“Podróże króla Madagaskaru” to historia, której kanwą jest burzliwe życie hrabiego Maurycego-Augusta Beniowskiego.


Podróże króla MadagaskaruPewnego nudnego dnia 1784 roku w filadelfijskiej rezydencji starego, cierpiącego na reumatyzm Benjamina Franklina pojawia się dwoje niezwykłych gości z Europy: August Beniowski, sławny poszukiwacz przygód, i jego piękna żona Afansja.

Zanim zdradzą gospodarzowi prośbę, z którą do niego przybyli, oboje na przemian snują opowieść o swoich dotychczasowych burzliwych losach. O dzieciństwie Augusta na kresach węgierskiej równiny, o udziale w konfederacji barskiej, który zakończył się zsyłką na Kamczatkę, o udanej, choć szaleńczej ucieczce stamtąd, o niezwykłej podróży z Kamczatki przez Japonię (i nie tylko) do Francji, o burzliwym pobycie na Madagaskarze…

August skupia się głównie na społeczno-filozoficznym kontekście swoich poczynań, Afansja zaś z uczuciem opisuje swoją walkę o serce i duszę ukochanego mężczyzny.

Oboje zafascynowani są kulturowymi różnicami, jakie dzielą północno-wschodnie krańce Rosji, azjatyckie kraje Dalekiego Wschodu, wrzący od konfliktów plemiennych Madagaskar i Europę Zachodnią czasów Woltera i Casanovy.

Jean-Christophe Rufin (ur. 28 czerwca 1952) to francuski lekarz, pisarz i dyplomata; członek Akademii Francuskiej. Pracował dla organizacji Action Against Hunger i Lekarze bez Granic. Był ambasadorem Francji w Senegalu.
Początkowo – od 1986 roku, gdy ukazał się debiutancki tom Le Piège humanitaire – pisał wyłącznie książki eseistyczne, które były pokłosiem jego działalności humanitarnej i w obronie praw człowieka. W 1997 roku opublikował Abisyńczyka, uhonorowanego Prix Goncourt za pierwszą powieść oraz Prix Méditerranée. W Polsce wydano także jego Globalia (2003) i Zapach Adama (2007). Jest laureatem licznych nagród literackich, w tym Prix Interallié (Les Causes perdues, 1999), Prix Goncourt (Rouge Brésil, 2001) i Prix Maurice-Genevoix (Le Collier rouge, 2014). Podróże króla Madagaskaru ukazały się w 2017 roku.

Jean-Christophe Rufin
Podróże króla Madagaskaru
Przekład: Anna Michalska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Podróże króla Madagaskaru


