Piąty wymiar – czym jest? Czy wszechświat to tylko prawa fizyki? Czym jest czas? Jakie są jego granice? I czy istnieje wieczność? A jeżeli nie, to jaki sens ma nasze życie? Niezwykła powieść przygodowa, która w swej głębszej warstwie jest filozoficznym esejem o naturze wszechświata i ludzkiej egzystencji.


Piąty wymiarBohater powieści – Jakub – to zbankrutowany biznesmen, który zgłasza się do tajemniczego eksperymentu. Za udział w nim amerykańska firma FreeYear oferuje duże pieniądze. Ale uczestnik ryzykuje – nie może poznać celu przedsięwzięcia. Musi wyjechać w argentyńskie góry, gdzie przez rok będzie odcięty od rodziny i jakiegokolwiek kontaktu ze światem. W eksperymencie dopuszcza się zabranie ze sobą jednej książki. Czy ma wziąć Biblię, czy książkę o fizyce kwantowej? Wysoko w Andach, w specjalnie wybudowanym bunkrze, Jakub będzie musiał skonfrontować się z nowym doświadczeniem. Zło i seks, które spokojny biznesmen znał przecież ze swojego życia, tu będą dla niego wstrząsającym wyzwaniem.

„Nawet teraz, kiedy mam własną rodzinę i jestem szczęśliwy, czuję czasem, że chciałbym żyć w dwóch osobach, które wiodą całkiem różne życia – powiedział pisarz w wywiadzie dla „styl.pl”. – Myślę, że to poczucie zna wielu z nas. Czasem chcielibyśmy zostawić to, co mamy, i spróbować żyć inaczej. Ale nie możemy, bo to, co mamy, także daje nam satysfakcję. W tym momencie w moim życiu zwycięża rodzina i dom. Pisząc powieści, szukam innego życia”.

Z pozoru „Piąty wymiar” jest powieścią przygodową, ale w głębszej warstwie to filozoficzny esej o naturze wszechświata i ludzkiej egzystencji. Na szczycie Andów Jakub dotyka tytułowego piątego wymiaru. Czym jest? Czy wszechświat to tylko prawa fizyki? Kto go stworzył? Czym jest czas? Jakie są jego granice? I czy istnieje wieczność? A jeżeli nie, to jaki sens ma nasze życie?

„Piąty wymiar” to druga książka Martina Vopěnki (ur. 1963, z wykształcenia fizyka jądrowego, który życie poświęcił powieściopisarstwu), która ukazuje się w Polsce w tłumaczeniu Elżbiety Zimnej. W 2016 roku miała swoją premierę powieść „Podróżowanie z Beniaminem” – książka doczekała się uznania czytelników, nie tylko tych zainteresowanych współczesną literaturą czeską.

Martin Vopěnka
Piąty wymiar
Przekład: Elżbieta Zimna
seria „Stehlík”
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Premiera: 7 maja 2019
 
 

Piąty wymiar


Część pierwsza

1.

