“Jeśli tam jesteś” to błyskotliwa historia z dreszczykiem, a jednocześnie poruszająca opowieść o przyjaźni i zdeterminowanej dziewczynie próbującej rozwiązać zagadkę, w którą nie wierzy nikt prócz niej.


Jeśli tam jesteśZan, której najlepsza przyjaciółka Priya niedawno wyprowadziła się do Kalifornii, jest zdruzgotana, gdy ich kontakt nagle się urywa. Jakby tego było mało, Instagram Prii zamienia się w strumień usianych błędami, banalnych postów na temat nowego, wspaniałego życia – zupełnie nie w jej stylu…

Wszyscy powtarzają Zan, że powinna dać sobie spokój i pozwolić dziewczynie zacząć od nowa. Jednak dopóki Zan nie usłyszy tego z ust Prii, nie będzie w stanie pogodzić się z faktem, że ich przyjaźń dobiegła końca.

Dopiero kiedy w szkole pojawia się „nowy” – Logan – Zan zaczyna otwarcie mówić o tym, jaka czuje się nieszczęśliwa, zagubiona i zdradzona. Chłopak z ochotą przyłącza się do prowadzonego przez nią śledztwa, mimo że wszyscy dookoła uważają podejrzenia Zan za niedorzeczne.

Sprawa staje się naprawdę poważna, kiedy Zan w najnowszym selfie Prii odkrywa coś, co rzuca nowe światło na jej niepokojące milczenie.

Może Priya nie odpisuje na maile nie dlatego, że nie chce, tylko że nie może?

Katy Loutzenhiser
Jeśli tam jesteś
Przekład: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Jeśli tam jesteś


1

Wtorek, 4 września

Cały czas wracam do jednego zdjęcia. Przedstawia dwa oblepione piaskiem, oparte o siebie kubki z kawą na wynos, które niczym zadowolona para wpatrują się w światła miasta w oddali, na tle rozmytych kolorów nieba. To było w maju, kilka dni przed jej urodzinami. Przesiedziałyśmy całe popołudnie okutane w dresowe bluzy na jednym ze sparciałych koców do jogi mojej mamy, wydmuchując w stronę jeziora bańki mydlane, kupione w sklepie „wszystko za dolara”.
– Powiedzieć ci coś dziwnego, Zan?
Lód w naszych kawach po wietnamsku prawie całkiem się rozpuścił, wypełnione do połowy kubki były śliskie od skroplonej pary. Priya miała zamknięte oczy, jej twarz zalewało brzoskwiniowe światło. Zwróciła się do mnie po imieniu, co oznaczało, że myślała nad czymś poważnym. Inaczej nazwałaby mnie Zanem-Bananem, Tao Zanem albo Alexandrem Zanmiltonem.
– Mów – odpowiedziałam, zanurzając patyczek w mydlinach.
Osłoniła oczy daszkiem z dłoni i spojrzała na mnie.
– Zanim moja mama wyszła za mąż, wyznaczyła twoją mamę na osobę, która miałaby się mną zająć, gdyby coś się jej kiedyś stało.
Przestałam dmuchać na ułamek sekundy, zanim bańka pękła.
– Nie wiedziałam o tym. – Zatknęłam butelkę w piasku i wytarłam ręce. – A wy byście mnie wzięli? Gdyby coś się stało moim rodzicom?
Poczułam się okropnie, nim w ogóle odpowiedziała.
– Wątpię. Masz pełną rodzinę. – Przekręciła się na brzuch. – Ale to szalona myśl, co? Byłybyśmy jak… siostry.
Wyciągnęłam się przy niej na kocu.
– J e s t e ś m y jak siostry.
Przez cały dzień Priya nie była w swoim zwyczajowym, pogodnym nastroju. Ale uwierzyłam jej, kiedy odpowiedziała z uśmiechem:
– Masz rację. – Nachyliła się, żeby upić łyk kawy bez podnoszenia kubka. – Najwyraźniej wszystkie drogi prowadzą do nas.

