“Płyńcie łzy moje, rzekł policjant”, powieść Philipa K. Dicka, została wydana po raz pierwszy w 1974. W 1975 roku otrzymała nagrodę Campbella za najlepszą powieść science fiction i była nominowana do nagród Nebula i Hugo.


Płyńcie łzy moje, rzekł policjantAkcja powieści rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych tuż po wojnie domowej. Władzę absolutną sprawuje policja. Niemal na każdym rogu stoją komisariaty.

Pewnego dnia gwiazdor show-businessu Jason Tavarner, gromadzący przed telewizorami ponad trzydzieści milionów widzów, budzi się w obskurnym pokoju hotelowym. Nikt o nim nie słyszał, nikt go nie zna, jakby w ogóle nie istniał. Nie ma też przy sobie żadnych dokumentów – jest wyrzutkiem bez żadnych praw. Tropiony przez policję usiłuje odzyskać swoją tożsamość.

***

To książka pełna życia, soków i kolorów… głęboka i wciągająca.
Brian Aldiss

Kup tę książkę i bądź gotowy na wszystko.
Theodore Sturgeon

“Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” to obok “Ubika”, “Człowieka z Wysokiego Zamku” i “Trzech stygmatów Palmera Eldritcha” jedno z największych dokonań Philipa Dicka. Książka została wyróżniona John W. Campbell Memorial Aword, a sam autor był uważany przez Stanisława Lema za najlepszego amerykańskiego pisarza literatury science-fiction.

Philip K. Dick
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Przekład: Zbigniew A. Królicki
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie 3
Premiera w tej edycji: 2017
 
 

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant


CZĘŚĆ PIERWSZA

Płyńcie łzy moje poprzez smutku knieje!
Wygnani na wieki, niechże was opłaczę;
Gdzie czarny ptak nocy haniebną pieśń pieje,
Tam dni pędzić będą tułacze.

