“Więcej niż słowa” to kolejna książka autorki powieści „Listy do utraconej”. Rev każdego dnia pracuje nad tym, aby utrzymać swoje wewnętrzne demony w ryzach. Chce poukładać swoje życie i zapomnieć o czasie sprzed adopcji.


Więcej niż słowaPewnego dnia, kiedy Rev na osiemnaste urodziny dostaje list od ojca, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa powracają z pełną siłą.

Tymczasem Emma chowa się przed realnym światem w cyberprzestrzeni. Kodowanie jest prostsze, bardziej przewidywalne, a przez to bezpieczniejsze niż kontakt z toksycznymi rodzicami.

Kiedy Rev i Emma spotykają się, połączy ich nie tylko miłość, lecz także sekrety. Choć ich problemy wydają się całkiem różne, postanawiają wspólnie stawić im czoła.

Brigid Kemmerer to bestsellerowa autorka mrocznych powieści dla młodych czytelników, takich jak “A Curse So Dark and Lonely”, “More Than We Can Tell” i “Listy do utraconej”oraz powieści paranormalnych, takich jak “The Elemental Series” i “Thicker Than Water”.

Brigid Kemmerer
Więcej niż słowa
Przekład: Grażyna Woźniak
Wydawnictwo YA!
Premiera: 3 kwietnia 2019
 
 

Więcej niż słowa

Jeden. Emma

OtherLANDS Panel sterowania
NAZWA UŻYTKOWNIKA: Emma Blue (KONTO PRYWATNE)
FUNKCJA UŻYTKOWNIKA: Admin/Twórca
NAZWA GRACZA: Azure M
NOWA WIADOMOŚĆ
Czwartek, 15 marca, 17:26
Od: N1ghtmare
Do: Azure M

Jesteś do bani.
Właśnie to zamierzam ci powiedzieć, kiedy już cię znajdę i wsadzę ci go do japy.

Ohyda. Całe szczęście, że nie dołączył zdjęcia swojego fiutka.
Już prawie naciskam guzik „zbanuj gracza”.
Wiem, że powinnam to zrobić.
Nightmare się wścieka, bo wywaliłam go z drużyny za znęcanie się nad innym graczem. Zdarzyło się to pod sam koniec misji, więc przeze mnie stracił wszystkie zdobyte wcześniej punkty doświadczenia. Dwie godziny grania poszły na marne.
Tylko że OtherLANDS nie są szczególnie popularne. Mają może ze dwustu graczy w dobre dni. Stworzyłam tę grę w ramach szkolnego projektu. Wrzuciłam link na forum 5Core, bo potrzebowałam kilku osób do jej przetestowania. Nie sądziłam, że ktoś rzeczywiście będzie chciał w to grać.
A jednak. I oto mam prawdziwych graczy. Stworzyłam społeczność. A jeden idiota trollujący mnie na forum mógł wystarczyć, żeby przepędzić resztę.
Patrzę na jego post.

Azure M wściekła się, bo trochę kogoś pocisnąłem, i mnie zbanowała. Właśnie dlatego dziewczyny nie powinny grać.
Możecie mi wierzyć, że to on. Znajdźcie mi jedną dziewczynę, która napisałaby: „wsadzę ci go do japy”.
Wzdycham i kasuję wiadomość.
Później przełączam się na iMessage i piszę do Cait Cameron.

