie regionu – poprzednio zamieszkująca go społeczność niedługo przedtem poszła w rozsypkę.
Sądząc po treści Nomadów z długimi łukami, Holmberg nie wiedział o istnieniu tej wcześniejszej kultury – budowniczych kopców, grobli i pułapek na ryby. Nie spostrzegł, że Siriono koczują na ziemi ukształtowanej przez kogoś innego. Kilku europejskich obserwatorów donosiło wcześniej o tych ziemnych konstrukcjach, choć nie wszyscy przypisywali im sztuczne pochodzenie. Informacje te nie przyciągały jednak uwagi uczonych aż do 1961 roku, kiedy to do Boliwii przybył William Denevan, podówczas doktorant. O dziwnych cechach krajobrazu Beni dowiedział się pracując w Peru jako świeżo upieczony reporter i uznał, że może to być niezłym tematem doktoratu. Na miejscu się przekonał, że geolodzy z koncernów naftowych, jedyni naukowcy w regionie, są zdania, iż w okolicy roi się od pozostałości po jakiejś nieznanej cywilizacji.