Lata osiemdziesiąte. Saint Louis, wyimaginowane dwudzieste siódme pod względem wielkości miasto w USA, które w znacznej mierze przypomina to prawdziwe, leżące nad rzeką Missisipi. Miasto obciążone mitem amerykańskiego snu i powiązanych z nim wartości oraz problemów.


Dwudzieste siódme miastoMartin Probst, wzorowy obywatel, szanowany przedsiębiorca i budowniczy słynnego Gateway Arch, wraz z piękną żoną i piękną córką mieszka na uroczym przedmieściu.

Jednak z chwilą gdy miasto decyduje się zatrudnić na stanowisku komendanta policji charyzmatyczną młodą kobietę z Indii o imieniu Dżammu, jego życie ulega drastycznym zmianom.

Wraz z Dżammu w mieście pojawia się bowiem grupa wpływowych Hindusów o wielkich ambicjach politycznych, którzy zaczynają infiltrować miejskie urzędy. Nowa komendantka szybko zdobywa popularność, zatrudniając rekordową liczbę czarnoskórych w policji i doprowadzając do poprawienia statystyk policyjnej walki z przestępczością.

Niezbędny do realizacji celów nowej komendantki Probst staje się obiektem jej intryg, a kiedy próbuje się temu przeciwstawić, zaczynają się brutalne naciski…

Jonathan Franzen
Dwudzieste siódme miasto
Przekład: Witold Kurylak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera w tej edycji: 10 kwietnia 2019
 
 

Dwudzieste siódme miasto


Opowiedziana tu historia rozgrywa się około 1984 roku w miejscu bardzo przypominającym St. Louis. Wiele z rzeczywistych publicznych przedsięwzięć, przekonań politycznych i działań zostało przypisanych pojawiającym się w książce postaciom i grupom. Nie należy jednak mylić ich z rzeczywistymi osobami czy organizacjami. Losy i opinie bohaterów są całkowicie wymyślone.

1.

Na początku czerwca komendant policji w St. Louis, William O’Connell, oświadczył, że przechodzi na emeryturę, a następnie miejska rada policji, pomijając kandydatów faworyzowanych przez polityczny establishment miasta, czarnoskórą społeczność, prasę, związek policjantów i gubernatora stanu Missouri, na pięcioletnią kadencję komendanta wybrała kobietę, uprzednio pracującą w policji w Indiach, w Bombaju. Miasto było zbulwersowane, natomiast nominowana kobieta – niejaka S. Dżammu – objęła stanowisko, zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać.
Doszło do tego pierwszego sierpnia. Już czwartego sierpnia w mediach ponownie zrobiło się głośno o subkontynencie indyjskim, kiedy uważany za najlepszą partię w St. Louis kawaler poślubił księżniczkę z Bombaju. Narzeczonym był Sidney Hammaker, prezes Zakładów Browarniczych Hammaker, sztandarowej gałęzi przemysłu w mieście. O pannie młodej mówiono, że jest bajecznie bogata. Gazetowe relacje ze ślubu potwierdzały doniesienia o posiadanym przez nią diamentowym naszyjniku ubezpieczonym na jedenaście milionów dolarów i o tym, że przywiozła ze sobą świtę osiemnastu służących, którzy mieli zostać zatrudnieni w rezydencji Hammakerów w podmiejskiej dzielnicy Ladue. Deszcz rozżarzonych węgielków z weselnego pokazu sztucznych ogni pokrył trawniki w odległości półtora kilometra.
Tydzień później dało się zaobserwować osobliwe zjawiska. Widziano na przykład dziesięcioosobową hinduską rodzinę stojącą na wysepce ulicznej o jedną przecznicę na wschód od Centrum Kongresowego Cervantesa. Kobiety miały na sobie sari, mężczyźni ciemne garnitury, dzieci spodenki gimnastyczne i T-shirty. Na twarzach wszystkich malował się wyraz hamowanej irytacji.
Zanim zaczął się wrzesień, tego typu obrazki stały się elementem codziennego życia w mieście. Hindusów można było zobaczyć, jak kręcą się bez celu po krytym pasażu między budynkami domu towarowego Dillard’s i galerii handlowej St. Louis Centre. Widywano ich, jak rozkładają koce na parkingu przy muzeum sztuki i przygotowują ciepły obiad na prymusie, jak grają w karty na chodniku przy muzeum National Bowling Hall of Fame, oglądają domy wystawione na sprzedaż w Kirkwood i Sunset Hills, robią zdjęcia przed dworcem kolei Amtrak w centrum miasta czy gromadzą się na alei Forest Park wokół podniesionej maski oldsmobile’a delta 88 ze zgaszonym silnikiem. Ich dzieci niezmiennie sprawiały wrażenie dobrze wychowanych.
Wczesna jesień była również porą innego, bardziej znanego w St. Louis gościa ze Wschodu, Zakrytego Proroka z Chorasanu. Grupa przedsiębiorców wyczarowała Proroka w dziewiętnastym wieku, by zbierać fundusze na szlachetne cele. Każdego roku wcielał się w niego inny wybitny obywatel, którego tożsamość zawsze była pilnie strzeżoną tajemnicą, i wraz ze swą bezwyznaniową tajemniczością roztaczał w mieście żartobliwy urok. Napisano o nim:

