Epicki rozmach, społeczne zaangażowanie, prawdziwe emocje – to siła prozy Jonathana Franzena, okrzykniętego największym żyjącym pisarzem amerykańskim.


Silny wstrząsLouis Holland przybywa do Bostonu po serii trzęsień ziemi na północnym wybrzeżu. Dziwnym trafem pierwsze trzęsienie ziemi zabija jego babcię. Zdarzenie to staje się zarzewiem nieporozumień pomiędzy nim, jego siostrą Eileen i matką Melanie, bowiem ekscentryczna babka zostawiła w spadku 22 mln dolarów.

Podczas wycieczki na plażę, Louis poznaje dr Reneé Seitchek, sejsmolog Uniwersytetu Harvarda, która jest przekonana, że odkryła przyczynę trzęsień ziemi w Peabody. To odkrycie skomplikuje nie tylko jej życie. Louis zakochuje się w Reneé.

Losy dwójki bohaterów oraz rodziny Holland zostają niepodziewanie uwikłane w sprawy petrochemicznego i handlującego bronią koncernu Sweeting-Aldren oraz działającego na rzecz „pro-life” Kościoła Działań w Chrystusie prowadzonego przez wielebnego Philipa Stitesa.

***

Śmiała i wielopoziomowa, pełna energii i rozmachu proza. Afirmacja wielkiej wyobraźni Franzena i charakterystyczny dla niego tragikomiczny styl.
The New York Times Book Review

Jonathan Franzen – autor bestsellerowej “Wolności”, powieści 2010 roku w Stanach Zjednoczonych oraz roku 2011 w Polsce, rekomendowanej przez Klub Książki Oprah Winfrey, polecanej przez samego Baracka Obamę. Równie głośna okazała się powieść “Korekty”, nagrodzona National Book Award. Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się także: “Dwudzieste siódme miasto” i “Silny wstrząs”.
Jest jednym z najpopularniejszych amerykańskich powieściopisarzy, uznawany przez prasę za spadkobiercę takich tuzów jak: Saul Bellow, John Updike czy Philip Roth.

Jonathan Franzen
Silny wstrząs
Przekład: Witold Kurylak
Wydawnictwo Sonia Draga
wydanie 2
Premiera w tej edycji: 10 kwietnia 2019
 
 

Silny wstrząs


I
Płeć domyślna

1.

