“Wąż z Essex” to literacki fajerwerk, powieść o niepokornych apetytach, w której na mokradłach splatają się pożądanie i wiara, lecz prawdziwym cudem okazuje się przyjaźń.


Wąż z EssexLondyn, rok 1893. Po śmierci despotycznego męża Cora Seaborne rozpoczyna nowe życie z uczuciem ulgi, ale i głębokiego smutku.

Cora i jej syn Francis – chłopiec ekscentryczny i zamknięty sobie – wyjeżdżają ze stolicy do Essex z nadzieją, że czyste powietrze i otwarta przestrzeń przyniosą ukojenie. Na miejscu dociera do nich plotka, że mityczny Wąż z Essex, który w przeszłości miał ponoć panoszyć się po mokradłach, siejąc śmierć, teraz powrócił do przybrzeżnej parafii Aldwinter.

Cora, zapalona naturalistka-amatorka, nie ma cierpliwości do przesądów: jest zachwycona, i przekonana, że bestia może się okazać przedstawicielem nieodkrytego dotąd gatunku. Rusza tropem tajemniczego stworzenia.

Wtedy poznaje Williama Ransome’a, pastora w Aldwinter, który również nieufnie odnosi się do pogłosek. Jego zdaniem jednak plotki o wężu tylko odciągają mieszkańców od prawdziwej wiary. Pastor stara się uspokoić parafian.

Jednocześnie Will i Cora budują intensywną relację: choć różni ich absolutnie wszystko, coś ich do siebie nawzajem nieubłaganie ciągnie, a zarazem od siebie odpycha. Wywrą na siebie wpływ, który dla obojga okaże się zaskoczeniem.

“Wąż z Essex” jest pochwałą miłości w jej najprzeróżniejszych postaciach.

***

To powieść, którą trzeba się rozkoszować: błyskotliwe i ujmujące dzieło wyjątkowo utalentowanej autorki.
Sarah Waters

Literacki fajerwerk, powieść o niepokornych apetytach, w której na mokradłach splatają się pożądanie i wiara, lecz prawdziwym cudem okazuje się przyjaźń. Sarah Perry posiadła rzadki dar przedstawiania w prozie nieprzedstawialnego, co znaczy: oto pisarka, która rozumie życie.
Jessie Burton

“Wąż z Essex” mnie zachwycił. To książka tajemnicza, intymna i mądra, wspaniała powieść o mechanizmach życia, miłości i wiary, o nauce i religii, sekretach, tajemnicach oraz skomplikowanych i niespodziewanych zmianach uczuć. Chyba nie czytałam piękniejszych opisów miejsc i przyrody. Wąż z Essex jest tak dobry, że strony powieści wydają się świecić dziwnym blaskiem. Kiedy tylko skończyłam, od razu zaczęłam czytać od początku.
Helen MacDonald

Zastanawiam się, czy gdyby Charles Dickens i Bram Stoker połączyli siły, żeby napisać wielką powieść wiktoriańską, rezultat przewyższyłby Węża z Essex? Nie mam wątpliwości, że Sarah Perry po wydaniu zaledwie dwóch powieści, jest dziś w gronie najciekawszych autorek i autorów brytyjskich.
John Burnside

Sarah Perry urodziła się w hrabstwie Essex w 1979 roku. Była stypendystką Biblioteki Gladstone’a oraz laureatką stypendium rezydencjalnego w Pradze. Jej pierwsza powieść “After Me Comes the Flood” otrzymała nominację do Guardian First Book Award oraz Folio Prize i zdobyła East Anglian Book of the Year Award w 2014 roku. “Wąż z Essex”, jej najnowsza powieść, stała się bestsellerem, książką roku sieci Waterstones oraz zdobywczynią tytułu książki roku oraz najlepszej prozatorskiej książki roku British Book Awards 2017. Otrzymała kolejnych osiem nominacji, w tym do Costa Novel Award 2016 i Bailey’s Women’s Prize for Fiction 2017. Książki autorki są tłumaczone na piętnaście języków, a eseje i prozę transmitowały rozgłośnie BBC Radio 4 i RTE 1. Sarah Perry pisuje recenzje dla „Guardiana” i „Financial Timesa”.

