“Klub Domino” to znakomity klasyczny kryminał w wiktoriańskim stylu.


Klub DominoPodczas nocnego przyjęcia w klubie o podejrzanej reputacji dochodzi do tajemniczej śmierci od nieznanej trucizny.

Rozwiązanie zagadki staje się dla władz szczególnie ważne, bo na tym samym balu bawił się zagraniczny następca tronu. Przeprowadzenia śledztwa nie ułatwia fakt, że wszyscy goście przyjęcia mieli na sobie maski i kostiumy karnawałowe.

Policja zwraca się o pomoc do największego autorytetu w dziedzinie trucizn – Franka Tarletona i jego młodego asystenta – doktora Cassilisa.

Z czasem na jaw wychodzą szczegóły, o których uczestnicy balu woleliby nie rozpowiadać. Okazuje się również, że ofiara wcale nie była taka niewinna, a sam Cassilis ma wiele tajemnic do ukrycia przed swoim pracodawcą.

George Allen Upward (20 września 1863 – 12 listopada 1926) – angielski poeta, pisarz, prawnik i polityk. Wydał dwa zbiory poezji: “Songs of Ziklag” (1888) i “Scented Leaves from a Chinese Jar”. Opublikował także przekład “Sayings of Confucious” oraz tom autobiografii “Some Personalities” (1921). Jest także autorem dziś już zapomnianych powieści: The Prince of Balkistan (1895), A Crown of Straw (1896), A Bride’s Madness (1897), The Accused Princess (1900), ”The International Spy: Being a Secret History of the Russo-Japanese War” (1905).

Allen Upward
Klub Domino
Przekład anonimowy
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera w tej edycji: 23 kwietnia 2019
 
 

