W powieści “W lesie”, autorki głośnego kryminału „Śnieżka musi umrzeć”, Oliver Bodenstein zmierzy się ze sprawą, której rozwiązanie będzie go wiele kosztować.


W lesieBudzą się koszmarne wspomnienia z dzieciństwa, powraca trauma, a mieszkańcy Ruppertshain ulegają coraz większej psychozie…

W środku nocy na leśnym kempingu przy Ruppertshain wybucha pożar. W zgliszczach policja znajduje ludzkie szczątki. Zaraz potem dochodzi do morderstwa w hospicjum.

Oliver von Bodenstein i Pia Sander muszą wrócić do sprawy sprzed 40 lat, kiedy zaginął Artur, najlepszy przyjaciel Olivera. Policjant będzie musiał zmierzyć się z traumą z dzieciństwa i skonfrontować mieszkańców Ruppertshain ze sprawą od lat pomijaną milczeniem.

Tymczasem giną kolejne osoby. Czy nad wioską wisi klątwa?

Nele Neuhaus
W lesie
Przekład: Joanna Urban, Miłosz Urban
Wydawnictwo Media Rodzina
Premiera: 25 maja 2017
 
 

W lesie


Wyparcie to najgorsza forma kłamstwa.

Niniejsza książka jest powieścią. Cała historia została przeze mnie wymyślona od A do Z. I choć miejscowość Ruppertshain istnieje naprawdę, wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe i niezamierzone.

PROLOG

31 sierpnia 1972

Nie chcę tego. Ale muszę. Nie mam innego wyjścia. Nie mogę pozwolić, żeby wszystko zepsuł. A tak by się stało, i to już niedługo. Opowie komuś to samo co mnie. Może nawet pójdzie z tym na policję. Oni wciąż szukają tego małego Ruska i przepytują wszystkich ze wsi. Uwierzą mu, jak ja mu uwierzyłam. Wieść szybko się rozniesie i wszyscy będą gadali. Będą udawali zaskoczenie i współczucie, ale za plecami będą się śmiać, że okazałam się taka naiwna. Już słyszę te ich plotki. I jak milkną, kiedy się zbliżam. Muszę działać, zanim sprawy zajdą za daleko. Muszę. Nie mam wyjścia.
Przez całą noc myślałam. Ułożyłam plan. Bardzo dobrze, że wszyscy uważają, że jestem tępawa. Nikt mnie nie będzie podejrzewał. Wszystkich, tylko nie mnie.
Wybieram drogę wśród sadów, choć jest nieco dłuższa. Gdy kogoś spotkam, powiem, że chciałam narwać jabłek. Słońce pali z błękitnego nieba. Jest tak gorąco, że czuję, jak pocą mi się uda. Powietrze jest nieruchome. Od wielu dni nie spadła ani kropla deszczu, ale dzisiaj będzie burza. Jaskółki latają tuż nad ziemią, w powietrzu czuć wyładowania elektryczne.
Wreszcie docieram do lasu. W cieniu drzew jest tylko nieco chłodniej. Panuje nienaturalna cisza. Jakby las wstrzymywał oddech. Może przeczuwa, co zamierzam? Wśród wysokich świerków stoi jego domek. Sam go rozbudował, a ja mu pomagałam. Znam tu każdy zakątek, choć czasem tego żałuję.
