“Korekty” to znakomita społeczno-obyczajowa panorama Ameryki ostatniego półwiecza, nagrodzone prestiżową National Book Award, tragikomiczne arcydzieło o upadku rodziny w pełnych powierzchowności czasach.


KorektyPo niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy trójka nieszczęśliwych, skłóconych z życiem ludzi, już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda.

Rozpaczliwie poszukując radości i prawdziwego szczęścia, Enid całym sercem pragnie zrealizować jedno marzenie: zebrać rodzinę w domu na ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia…

***

Prawdziwe dzieło sztuki. Powieść zabawna, elokwentna, wzruszająca – piękno w swej najczystszej postaci.
Elle

Trudno się zaczytywać w powieściach, gdy gatunek ledwo dyszy. Jest jednak pisarz, który postanowił dać mu jeszcze jedną szansę. Arcyczytadło.
Gazeta Wyborcza

Żaden pisarz nie przedstawił tak wyczerpującej panoramy lat 90. – psychologicznej, ekonomicznej, lifestyle’owej – ale największą zaletą tej powieści są postaci, do których z miejsca się przywiązujemy. Nie można się oderwać.
Wysokie Obcasy Extra

Jonathan Franzen – autor bestsellerowej Wolności, powieści 2010 roku w Stanach Zjednoczonych oraz roku 2011 w Polsce, rekomendowanej przez Klub Książki Oprah Winfrey, polecanej przez samego Baracka Obamę. Równie głośna okazała się powieść Korekty, nagrodzona National Book Award. Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się także: Dwudzieste siódme miasto i Silny wstrząs. Jest jednym z najpopularniejszych amerykańskich powieściopisarzy, uznawany przez prasę za spadkobiercę takich tuzów jak: Saul Bellow, John Updike czy Philip Roth.

Jonathan Franzen
Korekty
Przekład: Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 28 września 2016
 
 

Korekty


ST. JUDE

Zimny front nadciągający znad prerii przynosił szaleństwo. Czuło się, że wydarzy się coś okropnego. Słońce wisiało nisko na niebie, mała plamka światła, stygnąca gwiazda. Nieustające podmuchy chaosu. Drzewa niespokojne, temperatura coraz niższa, koniec całej północnej religii przedmiotów. Ani jednego dziecka na podwórzach. Długie cienie na żółknącej trawie. Dęby obsypywały żołędziami domy nieobciążone hipoteką, okiennice dygotały w pustych sypialniach. Zawodzenie suszarki do bielizny, nosowy pomruk odkurzacza do liści, dojrzewanie miejscowych jabłek w papierowej torbie, woń benzyny, którą Alfred Lambert czyścił pędzel po porannym malowaniu wiklinowej sofy.
Trzecia po południu była niebezpieczną porą na tych gerontokratycznych przedmieściach St. Jude. Alfred obudził się w ogromnym niebieskim fotelu, w którym zasnął zaraz po lunchu. Już po drzemce, a najbliższe wiadomości lokalne dopiero o piątej. Dwie wypełnione pustką godziny przypominały mu zatoki, w których dojrzewa infekcja. Z trudem dźwignął się z fotela i stanął przy stole pingpongowym, na próżno nasłuchując Enid.