Prorok Wielki Mokana zasiada na tronie,
Opuszczony welon zakrywa mu skronie,
Na szczyt wyniesiony milionów ślepą wiarą,
Wódz oblicze pod zasłoną srebrzystoszarą
Miłościwie ukrywa przed śmiertelnych wzrokiem,
By ich nie olśnić porażającej brwi widokiem.

We wrześniu padało tylko raz, w dzień parady Zakrytego Proroka. Woda spływała w tuby instrumentów maszerujących orkiestr i przysparzała trębaczom kłopotów z ustnikami. Pompony w rękach dziewcząt więdły, pozostawiając na ich dłoniach farbę, którą rozsmarowywały na czołach, poprawiając włosy. Na paradzie utonęło kilka platform.
W noc balu Zakrytego Proroka, głównego wydarzenia towarzyskiego w roku, wichura zerwała linie wysokiego napięcia w całym mieście. W sali Chorasan hotelu Chase-Park Plaza właśnie zakończono przedstawianie osób, które po raz pierwszy uczestniczyły w tej imprezie, gdy zgasły światła. Kelnerzy pospieszyli z kandelabrami i kiedy zapalono pierwsze z nich, przez salę balową przeszedł szmer zaskoczenia i konsternacji – tron proroka był pusty.
Po Kingshighway, obok supermarketów bez okien i warownych kościołów północnej strony miasta, mknęło czarne ferrari 275. Patrząc z boku, można by dostrzec śnieżnobiałą szatę za przednią szybą, koronę na fotelu pasażera. Prorok jechał na lotnisko. Zaparkowawszy na drodze pożarowej, wbiegł do holu hotelu Marriott.
– Ma pan jakiś problem? – zapytał boy hotelowy.
– Jestem Zakrytym Prorokiem, cymbale.
Zatrzymał się przed drzwiami na najwyższym piętrze hotelu i zapukał. Otworzyła mu wysoka, śniada kobieta ubrana w strój do biegania. Była bardzo piękna. Wybuchnęła śmiechem.
Kiedy niebo nad południowym Illinois zaczęło się rozjaśniać nisko na wschodzie, pierwsze zwiedziały się o tym ptaki. Wzdłuż nadbrzeża rzeki oraz we wszystkich śródmiejskich parkach i na placach drzewa rozświergotały się i zaszeleściły. Był pierwszy poniedziałkowy poranek października. W śródmieściu budziły się ptaki.
Na północ od dzielnicy biurowo-przemysłowej, w miejscu zamieszkanym przez najuboższych, wczesnoporanna bryza niosła woń wypitego alkoholu i nienaturalnego potu, która docierała z alejek, gdzie panował absolutny bezruch; kilka przecznic dalej słychać było zatrzaskiwanie drzwi. Na położonych w centralnej niecce miasta stacjach rozrządowych, pośród brzęczenia uszkodzonych ładowarek i upiornego dygotu siatek ogrodzeniowych, wystrzyżeni na jeża mężczyźni drzemali w wieżach z czworokątną głowicą, a pod nimi przegrupowywał się tabor kolejowy. Wyżej położony teren zajmowały