***

– Alejandro?
Nadal wpatruję się w to zdjęcie – z tamtego dnia nad jeziorem – kiedy ktoś odchrząkuje.
– Alejandro.
Z początku nie reaguję na swoje hiszpańskie imię. Potem spoglądam na plakietkę przyklejoną do piersi, na której wypisano je fl mastrem. Señora O’Connell stoi nade mną, wlepiając wzrok w komórkę, która leży całkowicie na widoku, na postrzępionym rąbku moich dżinsowych szortów. Po raz ostatni zerkam na ekran, na te dwa szczęśliwe, stojące w słońcu plastikowe kubki.
– Przepraszam – mówię, nie od razu przypominając sobie właściwe słówko po hiszpańsku. Chowam telefon do plecaka.
– To znaczy lo siento.
Señora O’Connell wypuszcza z płuc krótki wydech, jak gdyby z całych sił starała się nie tracić optymizmu. Zaczyna pisać po białej tablicy jaskrawozielonymi zawijasami, jej kucyk podskakuje za każdym razem, gdy coś mówi, a każde pomarańczowe pasmo zdaje się krzyczeć: „Jesteśmy Irlandczykami! To nie jest nasz pierwszy język!”. Jej akcent nie jest aż taki dobry – wymawiane przez nią samogłoski są tępe, spółgłoski rozmiękłe.
Trochę mi jej szkoda. Jest nowa i nikt właściwie nie uważa na jej lekcjach. Skye i Ying, koleżanki z drużyny siedzące przede mną, szepczą coś do siebie, a Eddy Hays, klasowy głupek z ławki obok, zrobił poduszkę z dłoni i nawet nie kryje się z tym, że ma zamiar uciąć sobie drzemkę. W tym roku ja też czuję się trochę jak nowa. Moje starsze koleżanki skończyły szkołę. A Priya, no cóż… To będzie długi rok.
Nadal obserwuję Eddy’ego, nieco pod wrażeniem, jak bezczelnie śpi na ławce, kiedy podnosi głowę.
– Ej, Zan – mówi, jakby nagle coś sobie uświadomił. – Gdzie twoja druga połówka?
Robi mi się przykro.
– Wyprowadziła się – odpowiadam bezgłośnie.
Señora O’Connell odwraca się, hiszpański cichnie. Rozgląda się po sali i zerka na zegar – do dzwonka zostało jeszcze dziesięć minut.
– Dobra, poddaję się. – Wzdycha i zwiesza ramiona, czując słodką ulgę języka angielskiego. Kiwa głową do ucznia w pierwszej ławce i podaje mu plik kartek. – Rozdaj je, dobrze?
– Dzień dobry?
Podnoszę wzrok i widzę chłopaka w drzwiach klasy. Ma długie nogi i chudy tors, jego przydługie blond włosy związane są w mały supeł. Robi krok do środka.
– Chyba powinienem być na tej lekcji. Przez pomyłkę poszedłem do klasy z rozszerzonym językiem, ale nie mogłem nadążyć. – Jego wzrok ląduje na Eddym, który zdążył znów zapaść w sen. – To chyba… mój poziom.
Señora owija się połami rozpinanego swetra.
– Umówmy się, że nie wezmę tego do siebie. Ale… – Znajduje na biurku arkusz samoprzylepnych etykietek. – ¡Bienvenido! – mówi i gdy przykleja etykietkę do kieszeni jego koszuli, z rąk wypada jej suchościeralny marker.
Łapię się na tym, że podwijam wargi tak samo jak nowy chłopak. Ma rozbawioną minę.
– ¿Gracias? – Nachyla się, aby podnieść marker z podłogi, i zauważa, że się mu przyglądam. Nie odwracam wzroku i przez chwilę on też nie. – Upuściła pani – wyjaśnia, oddając marker nauczycielce.
Señora przygląda się, przymrużając powieki.
– Jesteś jednym z tych miłych uczniów, co? Proszę, powiedz, że tak.
Chłopak się uśmiecha.
– Jestem jednym z tych miłych.