Drzwi się zatrzaskują. Helikopter jest gotowy do odlotu. Słońce tkwi wysoko nad ziemią, więc cień maszyny kryjący się pod jej brzuchem jest jedynym cieniem w okolicy. Rozgrzane od silnika powietrze faluje nad żółtymi, brązowymi i czerwonymi kamykami pofałdowanego pustkowia.
Łoskot. Ogłuszający warkot silnika. Odbija się od zwietrzałych skał, aż przychodzi mi na myśl, że się od tego rozsypią. Przecież jedynym dźwiękiem, jakiemu nauczyły się stawiać czoło przez miliony lat, podczas których tutejsze wulkany wygasły i pogrążyły się w ciszy, był pojawiający się niekiedy szum wiatru i jeszcze – raz czy dwa do roku – dudnienie gromu.
Kiedy łoskot przechodzi na wyższy ton, a wirnik zaczyna obracać się coraz szybciej, rosnące w kępach żółte trawy niemal kładą się na ziemi, jakby przestały już być sztywnym i kłującym włosiem wielkiej szczotki ryżowej.
Nagle helikopter odrywa się od ziemi, w ułamku sekundy uświadamiam sobie, że są oni i jestem ja. Oni, którzy wrócą do swoich dziwnych i ściśle tajnych zadań. I ja, który tu zostanę.
Między „oni” a „ja” nigdy nie było znaku równości. Ale w ciągu kilku ostatnich tygodni – kiedy przetransportowali mnie z Buenos Aires do niegościnnej La Riojy, kiedy uczyli mnie mierzyć sobie ciśnienie, robić EKG, wykonywać na specjalnym urządzeniu badanie krwi… kiedy zapoznali z wartością energetyczną posiłków i odbyli ze mną kilka aklimatyzacyjnych wspinaczek, które miały przygotować mnie do przebywania na wysokości od czterech do pięciu tysięcy metrów – chwilami ulegałem złudzeniu, że „ja” to „oni”, że istnieje coś takiego jak „my”. Tylko że oni teraz odlatują, żeby wrócić na wschód. A ja stoję na żółtym żwirze i depczę własny cień – niewtajemniczony i niczego nierozumiejący – wynajęty i sowicie opłacony królik doświadczalny.
Helikopter wisi na wysokości jakichś dwudziestu metrów – jakby nie chciało mu się odlecieć albo jakby był zbyt ciężki.
W tej chwili już wiem, że chcę, aby odlecieli. Bo najgorsze jest czekanie. Całe moje jestestwo jest nastawione na samotność. Kiedy helikopter zniknie, kiedy opadnie kurz, a w powietrzu przestanie rozbrzmiewać huk silnika, nie będzie już nikogo, z kim mógłbym się porównywać w tym bezludnym miejscu wydanym na pastwę pustynnego słońca. Będę tu zupełnie sam.
A teraz naprawdę to się spełnia: helikopter podskakuje jak spłoszony owad i szybko oddala się szeroką doliną, lecąc wzdłuż skał. Dzikie lamy na przeciwległym wzgórzu uciekają w panice – poruszające się punkciki, oddalone ode mnie o kilka godzin marszu. Uświadamiam sobie, że jestem niczym, i ogarnia mnie przygnębienie. Myślę o najbliższych: o mojej żonie Alenie i o dwójce naszych ukochanych dzieci – dziewięcioletniej Babecie i pięcioletnim Gabrielu. Jeżeli chcę dotrzymać warunków umowy (a muszę ich dotrzymać!), nie zobaczę rodziny przez dziesięć miesięcy. Dziesięć niewyobrażalnie długich miesięcy bez osób, dla których jestem w tym miejscu.
Gdybym nie żył przede wszystkim dla nich, gdyby byli mi obojętni, nie podpisałbym tej dziwnej umowy, dzięki której mam dostać dwieście tysięcy dolarów.

2.