Benjamin Franklin stał uczepiony oparcia fotela i krzywiąc się z bólu, niechętnie spoglądał w kierunku drzwi.
Odkąd powrócił do Filadelfii, bez chwili wytchnienia zmagał się z reumatyzmem. Czuł się coraz gorzej. Chodzenie sprawiało mu trudność i dwóch złodziei odsiadujących kary w pobliskim więzieniu nosiło go wraz z fotelem. Te typy go uwielbiały, szkoda tylko, że zalatywało od nich gorzelnią.
Franklin spoglądał wyczekująco na drzwi. Codziennie rano ta sama nadzieja i to samo rozczarowanie. Tłum interesantów, procesja wielbicieli, którzy całowali go po rękach i prosili o pomoc. Te same opowieści o niesprawiedliwych procesach, sporach sąsiedzkich, ubogim wdowieństwie. Ledwie ich słuchał, kiwał głową, śniąc, jak to starzec, o minionym życiu i losie, którego nigdy nie zazna. Niewdzięczność ludów! A kto negocjował z Anglikami w imieniu amerykańskich kolonistów? Kto redagował Deklarację niepodległości? Kto powołał do życia pierwszą pocztę, ochotniczą straż pożarną, dzienniki opiniotwórcze? Kto reprezentował młodziutkie Stany Zjednoczone przez prawie jedenaście lat we Francji? A jednak po powrocie do kraju intryganci podzielili się władzą, odmawiając mu honorów i ważnych stanowisk, do których miał najświętsze prawo. Zasłużył sobie również, żeby go słuchano i spełniano jego życzenia, ale kto miałby to robić?
Drzwi się uchyliły. Zajrzał sekretarz.
– Czy jest pan gotów?
– Nie! – warknął Franklin, potem z trudem obszedł fotel i stękając z bólu, ciężko usiadł.
– Kogo tam dziś mamy, Richardzie? – zapytał.
Stary służący, od lat przywykły łagodzić zły humor swojego pana, spokojnie przeglądał trzymaną w ręku listę.
– Zapisano dwanaście osób. Ale trzydzieści dodatkowych czeka na ulicy.
– A niech to! Daj no mi ten papier.
Franklin założył okulary o podwójnej ogniskowej. To był jeden z jego wynalazków, jedyny, z którego robił jeszcze użytek, bo piorunochronowi nie poświęcał już uwagi… Przejrzał listę, mrucząc nazwiska. Opatrzyli mu się ci wszyscy Lewisowie, Davisowie, Kennedy, nawet jeśli nigdy ich nie spotkał.
– O! – zauważył, wodząc sękatym palcem w połowie listy. – Hrabia August i hrabina A. Kim są ci dwoje? Ta hrabina naprawdę ma na imię A.?
Richard spuścił głowę. Był mały i pulchny, a kiedy przyjmował taką postawę, przypominał potulnego psa.
– Cudzoziemskie słowa sprawiają mi trudność, proszę pana. Ci państwo przybywają z Europy, a ja nie dosłyszałem ich nazwiska. Chyba kończy się na „ski”.
– To dlatego podałeś ich imiona?
– Tak, tego dżentelmena, bo dama nawet imię ma skomplikowane.
Słowo „Europa” obudziło ciekawość Franklina. Odczuwał wielką nostalgię za tym kontynentem i pociągało go wszystko, co miało z nim związek.
– Mówisz, że pochodzą z Europy… A dokładniej skąd?
– Z Paryża.
Starzec szerzej otworzył oczy. Z całej Europy najbliższy był mu Paryż, to tam zaznał triumfu, szczęścia; czy powinien dodać, że i miłości?
– Z Paryża? Czy ja ich znam?
– Tak twierdzą. To znaczy utrzymują, że zawarli z panem znajomość, ale być może pan sobie ich nie przypomina. Zwłaszcza owa dama…
Franklin się zmieszał. Nie wiedział, co o tym sądzić. Myśl, że spotka jakichś ludzi przybywających z Paryża, sprawiała mu największą przyjemność, jaką mógł sobie wymarzyć. A jeśli to jakaś jego paryska znajomość, to jeszcze lepiej. Tylko dlaczego przychodzi z mężem?
– Czego chcą? Powiedzieli ci? Czy nie wyczuwasz jakichś… wrogich zamiarów?
Richard poruszył wargami.
– Ależ nie! Przeciwnie! Pilno im do spotkania z panem, cieszą się na to.
Zagadkowi goście coraz bardziej intrygowali Franklina. Czegóż mógł oczekiwać w swoim wieku, jeśli nie jakiejś niespodzianki i zajmującej historii?
– Odpraw pozostałych! Niech wrócą jutro lub poślij ich do diabła! I proś hrabiego Augusta i ową damę, którą podobno kiedyś znałem.
– Dobrze, proszę pana.
Benjamin Franklin zdjął okulary. Otrzepał pyłki z surduta i obciągnął poły. Potem przygładził i założył za uszy to, co mu zostało z włosów, które nosił długie. Zadziwiające, jak podziałał na niego dźwięk słowa „Paryż”: wyprostował się i starał lepiej wyglądać, jednakże nie robił sobie iluzji co do powabu swojego biednego, niedołężnego ciała. Ale jakie to ma znaczenie, skoro będzie mowa o czasach, kiedy wszystkie te biedy jeszcze go nie dotyczyły.