W domu rozlegał się alarm, słyszalny tylko dla nich dwojga: to dzwonił strach. Dźwięk ów nieco przypominał odgłos wydawany przez te wielkie, ogłaszające alarmy urządzenia przeciwpożarowe, wyposażone w mosiężną czaszę i młoteczek. Ten alarm trwał już od tylu godzin, że Lambertowie przestali odbierać go jako sygnał; stało się z nim to samo co z każdym dźwiękiem, któremu zbyt długo się przysłuchujemy (albo z wyrazem, w który wpatrujemy się tak długo, że zamienia się w ciąg nic nieznaczących liter) – do ich uszu docierały fale dźwiękowe wywołane drżeniem metalowego rezonatora, nic, co można by nazwać czystym dźwiękiem, raczej ciągnąca się w nieskończoność sekwencja perkusyjnych uderzeń, wzbogacona zawodzącym pobrzękiwaniem. Alarm rozlegał się już od tylu dni, iż niemal całkowicie wtopił się w tło. Tylko we wczesnoporannych godzinach któreś z nich budziło się czasem zlane potem, jasno i wyraźnie uświadamiając sobie, że odkąd sięgnie pamięcią, słyszy w głowie natarczywe dzwonienie. Alarm rozlegał się od tylu miesięcy, że przemienił się w jakiś metadźwięk, który narasta i słabnie nie w rytmie kumulujących się lub wzajemnie wygaszających fal dźwiękowych, lecz zgodnie ze znacznie bardziej rozciągniętym w czasie narastaniem i wygaszaniem świadomości jego istnienia. Świadomość ta stawała się szczególnie wyraźna podczas niepewnej albo burzliwej pogody. Wówczas Enid i Alfred – ona na kolanach w jadalni, pochylona nad szufladami, on w piwnicy, przy zdradzieckim stole pingpongowym – czuli, że zaraz chyba eksplodują z niepokoju.
Niepokój kuponów premiowych w szufladzie ze świecami w modnych kolorach jesieni. Kuponów zwiniętych w rulon i spiętych gumką. Enid zauważyła, że ich daty ważności – często zaznaczone czerwonymi obwódkami – minęły lata temu. Że kiedyś warte sześćdziesiąt dolarów (a potencjalnie nawet sto dwadzieścia, jako że supermarket w Christville od czasu do czasu podwajał ich wartość) – teraz zamieniły się w zwykły papier. Sześćdziesiąt centów na opakowaniu tilexa, dolar na pudełku excedrinu…Wszystko to należało już do przeszłości. I to bardzo dalekiej. Dzwonek alarmowy dzwonił od lat.
Wrzuciła rulon kuponów z powrotem między świece i zamknęła szufladę. Szukała listu poleconego sprzed kilku dni. Alfred usłyszał pukanie do drzwi i zaczął wołać „Enid! Enid!” tak głośno, że nie słyszał jej odpowiedzi: „Już idę otworzyć!”. Wołał ją i wołał, zbliżając się coraz bardziej, a ponieważ nadawcą listu była Axon Corporation, 24 East Industrial Serpentine, Schwenksville, Pensylwania, Enid zaś miała nadzieję, że Alfred nie zna pewnych szczegółów dotyczących aktualnej sytuacji Axonu, które zna ona sama, w pośpiechu ukryła list gdzieś w pobliżu drzwi wejściowych, z pewnością nie dalej niż pięć metrów od nich. Wreszcie Alfred wyłonił się z piwnicy, rycząc jak buldożer: „Enid! Ktoś puka do drzwi!”, na co ona prawie krzyknęła: „To był listonosz!”, on zaś pokręcił głową nad złożonością spraw tego świata.
Enid była przekonana, że jej głowa działałaby znacznie lepiej, gdyby nie musiała bez przerwy zaprzątać jej sobie Alfredem. Starała się, jak mogła, a i tak nie potrafiła przywrócić mu zainteresowania życiem. Kiedy mu zasugerowała, żeby ponownie zajął się metalurgią, spojrzał na nią tak, jakby postradała rozum. Kiedy zapytała, czy nie miałby ochoty popracować w ogródku, odparł, że bolą go nogi. Kiedy zwróciła mu uwagę, iż mężowie wszystkich jej koleżanek mają jakieś hobby (Dave Schumpert robił witraże, Kirby Root – budki lęgowe dla ptaków, Chuck Meisner zaś na bieżąco kontrolował wartość swojego pakietu akcji), Alfred zareagował tak, jakby próbowała oderwać go od niezwykle ważnego zajęcia. Ale jakie miałoby to być zajęcie? Odmalowywanie mebli na tarasie? Wiklinową sofą zajmował się chyba od Święta Pracy. Była gotowa przysiąc, że kiedy robił to poprzednio, potrzebował zaledwie dwóch godzin. Teraz codziennie rano zaraz po śniadaniu znikał w warsztacie, lecz kiedy po miesiącu odważyła się tam zajrzeć, żeby sprawdzić, jak sobie radzi, okazało się, że odmalowane są tylko nóżki.