Emma: Jakiś koleś właśnie napisał, że „wsadzi mi go do japy”.
Cait: Do japy? Ktoś tak jeszcze mówi?
Emma: Prawda?
Cait: Czasami się cieszę, że ludzie co najwyżej piszą mi, że jestem brzydka.
Cait przygotowuje makijażowe tutoriale na YouTube’a.
Nie jest brzydka. Ani trochę.
Chociaż jej pomysły bywają odjechane. Lubi się przebierać i charakteryzować, a moja geekowatość nie sięga tak daleko. Prawdziwy talent Cait ujawnia się w samodzielnie przez nią tworzonych projektach. Któregoś dnia przyszła do szkoły z maleńkimi, lśniącymi syrenimi łuskami na policzkach. Innym razem ucharakteryzowała twarz tak, że wyglądała, jakby złaziła z niej skóra, ale nauczycielka kazała jej to zmyć.
Nie bardzo lubię się malować, ale w zeszłym miesiącu po długich namowach zgodziłam się, żeby zrobiła mi makijaż; podobno wymyśliła coś wprost stworzonego dla mnie. Namalowała mi na skroniach i szczęce półprzezroczysty układ scalony, narysowała ciemne kreski na powiekach i nałożyła na nie srebrny cień. Wydawało mi się, że wyglądam całkiem fajnie, dopóki frajerzy w szkole nie zaczęli mnie pytać, czy zostałam zaprogramowana do sprawiania przyjemności.
Zmyłam makijaż w łazience już w połowie pierwszej lekcji.
Cait nie skomentowała tego. Ja też nie.
Wysyłam kolejną wiadomość.