Do dziś nie mogę zrozumieć, jak to się mogło stać. Byłem bogaty, a moja firma budowlana znakomicie prosperowała. Co roku jeździłem z rodziną na wakacje nad morze, a podczas ferii zimowych w góry. Jadaliśmy w dobrych restauracjach, kupowaliśmy zdrowe jedzenie, nie oszczędzaliśmy na ładnych przedmiotach. Fakt, że zdołałem moim najbliższym zapewnić dobre życie, nadawał mojemu wysiłkowi sens. Liczyłem na to, że pewnego dnia przestanę pracować i zafundujemy sobie z Aleną jeszcze jedno dziecko. Byłem prawie pewny, że nigdy nie będę musiał martwić się o to, czy wystarczy mi pieniędzy. Prawie pewny, że nigdy nie będę bał się przyszłości.
Ale nagle nastąpił upadek. W ciągu roku popełniłem dwa fatalne błędy, a nieszczęścia dopełniły jeszcze niesprzyjające okoliczności. Zaczęło się od inwestowania w grunty. Kupiłem działki w miejscach, gdzie była planowana budowa obwodnicy Pragi. To miało być długofalowe przedsięwzięcie, a nakłady na nie miały zwrócić się kilkukrotnie.
Pozostałe pieniądze pożyczyłem na wysoki procent znajomemu Rosjaninowi. Wcześniej dwa razy brał ode mnie mniejsze sumy i zawsze wszystko uczciwie spłacał razem z odsetkami. Tym razem pożyczyłem mu kilka milionów.
Na pewno popełniłem błąd, pozbywając się tak wielkiej części kapitału. Ale nawet to nie mogłoby zagrozić moim interesom, gdyby nie upadła firma, która przez wiele lat była moim największym klientem. Z dnia na dzień stałem się bankrutem z niedokończoną budową i niezapłaconymi rachunkami. Moje szanse na wygranie jakiegoś konkursu na nową inwestycję były wątpliwe. I miałem długi u dostawców.
Zacząłem szukać Rosjanina, ale nie mogłem go odnaleźć. Przez pierwsze trzy dni jego telefon jeszcze dzwonił, później odzywało się tylko: „Wybrany numer jest nieosiągalny”.
Wciąż jeszcze nie dopuszczałem do siebie złych myśli. Uspokajałem się, że na pewno pojechał do Rosji i zaraz wróci.
Dni płynęły szybko, a moi wierzyciele naciskali coraz bardziej. Wtedy po raz pierwszy napomknąłem Alenie, w jakiej sytuacji się znalazłem.
Zareagowała wspaniale. O nic nie pytała i nie miała pretensji. Zaproponowała, że sprzeda biżuterię i że zrezygnujemy z wczasów nad morzem. Tylko że to, co powiedziała, zabrzmiało dla mnie jak wyrok śmierci. Wszystko, co do tej pory robiłem (łącznie z ryzykownymi transakcjami) i do czego dokładałem wszelkich starań, miało na celu to, żebyśmy mogli żyć tak, jak żyliśmy. Dlatego powiedziałem jej wtedy, żeby się tym nie przejmowała. Żeby zapomniała o tej rozmowie i kupowała sobie i dzieciom to, co jest im potrzebne.
Zostały mi jeszcze grunty. Skoro Rosjanin zniknął, a pomału zaczęło wychodzić na jaw, że pożyczył większe sumy również od innych, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko spieniężyć działki. Jak na złość akurat wtedy kilka gmin wniosło protesty dotyczące planowanego przebiegu autostrady. Niepewność co do dalszych losów tych terenów obniżyła wartość moich gruntów do jednej trzeciej. Musiałem sprzedać maszyny budowlane, wyposażenie biura, całą firmę. Spłaciłem długi i zostało mi zaledwie pół miliona koron. Każdego dnia popadałem w coraz większą depresję. Zaczął się sezon prac budowlanych. Wcześniej o tej porze roku siedziałem w pracy do późnej nocy. Wtedy żałowałem, że nie spędzam więcej czasu z dziećmi. Że nie biorę Gabriela na rower czy Babety na basen. Teraz mogłem to robić. Ale wszystkie plany i uczucia, tak samo jak zalążki wszelkiego działania, dusiła wciąż ta sama myśl: „Co dalej? Co teraz będzie?”.
Nie mogłem już dłużej udawać człowieka sukcesu. Alena co prawda o nic nie pytała, ale musiała się domyślać, co się dzieje. Zamiast miłosnych nocy pojawiła się cicha samotność. Nie potrafiłem udawać, że wszystko jest w porządku, coraz bardziej zamykałem się w sobie. A jednocześnie mimo tych problemów kochałem ją bardziej niż kiedykolwiek. I strasznie jej potrzebowałem.
Jednak zamiast jakoś tę swoją miłość okazywać, cały czas chodziłem rozdrażniony. A nawet kiedyś nakrzyczałem na nią okropnie i zupełnie niepotrzebnie. Akurat wróciła z miasta z Babetą. Kupiła dwie pary butów. Zapomniałem, że sam ją namawiałem, żeby zachowywała się tak samo jak wcześniej.
– Ile te buty kosztowały? – zapytałem ponuro.
Alena odpowiedziała spokojnie:
– Nie bój się, nie kupiłam najdroższych. Te dla niej kosztowały tysiąc koron, a moje dwa z kawałkiem.
– Aha. Czyli razem ponad trzy tysiące! – wrzasnąłem. – Tak? Ponad trzy tysiące w ciągu jednego dnia! Nie wiesz, skąd ja mam na to brać?
– Zapłaciłam moją kartą – zaprotestowała. – Przecież też zarabiam.
– No jasne! Zarabiasz! – krzyczałem dalej. – Co najwyżej na gadanie przez telefon z koleżaneczkami.
Alena ma swoją dumę. Po moich słowach odeszła w milczeniu. Za to rzuciła się na mnie Babeta:
– Te buty kupiła mi mamusia. Mamusia jest kochana!
Wieczorem przeprosiłem Alenę i wszystko wytłumaczyłem. Nie widziała w tym aż tak wielkich problemów. Uważała, że powinienem po prostu znaleźć sobie pracę, bo z moim doświadczeniem na pewno każda firma chętnie mnie zatrudni. I że będziemy żyć skromniej.
Myśl, że byłbym zwykłym pracownikiem, wprawiała mnie w przerażenie. Przez dwanaście lat byłem sam sobie panem. To ja o wszystkim decydowałem i mówiłem pracownikom, co mają robić. Negocjowałem warunki umów i nikomu nie musiałem pokazywać rachunków. A teraz nagle miałbym stać się małą śrubką wielkiego mechanizmu? Z ustalonymi godzinami pracy? Z ograniczoną długością urlopu? Nie, mój sposób myślenia nie był sposobem myślenia podwładnego. Wręcz przyszło mi do głowy, że lepiej, niż chodzić do pracy, byłoby kraść.