Wyraźnie zależało mu na tym, żeby sobie poszła. Wyjaśnił, że malowanie trwa tak długo, bo pędzel wciąż mu zasycha. I że skrobanie starej wikliny to równie wdzięczne zadanie jak obieranie jagód ze skórki. I że tu są świerszcze. Dalej nie słuchała, ponieważ poczuła, że nie może oddychać – a może sprawiła to woń rozpuszczalnika połączona z panującą w piwnicy wilgocią cuchnącą trochę moczem (chociaż to oczywiście nie mógł być mocz). W każdym razie uciekła na górę i kontynuowała poszukiwania listu.
Dzień w dzień, sześć razy w tygodniu, przez szczelinę w drzwiach sypały się dziesiątki listów, a ponieważ na dole nie mogło się zbierać nic przypadkowego – najważniejszą sprawą związaną z mieszkaniem w tym domu było udawanie, że nikt w nim nie mieszka – Enid musiała rozwiązać poważne problemy natury taktycznej. Działała jak partyzant, chociaż nie myślała o sobie w ten sposób. Za dnia przenosiła nielegalne materiały z kryjówki do kryjówki, niekiedy zaledwie o krok przed siłami rządowymi, nocami natomiast, przy blasku uroczej, ale zbyt słabej lampki we wnęce jadalnej zajmowała się mnóstwem spraw: płaciła rachunki, dokonywała bilansu kont, usiłowała zrozumieć okresowe informacje przysyłane przez Medicare oraz wyjaśnić zagadkę groźnego trzeciego wezwania do natychmiastowego uregulowania rachunku za usługi medyczne w wysokości dwudziestu dwóch centów – tym bardziej tajemniczego, że tuż obok na tej samej kartce znajdowała się informacja o tym, iż bilans rachunku wynosi 0,00, z czego wynikało, że nie są nic winni, a poza tym i tak brakowało adresu lub numeru konta, na które można by wpłacić należność. Całkiem możliwe, że pierwsze i drugie wezwanie walało się gdzieś w domu, lecz Enid nie miała najmniejszego pojęcia, gdzie ich szukać. Przypuszczalnie w szafie w pokoju dziennym, ale siły rządowe – w postaci Alfreda – oglądały właśnie telewizję z maksymalnie podkręconym regulatorem głośności i przy włączonych wszystkich światłach, należało się więc liczyć z możliwością, że gdyby po otwarciu szafy ze środka wysypała się lawina katalogów, czasopism o upiększaniu domów i rozmaitych ulotek, Alfred wpadłby w gniew. Oczywiście istniała także możliwość, że wezwań tam nie będzie, jako że siły rządowe od czasu do czasu dokonywały niespodziewanych „nalotów” na jej skrytki, grożąc usunięciem całej ich zawartości, ona jednak była zanadto zajęta unikaniem tych wrogich akcji, żeby naprawdę wziąć się za porządki, a w rezultacie ciągłych przenosin, migracji i deportacji nic nie zostało nawet z tych śladowych oznak porządku, które przy dużej dozie dobrej woli dało się wcześniej dostrzec. W związku z tym w schowanej za falbanką przeciwkurzową torbie na zakupy z naderwanym uchwytem można było znaleźć żałosną mieszaninę rzeczy składających się na dobytek uciekiniera – zebrane na chybił trafił numery „Good Housekeeping”, czarno-białe fotografie Enid z lat czterdziestych, przepisy kucharskie na pożółkłym papierze zachęcające do korzystania ze zwiędniętej sałaty, bieżące rachunki za gaz i telefon, pierwsze wezwanie do zapłacenia rachunku za usługi medyczne, zawierające prośbę, by ignorować wszystkie kolejne wezwania opiewające na kwotę mniejszą niż pięćdziesiąt centów, zdjęcie z rejsu statkiem wycieczkowym przedstawiające Enid i Alfreda z kwiatowymi girlandami na szyjach, popijających napoje z wydrążonych orzechów kokosowych, albo na przykład ostatnie zachowane egzemplarze aktów urodzenia dwojga ich dzieci.