Najchętniej bym zawróciła i uciekła, ale nie mogę. Muszę to zrobić, inaczej zniszczy moją jedyną szansę, by uwolnić się od rodziny. Powierzchnia małego oczka wodnego, które razem wykopaliśmy w zeszłe wakacje i do którego przynieśliśmy żabi skrzek, połyskuje niczym czarne nieruchome zwierciadło. Serce wali mi w piersi, kiedy pukam do drzwi. Przez kilka sekund mam nadzieję, że go nie zastałam. Lecz wtedy otwiera. Ubrany jest w same dżinsy. Ma nagi tors i mokre włosy. Przesuwa spojrzeniem po mojej twarzy. Uśmiecha się z niedowierzaniem. Nie spodziewał się odwiedzin. Oczywiście, że nie. Nie po tym wszystkim, co mu przedwczoraj powiedziałam.
— Cześć, cudownie, że przyszłaś — mówi, a oczy mu błyszczą. — Poczekaj, szybko się ubiorę.
Jest taki przyzwoity i dobry. A jednak go nienawidzę. Nienawidzę za to, że chce mnie zatrzymać. Tutaj, w tym życiu, w którym dotychczas tkwiłam i którego już nie chcę. Wkłada T-shirt.
— Wejdziesz? — pyta. Jest trochę niepewny.
— Chętnie. Jeśli mnie wpuścisz… — Uśmiecham się, choć mam ochotę uciec. Jest mi niedobrze. Domek składa się w zasadzie z jednego pomieszczenia. Zbiera rozrzucone rzeczy i odkłada je na krzesło. Spoglądam na starannie posłaną kanapę.
— Siadaj. — Jest spięty i podekscytowany. Ma nadzieję, że przyszłam mu powiedzieć, że przemyślałam wiele rzeczy i chcę do niego wrócić. Mimo wszystko. — Napijesz się czegoś? Mam colę.
— Nie, dzięki — mówię.
— Pięknie wyglądasz — mówi zmieszany. — Bardzo ci do twarzy w tej sukience.
— Dziękuję. — Muszę się pospieszyć. Żeby nikt mnie tu nie zastał. Przysuwam się do niego. Pachnie żelem pod prysznic i szamponem. Zamykam oczy, bo zbiera mi się na płacz. Gdyby tylko było jakieś inne rozwiązanie!
— Przepraszam za to, co ci powiedziałam — mamroczę.
— A ja przepraszam, że ci groziłem. — Jego głos rozlega się tuż przy moim uchu. — Ale musisz to wiedzieć. To był przecież twój…
— Nie! Proszę! Wiem, że chcesz dobrze…
Ale i tak nie pozwolę ci zniszczyć mojego szczęścia — myślę. — Ani tobie, ani nikomu innemu. Po raz pierwszy w życiu mam realną szansę.
Spogląda na mnie, a ja dotykam jego policzka i pleców. Wszystko tak dobrze znam.
Odejdź! — krzyczy głos w mojej głowie. — Odejdź i zostaw go w spokoju!
Zaciskam zęby, żeby nie płakać. Niczego się nie spodziewa.
— Tak bardzo za tobą tęsknię. — Czuję jego usta, delikatne i miękkie, na moich włosach.
Teraz — myślę. — Boże! Błagam, wybacz!
Nie rozumie, co się z nim dzieje. Spogląda na mnie z niedowierzaniem. Już po wszystkim.
Pięć minut później wdycham głęboko ciepłe powietrze. Czuję zapach świerków, żywicy i lata. Kolana się pode mną uginają. Nie chciałam tego. Ale musiałam. Nie zostawił nam wyboru.