Rozdział pierwszy

We wtorek, 11 października 1988 roku, Jason Taverner Show skończył się trzydzieści sekund przed czasem. Technik, obserwujący program przez plastikową bańkę kopuły kontrolnej, zamroził na ekranie ostatni wynik, po czym skinął na Jasona Tavernera, który zamierzał zejść ze sceny. Technik postukał palcem w przegub i pokazał na usta.
– Nadal ślijcie do nas kartki i listy. A teraz zostańcie przed ekranami, żeby obejrzeć Przygody Scotty’ego, nadzwyczajnego psa – gładko powiedział do mikrofonu Jason.
Technik uśmiechnął się, Jason odpowiedział mu uśmiechem; wyłączono zarówno fonię, jak i wizję. Godzinny show muzyczno-kabaretowy, zajmujący drugie miejsce na liście najlepszych programów telewizyjnych roku, dobiegł końca. Wszystko poszło dobrze.
– Gdzie zgubiliśmy pół minuty? – zapytał Jason gościa specjalnego swojego wieczoru, Heather Hart. Był lekko zdziwiony. Lubił kończyć punktualnie.
– Wszystko w porządku, moje maleństwo – odrzekła Heather Hart. Położyła mu chłodną dłoń na lekko spoconym czole i czule pogładziła kosmyk jego jasnych włosów.
– Czy zdajesz sobie sprawę, jaką masz nad nimi władzę? – spytał Jasona ich agent, Al Bliss, podchodząc bliżej – zbyt blisko, jak zawsze. – Trzydzieści milionów widzów patrzyło dziś wieczór, jak zapinasz rozporek. To swego rodzaju rekord.
– Zapinam rozporek co tydzień – rzekł Jason. – To mój znak firmowy. Czyżbyś nie oglądał mojego programu?
– Trzydzieści milionów – powtórzył Bliss; na jego okrągłej rumianej twarzy perliły się krople potu. – Pomyśl o tym. A jeszcze będą powtórki.
– Prędzej umrę, nim doczekam się jakichś pieniędzy za powtórki tego show. I Bogu dzięki – odparł krótko Jason.
– Pewnie umrzesz dziś wieczór – powiedziała Heather – bo na zewnątrz czeka zbity tłum twoich wielbicieli. Tylko czekają, żeby rozszarpać cię na kawałki wielkości znaczków pocztowych.
– Niektórzy z nich to pani wielbiciele, panno Hart – rzekł Bliss głosem zziajanego psa.
– Niech ich szlag – rzuciła szorstko Heather. – Czemu sobie nie pójdą? Czy w ten sposób nie łamią przepisów, na przykład o zgromadzeniach?
Jason wziął ją za rękę i mocno uścisnął, ściągając na siebie jej spojrzenie i groźne zmarszczenie brwi. Nie rozumiał jej niechęci do fanów; dla niego byli podstawą publicznej egzystencji, a publiczne istnienie w roli artysty światowej sławy było kwintesencją istnienia i kropka.
– Skoro tak uważasz – powiedział do Heather – nie powinnaś być artystką kabaretową. Powinnaś dać sobie spokój, zająć się działalnością społeczną w jakimś obozie pracy.
– Tam też są ludzie – odparła ponuro Heather.
Do Jasona i Heather przecisnęli się dwaj policjanci z ochrony.
– Oczyściliśmy korytarz najlepiej, jak było można – wysapał grubszy. – Chodźmy już, panie Taverner, zanim tłum obstawi boczne wyjścia.
Dał znak trzem innym policjantom, którzy natychmiast ruszyli ku rozgrzanemu, zapchanemu przejściu wiodącemu na pogrążoną w mroku ulicę. Czekał tam zaparkowany rolls w całej swojej kosztownej wspaniałości, pulsując odrzutowym silnikiem na jałowym biegu. Jak mechaniczne serce, pomyślał Jason. Serce, które biło tylko dla niego – gwiazdy telewizji. No cóż, prawdę mówiąc, pulsowało również, odpowiadając na potrzeby Heather.
Zasłużyła na to – tego wieczoru śpiewała dobrze. Prawie tak dobrze jak… Jason uśmiechnął się w duchu. Do licha, spójrzmy prawdzie w oczy, pomyślał. Oni nie włączają tych wszystkich trójwymiarowych odbiorników telewizyjnych, żeby oglądać gościa specjalnego programu. Na świecie jest co najmniej tysiąc gości specjalnych programu, a jeszcze kilku w koloniach na Marsie.
Włączają telewizory, pomyślał, żeby oglądać mnie. Ja zawsze tam jestem. Jason Taverner nigdy nie zawiódł i nie zawiedzie swoich wielbicieli, cokolwiek Heather myśli o swoich fanach.