Czasami Eileen Holland musiała się przez moment zastanowić, kiedy pytano ją, czy ma siostrę lub brata.
W szkole podstawowej, gdy na przerwach grała z koleżankami w kwadraty, a na drugim krańcu szkolnego dziedzińca dochodziło do bójek, zazwyczaj się okazywało, że jeśli ktoś rozbijał twarz na asfaltowej powierzchni, to tym kimś był jej młodszy brat, Louis. W takich sytuacjach ona i jej koleżanki dalej odbijały piłkę z jednego kwadratu do drugiego. Tamtego dnia, kiedy Louis bił się z jakimś chłopakiem na najwyższym szczeblu starych, rojących się od pałeczek tężca drabinek, a potem na każdej z rurek, w które uderzał, spadając i uszkadzając sobie kolejne części ciała – wybijając sobie przednie zęby na poziomie trzecim, obijając żebra na poziomie drugim, doznając wstrząśnienia mózgu oraz urazu kręgosłupa szyjnego na poziomie pierwszym i już na asfalcie doprowadzając do porażenia przepony – właśnie skakały przez skakankę. Koleżanki Eileen pobiegły przyjrzeć się najprawdopodobniej nieżywemu chłopcu. Pozostała sama ze skakanką w ręku, czując się, jakby to ona spadła i nikt nie zamierzał jej pomóc.
Eileen, z tymi jej pełnymi zdumienia oczami i cienkimi jak ołówek brwiami, wysokim czołem, wydatnymi policzkami i prostymi czarnymi włosami, stanowiła wierną i piękną kopię matki. Jej kończyny przypominały gałązki wierzby i czasami kołysała się nawet z zamkniętymi oczami jak to drzewo, kiedy była tak szczęśliwa w towarzystwie koleżanek, że zapominała o ich obecności.
Louis, podobnie jak ich ojciec, wyglądał mniej efektownie. Odkąd ukończył dziesięć lat, chodził w okularach, jakie noszą piloci, których metalowe oprawki z grubsza pasowały do jego włosów, kręconych, w kolorze starych mosiężnych śrub, i jeszcze zanim skończył liceum, zaczął chudnąć. Po ojcu odziedziczył również wydatny tors. Zarówno w gimnazjum, jak i w liceum nowe koleżanki Eileen na pytanie, czy Louis Holland jest jej bratem, spodziewały się odpowiedzi: „Nie, to żaden krewny”. Te pytania szczypały Eileen jak szczepionka. Słowa koleżanek, że brat  w   n i c z y m  jej nie przypomina, były zaś dla niej jak przykładany w miejsce ukłucia kojący gazik z alkoholem.
– Tak – zgadzała się – bardzo się różnimy.
Młodzi Hollandowie dorastali w Evanston, w stanie Illinois, w cieniu Uniwersytetu Northwestern, gdzie ich ojciec był zatrudniony na stanowisku profesora historii. Od czasu do czasu Eileen widywała popołudniami Louisa w McDonaldzie, w otoczeniu palantów, z którymi spędzał czas: żałosne menu, papierosy, ziemiste twarze i wojskowe ubrania. Bijąca z boksu negatywna aura sprawiała, że Eileen czuła się tak, jakby sama nie była w stanie odpowiednio mocno rozpychać się łokciami wśród rówieśników. Wmawiała sobie, że bardzo się różni od Louisa. Ale nigdy nie była przed nim w pełni chroniona. Nawet kiedy siedziała na środku zapchanej i roześmianej tylnej kanapy w samochodzie, zawsze musiała zerknąć przez okno, by zobaczyć brata maszerującego zaśmieconym poboczem jakiejś sześciopasmowej podmiejskiej arterii, w szarej od potu białej koszuli i okularach białych od oślepiających świateł na drodze. Zawsze miała wrażenie, że był tam tylko po to, by go spostrzegła, zjawa z tego równoległego prywatnego świata, który opuściła, kiedy zaczęła mieć koleżanki, a w którym Louis wciąż najwyraźniej żył – świata, gdzie było się samemu.
Pewnego letniego dnia przed wstąpieniem do college’u musiała nagle skorzystać z rodzinnego samochodu, żeby udać się na spotkanie ze swoim chłopakiem Juddem, mieszkającym kawałek dalej nad brzegiem jeziora Michigan w Lake Forest. Kiedy Louis zwrócił jej uwagę, że już tydzień wcześniej zarezerwował samochód, wściekła się na niego, jak człowiek wściekający się na martwy przedmiot, który stale upuszcza i z którym nieostrożnie się obchodzi. W końcu przekonała matkę, a ta poprosiła syna, żeby przynajmniej ten jeden raz zachował się bezinteresownie, pozwalając Eileen skorzystać z wozu i odwiedzić chłopaka. Kiedy dojechała do domu Judda, wciąż była jeszcze tak wściekła, że zostawiła kluczyki w stacyjce. Samochód natychmiast skradziono.