Sarah Perry
Wąż z Essex
Przekład: Adam Zdrodowski
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 17 kwietnia 2019
 
 

Wąż z Essex


NOC SYLWESTROWA

W zimnym świetle księżyca w pełni brzegiem Blackwater przechadza się młody człowiek. Spijał stary rok do dna, aż oczy nabiegły mu krwią i zbuntował się żołądek, a on sam zmęczył się gwarem i jasnymi światłami.
– Przejdę się tylko nad wodę – powiedział i pocałował najbliższy policzek. – Wrócę, nim wybije północ.
Właśnie spogląda na wschód, w stronę opadającej fali, ku ujściu rzeki, ciemnemu i ospałemu, i na białe mewy skrzące się na wodzie.
Panuje chłód – mężczyzna odczuwałby go, gdyby nie morze piwa, które w siebie wlał, i niezawodny gruby płaszcz. Kołnierz uwiera w kark, jest duszno, mąci mu się w głowie, czuje suchość w ustach. Szybka kąpiel – myśli – to mnie ocuci; idzie ścieżką i staje nad brzegiem, gdzie strumienie, uśpione głęboko w ciemnym błocie, wyczekują przypływu.
– „Kielichy wznieśmy jeszcze raz” – śpiewa ciepłym kościelnym tenorem; śmieje się, ktoś odpowiada mu śmiechem. Rozpina płaszcz, rozchyla poły, lecz to za mało: chce poczuć zimny dotyk wiatru na skórze. Zbliża się do wody i wystawia język, by skosztować słonego powietrza: Tak, szybka kąpiel – myśli i zrzuca płaszcz w błoto. Przecież próbował tego wcześniej, jako chłopiec, w wesołym towarzystwie: odważne szaleństwo kąpieli o północy, gdy stary rok umiera w ramionach nowego. Jest odpływ – wiatr ucichł – Blackwater nie kryje niebezpieczeństw; dajcie mu szklankę, a wypije do dna, z solą i muszlami, ostrygami i wszystkim.
Jednak coś zmienia się wraz z ruchem fal lub wiatrem: tafla wody się porusza, mężczyzna podchodzi bliżej – ma wrażenie, że pulsuje i drga, a potem wygładza się i nieruchomieje; następnie wibruje w konwulsjach, jak gdyby wzdragała się przed dotykiem. Robi kilka kolejnych kroków, jeszcze nie czuje strachu; mewy jedna po drugiej zrywają się do lotu, ostatnia wydaje strwożony okrzyk.
Nagle czuje zimę – jak cios w kark – zimno przenika przez koszulę i wchodzi w kości. Ani śladu przyjemnego rauszu; stoi teraz niepocieszony w ciemności – szuka płaszcza, lecz chmury przysłoniły księżyc i mężczyzna nie widzi nic. Mroźne powietrze kłuje i szczypie skórę; błoto pod stopami w jednej chwili staje się mokre, jak gdyby coś wyparło masę wody z rzeki. To nic takiego, to nic – myśli, rozgląda się i próbuje odnaleźć w sobie odwagę; tymczasem to znów nadchodzi: chwila, gdy wszystko dziwnie nieruchomieje, jak na fotografii, po czym następują nerwowe arytmiczne poruszenia, całkiem inne niż te, kiedy księżyc szarpie fale w czasie przypływów i odpływów. Zdaje mu się, że widzi – pewny jest, że widzi – powolny ruch czegoś ogromnego, zgarbionego, pokrytego twardymi, złowieszczymi łuskami, które chlupoczą w wodzie; po chwili wszystko ustaje.
Mężczyzna stoi w ciemności i zaczyna się bać. Tam coś jest, on to czuje, coś, co spokojnie czeka – nieustępliwe, potworne, zrodzone w wodzie, z okiem bezustannie skierowanym na niego. Uśpione czaiło się w głębinach, a teraz wychynęło na powierzchnię; wyobraża sobie, jak pruje fale i łapczywie węszy. Ogarnia go trwoga – serce przestaje bić – w jednej chwili został oskarżony, skazany i ukarany: jakimż jest grzesznikiem – w jego wnętrzu tkwi czarna pestka! Czuje się obrabowany, pozbawiony wszelkiego dobra, nie ma nic na swoją obronę. Patrzy w stronę czarnej toni Blackwater i znów to dostrzega – coś przecina powierzchnię, zanurza się – tak, tkwiło tam cały czas, czekało i wreszcie go znalazło. Odczuwa dziwny spokój; przecież sprawiedliwości musi stać się zadość, a on dobrowolnie przyznaje się do winy. Jest skrucha, nie ma odkupienia, czyli dokładnie to, na co zasługuje.
Wtedy jednak zrywa się wiatr, rozgania chmury i księżyc nieśmiało pokazuje swe oblicze. Światło jest oczywiście słabe, ale przynosi pociechę; w jego blasku mężczyzna dostrzega swój płaszcz – leży mniej niż jard od niego, ubłocony na dole. Mewy wracają nad wodę, a on nagle czuje się niedorzecznie. Ze ścieżki przebiegającej gdzieś ponad nim dobiega śmiech – dziewczyna i chłopak w odświętnych strojach; młodzieniec macha i woła:
– Tu jestem! Tu jestem!
On zaś mówi w myślach: A ja jestem tutaj – na mokradłach, lepiej mu znanych niż własny dom. Woda wzbiera i nie ma się czego bać. Potworne! – myśli mężczyzna i natrząsa się z siebie, oszołomiony odroczeniem wyroku, jak gdyby głębia mogła skrywać coś oprócz śledzi i makreli!
W odmętach Blackwater nie kryje się nic strasznego, a on nie ma czego żałować – to była tylko chwila zagubienia w ciemności, i o wiele za dużo piwa. Woda wychodzi mu na spotkanie i znów jest jego starą, dobrą znajomą; by to udowodnić, podchodzi bliżej, zanurza buty, rozpościera ramiona:
– Tutaj jestem! – krzyczy. Odpowiadają mu mewy. Tylko szybka kąpiel – myśli – „za dawny, bracie, czas”. Śmieje się i wyswabadza z koszuli.
Wahadło przechyla się ze starego roku w nowy, a ciemność spowija powierzchnię głębiny.