trzygwiazdkowe hotele i prywatne szpitale z ograniczoną widocznością. Dalej na zachód teren stawał się pagórkowaty, a rzędy dorodniejszych drzew łączyły ze sobą osady; nie było to już jednak St. Louis, lecz przedmieścia miasta. Po południowej stronie stały jeden za drugim sześcienne ceglane domy, w których wdowcy i wdowy rzadko wstawali z łóżek. Przez cały dzień nikt nie podnosił tam opuszczonych w innej epoce okiennych żaluzji.
Ale żadna część miasta nie była tak martwa jak centrum. Tutaj, w samym sercu St. Louis, znajdowało się mnóstwo miejsc parkingowych, osłoniętych przed wyjącym huraganem całonocnego ruchu ulicznego na czterech autostradach. Tutaj kłóciły się wróble, a gołębie dziobały jedzenie. Tutaj budynek ratusza, kopia paryskiego Hôtel de Ville z czterospadowym dachem, wznosił się w dwuwymiarowej świetności nad płaskim, pustym kwartałem. Powietrze na głównej arterii, Market Street, było zdrowe. Po obu jej stronach słychać było ptaki, zarówno pojedyncze, jak i cały ich chór – niczym na łące lub w przydomowym ogródku.
Strażniczka tego całego spokoju przez całą noc nie zmrużyła oka. Czuwała na Clark Avenue, ulicy ciągnącej się na południe od ratusza. Na piątym piętrze kwatery głównej policji komendantka Dżammu otworzyła poranną gazetę i rozłożyła ją pod lampą na biurku. W gabinecie wciąż jeszcze było ciemno, a jej postać – zgarbione wąskie ramiona i kościste kolana wystające z podkolanówek oraz niespokojne stopy – przypominała sylwetkę zakuwającej po nocach uczennicy.
Tylko głowa kobiety wyglądała na starszą. Kiedy schylała się nad gazetą, światło lampy podkreślało siwe pasma w jedwabiście czarnych włosach nad lewym uchem. Jak Indira Gandhi, która w ten październikowy poranek wciąż jeszcze żyła i pełniła funkcję premiera Indii, Dżammu miała oznaki asymetrycznej siwizny. Pozwalała urosnąć włosom jedynie na tyle, żeby mogła upiąć je z tyłu. Miała duże czoło, zakrzywiony i wąski nos oraz szerokie wargi, jakby brakowało w nich krwi. Gdy była wypoczęta, w jej twarzy dominowały ciemne oczy, ale tego ranka były zamglone i zapuchnięte. Gładką skórę wokół ust przecinały zaś zmarszczki.
Przewróciwszy stronę dziennika „Post-Dispatch”, znalazła to, czego szukała – swoje zdjęcie, zrobione w jeden z jej dobrych dni. Uśmiechnięta, z ujmującymi oczami. Podpis pod fotografią – „Dżammu: osobiste zaangażowanie” – przywołał na jej twarz ten sam uśmiech. Towarzyszący zdjęciu artykuł autorstwa Josepha Feiga nosił tytuł Wskrzeszenie. Zaczęła czytać.