Chociaż wedle wszelkich pozorów wrogiem Enid był Alfred, to do partyzantki zmusił ją dom, tak bardzo absorbujący uwagę ich obojga. Za szklanymi drzwiami stały krzesła i stoły Ethana Allena. Były tam również stylowe meble Spode’a i Waterforda. Obowiązkowe fikusy, obowiązkowe araukarie. Ułożone w łuk egzemplarze „Architectural Digest” na stoliku do kawy ze szklanym blatem. Turystyczne trofea: emaliowane naczynia z Chin, wiedeńska pozytywka, którą Enid nakręcała od czasu do czasu, kierowana poczuciem obowiązku i litością. Pozytywka grała Strangers in the Night.
Niestety, Enid do prowadzenia takiego domu brakowało temperamentu, Alfredowi zaś – sprawności neurologicznej. Jego okrzyki wściekłości po odkryciu dowodów działań partyzanckich – kolejnej plastikowej torby na zakupy porzuconej na piwnicznych schodach (przecież mógł się o nią potknąć!) – były wrzaskami rządu, który nie potrafił już rządzić. Ostatnio z upodobaniem drukował na swoim wyposażonym w drukarenkę kalkulatorze długie taśmy pokryte pozbawionymi sensu ośmiocyfrowymi liczbami. Po tym, jak poświęciwszy większą część popołudnia na obliczanie składki na ubezpieczenie społeczne sprzątaczki i otrzymawszy cztery różne wyniki, ostatecznie zdecydował się na ten, który powtórzył się dwukrotnie (635,78 $, podczas gdy powinno to być 70,00 $), Enid przeprowadziła atak na jego biurko i usunęła stamtąd wszystkie teczki z wyliczeniami podatkowymi, co z pewnością usprawniłoby funkcjonowanie domowej buchalterii, gdyby nie to, że wszystkie trafiły do kolejnej plastikowej torby na zakupy z kilkoma starymi egzemplarzami „Good Housekeeping” dla niepoznaki, to zaś z kolei doprowadziło do tego, że sprzątaczka samodzielnie wypełniała wszystkie formularze, Enid wypisywała czeki, Alfred zaś tylko kręcił głową nad stopniem skomplikowania tego wszystkiego.
Taki już los większości stojących w piwnicach stołów do ping-ponga, że prędzej czy później zaczynają służyć zupełnie innym, bardziej gwałtownym starciom. Zaraz po przejściu na emeryturę Alfred urządził sobie na wschodnim krańcu stołu miejsce, w którym zajmował się sprawami finansowymi i korespondencją. Na zachodnim końcu stał przenośny kolorowy telewizor, w którym zamierzał oglądać miejscowe wiadomości, siedząc w wielkim niebieskim fotelu, obecnie całkowicie przywalonym egzemplarzami „Good Housekeeping”, puszkami po słodyczach oraz bardzo ozdobnymi, lecz tandetnymi świecznikami, których Enid wciąż nie miała czasu zanieść do komisu. Stół pingpongowy był jedynym miejscem, w którym wojna domowa szalała całkiem otwarcie. Na wschodnich rubieżach kalkulator Alfreda otaczały rękawice kuchenne w kwiaty, pamiątkowe podkładki pod szklanki z Epcot Center oraz drylownica do wiśni – Enid posiadała ją od ponad trzydziestu lat, ale ani razu jej nie używała – na zachodnich natomiast walały się szczątki zniszczonego stroika z szyszek i orzechów.