– Nie lubisz ich – mówił Jason, gdy przepychali się, przeciskali i kluczyli dusznym, cuchnącym potem korytarzem – bo nie lubisz siebie. Uważasz, że mają zły gust.
– Oni są głupi – mruknęła Heather i zaklęła pod nosem, gdy wielki płaski kapelusz sfrunął jej z głowy i zniknął na zawsze w wielorybim brzuchu napierających fanów.
– Są zwyczajni – rzekł Jason, przyciskając wargi do jej ucha, częściowo ukrytego w gąszczu płomiennorudych włosów. Tę słynną kaskadę loków często i wiernie kopiowano w salonach piękności całej Ziemi.
– Nie wymawiaj tego słowa – warknęła Heather.
– Są zwyczajni – powtórzył Jason – i stuknięci. Ponieważ – skubnął zębami jej ucho – ponieważ trzeba być stukniętym, żeby być zwyczajnym. Prawda?
– O Boże – westchnęła – znaleźć się w statku lecącym przez pustkę. Właśnie tego pragnę: nieskończonej pustki. Żadnych ludzkich głosów, żadnych ludzkich zapachów ani szczęk przeżuwających plastikową gumę do żucia w dziewięciu opalizujących kolorach.
– Naprawdę ich nienawidzisz.
– Tak. – Kiwnęła głową. – Tak samo jak ty.
Przystanęła na moment i zwróciła ku niemu twarz.
– Wiesz, że straciłeś ten swój cholerny głos; wiesz, że wykorzystujesz minione dni chwały, które już nigdy nie wrócą. – Po chwili ciepło uśmiechnęła się do niego. – Czyżbyśmy się starzeli? – powiedziała, zagłuszając pomruki i piski tłumu. – Razem? Jak mąż i żona?
– Szóstaki się nie starzeją – odparł Jason.
– Ależ tak – rzekła Heather. – Tak. – Uniosła rękę i dotknęła jego falistych jasnych włosów. – Od jak dawna je farbujesz, kochanie? Od roku? Od trzech?
– Wsiadaj do statku – rzekł krótko, popychając ją przed sobą przy wyjściu z budynku i na trotuarze bulwaru Hollywood.
– Wsiądę – oznajmiła Heather – jeśli wyciągniesz wysokie B-dur. Pamiętasz, jak…
Siłą wepchnął ją do środka, wcisnął się za nią i obrócił, żeby pomóc Alowi Blissowi zamknąć drzwi; wkrótce byli już w górze, na zasnutym deszczowymi chmurami nocnym niebie. Wielkie, rozjarzone niebo Los Angeles było jasne jak w biały dzień. Tak właśnie jest, dla ciebie i dla mnie, pomyślał. Dla nas obojga, zawsze tak będzie. Zawsze będzie tak jak teraz, ponieważ jesteśmy szóstakami. Oboje. Czy oni o tym wiedzą, czy nie.
A nie wiedzą, pomyślał posępnie, radując się ponurym humorem tego stwierdzenia. Wiedza, jaką oboje posiedli i zachowywali dla siebie, ponieważ tak miało być. I zawsze tak było… nawet teraz, kiedy wszystko poszło tak źle, źle przynajmniej w oczach projektantów. Wielkich uczonych, którzy zgadywali i pomylili się. Czterdzieści pięć wspaniałych lat temu, kiedy świat był młody, a krople deszczu ciągle wisiały na uschniętych teraz drzewach wiśniowych w Waszyngtonie, D.C. I zapach wiosny unoszący się nad tym szacownym eksperymentem, przynajmniej przez krótki czas.
– Polećmy do Zurychu – powiedział głośno.
– Jestem zbyt zmęczona – odparła Heather. – A zresztą to miejsce mnie nudzi.
– Dom?
Był zdumiony. Heather wybrała go dla nich obojga i całymi latami dawał im schronienie – szczególnie przed fanami, których tak bardzo nie znosiła.
Heather westchnęła i rzekła:
– Dom. Szwajcarskie zegarki. Chleb. Kamienie bruku. Śnieg na wzgórzach.
– Na szczytach – poprawił, wciąż rozzłoszczony. – No cóż, do licha, polecę bez ciebie.
– I zabierzesz kogoś innego?
Jason nie zrozumiał.
– Chcesz, żebym zabrał tam kogoś innego? – spytał.
– Ty i ten twój magnetyzm. Twój czar. Mógłbyś zaciągnąć do tego swojego wielkiego łóżka każdą dziewczynę na świecie. Chociaż potem nie byłbyś już taki wspaniały.
– Boże – odparł z obrzydzeniem. – Ty znowu o tym. Zawsze te same pretensje. A te całkowicie urojone powtarzasz z największym uporem.
Obróciwszy się do niego, Heather powiedziała z powagą:
– Jesteś świadomy swojego wyglądu nawet teraz, w twoim wieku. Wiesz, że jesteś piękny. Co tydzień trzydzieści milionów ludzi wpatruje się w ciebie przez godzinę. I nie interesuje ich twój śpiew… tylko twoja niezaprzeczalna uroda.
– To samo można powiedzieć o tobie – rzekł ostrożnie. Był zmęczony, pragnął odosobnienia i spokoju przedmieść Zurychu, cicho czekających na ich kolejny powrót. Wydawało się, że dom chce, by w nim zostali; nie na noc czy na tydzień, ale na zawsze.
– Po mnie nie widać, ile mam lat – odparła Heather.
Zerknął na nią, następnie przyjrzał się uważniej. Gęstwina rudych włosów, jasna skóra z kilkoma piegami, silny rzymski nos. Głęboko osadzone wielkie niebieskie oczy. Miała rację: nie było po niej widać, ile ma lat. Ona oczywiście nigdy nie włączała się do sekssieci telefonicznej, tak jak on. Prawdę mówiąc, robił to bardzo rzadko. Dzięki temu nie popadł w nałóg, nie miał uszkodzonej kory mózgowej ani przedwcześnie się nie zestarzał.
– Wyglądasz cholernie dobrze – przyznał niechętnie.
– A ty? – spytała.
Nie powinno to nim wstrząsnąć. Wiedział, że wciąż ma swój urok, charyzmę wpisaną w chromosomy czterdzieści dwa lata temu.
To prawda, że jego włosy były niemal całkiem siwe i musiał je farbować. Tu i tam pojawiło się kilka zmarszczek. Jednak…
– Dopóki będę miał głos – odparł – wszystko będzie dobrze. Zdobędę wszystko, czego zapragnę. Mylisz się co do mnie – to twoja szóstacza powściągliwość, twój ukochany tak zwany indywidualizm. No dobrze, jeśli nie chcesz polecieć do domu w Zurychu, to dokąd chcesz lecieć? Do ciebie? Do mnie?
– Chcę cię poślubić – powiedziała Heather. – Wtedy nie będziemy mówili o twoim czy moim domu, ale o naszym. A ja przestanę śpiewać i będę miała troje dzieci, wszystkie podobne do ciebie.
– Dziewczynki też?
– Będą sami chłopcy.
Pochylił się i pocałował ją w nos. Uśmiechnęła się, wzięła go za rękę i poklepała po niej czule.
– Możemy polecieć, dokąd zechcesz – rzekł do niej cichym, stanowczym, opanowanym, niemal ojcowskim głosem; to zazwyczaj działało na Heather, kiedy wszystko inne zawodziło. Zawsze mogę po prostu odejść, pomyślał.
Obawiała się tego. Czasami, kiedy się kłócili, szczególnie w domu w Zurychu, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać i rozdzielić, widział lęk na jej twarzy. Perspektywa samotności przerażała ją – on o tym wiedział i ona też. Ten strach był częścią ich wspólnego życia, ale nie tego przeznaczonego na użytek publiczności, które jako zawodowi artyści całkowicie i racjonalnie kontrolowali. Jakkolwiek byliby zagniewani czy wzburzeni, funkcjonowali razem w wielkim świecie widzów, wielbicieli, hałaśliwych fanów. Nawet głęboka nienawiść nie mogła tego zmienić.
Między nimi nie mogło być jednak nienawiści. Zbyt wiele ich łączyło. Tak wiele brali od siebie nawzajem. Nawet przelotny kontakt fizyczny, taki jak teraz, kiedy siedzieli w lecącym rollsie, sprawiał im przyjemność. Przynajmniej dopóki trwał.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni szytego na miarę garnituru z prawdziwego jedwabiu – zapewne jednego z dziesięciu na całym świecie – i wyjął plik banknotów z rządowym certyfikatem. Była ich spora liczba, ściśniętych w nieduży, ale nabity zwitek.
– Nie powinieneś nosić przy sobie tyle gotówki – upomniała go Heather tonem apodyktycznej matki, którego tak bardzo nie lubił.
– To – odparł Jason, pokazując banknoty – utoruje nam drogę wszędzie…
– Jeżeli jakiś nie rejestrowany student, który zeszłej nocy wypełzł ze swojej nory w kampusie, nie odetnie ci ręki w przegubie i nie ucieknie z nią oraz twoimi pieniędzmi. Zawsze lubiłeś imponować. Imponować i olśniewać. Spójrz na swój krawat. Tylko spójrz! – Podniosła głos; wyglądała na poważnie rozzłoszczoną.
– Życie jest krótkie – rzekł Jason. – A powodzenie jeszcze krótsze.