Klub Domino


1

Wchodziłem właśnie do hallu cichego mieszkania przy porządnej ulicy obok British Museum, gdy z góry, ku memu przerażeniu, rozległ się przytłumiony dzwonek telefonu. Nie miałem pojęcia, czy odzywa się po raz pierwszy, czy też może po raz już drugi lub trzeci. Ostrożnie, jak tylko mogłem najszybciej, zamknąłem za sobą drzwi na zasuwę i zacząłem na palcach skradać się po schodach. Telefon umieszczony był obok mego łóżka, lecz pan Frank Tarleton spał na tym samym piętrze i przenikliwy dzwonek mógłby go obudzić, zanim zdążyłbym wpaść do swego pokoju. Mój gospodarz niewątpliwie wyszedłby, aby sprawdzić, czemu nikt nie odbiera telefonu. Bardzo niewiele więc brakowało, by znakomity lekarz, spotkawszy mnie na korytarzu, przekonał się, że wracam pod dach jego domu o tej porze, gdy światło dzienne zaczyna już zalewać opustoszałe ulice miasta pogrążone we śnie.
Było coś groźnego w tym natarczywym dzwonieniu, które coraz głośniej brzmiało mi w uszach, w miarę jak się zbliżałem. Miałem wrażenie, że ktoś nieznany, orientując się w mojej sytuacji, celowo naraża mnie na przykrości. Złapałem więc za poręcz i popędziłem schodami, które wydawały mi się bez końca. Podnosząc nogi, czułem, że są ciężkie jak z ołowiu. Jednocześnie przez cały czas wytężałem umysł, aby znaleźć jakąś wymówkę usprawiedliwiającą wykroczenie, którego się dopuściłem spędzając noc poza domem.
Prawdziwy bowiem i jedyny powód, dla którego zawiodłem zaufanie mego zwierzchnika, nigdy nie będzie mógł być wyjawiony.
Wydawało mi się, że otaczające mnie ciemności rozbrzmiewają jakąś potworną wrzawą. Kolana pode mną drżały, a serce prawie przestało bić, gdy znalazłszy się na ostatnim piętrze, ogarnąłem pełnym rozpaczy wzrokiem drzwi sypialni doktora, niespokojnie nasłuchując, czy się nie obudził.
Ale jak dotąd nic na to nie wskazywało — dzięki Bogu! Jeszcze tylko pięć schodków, jeszcze trzy błyskawiczne kroki — i doktor nigdy się nie dowie o tajemniczej wyprawie, która tej nocy przeszkodziła mi w spełnianiu moich obowiązków.
Wreszcie skończyły się tortury. Bez tchu stanąłem na najwyższym stopniu, przemknąłem obok pokoju pana Tarletona, nie mając odwagi zatrzymać się, by sprawdzić, czy wewnątrz nie słychać jakiego ruchu, ostrożnie nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi, zamykając je za sobą natychmiast. Zrobiłem to niesłychanie szybko, by żaden dźwięk nie zdążył się spoza nich wydostać. Jeszcze chwila — i dopadłem telefonu, by uciszyć natrętne dzwonienie.
Odetchnąłem parę razy głęboko.
— Tu mówi inspektor Charles ze Scotland Yardu — usłyszałem przez telefon. — Kto przy aparacie?
Nie było w tym właściwie nic dziwnego, że policja dzwoniła tak natarczywie. Tarleton był największym aurtorytetem w dziedzinie trucizn, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych darzyło go większym zaufaniem niż swoich ekspertów. Nie było również powodu niepokoić się przezornym pytaniem inspektora. Często bowiem telefony rozbrzmiewające w tym skromnym domu, położonym w zacisznej dzielnicy Londynu, bywały natarczywe, a pytający zdradzali podobny niepokój, zanim się upewnili, z kim ich połączono.
Moja zwykła, machinalna niemal odpowiedź brzmiała:
— Tu mówi doktor Cassilis, asystent pana Franka Tarletona. Doktor Tarleton śpi.
Nastąpiła mała przerwa, zanim pytający odezwał się znowu.
I w tym jednak nie było dla mnie nic zatrważającego. W ciągu pierwszych tygodni mego pobytu pod dachem znakomitego eksperta zdołałem już przywyknąć do tych nagłych chwil milczenia. Nie każdy bowiem, kto potrzebował jego porady, miał ochotę wyłuszczać swoje sprawy przed jego zastępcą.
— Proszę obudzić go natychmiast. Jest niezbędny — w służbie jego królewskiej mości.
Żądanie było stanowcze, mimo to jednak nie zamierzałem spełnić go od razu. Urzędowa forma nie zrobiła na mnie wrażenia. Byłem sługą jego królewskiej mości tak samo jak mój zwierzchnik i do mnie, a nie do inspektora policji, należała decyzja, który z nas ma się zająć sprawą. Równocześnie zacząłem zrzucać z siebie ubranie, by być przygotowanym na obudzenie Tarletona, jeśli okaże się to konieczne. Jedną ręką zdjąłem krawat i odpiąłem kołnierzyk, w drugiej zaś trzymałem słuchawkę.
— Mam polecenie nie budzić pana Tarletona, o ile nie uznam, że sprawa jest nagląca i że sam jej załatwić nie mogę — rzekłem stanowczo. — Proszę więc o bliższe szczegóły.