Na początku lata pośredniczyłem w sfinalizowaniu kilku zamówień, które początkowo miałem wykonać. Dzięki temu wakacje przebiegły spokojnie, mimo że zostaliśmy w Czechach.
W mojej głowie w końcu coś się zmieniło. Zacząłem widzieć różne sprawy mniej jednoznacznie niż kiedyś i częściej miałem wątpliwości. „Dlaczego żyjemy, nie mając pojęcia po co? – zastanawiałem się. – Dlaczego istniejemy w centrum kosmosu, który jest tak ogromny i nie da się go ogarnąć rozumem?”
Podczas sierpniowych nocy, kiedy spaliśmy w namiocie na kempingu przy Zbiorniku Lipnowskim, pokazywałem Babecie gwiazdy. Obserwowaliśmy spadające meteoryty, a ona zadawała mi trudne pytania. Po wielu latach musiałem sobie przypominać to, czego się uczyłem, kiedy studiowałem fizykę.
Pod koniec lata zrozumiałem, co powinienem zrobić. Muszę znaleźć coś wielkiego. Coś zupełnie innego niż zwykła praca. Coś, na czym zarobię raz a dobrze.
Okazało się jednak, że nie ma takiego zajęcia. Nie chcieli mnie przyjąć jako marynarza w daleki rejs z powodu braku doświadczenia, a do tego wcale nie proponowali żadnych kokosów; na żołnierza misji zagranicznych byłem za stary i nie miałem przygotowania wojskowego; biura podróży wymagały lepszej znajomości języków obcych…
A później nagle znalazłem ogłoszenie: „Zostań częścią amerykańskiego projektu badawczego. Z Republiki Czeskiej wybierzemy jednego mężczyznę w wieku od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat, który będzie wykonywał odpowiedzialne zadania. Zdobądź wysokie honorarium. W imieniu agencji FreeYear – Howard Lee”.
Zapłonął we mnie płomyczek nadziei. Szybko jednak dopadły mnie wątpliwości: tylko jeden wybrany. Ale z drugiej strony – dlaczego to nie miałbym być ja?