Umieścił jednak zwitek banknotów w wewnętrznej kieszeni płaszcza i wygładził wybrzuszenie powstałe w nienagannie skrojonej marynarce.
– Chciałem ci za to coś kupić – powiedział. Właściwie ten pomysł przyszedł mu do głowy dopiero w ostatniej chwili; przeznaczył te pieniądze na całkiem inny cel: chciał zabrać je do Las Vegas, do stołów gry w blackjacka. Jako szóstak mógł zawsze wygrywać w blackjacka – i robił to – ponieważ miał przewagę nad pozostałymi graczami, także nad rozdającym. A nawet, pomyślał z satysfakcją, nad szefem sali.
– Kłamiesz – rzekła Heather. – Niczego nie zamierzałeś mi kupić; nigdy tego nie robisz, jesteś zbyt samolubny i myślisz tylko o sobie. To pieniądze na dziwki; chciałeś kupić sobie jakąś piersiastą blondynę i pójść z nią do łóżka. Pewnie w naszym domu w Zurychu, którego, o ile pamiętasz, nie widziałam już od czterech miesięcy. Równie dobrze mogłabym być w ciąży.
Uznał za dziwne, że ze wszystkich możliwych zarzutów, jakie mogły przyjść jej do głowy, wybrała właśnie ten. W Heather było jednak wiele rzeczy, których nie mógł zrozumieć; tak jak przed swoimi fanami, wiele przed nim ukrywała.
Jednakże w miarę upływu lat dużo się o niej dowiedział. Wiedział na przykład, że w 1982 roku przerwała ciążę, co starannie ukrywała. Wiedział, że przez pewien czas żyła w nieformalnym związku z przywódcą studenckiej komuny i mieszkała cały rok w norach Columbia University wśród brodatych, śmierdzących studentów ukrywających się przed policją i wojskiem. Policja i Gwardia Narodowa, otaczające każdy kampus, nie pozwalały, by studenci rozeszli się wśród społeczności jak rzesze czarnych szczurów uciekających z tonącego statku.
Wiedział też, że przed rokiem została zatrzymana za posiadanie narkotyków. Tylko bogata i wpływowa rodzina zdołała ją z tego wyciągnąć – jej pieniądze, urok i sława nie miały żadnego znaczenia w konfrontacji z policją.
Heather była trochę przestraszona tym, co ją spotkało, ale Jason wiedział, że doszła już do siebie. Jak każdy szóstak miała nadzwyczajną zdolność regenerowania sił. Troskliwie obdarzono nią każdego z nich, obok wielu, wielu innych cech. Nawet on, w wieku czterdziestu dwóch lat, nie poznał jeszcze wszystkich. A przecież i jemu przydarzyło się wiele – długo wspinał się na szczyt kariery po trupach innych artystów.
– Te „wystrzałowe” krawaty… – zaczął, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrał i powiedział „halo”. Pewnie był to Al Bliss z informacjami o notowaniach dzisiejszego programu.
Okazało się, że nie. W słuchawce usłyszał dziewczęcy głos, świdrujący i piskliwy.
– Jason? – powiedziała głośno dziewczyna.
– Taak – odparł. Zasłaniając dłonią słuchawkę, rzekł do Heather: – To Marilyn Mason. Po co, do diabła, dałem jej numer telefonu?
– Kim jest Marilyn Mason?
– Powiem ci później. – Zdjął rękę ze słuchawki. – Tak, moja droga, tu naprawdę Jason we własnej reinkarnowanej osobie. O co chodzi? Masz taki dziwny głos. Znów chcą cię eksmitować?
Mrugnął do Heather i skrzywił się.
– Pozbądź się jej – powiedziała Heather.
Ponownie zasłonił dłonią słuchawkę i odrzekł:
– Zrobię to; przecież próbuję, nie widzisz? – Do telefonu zaś powiedział: – No dobrze, Marilyn. Wylej przede mną swoje żale, po to właśnie jestem.
Przez dwa lata Marilyn Mason była jego protegowaną, jeśli można to tak nazwać. W każdym razie chciała zostać piosenkarką – sławną, bogatą, uwielbianą – jak on. Pewnego dnia pojawiła się w studiu podczas próby; zwrócił na nią uwagę. Ściągnięta, zatroskana twarzyczka, krótkie nogi, o wiele za krótka spódniczka – wszystko to, jak zwykle, dostrzegł na pierwszy rzut oka. Tydzień później załatwił jej przesłuchanie w Columbia Records, z ich zespołem i szefem nagrań.