Choć niewiele osób obecnie o tym pamięta, nazwisko Dżammu po raz pierwszy pojawiło się w amerykańskiej prasie niemal dekadę temu, w 1975 roku. Na subkontynencie indyjskim wrzało po zawieszeniu swobód obywatelskich przez Indirę Gandhi i po tym, jak rozprawiła się z wrogami politycznymi.
Ze sprzecznych, mocno ocenzurowanych raportów publikowanych w zachodniej prasie zaczął wyłaniać się osobliwy obraz wydarzeń w Bombaju. Raporty dotyczyły operacji znanej jako Projekt Puri, przeprowadzanej przez funkcjonariuszkę o nazwisku Dżammu. Wyglądało na to, że policja w Bombaju zajęła się hurtową sprzedażą żywności.
Wówczas operacja ta wydawała się szaleństwem i również dziś sprawia podobne wrażenie. Jednak obecnie, kiedy zrządzeniem losu Dżammu znalazła się w St. Louis w roli komendanta policji, mieszkańcy naszego miasta stawiają sobie pytanie, czy rzeczywiście projekt Puri był aż tak szalony.
W niedawno udzielonym w przestronnym gabinecie przy Clark Avenue wywiadzie Dżammu mówiła o okolicznościach, które doprowadziły do realizacji projektu.
– Zanim pani Gandhi zdecydowała się pominąć drogę konstytucyjną, kraj wyglądał jak Dania rządzona przez Gertrudę, działo się tam naprawdę źle. Ale wraz z wprowadzeniem rządów prezydenckich osoby pracujące w służbach ochrony porządku publicznego, takie jak my, otrzymały szansę, żeby coś z tym zrobić. W samym Bombaju co tydzień zamykaliśmy tysiąc pięćset osób łamiących prawo i konfiskowaliśmy nielegalne towary i pieniądze o wartości trzydziestu milionów rupii. Kiedy po dwóch miesiącach przyszło nam ocenić nasze wysiłki, zdaliśmy sobie sprawę, że prawie nie ruszyliśmy z miejsca – wspominała Dżammu.
Rządy prezydenckie wywodzą się z zapisu w konstytucji indyjskiej pozwalającego w wyjątkowych sytuacjach na przekazanie szerokich uprawnień rządowi centralnemu. Z tego też względu dziewiętnaście miesięcy tych rządów było określanych mianem stanu wyjątkowego.
W 1975 roku jedna rupia stanowiła równowartość około dziesięciu centów amerykańskich.
– W tamtym czasie byłam zastępcą komendanta – powiedziała Dżammu. – Zaproponowałam inne podejście: skoro groźby i aresztowania nie skutkują, może warto spróbować pokonać korupcję jej własną bronią? Dlaczego nie spróbować samemu rozkręcić interes i wykorzystując nasze zasoby i wpływy, doprowadzić do uwolnienia rynku? Wybraliśmy podstawowy towar – jedzenie.
W ten sposób zrodził się projekt Puri. Placki puri to popularne w Indiach przaśne pieczywo smażone na oleju. Pod koniec 1975 roku Bombaj znany był wśród zachodnich dziennikarzy jako jedyne miasto w Indiach, w którym mnóstwo artykułów spożywczych było dostępnych w niezawyżonych cenach.
Nic dziwnego, że Dżammu ściągnęła na siebie uwagę.
Szczegółowo opisany w dziennikach i w tygodnikach „Time” oraz „Newsweek” sposób, w jaki przeprowadziła tę operację, pobudził wyobraźnię policji w naszym kraju. Nikt jednak z pewnością by nie zgadł, że pewnego dnia kobieta ta pojawi się w St. Louis z odznaką komendanta na bluzie i z przydziałowym pistoletem na biodrze.
Dla rozpoczynającej trzeci miesiąc urzędowania pułkownik Dżammu mogłoby się to natomiast wydawać czymś najnormalniejszym na świecie.
– Dobry komendant kładzie nacisk na osobiste zaangażowanie na wszystkich szczeblach organizacji – stwierdziła. – Noszenie pistoletu jest jednym z symboli mojego oddania służbie. Jest to też oczywiście narzędzie śmiercionośnej siły – ciągnęła, rozsiadając się wygodnie w fotelu biurowym.
Otwarty, odważny styl kierowania służbami ochrony porządku publicznego zaskarbił Dżammu dosłownie światowe uznanie. Kiedy sprzeczne interesy różnych frakcji doprowadziły do impasu w poszukiwaniach zastępcy byłego komendanta Williama O’Connella, nazwisko Dżammu pojawiło się jako jedno z pierwszych wymienionych wśród kompromisowych kandydatów. I chociaż nie miała żadnego doświadczenia w zakresie ochrony porządku publicznego w USA, miejska rada policji potwierdziła jej nominację w niecały tydzień po przybyciu Dżammu do St. Louis na rozmowę kwalifikacyjną.