Na wschód od stołu znajdował się warsztat, w którym mieściło się laboratorium metalurgiczne Alfreda. W warsztacie zamieszkała dość liczna kolonia niemych świerszczy. Wystraszone, rozpraszały się po całym pomieszczeniu niczym garść rzuconych na podłogę kulek, skakały w górę pod zdumiewającymi kątami, a rozdeptane zostawiały nieładne wilgotne ślady, trudne do usunięcia nawet za pomocą dwóch albo trzech jednorazowych chusteczek. Enid i Alfred mieli wiele – ich zdaniem – nadzwyczaj dokuczliwych, poważnych, a wręcz wstydliwych problemów, i świerszcze z pewnością się do nich zaliczały.
Zakurzone przekleństwa i pajęczyny złych uroków grubą warstwą pokrywały stary piec łukowy, słoje z egzotycznym rodem, złowrogim kadmem i krzepkim bizmutem, ręcznie wypisywane etykiety pożółkłe od oparów wody królewskiej, notes w kratkę z ostatnim wpisem dokonanym ręką Alfreda piętnaście lat temu, gdy po raz pierwszy doszło do zdrady. Tuż obok od co najmniej dziesięciu lat leżał zwyczajny, przyjazny ołówek, który jednak z upływem lat nabierał coraz bardziej wrogich cech. Na gwoździu, między dwoma zaświadczeniami patentowymi w popękanych i spaczonych od wilgoci ramkach, wisiały azbestowe rękawice. Obudowę binokularu pokrywała warstwa płatków złuszczonej farby, która spadła z sufitu. Jedynymi niezakurzonymi przedmiotami w pomieszczeniu były wiklinowa sofa, puszka z farbą i pędzle, a także dwie duże puszki po kawie. Na przekór dowodom w postaci roztaczającej się nad nimi woni Enid wciąż nie mogła uwierzyć, że zawierały mocz jej męża, no bo przecież kto sikałby do puszek po kawie, mając zaledwie kilka metrów do łazienki?
Na zachód od stołu pingpongowego stał wielki niebieski fotel, tapicerowany, niemal gubernatorski. Zrobiono go ze skóry, ale pachniał jak wnętrze lexusa – jak coś nowoczesnego, medycznego i nieprzepuszczalnego, z czego kilkoma pociągnięciami wilgotnej chusteczki łatwo usunąć zapach śmierci, żeby zaraz ktoś następny mógł w nim usiąść i umrzeć.
Fotel stanowił jedyny poważniejszy nabytek, jakiego Alfred dokonał, nie pytając Enid o zdanie. Kiedyś pojechała z nim do Chin na konferencję poświęconą budownictwu linii kolejowych i odwiedzili fabrykę dywanów, żeby kupić jakiś do jadalni. Nie przywykli wydawać pieniędzy na swoje zachcianki, w związku z czym kupili jeden z najtańszych dywanów, beżowy, z prostym niebieskim wzorem z Księgi Przemian. Kilka lat później, kiedy Alfred przeszedł na emeryturę po długoletniej pracy w Midland Pacific Railroad, postanowił wymienić stary, cuchnący krową skórzany fotel, w którym oglądał telewizję i ucinał sobie drzemki.
Oczywiście zależało mu na czymś jak najwygodniejszym, lecz po całym życiu spędzonym na zaspokajaniu potrzeb innych łaknął czegoś więcej niż zwykłej wygody: to miał być pomnik wystawiony jego potrzebom. W związku z tym wyruszył zupełnie sam do najdroższego sklepu meblowego w okolicy i wybrał fotel trwały. Fotel inżynierski. Tak duży, że nikł w nim nawet wielki mężczyzna. Fotel stworzony do tego, by przetrwać warunki znacznego obciążenia. Ponieważ niebieska skóra mniej więcej pasowała do niebieskich wzorków na dywanie, Enid nie pozostało nic innego, jak tylko pogodzić się z obecnością tego monstrum w salonie.