3.

Cisza. Wracam do mojego azylu pod skałą. Ruchome panele solarne, ukryte na wzgórzu, są ustawione pionowo. Za pomocą najnowszych zdobyczy techniki utrzymują stałą temperaturę w mieszkalnej pieczarze. Napędzają pompę i zasilają w energię lodówki, żarówki i wszystkie pozostałe urządzenia.
Idę powoli (na szybszy krok nie pozwala rozrzedzone powietrze). I tak mam przyspieszony oddech.
Kilkadziesiąt metrów niżej wypływająca ze źródła woda zmienia się w granatowy potok. Na brzegach rosną wysokie żółte trawy. W miejscu wodopoju zrobiło się błoto, a na jego skraju leży sporo bobków dzikich lam. Oślepia mnie słońce odbite od wody i piasku.
Zatrzymuję się przed wejściem do pieczary. Nie chcę wchodzić. Ta przestrzeń jest zbyt surowa, nie może zastąpić domu. I za bardzo sztuczna, nie daje ukojenia. Wolałbym zostać na zewnątrz, ale słońce pali niemiłosiernie.
Puna. Tak nazywa się otaczającą mnie tutaj formację roślinną, lecz także chorobę, którą wywołuje duża wysokość połączona z silnym promieniowaniem słonecznym. Nawet teraz czuję kłucie w prawej skroni.
Nie wolno mi jednak się poddać. W umowie jest klauzula, że w takim przypadku straciłbym wszystko. Jestem tu dla pieniędzy.

4.