Policja w Lake Forest nie była wobec niej zbyt miła. Jeszcze mniej miła była dla niej matka w czasie rozmowy przez telefon. Kiedy w końcu dotarła do domu, Louis zszedł po schodach ubrany w maskę płetwonurka.
– Eileen – powiedziała matka. – Kochanie. Pozwoliłaś, żeby auto stoczyło się do jeziora. Nikt nie ukradł samochodu. Właśnie dzwoniła do mnie pani Wolstetter. Nie zaciągnęłaś hamulca ręcznego i nie przestawiłaś dźwigni biegów na pozycję postojową. Przetoczył się przez trawnik Wolstetterów prosto do jeziora.
– Pozycja postojowa, Eileen? – Głos Louisa był zaszklony i nosowy. – Takie małe P na końcu po lewej? N to pozycja neutralna i oznacza luz, tak? A P to postój, tak?
– Louisie – odezwała się matka.
– Chyba że N oznacza „nie”, a P… „posuwać”? A D to „dać sobie spokój”?
Po tym koszmarze Eileen nie była już w stanie zapamiętać, gdzie Louis jest czy też czym się zajmuje. Wiedziała, że poszedł do szkoły w Houston i chyba specjalizował się w czymś związanym z elektrotechniką, ale kiedy matka wspomniała o nim w rozmowie telefonicznej, być może chcąc powiedzieć, że zmienił specjalizację, w pokoju, z którego Eileen dzwoniła, nagle zrobiło się głośno. Nie mogła sobie przypomnieć, co matka przed chwilą powiedziała. Musiała zapytać: „No to jaki jest teraz… jego przedmiot kierunkowy?”. A w pokoju znowu zrobiło się głośno! Nie potrafiła zapamiętać słów matki już w chwili, kiedy je wypowiadała! I dlatego też nigdy nie potrafiła pojąć, w czym Louis się specjalizował. Kiedy spotkała się z bratem podczas ferii świątecznych na drugim roku studiów magisterskich – robiła MBA na Harvardzie – musiała na chybił trafił zgadywać, co robił po ukończeniu Uniwersytetu Rice’a.
– Mama mówiła, że zajmujesz się czymś w rodzaju projektowania mikroukładów?
Utkwił w niej wzrok.
Pokręciła głową: nie, nie, nie, nie, cofnij to.
– Powiedz, co robisz – poprosiła pokornie.
– Patrzę na ciebie ze zdumieniem.
Dopiero później matka powiedziała jej, że Louis pracuje w stacji radiowej w Houston.
Eileen mieszkała w Cambridge, w pobliżu Central Square. Jej mieszkanie znajdowało się na ósmym piętrze nowoczesnego wieżowca, betonowej wieży górującej nad otaczającymi ją cegłami i sidingiem, jak coś, co nie uległo zniszczeniu, z umieszczonymi w podziemiach sklepami i restauracją rybną. Pewnego wieczoru pod koniec marca – była właśnie w domu i robiła ciastka czekoladowe z karmelem – Louis, którego ostatnio widziała w Evanston czytającego jakiś kryminał pod choinką, zadzwonił do niej i oświadczył, że przeprowadził się z Houston do niedrogiej miejscowości Somerville, na północ od Cambridge. Zapytała, co go tam ściągnęło.
– Mikroukłady – oświadczył.
Kilka dni później, w zimny i mokry wieczór kończącej się zimy, do jej mieszkania rzeczywiście wszedł ktoś obcy. W wieku dwudziestu trzech lat Louis wyłysiał na czubku głowy, a z jego loków pozostało akurat tyle, by mógł się na nich zebrać deszcz ze śniegiem. Jego toporne czarne oksfordy piszczały na linoleum, kiedy z wolna odbijając się od blatów, przemierzał kuchnię Eileen po ścieżce w kształcie gwiazdy. Policzki i nos miał czerwone, a okulary białe od mgły.
– Jest bardzo nowoczesne – stwierdził, mając na myśli mieszkanie.
Eileen przycisnęła łokcie do boków i skrzyżowała ręce na piersiach. Wszystkie cztery palniki w kuchence buzowały pełnym ogniem, a na jednym z nich coś gotowało się w garnku.
– Nie da się tu odpowiednio  n a g r z a ć  – oświadczyła. Miała na sobie obszerny sweter, mechate kapcie i minispódniczkę. – Mam wrażenie, że piec wyłączają pierwszego kwietnia.
Odezwał się dzwonek domofonu. Nacisnęła przycisk.
– To Peter – powiedziała.
– Peter.
– Mój chłopak.
Po chwili usłyszeli pukanie do drzwi i wprowadziła do kuchni swojego chłopaka, Petera Stoorhuysa. Miał sine z zimna wargi, a jego opalona skóra była ziemisto szara. Podskakiwał w miejscu, trzymając ręce w kieszeniach spodni z diagonalu, podczas gdy Eileen dokonywała prezentacji, choć Peter najwyraźniej zbyt przemarzł, żeby zwracać na to uwagę.