Bardzo szybko jednak Alfred zaczął rozsypywać bezkofeinową kawę na beżowe połacie dywanu, pojawiły się plamy po kredkach i owocach porozrzucanych przez wnuki, i Enid nabrała przeświadczenia, że dokonali niewłaściwego wyboru. Nie pierwszy raz popełnili błąd wyłącznie z oszczędności. W końcu doszła do wniosku, że nie powinni byli w ogóle kupować dywanu. Wreszcie, gdy drzemki Alfreda wydłużyły się jeszcze bardziej, zebrała się na odwagę. Przed wielu laty odziedziczyła po matce niewielki spadek. Odsetki powiększały kapitał, akcje zwyżkowały, niezbyt imponująca kwota znacznie się powiększyła. Enid postanowiła zmienić wystrój salonu w ten sposób, żeby dominowały w nim zieleń i żółć. Zamówiła materiały obiciowe, wezwała tapeciarza. Alfred ocknął się z drzemki i zerwał się na nogi jak człowiek, któremu przyśnił się koszmarny sen.
– Znowu coś zmieniasz?
– Za własne pieniądze – odparła Enid. – Mam ochotę wydać je akurat w taki sposób.
– A co z moimi pieniędzmi? Co z tym wszystkim, co za nie kupiłem?
W przeszłości ten argument zawsze odnosił zamierzony skutek, stanowiąc zarazem coś w rodzaju konstytucyjnego fundamentu tyranii, lecz tym razem stało się inaczej.
– Ten dywan ma już prawie dziesięć lat i nigdy nie uda nam się doprać plam po kawie – stwierdziła.
Alfred wskazał na swój niebieski fotel, który pod folią rozłożoną przez tapeciarza wyglądał jak coś ogromnego przywiezionego do elektrowni na ciężarówce z platformą. Dygotał z niedowierzania, że Enid mogła zapomnieć o tym druzgocącym obaleniu jej argumentów, o decydującej przeszkodzie na drodze realizacji jej planów. Siedemdziesiąt lat życia spędzonego na ciężkiej pracy i odmawianiu sobie wszystkiego znalazło rekompensatę w tym co prawda już sześcioletnim, ale w gruncie rzeczy zupełnie nowym meblu. Twarz Alfreda aż promieniała, rozjaśniona blaskiem perfekcyjnej logiki jego rozumowania.
– A co z fotelem? – zapytał. – W takim razie co zamierzasz zrobić z fotelem?
Enid obrzuciła fotel niechętnym spojrzeniem.
– Nigdy mi się nie podobał.
Chyba nic straszniejszego nie mogła do niego powiedzieć. Fotel stanowił jedyną oznakę tego, że Alfred miał jakieś plany dotyczące przyszłości. Słowa Enid sprawiły mu tak wielki ból – zrobiło mu się niezmiernie żal fotela, żal samego siebie – że odsunął folię, zapadł się w jego objęcia i zasnął. (Po tym właśnie rozpoznaje się magiczne miejsca – że ludzie łatwo w nich zasypiają).
Kiedy stało się jasne, że i dywan, i fotel muszą zniknąć, dywanu udało się pozbyć bez najmniejszych problemów. Enid dała ogłoszenie w lokalnej darmowej gazetce i wkrótce do drzwi zastukała drobna, nerwowa kobieta, która wciąż jeszcze popełniała błędy i która wydobyła z torebki nieporządny zwój pięćdziesięciodolarówek, a następnie rozprostowywała je drżącymi palcami.
A fotel? Fotel był pomnikiem, był symbolem, i dlatego musiał pozostać przy Alfredzie. Jedyne, co można było z nim zrobić, to go przemieścić – znalazł się więc w piwnicy, a Alfred razem z nim. Tak oto w domu Lambertów, tak jak w St. Jude i w całym kraju, życie zeszło do podziemia.