Znów nastąpiła przerwa, którą wykorzystałem, by zerwać kołnierzyk i rzucić kamizelkę na ziemię, gdzie już leżał surdut. Po chwili znów się rozległ głos w telefonie. Słowa, które usłyszałem, wstrząsnęły mną tak, że o mało nie upuściłem słuchawki.
— Mówię z klubu Domino, Vincent Studios, Tarifa Road, Chelsea. Dzisiejszej nocy był tu bal maskowy i jednego z gości znaleziono martwego. Prawdopodobnie otruty.
Czułem, że drżę na całym ciele. Musiałem oprzeć się o ścianę, by przyjść do siebie. Z trudnością zdołałem powstrzymać okrzyk zdumienia. Bo właśnie ten klub o podejrzanej reputacji, znany jako siedlisko rozpusty, był pokusą, dla której zaniedbałem dzisiejszej nocy swe obowiązki. Byłem jednym z zamaskowanych gości, którzy wśród przyciemnionych świateł snuli się po zasłoniętych kotarami zakątkach domniemanej pracowni malarskiej, znajdującej się w części Londynu najbardziej przypominającej Dzielnicę Łacińską Paryża. W pamięci stały mi żywo sceny, na które patrzyłem po północy, morze ludzkich twarzy w czarnych jedwabnych maskach i purpurowy cień abażurów, dziwaczna mieszanina mnichów, kolombin i królowych. Szelest jedwabiu, szczęk mieczów i bransolet oraz nieustający szmer szeptów — wszystko to razem przypominało mi scenę z Raju utraconego Miltona, gdzie zastępy upadłych aniołów zostają nagle pozbawione mocy i przemienione w syczące węże.
Wybierając się do klubu starałem się zachować ostrożność. Nie miałem powodu przypuszczać, że moja obecność zostanie wykryta. Pomimo to ogarnął mnie jakiś lęk i musiałem dobrze nad sobą panować, by móc spokojnie rozmawiać z inspektorem policji, który tak nieoczekiwanie wywołał widmo minionej hulanki, oraz dołożyć starań, by nie popełnić żadnej omyłki, a przede wszystkim zatrzeć wszelki ślad mojej nocnej wyprawy.
Pośpiesznie rozpinałem koszulę, odpowiadając jednocześnie urzędnikowi policji:
— Przepraszam pana, ale na razie nie uważam za konieczne budzić pana Tarletona. Zdaje mi się, że zgodnie z jego życzeniem będę mógł zająć się sprawą sam. Czy wystąpiły jakieś szczególne objawy typu medycznego? Co mówi wasz lekarz?
I tu właśnie inspektor Charles wyjawił prawdziwą przyczynę, dla której tak usilnie nalegał, by obudzić mego zwierzchnika.
— Nie wzywałem naszego lekarza. Zdaje się, że przyczyna śmierci nie jest zagadką. Wygląda to na zwykły wypadek otrucia opium, prawdopodobnie samobójstwo. Sprawa ta jednak musi być rozpatrywana w trybie poufnym przez wzgląd na wysoko postawione osoby związane z klubem. Mam wiadomość, że była na tym balu osoba z zagranicznego domu panującego, następca tronu…
Czy to umyślnie, czy też przypadkowo mówiący tak zniżył głos, że nie zdołałem pochwycić ostatniego słowa. Lecz to, co usłyszałem, było wystarczające. Nie ulegało wątpliwości, że należy zawiadomić Tarletona. Możliwe, że ów następca tronu padł właśnie ofiarą, a może była to osoba, którą zabójca omyłkowo wziął za księcia. W każdym razie byłem wdzięczny opatrzności, usłyszawszy, że sprawa prawdopodobnie zostanie zatuszowana. Mogłem więc nie obawiać się niczego, o ile uda mi się zatrzeć ślad mej nocnej wycieczki.
Poprosiłem urzędnika, by chwilę zaczekał. Zrzuciłem resztę ubrania, włożyłem pidżamę oraz szlafrok i potargałem włosy, by wyglądać na człowieka dopiero co obudzonego. Po tych przygotowaniach odważyłem się pójść do mego zwierzchnika.
Lecz jakież było moje przerażenie, gdy stanąwszy przed jego drzwiami, ujrzałem w szparze cienką smużkę światła. Pan Frank Tarleton nie spał.
Uczucie, którego doznałem w tej chwili, trudno nazwać tchórzostwem. Wchodziła tu w grę nie tylko cała moja kariera życiowa, istniały jeszcze inne szczególne okoliczności, które potęgowały mój wstyd, że zdradziłem zaufanie, jakim mnie obdarzał znakomity specjalista. W pamięci stanął mi żywo dzień, kiedy zacząłem uczęszczać na jego ciekawe wykłady z medycyny sądowej w college’u na Gower Street. Miałem już wtedy stopień doktora uniwersytetu londyńskiego. Pragnąc poświęcić się toksykologii, chciałem skorzystać z wiedzy sławnego profesora, największego znawcy trucizn. Szybko zwrócił na mnie uwagę, a prace moje zyskały jego uznanie. Zaprosił mnie do swego domu i wkrótce zaszczycił swą przyjaźnią. Po skończeniu cyklu wykładów zaproponował mi tak świetną ofertę, że wprost nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu.