Emma: Zaraz będę online. Zagramy?
Cait: Nie mogę. Właśnie wypróbowuję na mamie nowy makijaż z jaskółczą kreską.
No jasne.
Gdy tylko o tym pomyślę, czuję się jak wredna suka. Byłyśmy z Cait nierozłączne, ale jakoś na początku roku szkolnego zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Nie wiem, czy zawiniły gry komputerowe, czy make-up, ale coraz częściej jest tak, że któraś z nas zawsze robi coś innego.
Chciałabym wiedzieć, jak to naprawić. Ale jeśli rozwiązaniem są rybie łuski i układy scalone, nie piszę się na to.
Wzdycham, przełączam się do OtherLANDS i loguję się jako gracz zamiast jako admin.
Od razu dostaję zaproszenie do drużyny od użytkownika Ethan_717.
Z uśmiechem zakładam zestaw słuchawkowy. Może to popołudnie jednak nie będzie totalnie do dupy.
Nie mam pojęcia, kim jest Ethan w prawdziwym życiu. Chodzi do szkoły średniej, bo na jego profilu 5Core jest napisane, że uczy się w Old Mill, ale to i tak nie bardzo zawęża pole poszukiwań. Oczywiście wcale nie musi się tak nazywać, ale Ethan_717 nie brzmi „bohatersko”, więc równie dobrze to może być jego prawdziwe imię. W grze jest zbudowany jak wojownik, odziany w czarną zbroję i czerwoną pelerynę. Maska zakrywa mu dolną część twarzy. Posługuje się dwoma elektrycznymi mieczami. Stal iskrzy od błękitnych wyładowań, kiedy wyciąga je podczas bitwy – to jeden z najlepszych efektów, jakie stworzyłam.
Ethan prawie nic o mnie nie wie, chociaż należy do wąskiego grona osób, którym zdradziłam, że to ja jestem twórcą OtherLANDS. Dla całej reszty graczy i użytkowników forum 5Core jestem po prostu Azure M, jednym z graczy. Nikt nie kojarzy Azure M z Emmą Blue.
Gdy już jesteśmy razem w drużynie, możemy się ze sobą porozumiewać przez zestaw słuchawkowy.
– Cześć, M – mówi Ethan. Jego awatar do mnie macha.
– Cześć, E. – Uśmiecham się szeroko. Ma miły głos. Nieco niższy, niż można by się spodziewać, z leciuteńką chrypką. Właściwie całkiem seksowny.
Okej, może trochę zabujałam się w Ethanie. Wokół mojej głowy nie fruwają animowane ptaszki ani nic takiego, ale jednak.
Czysty idiotyzm. Old Mill leży czterdzieści pięć minut jazdy stąd. Nie mam pojęcia, jak on naprawdę wygląda. Możliwe, że chodzi do pierwszej klasy, na litość boską.
– Miałem zamiar zgarnąć jeszcze parę osób – mówi. – Co powiesz na małą misję?
Oto kolejny z powodów, dla których trzymam animowane ptaszki w ryzach: chociaż Ethan jest zabawny i sympatyczny, gada wyłącznie o grze.
No cóż.
– Jasne – odpowiadam.
– Słuchaj, masz lukę w grafice w elfickim lesie. Jak skończymy, prześlę ci screena na 5Core, żebyś mogła to naprawić.
– Super, dzięki.
Jak już mówiłam: interesuje go tylko granie, kwestie czysto techniczne.
I tak jest okej. Chyba powinnam się cieszyć, że nie zapytał mnie o rozmiar stanika.
Po chwili na liście członków naszej drużyny pojawia się kolejna nazwa gracza: GundarWez. Jego awatar dołącza do nas na ekranie. Jest potężny i ubrany od stóp do głów na czarno, czyli kompletnie nie korzysta z personalizacji, którym poświęciłam tak dużo czasu. Nigdy wcześniej z nim nie grałam.
– Cześć, Gundar – odzywam się do mikrofonu.
– Cześć – wita się z nim Ethan.
– Hej, Azure. Hej, Ethan.
Tłumię chichot. Po tak masywnym awatarze spodziewałam się głębokiego głosu, tymczasem Gundar brzmi, jakby miał dziewięć lat.
Dołącza do nas kolejny gracz. Na widok jego nazwy przestaję się uśmiechać.
N1ghtmare. Pan Japa we własnej osobie.
Ma kobiecy awatar, no bo jakżeby inaczej. Jego piersi są tak duże, jak tylko pozwala na to mój program – na szczęście nie wygląda to zbyt obscenicznie. Wąziutka talia. Szerokie biodra. Kostium i kolor skóry spersonalizował w taki sposób, że jedno i drugie jest beżowe, więc jego awatar wygląda, jakby był nagi. Mam ochotę usunąć kolory z ustawień gry.
Mentalnie zastygam gdzieś pomiędzy obrzydzeniem a irytacją. Czuję, że robi to celowo, chociaż nie potrafię powiedzieć jak. Nie mógł wiedzieć, że jestem w drużynie, dopóki Ethan go nie dodał.
Możliwe, że nic się nie stanie. Wiem, że mnóstwo ludzi pisze w prywatnych wiadomościach rzeczy, których nigdy nie powiedzieliby na głos.
– Sorry – odzywa się szorstkim, chropowatym tonem. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że faktycznie za coś przeprasza, lecz później dodaje: – Myślałem, że to prawdziwa drużyna.
– Bo jest prawdziwa – mówi Ethan. – Jest nas czworo. Chcemy przeprowadzić misję…
– Nie. Dopóki nie wyautujecie laski.