***

– Manny! Gdzie są te wrapy z sosem buffalo?
Bar sałatkowy wygląda tak, jakby eksplodowała w nim główka czerwonej kapusty.
– Manny?
Musiałam biec, żeby zdążyć na swoją zmianę po lekcjach, przepychając się przez hordy fanów Cubsów, którzy wylewali
się z wagonów czerwonej linii metra. Miło było się przebiec, nie myśleć o niczym innym oprócz upływającego czasu. Teraz
szatkuję warzywa, podczas gdy moje stoliki czekają na zamówienie, a ja rządzę się w kuchni, co daje mi przyjemny przypływ adrenaliny.
– Czy ja mówię do siebie?! – Wyciągam szyję, nie przestając kroić. – Potrzebuję jeden z seitanem i jeden z tofu. A stolik numer sześć chce więcej sosu jarzynowego do bezmięsnego klopsa.
Manny kręci głową i wyciąga z frytownicy koszyk smażonej cukinii.
– Nie rozumiem tych ludzi.
– Nie gadaj, tylko gotuj – mówi Arturo, wchodząc do kuchni przez podwójne wahadłowe drzwi.
Manny mamrocze coś po hiszpańsku i wytatuowaną ręką podkręca głośność muzyki banda, która w moim białym, ignoranckim uchu brzmi tak, jakby zespół mariachi miał dziecko z czeską polką.
Arturo kładzie swoją listonoszkę na blat obok mnie.
– Duży ruch.
– I to jaki – odpowiadam. – Kto by pomyślał, że tylu wegan lubi baseball?
Arturo śmieje się pod nosem i wyciera tłuszcz z okularów rąbkiem swojej kraciastej koszuli.
– Jak było w szkole? – pyta. – Dziś był twój pierwszy dzień po wakacjach, co? – Moja mina mówi więcej niż tysiąc słów. – Ooo, biedna mała Zanny.
– Przestań – odpowiadam z kamiennym wyrazem twarzy, licząc, że powstrzymam tym kolejne wyrazy współczucia. Przesypuję górę kapusty do plastikowego kubełka, który wkładam do baru sałatkowego. – Próbuję tu zaradzić poważnym warzywnym niedoborom. Nie wspominając o katastrofie z bezmięsnym klopsem. Babka przy stoliku numer sześć twierdzi, że jest suchy.
– Ciekawe dlaczego – mamrocze Manny.
Arturo krzyczy, przebijając się przez ryk trąbek:
– WIESZ, ŻE MOGĘ CIĘ ZWOLNIĆ, NIE?!
– Własnego wujka? Litości. Brakuje ci cojones.
Arturo wzdycha z rezygnacją.
– Nigdy nie pracuj z rodziną, Zan.
Schylam się i wyciągam ogórki z pudełka na podłodze.
– Rodzina czy nie, musisz zatrudnić kogoś do pomocy w kuchni. O krojeniu warzyw nie było mowy, gdy zatrudniałeś mnie jako kelnerkę.
– Wiem – mówi Arturo. – Taki miałem zamiar, tylko chyba przyzwyczaiłem się… – Wykrzywia twarz.
– Do czego? – dopytuję.
– Priya zawsze pomagała z krojeniem, gdy miała przestoje w pracy. Mówiła, że to forma medytacji.
Niosę do zlewu naręcze ogórków i odpowiadam burkliwie:
– Dla mnie to forma tortur.
Arturo parska śmiechem.
– Masz rację. Dam ogłoszenie. – Odchrząkuje, gdy wracam do krojenia. – Przepraszam. Nie powinienem był o niej wspominać.
– Nie szkodzi.
Przez moment się waha.
– A skoro już o tym mówimy… – Grzebie w swojej torbie i wyciąga z niej kopertę. – Poczta cały czas zwraca czek z ostatnią wypłatą Prii. Podała mi zły adres albo źle coś zapisałem? Nie wiem. Masz właściwy?
Przełykam gęstą ślinę i wycieram dłonie w fartuch, zanim wyciągnę telefon. Szybko znajduję mail od Prii, który wysłała w czerwcu. Wiem, że nie powinnam, ale i tak go czytam.