Wszystko to mam dziś jeszcze przed oczyma. Widzę jego energiczną postać i zamyśloną jego twarz, otoczoną wieńcem siwych włosów, kiedy stał przy kominku w gabinecie przy ulicy Montague Street. Powiadamiając mnie o swej decyzji, doktor Tarleton, zgodnie ze swym zwyczajem, machał wspaniałym złotym zegarkiem i pociągał za kawałek wstążeczki.
— Postanowiłem wziąć asystenta, Cassilis. Przekroczyłem już sześćdziesiątkę i choć praca moja interesuje mnie jak dawniej, muszę się trochę oszczędzać. Nie mam ochoty zrywać się w nocy dlatego tylko, że jakaś cierpiąca na wątrobę hrabina wyobraża sobie, iż ktoś przekupił jej francuską pokojówkę, by ją otruła. Powiedziałem już w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych — jak pan wie, jestem ich głównym doradcą — że dość już tego wysyłania mnie jednego dnia do Kornwalii, a drugiego do Cumberland w wypadku zwykłego otrucia strychniną lub arszenikiem. To zajęcie dla młodego człowieka. — Machając wciąż zegarkiem w moją stronę, ciągnął dalej: — Pan James Ponsonby, podsekretarz stanu, zgodził się na mego zastępcę, a ja podałem pańskie nazwisko.
Przypominam sobie uczucie, jakiego doznałem, gdy przerwał nagle i skierował na mnie badawcze spojrzenie bystrych oczu, ciekaw wrażenia, jakie wywarła na mnie jego propozycja. Podobnie jak teraz, i wtedy nie mogłem złapać tchu. W dwudziestym piątym roku życia zaledwie, rozpoczynając pracę zawodową, zostałem nagle wyniesiony ponad walczący tłum, na stanowisko, które dawało mi sposobność zdobycia z czasem tej sławy, jaką cieszył się mój protektor.
Odpowiedź moja musiała być niezbyt sensowna. Lecz Tarleton przerwał mi, targnąwszy silnie za wstążeczkę zegarka.
— Zdaje mi się, że pan posiada bujną wyobraźnię. Jest to może wątpliwej wartości komplement w oczach ludzi pańskiego zawodu. Ale tego właśnie wymaga moja praca. Jest to w rzeczywistości nie tyle praca lekarza, ile detektywa. Muszę bowiem szukać nie tylko objawów, ale i motywów. Na podstawie pierwszej pańskiej pracy zauważyłem, że potrafi pan myśleć i prowadzić badania samodzielnie. A badanie stanowi klucz do wiedzy, choć ludzie o ciasnych poglądach nie doceniają jego znaczenia. Sami pozbawieni wyobraźni, pragnęliby, aby nikt jej nie posiadał. Koterie rządzą dziś światem, dążąc do tego, by ducha ludzkości sprowadzić do najmniejszego wspólnego mianownika.
Mówił to z pewną goryczą, dla mnie zresztą zrozumiałą. Wiedziałem, że pomimo sławy i dorobku, jaki posiadał, Tarleton nie cieszył się popularnością w świecie lekarskim. Tytuł barona przyznano mu późno i niechętnie. Być może dostrzegł we mnie coś, co przypominało mu własną młodość i dlatego powziął szlachetne postanowienie przyjścia mi z pomocą. I rzeczywiście, odnosił się do mnie bardziej jak ojciec niż jak pracodawca.
Powiedział mi wtedy jeszcze wiele rzeczy, których nie zapomnę i które właśnie teraz stanęły mi żywo w pamięci. Gdy rozwodził się nad poufnym często charakterem swej pracy, robił się bardzo poważny.
— Jeżeli będzie mi pan pomagał w najważniejszych sprawach, przygotowując się do zastąpienia mnie w przyszłości, do czego niewątpliwie dojdzie, musi pan przede wszystkim nauczyć się roztropności. Żadna bowiem dziedzina życia nie wymaga takiej roztropności i dyskrecji jak nasza praca. Pozna pan tajemnice rzucające cień na dobre imię wielkich rodzin. Ludzie na najwyższych stanowiskach będą nieraz zdani na pana łaskę. Nawet bezpieczeństwo państwa może nieraz od pana zależeć. Wiem na przykład, że jeden z członków izby lordów zawdzięcza swą godność para jedynie temu, iż w pewnej sprawie nie wykryto zabójcy. Co więcej, on się orientuje, że ja o tym wiem. Toteż nie chodzę tam, gdzie mógłbym go spotkać, i on również stara się mnie unikać. Jestem pewien jednak, że człowiek ten nie zawahałby się mnie zabić, gdyby to uważał za konieczne dla swego bezpieczeństwa, podobnie jak nie zawahał się uśmiercić swego siostrzeńca, chłopca lat dwunastu.
Niewątpliwie Tarleton dobrze zbadał moje usposobienie, zanim wybrał mnie na swego pomocnika i wiedział, że tego rodzaju trudności raczej mnie zachęcą, niż zrażą. Krew poczęła we mnie żywiej krążyć na myśl o otwierających się widokach. Zdawało się, że wróciły czasy Ryszarda III i Krwawej Wieży. A ja mam przyglądać się tym scenom i śledzić zabójcę, który o północy w samym sercu dzisiejszego Londynu zakrada się do jego pałaców. Było to wystarczające, aby zaspokoić najbardziej chciwą wrażeń wyobraźnię.