Wielu tutejszych mieszkańców zaskoczyło, że kobieta z Indii spełniła wymogi nabycia obywatelstwa, niezbędnego, żeby otrzymać tę pracę. Jednak Dżammu, która urodziła się w Los Angeles i której ojciec był Amerykaninem, mówi, że zadała sobie wiele trudu, aby zachować obywatelstwo amerykańskie, już od dzieciństwa bowiem marzyła o zamieszkaniu w Stanach Zjednoczonych.
– Jestem zagorzałą patriotką – powiedziała z uśmiechem. – To dosyć powszechne wśród nowo przybyłych, takich jak ja. Cieszę się na myśl o spędzeniu wielu lat w St. Louis. Zamierzam zadomowić się tu na dobre.
Dżammu wypowiada się z lekko brytyjskim akcentem i zdumiewająco jasno. Przy jej delikatnych rysach i wątłej budowie w niczym nie przypomina stereotypowego szorstkiego amerykańskiego komendanta policji. Ale przebieg jej służby robi zupełnie inne wrażenie.
W ciągu pięciu lat od wstąpienia do indyjskiej policji w 1969 roku awansowała na stanowisko zastępcy inspektora generalnego w prowincji Maharasztra. Pięć lat później, w zdumiewająco młodym wieku trzydziestu jeden lat, objęła stanowisko komendanta policji w Bombaju. W wieku trzydziestu pięciu lat jest zarówno najmłodszym we współczesnej historii komendantem policji St. Louis, jak i pierwszą kobietą na tym stanowisku.
Przed wstąpieniem do indyjskiej policji uzyskała licencjat na wydziale elektrotechniki uniwersytetu w Śrinagarze, w Kaszmirze. Zaliczyła też trzy semestry studiów magisterskich z ekonomii na Uniwersytecie Chicagowskim.
– Ciężko pracowałam – powiedziała. – Miałam też wiele szczęścia. Nie sądzę, żebym dostała tę pracę, gdyby nie dobra prasa, którą zyskałam po projekcie Puri. Oczywiście, zawsze głównym problemem było jednak to, że jestem kobietą. Niełatwo było przeciwstawić się pięciu tysiącleciom dyskryminacji płci.
– Dopóki nie zostałam komisarzem, stale ubierałam się jak mężczyzna – wspomniała Dżammu.
Najwyraźniej tego typu doświadczenia odegrały kluczową rolę przy jej wyborze. W mieście stale zmagającym się z łatką „miasta przegranych” niekonwencjonalny wybór miejskiej rady policji wydaje się rozsądny z punktu widzenia public relations. Obecnie to największe miasto w USA, w którym komendantem policji jest kobieta.
Nelson A. Nelson, przewodniczący miejskiej rady policji, uważa, że St. Louis powinno szczycić się wiodącą pozycją w zapewnieniu kobietom dostępu do wysokich stanowisk.
– Jest to akcja wspierania grup dyskryminowanych w pełnym tego słowa znaczeniu – powiedział.
Sama Dżammu zdaje się jednak nie brać pod uwagę tej kwestii.
– Tak, jestem kobietą, bez dwóch zdań – stwierdziła z uśmiechem.
Jako jeden ze swoich głównych celów wymienia zwiększenie poziomu bezpieczeństwa na ulicach. Nie chciała komentować działań poprzednich komendantów w tym zakresie, stwierdziła natomiast, że blisko współpracuje z Ratuszem w celu opracowania kompleksowego planu walki z przestępczością na ulicach.
– Miasto należy wskrzesić, potrzeba tu prawdziwej rewolucji u podstaw. Jeśli uda się nam uzyskać pomoc przedsiębiorców i różnych grup społecznych, jeśli uda się uświadomić ludziom, że jest to ich własny problem, jestem przekonana, że w bardzo krótkim czasie uda się nam przywrócić bezpieczeństwo na ulicach – powiedziała.
Komendantka Dżammu bez obaw ujawnia swoje ambicje. Można podejrzewać, że spotka się z zawistną opozycją we wszystkim, czego się podejmie. Jednak jej sukcesy w Indiach świadczą o tym, że jest potężną przeciwniczką oraz wpływowym politykiem, na którego zdecydowanie należy mieć baczenie.
– Projekt Puri stanowi dobry przykład – zauważyła. – Zastosowaliśmy nowe podejście do sytuacji, która zdawała się beznadziejna. Poustawialiśmy bazary obok wszystkich stacji kolejowych. Poprawiło to nasz wizerunek i podniosło morale. Po raz pierwszy od dziesięcioleci nie mieliśmy problemów z rekrutacją dobrze wykwalifikowanych funkcjonariuszy. Indyjska policja ma opinię skorumpowanej i brutalnej, a wynika to przede wszystkim z braku możliwości werbowania odpowiedzialnych, dobrze wykształconych posterunkowych. Wraz z projektem Puri wszystko zaczęło się zmieniać.