Richard tym razem otworzył drzwi na oścież i wprowadził parę. Mężczyzna i kobieta weszli równym krokiem, ona lekko z przodu. On dyskretnie obejmował ją w talii. To był gest naturalny, zażyły i czuły.
Oboje byli dość wysocy. On wyglądał na nieco starszego, ale miał najwyżej czterdziestkę. Ona była bardzo młodzieńcza, lecz cechowała ją pewność siebie dojrzałej i spełnionej kobiety.
Benjamin Franklin przyjrzał się najpierw obojgu razem, bo para, którą tworzyli, zmieniła ich osobowości i nadała im coś w rodzaju wspólnej siły oddziaływania. Potem, kiedy usiedli na krzesłach, które podsunął im Richard, Franklin mógł ich obejrzeć każde z osobna. Hrabia August miał ogorzałą twarz, łagodne niebieskie oczy, krótko ostrzyżone jasne włosy, których ani nie pudrował, ani nie przykrywał peruką. W jego postawie malowało się dziwne połączenie wigoru z władczością, a nawet gwałtownością. Jednocześnie uważne i głębokie spojrzenie świadczyło o umyśle refleksyjnym, skłonnym raczej do medytacji niż do marzeń, czerpiącym z rzeczywistości bogatą materię dla myśli. Za tą zagadkową twarzą człowiek ów zdawał się kryć swoje życie i swoje motywacje. Franklin od razu poczuł dla niego respekt.
Powstrzymał się, by zbyt natarczywie nie pożerać wzrokiem jego towarzyszki, choć miał na to ochotę. Reprezentowała sobą dokładnie to, co lubił w życiu. Olśniewała młodością, zdrowiem i typowo paryską elegancją, zachowywała się powściągliwie, lecz spojrzenie miała żywe i pełne inteligencji. Trzymała się prosto w swojej błękitnej sukni z indyjskiego muślinu, długiej, szerokiej, ściśniętej w pasie, z koronkową górą odkrywającą szczupłe ramiona. Twarz miała ledwie muśniętą makijażem, z odrobiną czerni wokół oczu dla podkreślenia intensywności niebieskiej tęczówki. Zapewne sama, trzymając szpilki w ustach, upięła włosy w niewymyślny kok. Ale znać było rękę eksperta, jak w tych prostych daniach przygotowanych naprędce przez mistrzów kuchni dla niespodziewanych gości. Owo wyrafinowanie jednak ani trochę nie umniejszało wrażenia powagi i siły woli, jakie emanowało z tej młodej kobiety.
Niestety, na próżno Franklin wytężał pamięć: choć hrabina przypominała mu jego cudowne paryskie znajomości, nie potrafił jej z niczym powiązać. Postawą i manierami przywodziła na myśl inne kobiety, ale jej samej nie poznawał.
W pewnej mierze to nawet lepiej. Nie miał sobie nic do wyrzucenia. Zagadka była tym bardziej pasjonująca.
– A zatem – zaczął, spoglądając na swoich gości – przybywają państwo z Francji?
– Nie bezpośrednio. Spędziliśmy wpierw nieco czasu na Santo Domingo. Ale pozwoli pan, że się przedstawimy. Jestem August hrabia Beniowski, a oto moja żona Afanasja. W podróży towarzyszy nam syn Karol.
– A gdzież jest ten chłopiec?
– W oberży, nie chcieliśmy sprawiać panu kłopotu. On ma zaledwie osiem lat…
– Szkoda, bardzo lubię dzieci. Czy mogę zapytać o cel państwa wizyty w Ameryce?
– Przyjechaliśmy, żeby spotkać się z panem.
– Doprawdy? Jestem zaszczycony!
W głębi duszy Franklin czuł lekki zawód, że ci goście, choć tak różni od zwykłych interesantów, którzy dręczyli go codziennie, należą do tego samego gatunku. Na szczęście nie wątpił, że ich prośba okaże się bardziej oryginalna od tego, z czym na ogół się do niego zwracano.
– A zatem państwo są Francuzami?
– Nie. Ja jestem Węgrem – odparł August. – Lub raczej Polakiem. Powiedzmy, że jednym i drugim.
– Rozumiem – odrzekł Franklin, który zresztą nigdy nie interesował się tamtymi rubieżami Europy. – A pani też jest Polką?
– Nie – odezwała się Afanasja. – Jestem Rosjanką.
Głos miała przyjemny, nieco niski jak na swoją płeć, ale przez to bardziej zmysłowy.
– Rosjanką. Coś podobnego! Sądziłem, że paryżanką.
– Nie wiem, czy to komplement…
– Ależ tak! – pośpiesznie potwierdził Franklin.
– W takim razie przyjmuję go chętnie i dziękuję panu. W istocie przez pewien czas mieszkaliśmy w Paryżu.
– I to tam, proszę mi wybaczyć niedyskrecję, państwo się spotkali?
– Nie. Afanasja i ja poznaliśmy się na wybrzeżach Pacyfiku.
August powiedział to spokojnie, jakby proponował Franklinowi spacer wybrzeżem sąsiedniego stanu Delaware.