I
DZIWNE WIEŚCI Z ESSEX

STYCZEŃ
1

Ponury dzień, godzina pierwsza, w obserwatorium astronomicznym Greenwich spadła kula czasu. Południk zerowy został skuty lodem, lód lśnił na takielunku szerokich barek na ruchliwej Tamizie. Szyprowie notowali godzinę i poziom wody i stawiali czerwonobrunatne żagle na północno-wschodni wiatr; ładunek żelaza płynął do odlewni w Whitechapel, gdzie dzwony brzmiały na kowadłach, jak gdyby kończył się czas. Za murami więzienia w Newgate skazańcy odliczali dni, a filozofowie w kawiarniach na Strandzie marnotrawili swoje; tracili je ci, którzy pragnęli, by przeszłość pozostała teraźniejszością, i nienawidzili ich ci, którzy chcieli, by teraźniejszość odeszła w przeszłość. „Pomarańcze i róże” – biły dzwony na górze, a dzwon w Westminsterze milczał jak grób.
Czas to pieniądz na Giełdzie Królewskiej, gdzie mężczyźni każdego popołudnia żegnają się z nadzieją, że da się wielbłądy przeprowadzić przez ucho igielne, a w biurach towarzystwa ubezpieczeń Prudential potężne koło zębate głównego zegara posłało impuls elektryczny do dwunastu pomniejszych zegarów, które odegrały melodie. Urzędnicy podnieśli wzrok znad ksiąg, by po chwili znów się w nich zatopić. Na Charing Cross Road czas zamienił swe rydwany na omnibusy i dorożki mknące w rączych formacjach, a na oddziałach szpitali Świętego Bartłomieja i Royal Borough ból rozciągał minuty w godziny. W kaplicy metodystów Wesleya śpiewano Zapada się piach dni i chciano, by zapadał się szybciej, a nieopodal topniał lód na grobach cmentarza Bunhill Fields.
W towarzystwach prawniczych Lincoln’s Inn i Middle Temple prawnicy wpatrzeni w kalendarze liczyli przedawnione sprawy; w pokojach w Camden i Woolwich czas okrutnie obchodził się z kochankami, którzy głowili się, jak mogło tak szybko zrobić się tak późno, choć z biegiem dni łagodnie traktował ich cielesne rany. W całym mieście na tarasach i w kamienicach, w wytwornym towarzystwie, w najpodlejszej kompanii i pośród klasy średniej czas trawiono i trwoniono, oszczędzano i chciano unicestwić; a przez cały dzień padał lodowaty deszcz.
Stacje metra Euston Square i Paddington przyjmowały pasażerów jak płynną masę, która po zmieleniu i obróbce trafia do form. W zmierzającym na zachód pociągu Circle Line przerywane, to gasnące, to zapalające się światła pokazały, że „The Times” nie przyniósł dziś radosnych wieści, a w korytarzu z czyjejś torby wysypały się poobijane owoce. Płaszcze przeciwdeszczowe pachniały deszczem; wśród pasażerów siedział skulony za postawionym kołnierzem doktor Luke Garrett i odtwarzał z pamięci budowę ludzkiego serca.
– Lewa komora, prawa komora, superior vena cava – wymieniał, odliczając na palcach, z nadzieją, że owa litania wyciszy jego niespokojne serce. Jakiś współpasażer zerknął na niego skonfundowany i odwrócił się ze wzruszeniem ramion. – Lewa komora, prawa komora – wymamrotał Garrett; choć przywykł do badawczych spojrzeń nieznajomych, wolał ich bez potrzeby nie przyciągać.