Najwyraźniej niektórzy ludzie nie potrafią się ugryźć w język. Moje obrzydzenie i irytacja zamieniają się w gniew; czuję się też upokorzona.
– No dalej – mówię opanowanym głosem, chociaż serce dudni mi w piersi. – Sam się wyautuj, Nightmare.
– Nie ma mowy. Jestem tu po to, żeby grać. Po prostu nie chcę tego robić z jakąś panienką, która właśnie ma okres.
– A ja nie chcę grać z byle frajerem – odwarkuję.
– Dajcie spokój – odzywa się Ethan, wzdychając. – W tej drużynie są dzieci.
– Nie jestem dzieckiem! – oburza się Gundar.
Krzywię się. Kompletnie o nim zapomniałam.
– Stary – mówi Nightmare. – Możesz się jej stąd pozbyć? I tak nie umie grać. Zawali nam całą misję.
– Stary – powtarza drwiąco Ethan. – To ona stworzyła tę grę.
Ponownie się krzywię. Staram się nikomu o tym nie mówić.
– Dlatego jest taka kijowa?
– Z czym masz problem? – pytam.
– Z tobą – odpowiada Nightmare. – Z głupimi marudnymi laskami, którym wydaje się, że znają się na grach, bo poszły na kurs programowania, chociaż tak naprawdę gówno wiedzą. A teraz stul japę albo dotrzymam obietnicy i coś ci w nią wsadzę…
Zatrzaskuję laptopa i zrywam z głowy słuchawki. Serce mi dudni. Niespodziewanie zaczynają mnie piec oczy.
Ale nie usłyszałam nic nowego. Nie powinnam się tak denerwować.
Jestem w tym dobra. Stworzyłam tę grę. Wiem, co robię.
Masz lukę w grafice w elfickim lesie.
Okej, może nie jest idealna, ale potrafię ją naprawić. A czym może się poszczycić ten cały Nightmare? Pretensjami do całego świata? Nadwyrężoną prawą ręką?
Fuj. Nie mogę uwierzyć, że to pomyślałam. Zaczyna mi się udzielać jego poczucie humoru.
Słyszę drapanie w drzwi. Zanim zdążę wstać i je otworzyć, Texas, moja labradorka, popycha drzwi pyskiem i wchodzi do środka. Wymachuje ogonem i przyciska mi do rąk swój węszący nos.
Brzmi to rozkosznie, ale tak naprawdę daje mi do zrozumienia, że chce iść na spacer.
W porządku. Przyda mi się zmiana otoczenia. Wyłączam komputer, chowam telefon do kieszeni i zbiegam na dół.
W domu palą się wszystkie światła, chociaż oprócz mnie nikogo w nim nie ma. Texas podryguje na przednich łapach, z pełnym nadziei wzrokiem utkwionym w tylnych drzwiach.
Sięgam po obrożę i spoglądam w mrok. Mama stoi na patio z kieliszkiem wina w dłoni. Ma na sobie ciemne dżinsy i dopasowany żakiet, włosy zaczesała w niedbały koczek. Zero makijażu. Jej zdaniem malowanie się to strata czasu. Jest kardiologiem dziecięcym, więc można by pomyśleć, że empatia i współczucie będą się z niej wylewać, ale być może zużywa cały ich zapas w pracy. W domu jest zapięta pod samą szyję i krytyczna.
W porównaniu z nią tata przypomina ćpuna. Nie golił się od kilku dni, ma na sobie zapinaną na suwak bluzę i dżinsy. Siedzi rozparty w fotelu ogrodowym, z laptopem na kolanach. Na chodniku obok stoi otwarta butelka piwa.
Płomienie z ogniska oświetlają ich oboje. Nie słyszę, co mówią, ale sądząc po minach, mogę się założyć, że mama robi ojcu jakiś wykład.
W ucho wpada mi końcówka zdania:
– Nie podoba mi się, jak to wpływa na Emmę.
Gry komputerowe. Marudzi na to, że gram. Jak zwykle.
Gdy mnie zauważa, jej twarz przybiera poirytowany wyraz.
– To poufna rozmowa – woła.
Są to pierwsze słowa, jakie od niej dzisiaj słyszę.
Przesuwam skrzydło drzwi o parę centymetrów.
– Texas domaga się spaceru.
– To ją wyprowadź. – Jakbym się przed tym wzbraniała. Mama upija łyk wina. – Musisz wychodzić ze swojego pokoju raz na jakiś czas. Spędzać trochę czasu w realnym świecie.
To prztyczek wymierzony w mojego tatę, który ciągle tkwi przyklejony do komputera, żyje w cyberprzestrzeni. Zawodowo projektuje gry.
Niedaleko pada jabłko… tak, wiem.
Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo cieszy to moją matkę lekarkę, która z pewnością wyobrażała sobie, że przed dwudziestymi piątymi urodzinami zdobędę dyplom Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa. Założę się, że nie miałaby nic przeciwko temu, bym przesiadywała w swoim pokoju, ale nad podręcznikiem do biologii.
Tata wzdycha i przesuwa dłonią po twarzy.
– Daj jej spokój, Catharine.
– Byłabym wdzięczna, gdybyś poparł mnie w tej sprawie, Tom. – Zawiesza głos. – Chyba że jesteś zbyt zajęty graniem.
Zasuwam drzwi z powrotem. Nie muszę słuchać reszty ich kłótni. Praktycznie mogłabym dopisać resztę dialogu.
W tym domu nikt nie użyłby słowa „japa”, ale poziom uszczypliwości jest zbliżony.
Wzdycham, biorę smycz i ruszam w stronę frontowych drzwi.