WTOREK 7 PAŹDZIERNIKA 2014

Dzięki za podwózkę!
— Nie ma sprawy. — Mężczyzna skinął obojętnie głową, spoglądając już w lusterko wsteczne; chwilę wcześniej włączył kierunkowskaz, żeby wrócić na drogę. — Powodzenia.
— Panu również. — Wyskoczył z kabiny samochodu dostawczego, z gumowego dywanika podniósł plecak i zatrzasnął drzwi. Miał szczęście, że gość w ogóle się zatrzymał, bo z Königstein do Billtalhöhe było bardzo pod górkę, a on chciał jeszcze przed zmierzchem dostać się do przyczepy kempingowej. Kierowcy wracający do Dolnego Taunusu z pracy we Frankfurcie z zasady nie zabierali autostopowiczów, a już na pewno nie podwieźliby faceta z długimi włosami, który wyglądał jak włóczęga. Jego ojciec też by tego nie zrobił. Samochód dostawczy włączył się do ruchu i odjechał, a on poczekał, aż będzie mógł bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy.
Do kempingu przy gospodzie Waldfreundehaus — „Dom Przyjaciół Lasu” — zostało mu już tylko półtora kilometra piechotą. Każdej nocy w ciągu trzech miesięcy, które spędził w więzieniu dla młodocianych przestępców, marzył właśnie o tym. O drzewach sięgających nieba, o ciężkiej woni wilgotnej ziemi, o półmroku i o odgłosach lasu. Jak daleko sięgał pamięcią, kochał las. Jego siostra się bała, lecz on uwielbiał, gdy miał nad sobą kopułę z koron drzew. Tylko wtedy czuł się bezpiecznie. Może powinien był zostać leśnikiem? Albo drwalem? Kiedy tylko zrobi maturę, jak zaplanował.
Po lewej stronie szutrowej drogi pojawiło się kilka stawów należących do lokalnego związku wędkarskiego. Pośród jodeł i świerków rosły pojedyncze drzewa liściaste, już naznaczone jesienią. Kiedy usłyszał silnik zbliżającego się samochodu, ukrył się za szerokim pniem buka; nikt nie powinien go zobaczyć. Z czasem nauczył się wtapiać w otoczenie, jakby był niewidzialny. Zmierzchało już, kiedy wreszcie dotarł do dużej polany. Żeby nie przejść tuż obok leśnej gospody, posuwał się między drzewami aż do niskiej, pordzewiałej siatki, którą przygiął do ziemi, żeby dostać się na teren kempingu. Potem usiadł pod drzewem i czekał. Z miejsca, które wybrał, mógł, sam pozostając niezauważonym, obserwować wszystkie przyczepy kempingowe ustawione dookoła polany. Większości od lat nikt nawet nie próbował przestawiać. Ich właściciele korzystali z kempingu jedynie latem lub okazjonalnie w weekendy. Część wyglądała tak, jakby od dawna nikt się nimi nie interesował. Właśnie w jednej z nich chciał spędzić kilka najbliższych dni, do zakończenia odwyku.
Dziś mijał czwarty dzień nowej ery. Tyle wytrzymał bez narkotyków. Pierwsze cztery dni zawsze są najgorsze, wiedział to z autopsji, bo nie po raz pierwszy próbował zerwać z nałogiem. W więzieniu przechodził to samo, jednak tam się poddał, zanim dobił do siedmiu dni. Tym razem naprawdę chciał z tym skończyć. Chciał zerwać z ciągłą pogonią za towarem, która wypełniała jego życie. Zerwać na dobre. Obiecał to Nike. I ich dziecku, które za kilka tygodni miało przyjść na świat. Będzie miał syna, obwieściła mu Nike, pokazując zdjęcia USG. A potem dodała, że nie ma się u niej pokazywać, dopóki nie będzie czysty. Płakała. On również.
W tamtej chwili zdecydował, że z tym skończy. Chciał być ojcem dla swojego syna. Dobrym ojcem. Nie ćpunem, który myśli tylko o kolejnej działce towaru i którego wstydziłby się każdy dzieciak. Jednak przede wszystkim zależało mu, by być lepszym od własnego ojca.
Pierwsze trzy dni — najgorsze — spędził w jakimś pustostanie w Bockenheim. Jęczał i zwijał się na podłodze, zlewając zimnym potem, który obrzydliwie cuchnął trucizną władającą jego ciałem i umysłem. Całe pomieszczenie śmierdziało rzygowinami i moczem. Ale chyba tego właśnie potrzebował — poczucia, że jest najgorszym śmieciem.
Poczekał, aż zgasną światła w domku obok gospody. Tylko w jednej przyczepie na kempingu ktoś przebywał, pozostałe tonęły w mroku. Dla siebie wybrał najdalszą, ustawioną na samym końcu obozowiska. Zmurszałe stopnie prowadzące na werandę otaczającą przyczepę trzeszczały pod jego stopami. Zamek w drzwiach to był jakiś kiepski dowcip. Wyłamał go w kilkadziesiąt sekund. Powietrze w środku pachniało stęchlizną, lecz to mu nie przeszkadzało. Zapalniczką oświetlił zaskakująco obszerną przyczepę. Nie był zdziwiony paskudnym stylem przeniesionym żywcem z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Znalazł za to wszystko, czego potrzebował: łóżko z poduszkami i kołdrą oraz toaletę turystyczną. Ku swemu radosnemu zaskoczeniu na blacie roboczym w części kuchennej dostrzegł kilka zgrzewek wody mineralnej, w szafce obok konserwy z ravioli i tuńczykiem i kompoty domowej roboty. Wyłączona lodówka miała lekko uchylone drzwiczki, a w środku czekało sześć puszek piwa. Tak, świetne miejsce, by zatrzymać się na jakiś czas. Rzucił plecak na ławkę narożnikową, zsunął buty z nóg i opadł na łóżko. Jeszcze dwa, trzy dni i będzie mógł powiedzieć Nike, że jest czysty.
— Zobaczysz, Nike — mruknął. — Wszystko będzie dobrze.
Kilka minut później zapadł w głęboki sen.