Howard Lee – gładko ogolony i dobrze ubrany, poza tym idealnie banalny młodzieniec – siedział w mikroskopijnym biurze na Dejvicach w Pradze. Również wyposażenie biura było idealnie banalne – zupełnie nic nie korespondowało tu z powagą i rangą zadań, w których miałem brać udział.
Howard zwrócił się do mnie miłym i cichym głosem (mówił amerykańskim czeskim), nie zdradzając najmniejszych oznak emocji. Zaprosił mnie do stołu i dał do wypełnienia czterostronicowy formularz.
Po raz pierwszy miałem ochotę stamtąd wyjść, kiedy wpisywałem liczbę i wiek dzieci. Pomyślałem, że na pewno szukają kogoś bezdzietnego. W miarę wypełniania ankiety mój humor coraz bardziej się pogarszał. W tamtej chwili uznałem czas poświęcony na drogę do Dejvic za zupełnie stracony. Był tam na przykład punkt: „Czy zna się Pan na nawigacji?”, a jeżeli ktoś zaznaczył, że tak, musiał odpowiedzieć na kilka kompletnie dla mnie niezrozumiałych pytań. Albo: „Czy ma Pan jakieś szczególne przygotowanie wojskowe?”, „Czy służył Pan w wojskowych oddziałach specjalnych lub brał udział w zagranicznych misjach wojskowych?”, „Lub w misjach humanitarnych?”, „Czy pracował Pan w dyplomacji?”, „Jakie szczyty górskie Pan zdobył?”, „Czy uprawiał Pan zawodowo sport?”, „Jakimi językami włada Pan biegle?”… I tak dalej.
Zawstydzony i apatyczny dotarłem do ostatniego pytania – czy zgłaszam się do projektu wiedziony chęcią pomocy nauce, żądzą przeżycia przygody, czy dla pieniędzy. Odpowiedziałem szczerze, że dla pieniędzy.
Oddałem ankietę Howardowi, obojętnie wpiął ją do zielonego segregatora pełnego innych wypełnionych formularzy.
– Ty teraz dostaniesz list od nas na różny testy – oznajmił mi swoim amerykańskim czeskim. – Albo nie dostaniesz list dwa tygodnie, to znaczy nie jesteś wybrany.
Podziękowałem i poszedłem odebrać Gabriela z przedszkola. Sam sobie wydawałem się żałosnym i niepełnowartościowym facetem. Następnego dnia poszedłem do pracy w barze nocnym, też z ogłoszenia. Moje samopoczucie trochę się poprawiło, pomyślałem: „Wśród wszystkich kandydatów tylko ja jeden mam wyższe wykształcenie i tylko ja jeden znam, co prawda na poziomie podstawowym, ale za to dwa języki”.
Zacząłem pracować na długie zmiany. To, że nie spędzałem tyle czasu w domu, poprawiło moje relacje z Aleną. Kochaliśmy się pierwszy raz od dawna, szeptałem jej przy tym do ucha, że bardzo jej potrzebuję i że jestem szczęśliwy, że ją mam.
Wydawało się, że nasze życie będzie się toczyć normalnym rytmem. Wtedy nadszedł list. Agencja FreeYear – Howard Lee. Nie wierzyłem własnym oczom. Miałem się zgłosić ósmego października na testy sprawności fizycznej w kompleksie sportowym Děkanka na Dejvicach. Ze sportowym obuwiem i dresem.
Opadły mnie jeszcze większe wątpliwości niż wcześniej. Tym razem dotyczyły nie mnie, tylko agencji FreeYear. „Pewnie to wszystko jakieś oszustwo – pomyślałem. – Będą udawać, że każdego wybrali, a następnie oznajmią, że trzeba wpłacić kaucję tysiąc dolarów. A później już nikt ich nie znajdzie”. Ale mimo to poszedłem w sobotę pobiegać i poćwiczyć. Chciałem być przygotowany.
W środę, ósmego października, włożyłem lekkie sportowe ubranie i z wyprzedzeniem czasowym ruszyłem samochodem na Děkankę. Dotarłem do celu pół godziny wcześniej. Grupki dzieci i młodzieży szkolnej krążyły tam i z powrotem, na boiska i z boisk, przemknąłem między nimi na stadion lekkoatletyczny. Howard stał ze stoperem przy tartanowej bieżni. Obserwował wysokiego wysportowanego mężczyznę, który lekkim krokiem obiegał obiekt. Kiedy Howard mnie zauważył, z irytacją machnął ręką, żebym stamtąd poszedł. Zrozumiałem, że kandydaci nie powinni się poznać. Zgryźliwie to sobie podsumowałem: „Nieźle wymyślone”.
Zaczekałem w samochodzie na parkingu. Za dziesięć trzecia wyszedł ze stadionu mój poprzednik. Kusiło mnie, żeby podbiec do niego i podzielić się wątpliwościami. Ale zatrzymała mnie myśl: „A jeśli? A jeśli to nie jest oszustwo? A jeśli to mnie wybiorą?”.
– Ty taki niecierpliwy – przywitał mnie Howard przyjaźnie.
Uśmiechnąłem się przepraszająco i bez ociągania przystąpiłem do testów. Udało mi się sześć razy podciągnąć na drążku – jak na mnie niezły wynik, ale wiedziałem, że są tacy, którzy podciągną się na przykład dwadzieścia razy. Podniosłem nad głowę sześćdziesiąt pięć kilogramów. W skoku z miejsca osiągnąłem dwa trzydzieści – z tego byłem dumny. A przez dwadzieścia minut przebiegłem dwa tysiące sześćset osiemdziesiąt metrów.
– Macie jakieś tabele punktujące? – próbowałem się dowiedzieć.
Ale Howard nie odpowiedział.
– Jak ty dostaniesz jeszcze list, to my zainteresowani na współpraca.