Cotygodniowe listy miłosne możesz wysyłać na adres: 418 Bellevue, Santa Monica, mieszkanie C. Paczki żywnościowe mile widziane. Przyślij tort. Mamy jeszcze tydzień, Zan! Tydzień! Ej, czekaj. DLACZEGO NIE JEMY TERAZ TORTU? No dobra, przekonałaś mnie, zaraz u ciebie będę.

Arturo zerka mi przez ramię to na telefon, to na kopertę.
– To ten sam adres, który mi dała – mówi. – Sprawdzę na poczcie. Może potrzebuję jakiegoś dodatkowego kodu pocztowego czy coś. – Nagle marszczy czoło i mierzy mnie wzrokiem.
– Z kim dzisiaj siedziałaś?
Przez chwilę jestem myślami gdzieś indziej, nadal zastanawiając się nad tym, co napisała.
– Co?
– Podczas lunchu. W szkole. Z kim siedziałaś?
– Aha. – Wracam do krojenia ogórków, ale zwalniam, żeby się nie okaleczyć. – Z nikim… Była ładna pogoda. Poszłam posiedzieć pod drzewem.
Kiedy podnoszę głowę, Arturo spogląda mi w oczy na swój dziwny sposób. Mam wrażenie, że zostało mu to po lekcjach improwizacji. On i jego kumple z trupy aktorskiej mają kolektywną podświadomość. Improwizują sceny, reagując na wszystko słowami: „Tak, i… !”. A dodatkowo śpiewają. Publicznie.
Życie Artura to praktycznie mój największy koszmar.
– Nie możesz usiąść z dziewczynami z drużyny? – pyta.
Przestaję kroić i prycham.
– Byłam jedyną trzecioklasistką w reprezentacji. Wszystkie dziewczyny, z którymi grałam, skończyły szkołę. Pozostałe czwartoklasistki w tym roku są…
– Lepsze niż drzewo?
– Są w porządku, ale nic więcej. Poznam je lepiej, kiedy wiosną zacznie się sezon. Zadowolony?
Arturo drapie się po zaroście.
– Chyba będę musiał ograniczyć twoje zmiany.
– Co? – Wykonuję szybki ruch otwartą dłonią.
– Jezu! – krzyczy Arturo.
Patrzę na swoje palce zaciśnięte na rękojeści noża, który złapałam w powietrzu. Jeszcze chwila, a ostrze przebiłoby płócienny mokasyn mojego szefa.
Arturo z rezerwą mierzy mnie wzrokiem.
– Niezły refleks.
– Dzięki – mówię bezgłośnie. – Przepraszam.
– O czym rozmawialiśmy?
– O moich zmianach – przypominam, wciąż nieco oszołomiona. – Tych, których nie możesz mi odebrać. – Zgarniam ogórki do kubełka, czując, jak łomocze mi serce. Przez całe wakacje praca była dla mnie jedynym ratunkiem. To był mój bunkier, moja lisia nora, czy jakakolwiek inna kryjówka, w której można się zaszyć, żeby przestać myśleć. Nie żeby to miejsce było wolne od wspomnień. Zgłosiłyśmy się do pracy razem z Priyą – zostałyśmy zatrudnione w tym samym tygodniu, w którym Arturo został tu menedżerem.
Mnóstwo zmian, pomagania sobie podczas obiadowych godzin szczytu i opowiadania historii o najbardziej ekscentrycznych klientach, kiedy na koniec długiego wieczoru siadałyśmy zmęczone w tych błyszczących lożach. Ale Priya jest też w domu. Jest w szkole, na plaży, na każdym spacerze po okolicy. W restauracji nie ma przynajmniej czasu na rozmyślania. Bo w restauracji trzeba się zająć cukinią, gazpacho i wrapami z seitanem.
– Brałaś każdą zmianę, którą zaproponowałem ci w wakacje – mówi Arturo. – Nigdy nie miałaś żadnych planów! Nie mogę ci tego ułatwiać. Jesteś za młoda, żeby zostać odludkiem.