CZWARTEK 9 PAŹDZIERNIKA 2014

Wybuch zatrząsł drewnianym domkiem. Szyby w oknach zabrzęczały, a na korytarzu rozszczekały się psy. Huk eksplozji wyrwał Felicitas Molin z głębokiego snu. Serce waliło jej jak oszalałe i z początku nie miała pojęcia, co się dzieje. Na firanki poruszone gwałtownym podmuchem padała czerwona poświata. Dostrzegła niewyraźne i rozmazane cyferki na wyświetlaczu odtwarzacza DVD pod telewizorem. Druga dwadzieścia cztery. Dopiero wtedy do niej dotarło, że nie jest w swoim przytulnym i bezpiecznym mieszkanku w Friedrichsdorfie, tylko całkowicie sama w domu swojej siostry, pośrodku lasu, a od najbliższych sąsiadów dzieli ją kilka kilometrów. Wyciągnęła dłoń. Zamiast znajomego ciała poczuła pod palcami jedynie oparcie kanapy. Od dokładnie dziewięciu miesięcy, dwóch tygodni i trzech dni stale musiała się upewniać, że z jej życia zniknął również mąż numer dwa, i to w sposób urągający wszelkim standardom. Dokładniej rzecz biorąc, nie zniknął ot tak, po prostu, lecz zdradził ją, poniżył i opuścił, uprzednio wydając jej pieniądze i zaciągając na jej konto potężne długi, które teraz musiała spłacać. Coraz częściej myślała o pierwszym mężu, z którym spędziła dwadzieścia pięć lat życia, po czym odeszła do chłopaczka o oczach wiernego psiaka i wyjątkowo apetycznym ciele. Do dziś nie mogła pojąć, co się właściwie stało. Z jej dawnego życia nie zostało właściwie nic. Ponieważ nie wiedziała, co ze sobą począć i gdzie się podziać, trafiła w końcu tutaj, do Manu i Jensa i tej paskudnej drewnianej rudery, która zdawała się żyć własnym życiem. Belki skrzypiały i strzelały, wiatr wył w kominie, a między ścianami niestrudzenie dreptały jakieś małe łapki. Noce były najgorsze. Felicitas miała ochotę schować się pod kołdrą, zignorować huk i czerwoną poświatę i spać dalej. Lecz psy szczekały, jakby dostały szału.
— Niech to cholera! — Felicitas włożyła sporo wysiłku w próbę podniesienia się, lecz zaraz się zachwiała i padła na kanapę. Znów zasnęła na niej, a nie w łóżku. W głowie jej huczało, miała wrażenie, że pokój wiruje, a w ustach czuła suchość. Cała butelka czerwonego wina i pięć szklaneczek whiskey z colą to pewnie była przesada, ale z drugiej strony, bez otumaniającego działania alkoholu poprzedniego wieczoru najpewniej umarłaby ze strachu. Wstała ostrożnie i z wysiłkiem, po czym podeszła do okna. Odsunęła zasłonkę i wyjrzała. Jedyne, co udało jej się dostrzec, to rozmyta poświata otaczająca plac kempingowy. Bez soczewek kontaktowych była ślepa jak kret. Na półce w korytarzu leżała lornetka Jensa, przez którą jej szwagier latem podglądał dziewczyny w kostiumach kąpielowych. Felicitas po omacku wyszła na korytarz. Psy wprawdzie przestały ujadać, ale znieruchomiały przed drzwiami, warcząc. Nagle ściany omiótł snop światła. Pracujący silnik! Felicitas sparaliżował strach, lecz na szczęście samochód pojechał dalej. Odetchnęła. To nie włamywacz, który nie wahałby się jej zabić, tylko ktoś, kto o tej porze przejeżdżał przez las; możliwe, że jakaś parka w poszukiwaniu ustronnego miejsca.
Wróciła do pokoju i uniosła lornetkę. Dłonie drżały jej tak mocno, że z trudem ustawiła ostrość. I w końcu to zobaczyła. Coś płonęło z tyłu dużej polany, na której stały przyczepy kempingowe. Ogień sięgał bardzo wysoko. Musiała jak najszybciej zawiadomić straż pożarną! Miała pecha, bo w tej głuszy telefony komórkowe nie łapały zasięgu, a jedyny aparat stacjonarny znajdował się od frontu, w biurze Manu. W chwili, kiedy chciała się odwrócić, kempingiem wstrząsnęła kolejna eksplozja, silniejsza od poprzedniej. Potężny kłąb ognia wystrzelił w czarne nocne niebo, szyby w oknach zadzwoniły, a psy znów zaczęły ujadać. Przez kilka sekund Felicitas wyraźnie widziała czyjąś sylwetkę na tle jasnopomarańczowej kuli ognia. Nie mogła opanować drżenia, a strach ściskał jej gardło, kiedy z powrotem wybiegła na korytarz. Boże! Tam ktoś był! Ktoś, kto podpalił przyczepę! Nie odważyła się zapalić światła. Akurat wczoraj przeczytała w gazecie o podpalaczu, który od miesięcy nękał okolicę i podkładał ogień, wywołując przynajmniej dwadzieścia pięć pożarów.
Psy skakały na drzwi wiatrołapu i ujadały jak szalone. Bear i Rocky były australijskimi psami pasterskimi. Te rudoszare zwierzaki o jasnych, żywych oczach i śnieżnobiałych zębach niczego się nie bały. Czy powinna wypuścić je na dwór? Co Manu zrobiłaby w takiej sytuacji? Jej siostra, trzeźwo myśląca i odważniejsza, pewnie wyszłaby od razu na dwór, żeby dopaść gościa. Niech to szlag, dlaczego takie rzeczy muszą się zdarzać akurat teraz, kiedy ona tkwi tu sama jak palec, bo Manu wyjechała na sześć tygodni do Australii? Felicitas pchnęła drzwi do niewielkiego pomieszczenia, dotarła po omacku do biurka i podniosła słuchawkę bezprzewodową. Drżącymi palcami wybrała numer alarmowy 112 i zamknęła za sobą drzwi, bo szczekanie psów zagłuszyłoby rozmowę. Potem podniosła wzrok, wyjrzała przez okno i… omal nie dostała zawału. Tuż za szybą stał jakiś mężczyzna i się do niej uśmiechał.