– Cholera – odezwał się, kucając przy kuchence. – Zimno.
Z jego twarzy biło zmęczenie, jakiego nie skryłaby żadna opalenizna. Miał jedną z tych miejskich twarzy, które były tak wiele razy stwarzane, że ukazywały już tylko niewyraźny obraz, jak raz po raz plamione i wycierane kartki. Zza fasady jego aktualnego wizerunku nowego mieszkańca Los Angeles wyzierały ślady japiszona, punka, ucznia prywatnej szkoły i przywódcy. Wielokrotne zmiany fryzury, jak zbyt częste czesanie, osłabiły mu włosy. Dla ochrony przed pogodą założył marynarkę w kurzą stopkę i koszulę bez kołnierzyka.
– W zeszłym miesiącu byliśmy z Peterem w St. Kitts – wyjaśniła Eileen Louisowi. – Wciąż jeszcze nie dostosowaliśmy się z powrotem do tutejszych warunków.
Peter wyciągnął dłonie z pobielałymi kłykciami nad dwoma palnikami i przypiekał je, przydając tej czynności tak wielkiego znaczenia, że Eileen i Louis mogli jedynie na niego patrzeć.
– W czapkach wygląda jak zupełny czubek – odezwała się Eileen.
– Z tego względu uważam, że  k u r t k i  są przydatne – odparł Louis, rzucając w kąt kurtkę z syntetycznego włókna. Ubrany był w swój uniform, który nosił bez przerwy od ośmiu lat, białą koszulę i czarne dżinsy.
– Bo widzisz, w tym właśnie rzecz – stwierdziła Eileen. – Jego ulubiona kurtka jest w czyszczeniu. Czy to nie głupie, że akurat teraz tam jest?
Minęło jeszcze pięć minut, zanim Peter na tyle odtajał, żeby wszyscy mogli przejść do salonu. Eileen zwinęła się na sofie, naciągnęła sweter na gołe kolana i wyciągnęła rękę na oparciu sofy właśnie wtedy, gdy Peter podawał jej szklaneczkę whisky. Louis krążył po pokoju, zatrzymując się co chwilę i jak to krótkowidze mają w zwyczaju, przybliżając twarz do książek i innych przedmiotów. Całe umeblowanie było nowe i w większości stanowiło połączenie białych płaszczyzn, czarnych walców i wiśniowych plastikowych sprzętów domowych.
– W takim razie, Louisie – odezwał się Peter, dołączając z whisky do Eileen na sofie – powiedz nam coś o sobie.
Louis przyglądał się pilotowi od magnetowidu. Na wielkich zaparowanych oknach odległe światła Harvard Square tworzyły aureole w perłowym kolorze.
– Pracujesz w łączności – podsunął Peter.
– Pracuję w stacji radiowej – odpowiedział Louis bardzo powoli i bardzo spokojnie. – Słyszeliście o WSNE? O Wiadomościach z komentarzem?
– Jasne – odrzekł Peter. – Znam tę stację. Nie żebym jej kiedyś słuchał, ale kilka razy miałem z nią do czynienia. Prawdę mówiąc, z tego, co wiem, pod względem finansowym tkwią w niezłym bagnie. Co prawda, nie chcę przez to powiedzieć, że to rzadkość w przypadku stacji o małym zasięgu. Sugeruję, żebyś starał się odbierać wypłatę na koniec każdego tygodnia, a już na pewno nie daj im się wciągnąć w żadną współwłasność…
– Och, nie dam się – odparł Louis tak żarliwie, że ktoś postronny mógłby stać się podejrzliwy.
– No wiesz, możesz robić, co chcesz – ciągnął Peter. – Ale to… taka przestroga.
– Peter sprzedaje przestrzeń reklamową dla magazynu „Boston” – odezwała się Eileen.
– Między innymi – dodał Peter.
– Zastanawia się, czy jesienią nie starać się o przyjęcie do szkoły handlowej. Choć wcale tego nie potrzebuje. On tyle wie. Sto razy więcej ode mnie.
– Czy wiesz, jak słuchać? – nieoczekiwanie zapytał Louis.
Oczy Petera zwęziły się.
– Co masz na myśli?
– Czy wiesz, jak należy słuchać, kiedy zadajesz komuś dotyczące go pytanie?
Peter zwrócił się w stronę Eileen, jakby chciał zasięgnąć jej rady. Wydawało się, że nie jest pewien, o co chodzi w tej uwadze. Zerwała się na równe nogi.
– Chciał ci tylko coś poradzić, Louisie. Wszyscy mamy dużo czasu, żeby się nawzajem wysłuchać. Wszyscy jesteśmy bardzo zainteresowani… sobą nawzajem! Idę po pałeczki chlebowe.
Gdy tylko wyszła z pokoju, Louis usiadł na sofie i położył rękę na ramieniu Petera, po czym przysunął rumianą twarz do jego ucha.
– Posłuchaj, kolego – odezwał się. – Ja też mam dla ciebie pewną radę.
Peter patrzył wprost przed siebie, nieco rozszerzonymi oczami, jakby wskutek przełykanego uśmiechu. Louis nachylił się jeszcze mocniej.