Skrzat – tak go nazywano, bo rzadko kiedy sięgał innemu mężczyźnie wyżej niż do ramienia i chodził w nieustępliwy, sprężysty sposób, tak że zdawało się, iż lada moment da susa wprost na czyjś parapet. Nawet płaszcz nie mógł zatuszować nieposkromionej energii tego człowieka. Czoło mężczyzny było masywne, wystawało nad oczami, jak gdyby nie mogło pomieścić skali i siły jego intelektu. Długa czarna grzywka przypominała skrzydło kruka, pod którym czaiła się para ciemnych oczu. Doktor Garrett, trzydziestodwuletni chirurg o nienasyconym, nieposłusznym umyśle.
Światła zgasły i rozbłysły na nowo, Garrett zbliżał się do celu. Za niecałą godzinę powinien stawić się na pogrzebie pacjenta i chyba nikt nigdy nie wkładał żałobnego stroju z lżejszym sercem.
Michael Seaborne zmarł przed sześcioma dniami na raka gardła; wcześniej z równą obojętnością znosił wyniszczającą go chorobę, jak i wysiłki lekarza. Jednakże w tej chwili myśli Garretta nie krążyły wokół zmarłego, lecz wdowy, która (pomyślał z uśmiechem) być może właśnie teraz rozczesywała swoje niesforne włosy lub zauważyła brak guzika przy czarnej sukni.
Nigdy nie widział żałoby dziwniejszej niż żałoba Cory Seaborne – jednak już podczas pierwszej wizyty w domu na Foulis Street doktor wyczuł coś dziwnego. W wysokich pokojach panowała atmosfera ciągłego niepokoju, który wydawał się niepowiązany z chorobą. W tym okresie pacjent czuł się jeszcze w miarę dobrze, choć musiał nosić fular pełniący jednocześnie funkcję bandaża. Nieodmiennie zakładał fular jedwabny i jasny, często lekko poplamiony: trudno sobie wyobrazić, by taki pedant jak Seaborne nie zauważył plam. Luke podejrzewał, że pan domu chciał, by jego goście czuli się nieswojo. Dzięki szczupłej sylwetce Michael Seaborne sprawiał wrażenie wysokiego.
Mówił tak cicho, że należało podejść blisko, żeby usłyszeć jego syczący głos. Był uprzejmym człowiekiem. Na opuszkach jego palców widniały niebieskie plamy. Zniósł pierwszą wizytę lekarza ze spokojem, ale odmówił poddania się operacji.
– Zamierzam zejść z tego świata tak, jak nań przyszedłem – powiedział i pogładził jedwab na szyi. – Bez blizn.
– Nie ma potrzeby cierpieć – odparł Luke, który zauważył, że pacjent nie oczekiwał pocieszenia.
– Cierpieć! – Widać było, że ta myśl ewidentnie go rozbawiła. – Bardzo pouczające doświadczenie, bez dwóch zdań. – Następnie dodał, jak gdyby ta myśl naturalnie wynikała z poprzedniej: – Czy poznał pan już moją żonę?
Garrett często wspominał swoje pierwsze spotkanie z Corą Seaborne, choć trzeba dodać, iż nie należy zbytnio ufać jego wspomnieniu, gdyż ukształtowały je późniejsze wydarzenia. Cora zjawiła się w tamtej chwili jak gdyby na wezwanie. Przystanęła na chwilę, by przyjrzeć się gościowi. Później przeszła po dywanie, nachyliła się, by złożyć pocałunek na czole męża, po czym stanęła za jego krzesłem i wyciągnęła dłoń.
– Charles Ambrose twierdzi, że jest pan jedynym lekarzem, któremu można zaufać. Pokazał mi pański artykuł o życiu Ignaza Semmelweisa; jeśli operuje pan tak dobrze, jak pisze, będziemy żyć wiecznie.