Enid słyszała, jak Alfred grzebie na górze w szufladach. Zawsze, kiedy mieli zobaczyć się z dziećmi, wpadał w stan nadzwyczajnego podniecenia. Chyba już tylko to potrafiło wyrwać go z apatii. Za krystalicznie czystymi oknami salonu panował chaos: dął silny wiatr, tańczyły szalone, mroczne cienie. Enid wciąż szukała listu z Axon Corporation i wciąż nie mogła go znaleźć.
Alfred stał w głównej sypialni, zastanawiając się, dlaczego wszystkie szuflady są wysunięte i kto je powysuwał – może on sam? Winą za swoją dekoncentrację nieodmiennie obarczał Enid. Za to, że była jej świadkiem. I za to, że w ogóle istniała, a więc to ona mogła pootwierać szuflady.
– Co robisz, Al?
Odwrócił się w kierunku drzwi.
– Właśnie… – zaczął, lecz natychmiast zawiesił głos, ponieważ zawsze, kiedy ktoś go zaskakiwał, nawet najprostsze zdanie zamieniało się w wędrówkę przez las; jak tylko tracił z oczu jasną polanę, z której wyruszał, uświadamiał sobie, że okruszki, które rzucał na ziemię, żeby potem odnaleźć drogę powrotną, zostały już wydziobane przez ptaki – małe, przebiegłe, milczące, zwinne stworzenia, prawie niewidoczne w mroku, za to tak liczne i ruchliwe, że same zdawały się go tworzyć, jakby mrok nie był jednorodny, nie był brakiem światła, lecz czymś żywym i namacalnym, złożonym z niezliczonych cząsteczek, bo kiedy Alfred we wczesnej młodości zetknął się ze słowem „cząsteczkowy”, to potem przez całe dorosłe życie wyobrażał sobie, iż właśnie w mroku gołym okiem najlepiej dostrzega ową cząsteczkowość, podobną do ziarnistości czułej błony fotograficznej używanej do robienia zdjęć przy słabym oświetleniu, albo do śladów odstręczającego rozkładu; stąd właśnie brała się panika człowieka zagubionego w lesie wypełnionym ciemnością sprowadzoną przez niezliczone roztrzepotane szpaki przesłaniające zachód słońca albo czarne mrówki atakujące martwego oposa, ciemnością, która nie tylko po prostu była, lecz także aktywnie pochłaniała wskazówki, które sobie zawczasu zostawił na wypadek, gdyby stracił orientację; w chwili kiedy sobie uświadomił, że się zgubił, czas w cudowny sposób zwolnił bieg, dzięki czemu Alfred odkrył nieoczekiwane nieskończoności wciśnięte między słowa, a raczej sam wpadł w nie i utknął w nich na dobre, i mógł już jedynie śledzić wzrokiem czas płynący naprzód już bez jego udziału, a bezmyślna chłopięca część jego duszy wciąż biegła na oślep przez las, podczas kiedy on, dorosły Al, obserwował z przedziwnie bezosobowym zainteresowaniem tego chłopca, zastanawiając się, czy mimo wszystko uda mu się dotrzeć do polany, na której czekała na niego Enid, nieświadoma istnienia lasu.
– …pakuję walizkę – usłyszał swój głos.
Brzmiało to całkiem sensownie. Czasownik i rzeczownik. Przed nim rzeczywiście leżała walizka, istotne potwierdzenie jego słów. Niczego nie zdradził.
Ale Enid znowu coś powiedziała. Audiolog stwierdził u niego lekki niedosłuch. Zmarszczył brwi, nie zrozumiał.
– Dzisiaj jest czwartek – powtórzyła głośniej. – Wyjeżdżamy dopiero w sobotę.
– W sobotę! – odpowiedział jak echo.
Zbeształa go, zmierzchowe ptaki rozpierzchły się na chwilę, ale na dworze wiatr zdmuchnął już słońce i robiło się bardzo zimno.