– Słuchaj. Możemy…? – Ocieram czoło nadgarstkiem. – Mam roboty po uszy.
Arturo wkłada rękawiczki i wzdycha.
– Masz rację. – Pokazuje na nóż. – Daj… Tylko ostrożnie.
– Dzięki, szefie – mówię i odchodzę, od razu zaczynając myśleć o całej liście rzeczy do zrobienia. Zerkam na swoje stoliki przez szczelinę pomiędzy dwuskrzydłowymi drzwiami i w tej samej chwili do środka wchodzi Samantha z kuwetą pełną szczękających naczyń.
– Aua! – Zataczam się w tył, czując pulsujący ból między brwiami.
– O rany! Przepraszam, Zan. – Odwraca głowę w stronę kuchni. – Manny! Daj mi frytki z polenty i burgera z komosy. I tak żeby wszyscy wiedzieli: uczyłam się do trzeciej nad ranem, więc niech nikt mi nie wchodzi w drogę! – Gdy Samantha Yun skończy studia prawnicze, bez wątpienia zostanie prokuratorem stanowym, sędzią federalnym lub jakąś inną hardą prawniczką, która śpi na forsie. Ale jak na razie obie jesteśmy kelnerkami w Wege Joe, a ona jest moją idolką.
– Hej, wszystko w porządku? – pyta, odwracając się z powrotem do mnie.
Pocieram czoło dłonią.
– Tak – odpowiadam, śmiejąc się, choć zdecydowanie nadal cierpię.
Arturo podchodzi do Sam, a ona pozwala mu pocałować się w policzek. Z szacunku odwracam wzrok. Sam nie znosi publicznego okazywania uczuć.
– Zastanowiłaś się nad moją propozycją? – pyta Arturo.
– Nie – odpowiada Sam.
Nadstawiam uszu.
– Jaką propozycją?
– Chcę, żeby przedstawiła mnie swojej mamie – wyjaśnia Arturo, odwracając się do Sam. – To nie fair. U Reyesów rozwijamy ci czerwony dywan, za każdym razem gdy przychodzisz.
Uśmiecham się raz do jednego, raz do drugiego z moich uroczych, sprzeczających się pracowych rodziców, ale Sam tylko przewraca oczami i idzie przygotować sałatkę do barku z warzywami.
– Chcesz zabić moją matkę? – pyta, gdy Arturo idzie za nią, a ja depczę im po piętach. – Chcesz mieć ją na sumieniu?
– Czyli co? – dopytuje Arturo. – Nie ma innej opcji, muszę być Koreańczykiem?
– Koreańczykiem niekoniecznie. – Samantha zatrzymuje się w zamyśleniu nad marchewką pokrojoną w cienkie słupki. – Ale może… pobożnym anestezjologiem? To już by było coś.
Arturo stęka.
– Przynajmniej pozwól jej dać mi szansę. Mogłabyś ją przyprowadzić na któryś z moich spektakli!
Samantha rzuca mi porozumiewawcze spojrzenie – jedno z tych, które sprawiają, że tak ją uwielbiam.
– On naprawdę myśli, że to ją do niego przekona: kiedy moja matka zobaczy bandę facetów w szkockich spódnicach udających gadający statek kosmiczny.
– To była tylko jedna scena – mówi Arturo, wydymając wargi.
Sam nieco spuszcza z tonu i uśmiecha się do niego, zanim rozejrzy się dookoła, jakby próbowała skupić się na pracy.
– Aha, jakaś babka ciągle mędzi, że nie dostała sosu jarzynowego.
– O kurka! – mówię. Biegnę na tył kuchni, żeby samej go nalać, i wypadam przez podwójne drzwi.
– Masz też nowego klienta! – woła za mną Sam. – Reggie. Stolik numer dziewięć.