Garrett nie potrafił się oprzeć tak niewymuszonemu pochlebstwu, roześmiał się więc tylko i nachylił ku wyciągniętej dłoni. Mówiła niskim głosem, choć niezbyt cicho, i z początku wydawało mu się, że rozpoznał akcent nomady, kogoś, kto nigdy nie osiada w jednym kraju. Okazało się jednak, że Cora przeciągała niektóre spółgłoski, by zatuszować drobną wadę wymowy. Ubrała się skromnie i na szaro, lecz materiał spódnicy mienił się jak gołębia szyja. Była kobietą wysoką, choć nie smukłą, o oczach szarych jak jej strój. W kolejnych miesiącach Garrett zaczął rozumieć naturę niepokoju, który unosił się w powietrzu na Foulis Street wraz z zapachami sandałowca i jodyny. Michael Seaborne emanował złą energią, nawet kiedy cierpiał najdotkliwszy ból, i nie wynikało to bynajmniej z władzy, jaką miał nad innymi z racji swej choroby. Jego żona wiecznie czekała w pogotowiu, z chłodnym okładem lub dobrym winem, zawsze gotowa nauczyć się robienia zastrzyków; można by pomyśleć, że zna na pamięć cały podręcznik powinności kobiety. Garrett nie dostrzegł jednak nawet cienia czułości pomiędzy Corą a jej mężem. Czasem doktor podejrzewał, że pani Seaborne wręcz pragnie, by ten ulotny płomień świecy zgasł – niekiedy obawiał się, że gdy będzie napełniał strzykawkę, Cora odciągnie go na stronę i poprosi: „Proszę dać mu trochę więcej – choć odrobinę więcej”. Kiedy się nachylała, by ucałować tę twarz umęczonego świętego, robiła to ostrożnie, jak gdyby z obawą, że mąż uniesie się z łóżka i w swej złośliwości wykręci jej nos. Najmowano pielęgniarki, by przemywały i opatrywały jego rany oraz zmieniały pościel, lecz te wytrzymywały najwyżej tydzień; ostatnia (pobożna Belgijka) wyszeptała w korytarzu do Luke’a: – Il est comme un diable![1], i pokazała nadgarstek, na którym jednakże nie widniały żadne ślady ni rany. Jedynie bezimienny pies – oddany, wyliniały, trzymający się zawsze blisko łóżka – nie bał się swojego pana, a może tylko się do niego przyzwyczaił.
Z czasem Luke Garrett przywykł do Francisa, czarnowłosego małomównego syna Seaborne’ów, i do Marthy, jego niani, która często stawała przy Corze i obejmowała ją w pasie zaborczym gestem, czego Luke nie lubił. Po pobieżnych oględzinach pacjenta (cóż można, koniec końców, poradzić?) Cora zabierała Luke’a, by pokazać mu skamieniały ząb, który właśnie przysłano, lub by wypytać go szczegółowo o jego ambicje związane z rozwojem kardiochirurgii. Stosował na niej hipnozę i opowiadał, jak niegdyś używano jej na froncie, by ułatwić amputację kończyn żołnierzy; rozgrywali partie szachów, co doprowadziło Corę do poczucia rozżalenia, gdy dostrzegła, że przeciwnik zmobilizował wszystkie swe siły przeciwko niej. Luke zdiagnozował u siebie miłość, nie szukał jednakże lekarstwa na tę przypadłość.
Cały czas czuł zgromadzoną w niej energię, która tylko czekała, by się uwolnić; wyobrażał sobie, że gdy wypełnią się dni Michaela Seaborne’a, stopy Cory będą krzesać błękitne iskry na trotuarze. Koniec nadszedł, a Luke czuwał przy pacjencie, gdy ten wydawał ostatnie tchnienie – głośne, pełne wysiłku, jak gdyby w tej chwili mężczyzna porzucił ars moriendi i pragnął jedynie żyć choćby chwilę dłużej. Nie zmieniło to jednak Cory: ani nie rozpaczała, ani nie okazała ulgi; raz tylko jej głos się załamał, gdy donosiła, że psa też znaleziono martwego, lecz trudno orzec, czy chciała się zaśmiać czy zapłakać. Po tym, jak Garrett podpisał akt zgonu, a ciało Michaela Seaborne’a zabrano, lekarz nie miał zasadnego powodu, by powracać na Foulis Street; budził się jednakże każdego poranka z tym jednym pragnieniem w sercu, a kiedy stawał przed żelazną bramą posesji, okazywało się, że się go oczekuje.