– Pacyfiku? Państwo są żeglarzami?
– Tego bym nie powiedział, choć drogą morską przemierzyliśmy kawał świata.
Ta zagadkowość intrygowała Franklina, tak że niemal zapomniał o reumatyzmie, nawet jeśli prawe biodro ciągle dawało mu się we znaki.
– Proszę mi jeszcze raz wybaczyć ciekawość, ale gdzie właściwie państwo mieszkają, nie tu, w Filadelfii, tylko na stałe? Nad Pacyfikiem?
– Nie, na Madagaskarze.
– Och!
Franklin niewiele wiedział o tej afrykańskiej wyspie, ale coś mu świtało, że jest dzika. Rzucił okiem na Afanasję, wielką damę w każdym calu. Uśmiechała się spokojnie, rozsiewając wokół siebie subtelny zapach bzu i jaśminu.
– Co robi pan na Madagaskarze, bo suponuję, że ma pan tam jakieś zajęcie?
August zastanowił się przez chwilę, a potem odparł krótko:
– Jestem królem.
Te słowa, które padły po zagadkowych informacjach, sprawiły, że wszystko, co powiedzieli wcześniej August i jego żona, wydało się zupełnie nieprawdopodobne. Niczym ostatnia karta, przez którą rozsypuje się pracowicie ułożony zamek, zburzyły łaskawość Franklina. Popatrzył na gości jak na parę dowcipnisiów strojących sobie z niego żarty. Z grymasem bólu, jaki sprawiało mu chore biodro, wyprostował się w fotelu.
– Czy państwo sądzą, że moja ignorancja nie ma granic?
– Co chce pan przez to powiedzieć?
– Czy myślą państwo, że nie wiem, że na Madagaskarze mieszkają Murzyni? I jeśli mają jakiegoś króla, to na pewno nie jest nim Węgier czy Polak.
Afanasja pochyliła się nieco do przodu i wyciągnęła rękę. Na palcu serdecznym miała pierścień z dużym szafirem pod kolor sukni. Paznokcie były wypielęgnowane i lśniące. Franklin poczuł, jak palce młodej kobiety muskają wierzch jego dłoni.
– To prawda, proszę pana. August jest władcą tego państwa. Nazywają go tam król Soból.
„Soból! – pomyślał Franklin. – I co jeszcze? To wszystko nie ma najmniejszego sensu”.
Afanasja bez mrugnięcia okiem patrzyła na starca, który z trudem przełknął ślinę.
– Dobrze – wystękał. – Wierzę wam.
Ostatecznie słyszał wiele historii o podróżnikach, którzy budowali imperia u dzikich i żyli wśród nich jak satrapowie.
Może ci dwoje należeli do ludzi tego pokroju. Jednak byli tacy eleganccy, swobodni i światowi, że Franklin nie potrafił powiązać ich wyglądu z wyobrażeniem, jakie miał o awanturnikach i piratach.
Afanasja wyprostowała się. Zapadła cisza, potem głos zabrał August.
– Jestem królem, ale nie chciałbym nim pozostać. Właśnie dlatego pragnęliśmy się z panem zobaczyć.
„Jeśli jest królem, to z pewnością innym od pozostałych. Jeszcze nie widziałem, żeby któryś z nich dobrowolnie zrzekł się korony” – pomyślał Franklin. Wszystkie te tajemnicze informacje zaczęły go bawić i ciekawość powróciła.
– Proszę mi wybaczyć, drodzy przyjaciele. Mam wszelkie powody, żeby wam wierzyć, bo wydajecie mi się godni zaufania. Ale pozwolę sobie zauważyć, że na razie cała ta sprawa jest kompletnie niezrozumiała.
– Niczego nie pragniemy bardziej niż tego, żeby wszystko panu wytłumaczyć. Zresztą w tym celu przepłynęliśmy Atlantyk.
– W takim razie słucham.
– Ale to długa historia.
– Bardzo długa historia – dodała młoda kobieta, z której Franklin nie spuszczał już wzroku.
– Rozgrywa się w wielu krajach, opowiada o gwałtownych namiętnościach, dotyczy dalekich ludów, których kultura i język są kompletnie różne od tego, co zna Europa…
– Nic nie szkodzi! Przeciwnie, umieram z ciekawości. Uwielbiam słuchać takich opowieści. Zapominam wówczas o swoim wieku i chorobach.
– Ale ona jest naprawdę długa i żeby ją zrelacjonować, potrzebujemy kilku dni.
– Jeśli opowieść okaże się pasjonująca, będziecie mile widziani. Chciałbym, żebyście odsunęli ode mnie ból, jak Szeherezada odsuwała od siebie śmierć. Rozproszcie go swoją historią.
– Zgoda – powiedział z powagą August. – Oboje na zmianę opowiemy panu nasze dzieje. Jeśli Afanasja pozwoli, ja zacznę.
Benjamin Franklin wtulił się w fotel i przymknął oczy. Była jesień. Liście klonu targane wiatrem wirowały w ogrodzie. Richard napalił w kominku i postawił przed gośćmi dymiącą herbatę. Zapach perfum Afanasji unosił się w ciepłym wnętrzu. „Czy może być – pomyślał Franklin – pełniejszy obraz szczęścia na ziemi?”