— Nie będę przed panem ukrywał — ciągnął Tarleton — że musiałem przezwyciężyć poważne przeszkody, zanim uzyskałem zgodę na mianowanie pana moim asystentem. Pan James Ponsonby uważa, że pan jest zbyt młody na tak odpowiedzialne stanowisko. Niech więc pana nie dziwi, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zachowało pewne ostrożności. Podałem pańskie nazwisko przed miesiącem, a dopiero wczoraj pozwolono mi na uczynienie panu tej propozycji. Jestem prawie pewien, że przez ten czas był pan pod obserwacją.
Oto urywek rozmowy, która przypomniała mi się tej nocy, gdy tak zapamiętale usiłowałem stłumić oskarżycielski dzwonek telefonu.
Prawdopodobnie większość ludzi w moim wieku, szczególnie spośród studentów medycyny, byłaby przerażona dowiadując się, że ich życie w ciągu całego miesiąca znajdowało się jakby pod mikroskopem. Ja jednak nie miałem sobie nic do zarzucenia. Wspomnienie ukrywanej miłości, nieszczęśliwej niestety, uchroniło mnie od niebezpiecznych sideł, jakie życie zastawia na młodzież. Szczęściem nigdy nie nęcił mnie alkohol, a w najbardziej rozhulanym towarzystwie wystarczała mi filiżanka mocnej kawy. Sądzę, że ta właśnie rzadka zaleta przechyliła szalę na moją korzyść w opinii pana Jamesa Ponsonby’ego. Równie mało pociągał mnie hazard, nawet gdy chodziło o tak szlachetne zwierzę jak koń. Prawdziwą moją wadą była żądza wrażeń dla samej przyjemności ich przeżywania. I właśnie w poszukiwaniu tych silnych wrażeń dałem się wciągnąć w nocne życie Londynu. Tajemnice zacisznych ulic i mrocznych podwórzy nie dawały mi spokoju. Czułem — podobnie jak Stevenson — że życie powinno być łańcuchem przygód. Klub Prasowy i Klub Artystyczny Chelsea były to dwa punkty centralne w moim świecie romantycznym. Doznawałem rozkosznego dreszczyka w towarzystwie ludzi, których życie wydawało mi się bardziej tajemnicze od mego.
I ta właśnie słabostka stanęła na drodze do stanowiska, które miałem objąć. Tarleton przestał machać zegarkiem i spoglądając na mnie znacząco, przystąpił do ostatecznego punktu:
— Pan James Ponsonby stawia jeden warunek w związku z pana posadą. Dotyczy on mieszkania. A mianowicie musi pan mieszkać ze mną. Pański pokój będzie na górze, z telefonem, aby pan mógł załatwiać sprawy w nocy, gdy zajdzie potrzeba. Nie chciałbym, aby mnie niepokojono na próżno.
Musiała mi się mina wydłużyć, gdy to usłyszałem, bo na czole doktora pojawił się cień. Czułem, że życie moje straci urok z chwilą, gdy zrzeknę się osobistej wolności i zaniecham ulubionych wycieczek, prowadząc uregulowany tryb życia pod okiem mego zwierzchnika. Właśnie nadzieja większej swobody była bowiem przyczyną, dla której obrałem swój zawód — miast zawodu zwykłego lekarza. Przerażeniem napełniała mnie myśl, że mógłbym osiąść w mieście prowincjonalnym lub gdzieś w willowej dzielnicy, gdzie musiałbym żyć według zegarka, w niedzielę chodzić do kościoła w czarnym tużurku i w ogóle zachowywać wszelkie pozory szanowanego obywatela. Byłaby to prawie taka sama tortura jak życie pod czujnym okiem mego zwierzchnika, pociągające za sobą wyrzeczenie się towarzystwa przyjaciół, artystów i dziennikarzy, w których gronie przeżyłem tyle wesołych chwil, i chodzenie spać o tej właśnie porze, kiedy prawdziwe życie dopiero się zaczyna.
Zdaje mi się, że Tarleton trochę mi współczuł, był jednak zbyt mądry, aby to okazać.
— Człowieka oceniają w pewnym sensie według towarzystwa, w jakim się obraca. Nie przypuszcza pan chyba, że głowa takiej instytucji jak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zgodzi się powierzyć ważne tajemnice młodemu człowiekowi, który spędza noce, nie powiem w podejrzanym towarzystwie, ale w środowisku, w którym awantury są na porządku dziennym. Ludzie ci — w głosie Tarletoną znów zabrzmiała nuta goryczy — ludzie ci nienawidzą dłoni, które pomogły im wspiąć się na wyżyny. Fe! — otrząsnął się ze wstrętem i sposępniał. — No, mój chłopcze, nadarza się rzadka sposobność, z której powinieneś skorzystać. Trzeba przede wszystkim zapomnieć o przyjemnościach i zaprząc się w jarzmo na kilka lat. Po upływie tego czasu zdobędziesz sławę i będziesz mógł robić, co ci się podoba, oczywiście w granicach rozsądku. Spodziewam się, że mi ufasz.
Naturalnie, ufałem mu. Zaprowadził mnie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i przedstawił podsekretarzowi. Zostałem mianowany asystentem doktora Franka Tarletona. Pensja, którą mi zaoferowano, wydawała mi się majątkiem.