— TATA! TA-TA! Tata! Obudź się!
Przenikliwy dziecinny głosik i mała rączka szarpiąca za piżamę brutalnie wyrwały inspektora Olivera von Bodensteina z objęć snu i pchnęły w rzeczywistość zbyt wczesnego poranka.
— Która godzina? — wymamrotał i zamrugał, by uchronić oczy przed światłem lampy sufitowej.
— Dwa pięć jeden — odparła Sophia. Mała jeszcze nie do końca opanowała posługiwanie się zegarkiem. — A twoja komórka dzwoni od dwa trzy siedem. Tylko że nie pokazuje numeru.
Czy robiła mu wyrzuty? Bodenstein aż podskoczył ze strachu, kiedy tuż obok ucha zapiszczał sygnał.
— Przyniosłam ci telefon, żebyś nie musiał wstawać. — Siedmioletnia córka, całkowicie rozbudzona, podała mu smartfon. Numer zastrzeżony o tej porze mógł oznaczać albo matkę Sophii, która akurat była na jakiejś egzotycznej wyprawie w miejscu oddalonym o kilka stref czasowych, albo dyżurnego z komendy policji rejonowej w Hofheim. Bodenstein założył drugą opcję i się nie pomylił. Na kempingu leśnym między Königstein a Glashütten wyleciała w powietrze przyczepa kempingowa, a eksplozja była tak silna, że huk słyszano w samym Königstein. Wzywano go na miejsce, gdyż od kilku miesięcy w okolicy grasował podpalacz, a wydział K11 poza przestępstwami przeciwko życiu i zdrowiu był również odpowiedzialny za podpalenia na terenie między Menem a Taunusem.
— Zaraz będę — powiedział Bodenstein i zakończył rozmowę. Westchnął ciężko i przymknął oczy. Gdyby kemping leżał zaledwie dwieście pięćdziesiąt metrów dalej na zachód, telefon wyrwałby ze snu jego kolegę po fachu z rejonu Górny Taunus. Niech to diabli. Miał dziś dyżur, mimo że akurat zajmował się córką, bo osoba układająca grafik nie mogła przecież dostosowywać się do jego sytuacji osobistej. Tym bardziej że ostatnio wyjątek zmienił się w regułę i Sophia mieszkała u niego prawie na stałe.
— Musisz jechać? — zapytała córka.
— Niestety.
— A ja też mogę?
Dobre pytanie. W żadnym wypadku nie mógł zostawić siedmioletniego dziecka samego. Był środek nocy, zdecydowanie nieodpowiednia pora, żeby pojawiać się w domu którejś z koleżanek Sophii. Chcąc podrzucić ją do swoich rodziców, musiałby nadłożyć drogi, a poza tym nie miał pewności, czy ktokolwiek by go wpuścił do środka, bo w pałacu wciąż nie było dzwonka i trzeba było pukać do drzwi.
— Są jakieś trupy?
Podobne pytanie zadałaby pewnie matka Sophii, była żona Bodensteina, którą poznał przed niemal trzydziestoma laty przy okazji oględzin miejsca wybranego przez samobójcę.
— Nie wiem — odparł, ziewając. — Najprawdopodobniej zwykłe podpalenie.