Niektórzy krytycy Dżammu wyrażali obawy, że komendantka policji, przyzwyczajona do bardziej autorytarnej atmosfery w Indiach, może być niewrażliwa na kwestie praw obywatelskich w St. Louis. Charles Grady, rzecznik lokalnej sekcji Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich, w swych wypowiedziach poszedł nawet dalej, nakłaniając do zwolnienia Dżammu, zanim wydarzy się „katastrofa konstytucyjna”.
Dżammu zdecydowanie odrzuca te krytyczne głosy.
– Byłam niezwykle zaskoczona reakcjami tutejszych liberałów – powiedziała. – Podejrzewam, że te obawy wynikają z głęboko zakorzenionego i powszechnego braku zaufania do Trzeciego Świata. Ci ludzie nie zauważają faktu, że system rządowy w Indiach rozwinął się pod dużym wpływem zachodnich ideałów, oczywiście przede wszystkim brytyjskich. Nie dostrzegają różnicy między szeregowymi funkcjonariuszami policji indyjskiej i narodowym korpusem oficerskim, którego byłam członkiem.
– Szkolono nas w duchu tradycji brytyjskiej administracji państwowej. Stawiano nam niesamowicie wysokie wymagania. Stale byliśmy rozdarci między potrzebą wspierania naszych oddziałów i dochowaniem wierności naszym ideałom. Krytycy nie zauważyli, że właśnie dzięki temu konfliktowi stanowisko w Stanach Zjednoczonych stało się dla mnie atrakcyjne. Prawdę mówiąc, kiedy zastanawiam się teraz nad projektem Puri, uderza mnie to, jak bardzo amerykańskie było nasze podejście. Sparaliżowanej i zrujnowanej gospodarce daliśmy zastrzyk surowicy wolnej przedsiębiorczości. Gromadzący zapasy bardzo szybko zauważyli, że ich towary są warte połowę ceny, którą za nie zapłacili. Spekulanci zaczęli prosić się o klientów. Na niewielką skalę osiągnęliśmy autentyczny Wirtschaftswunder – wspomniała Dżammu, nawiązując do powojennego „cudu gospodarczego” w Niemczech.
Czy ta kobieta jest w stanie zdziałać podobne cuda w St. Louis? Obejmując w ostatnich czasach urząd, inni komendanci podkreślali znaczenie lojalności, wyszkolenia i stosowania najnowszej techniki. Według Dżammu kluczową rolę pełnią innowacje, ciężka praca i zaufanie.
– Zbyt długo – powiedziała – nasi policjanci godzili się z myślą, że ich misja polega jedynie na dopilnowaniu, by niszczenie St. Louis przebiegało w jak najbardziej uporządkowany sposób.
– To ogromnie podnosiło morale – dodała sarkastycznie.
Można się było oczywiście spodziewać, że wielu tutejszych policjantów, zwłaszcza tych starszej daty, sceptycznie podejdzie do nominacji Dżammu. Ale już teraz ich nastawienie zaczęło się zmieniać. W komisariatach chyba najczęściej mówi się o niej obecnie w ten sposób: „Ona jest w porządku”.

Po pięciu minutach wywiadu z Josephem Feigiem Dżammu wyczuła docierający spod jej pach zapach potu, zwierzęcy smród stęchlizny. Feig miał nos i nie potrzebował wykrywacza kłamstw.
– Czy Dżammu to przypadkiem nie jest nazwa miasta w Kaszmirze? – zapytał.
– W zimie jest nawet jego stolicą.
– Rozumiem. – Przez kilka długich sekund wpatrywał się w nią nieruchomym wzrokiem. Następnie zapytał: – Jak się pani czuje, zmieniając tak kraj w połowie życia?
– Jestem zagorzałą patriotką – odpowiedziała z uśmiechem. Była zaskoczona, że nie pytał dalej o jej przeszłość. Takie charakterystyki postaci w lokalnej prasie stanowiły nieomal rytuał powitalny w St. Louis, a Feig, starszy redaktor, był powszechnie uznawany za mistrza w pisaniu obszernych artykułów na pierwszą stronę. Kiedy po raz pierwszy pojawił się w drzwiach – w pogniecionej tweedowej marynarce, z tygodniowym zarostem, siwy i zacięty – sprawiał wrażenie tak dociekliwego, że Dżammu aż się zarumieniła. Wyobraziła sobie, że gorzej już być nie może.