– Nie chcesz posłuchać mojej rady?
– Masz jakieś problemy – zauważył Peter.
– Noś kurtki!
– Louis? – Eileen zawołała z kuchni. – Czyżbyś zachowywał się wobec Petera niestosownie?
Louis klepnął Petera w kolano i obszedł sofę od tyłu. Na podłodze na rozłożonej gazecie stała klatka z myszoskoczkiem. Zwierzę biegło w kołowrotku jakby z wahaniem, zatrzymywało się, żeby postukać mikroskopijnym pazurkiem w poprzeczkę, po czym galopowało dalej z wysoko uniesionym łebkiem i głową zwróconą w bok. Trudno byłoby powiedzieć, żeby sprawiało mu to frajdę.
– Ty głuptasku. – Eileen wróciła z kuchni z wielokątnym kuflem wypełnionym pałeczkami chlebowymi. Podała je Peterowi. – Opowiadam Peterowi o wszystkich naszych rodzinnych dziwactwach. Od kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ostrzegałam go, żeby nie brał tego do siebie. – Nieoczekiwanie opadła na kolana z oszałamiającym wdziękiem, po czym otworzywszy drzwiczki klatki, wyciągnęła myszoskoczka za ogon. Uniosła go nad głowę i badawczo przyjrzała się drżącemu noskowi zwierzęcia. Jego przednie łapki bezskutecznie drapały powietrze. – Prawda, Miltonie Friedmanie? – Otworzyła usta niczym wilk, jakby zamierzała odgryźć myszoskoczkowi łebek. Następnie położyła go na zwróconej ku górze dłoni, a zwierzak wbiegł jej po rękawie na ramię. Eileen ponownie go złapała i zamknęła w złożonych dłoniach, tak że wystawała stamtąd tylko szpiczasta mordka z wąsikami. – Przywitasz się z moim bratem? – Gwałtownym ruchem podsunęła Louisowi pyszczek myszoskoczka pod nos. Mordka zwierzątka wyglądała jak puszysty penis z oczami.
– Cześć, gryzoniu – odezwał się Louis.
– Proszę? – Przysunęła myszoskoczka do ucha i uważnie słuchała. – Mówi: „Cześć, człowieku. Cześć, wujku Louisie”.
Wcisnęła zwierzątko na powrót do klatki i zamknęła drzwiczki. Nadal zantropomorfizowane, ale już wolne, sprawiało wrażenie imbecyla lub gbura, kiedy pobiegło do rurki poidełka i zaczęło skubać kropelkę wody. Eileen jeszcze przez chwilę nie podnosiła się z kolan, z dłońmi przyciśniętymi do ud i przekrzywioną na bok głową, jakby miała wodę w uchu. Następnie szybkim i płynnym ruchem, wyraźnie zdumiewając tym Louisa, dołączyła do Petera na sofie.
– Peter i Milton Friedman – powiedziała – nie są obecnie w najlepszych stosunkach. Milton Friedman zrobił siusiu na popelinowe spodnie, do których Peter był bardzo przywiązany.
– Bardzo zabawne – stwierdził Louis. – Niesamowicie, wręcz niesamowicie zabawne.
– Chyba będę spadał – odezwał się Peter.
– Och, daj spokój, trochę cierpliwości – odparła Eileen. – Louis po prostu zazdrośnie mnie strzeże. Jesteś moim chłopakiem, ale on jest moim bratem. Będziecie musieli się dogadać i tyle. Wsadzę was do jednej klatki. Ty, Louisie, dostaniesz kołowrotek do dreptania, a dla mojego zmoczonego małego głuptaska naleję do poidełka trochę chivasa. Ha, ha, ha! – Eileen się roześmiała. – A Miltonowi Friedmanowi załatwimy spodnie z popeliny!
Peter opróżnił szklankę i wstał.
– Czas na mnie.
– Dobra, może jestem trochę irytująca – powiedziała Eileen zupełnie innym głosem. – Ale przestanę. Wyluzujmy. Zachowujmy się jak dorośli.
– Ty zachowuj się jak dorosła – odparł Peter. – Ja muszę zająć się pracą.
Nie oglądając się za siebie, wyszedł z pokoju, a potem z mieszkania.
– No to świetnie – stwierdziła Eileen. – Dzięki. – Odchyliła głowę na oparcie sofy i spojrzała na Louisa, wywracając oczami. Jej wąskie brwi wyglądały jak wargi, które nie oddychają, a ogołocone z brwi oczy nad nimi nabrały wyrazu, na który nie ma określenia w ludzkiej mowie, jakiejś proroczej obcości. – Co mu powiedziałeś?
– Powiedziałem, że powinien nosić kurtki.
– Naprawdę urocze, Louisie. – Wstała i założyła pierwsze z brzegu buty. – Co się z tobą dzieje? – Rzuciła się pędem przez przedpokój i wybiegła za drzwi.
Louis obserwował, jak wychodzi, nie wykazując specjalnego zainteresowania. Zrobił kółko na zaparowanej szybie i spojrzał w dół na padający na Massachusetts Avenue śnieg z deszczem, podświetlony na różowo przez tylne światła samochodów. Zadzwonił telefon.