Dwa. Rev

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu.
Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.

Robert.Ellis@speedmail.com

Znalazłem ten liścik w skrzynce. Koperta jest zaadresowana do mnie.
Nie do obecnego mnie. Nigdy w życiu nie nazwałby mnie Revem Fletcherem. Może nawet nie wiedzieć, że właśnie tak się nazywam.
Ten list jest zaadresowany do osoby, którą byłem dziesięć lat temu. Na kopercie nie ma adresu zwrotnego, ale na stemplu widnieje nazwa „Annapolis”.
Nie mogę złapać powietrza. Czuję się odsłonięty, jakby ktoś do mnie celował z broni snajperskiej. Czekam, aż kula trafi mnie w tył głowy.
Co za głupota. Stoję na chodniku, na przedmieściach. Jest marzec. W powietrzu czuć chłód, w oddali widać zachodzące słońce. Dwie dziewczynki w wieku szkolnym jeżdżą po ulicy na rowerach, śmieją się i śpiewają piosenki.
Mój ojciec nie potrzebuje kuli. Wystarczy mu ten list.
Dziesięć lat temu również jej nie potrzebował.
Czasami żałuję, że nie miał wtedy broni. Kula byłaby szybsza.
Zna mój adres. Jest w pobliżu? Czy to możliwe? Włączają się uliczne latarnie, a ja ponownie omiatam wzrokiem ulicę.
Nikogo tu nie ma; tylko ja i te dziewczynki, kreślące ósemki na rowerach.
Kiedy odebrano mnie ojcu, miesiącami nie mogłem spać. Leżałem w łóżku, czekając, aż przyjdzie i się o mnie upomni. Potrząśnie mną, uderzy, przypali i zwali na mnie całą winę. Gdy nie mogłem zasnąć, wyobrażałem sobie wszystkie te rzeczy.
Czuję się, jakbym śnił koszmar. Albo miał atak paniki. Zgniatam w dłoni resztę korespondencji.
Muszę się pozbyć tego listu.
Zanim dociera do mnie, co robię, jestem już w ogródku na tyłach domu. Płomienie pochłaniają niewielką stertę patyczków i liści w jednym z naczyń żaroodpornych mojej mamy. Dym wije się w powietrzu, niosąc ze sobą mocny, słodki zapach kojarzący mi się z jesienią. Przytrzymuję kopertę nad miską, a język ognia łapczywie się po nią wyciąga.
Kartka musiała być wielokrotnie składana i rozkładana na trzy części, a później jeszcze na pół. Zgięcia są tak wyraźne, że gdybym nie uważał, papier mógłby się rozedrzeć. Zupełnie jakby ojciec napisał ten list wiele lat temu, ale czekał z jego wysłaniem aż do teraz.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu.
Trzy tygodnie temu skończyłem osiemnaście lat.
Papier ma znajomy zapach, jakby wody kolońskiej albo płynu po goleniu. Uruchamia on we mnie dawne wspomnienia i wbija ostrze niepokoju między łopatki.
Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.
Te słowa też wydają się znajome, jakby dziesięć lat nie wystarczyło, by zapomnieć o ostatnim razie, gdy wypowiedział je na głos.
Mam ochotę wsunąć rękę do naczynia z ogniem.
Później przypominam sobie o tym, co robił mi ojciec, i uświadamiam sobie, że gdybym włożył rękę w ogień, pewnie byłby ze mnie dumny.
Adres mailowy rozbłyskuje w moim mózgu niczym popsuty neon.
Robert.Ellis@speedmail.com.
Robert.
Ellis.
Robert Ellis.
Płomień trawi papier, który zaczyna się kruszyć i znikać.
Z gardła wyrywa mi się zduszony dźwięk.
Kartka ląduje na ziemi, zanim dociera do mnie, że ją tam rzuciłem. Próbuję zadeptać płomień. Spalił się tylko róg listu. Reszta jest nietknięta.
Ściągam kaptur bluzy i przeczesuję włosy palcami. Kosmyki zaczepiają się o moje drżące palce. Kłuje mnie w piersi. Mam zadyszkę, jakbym przebiegł kilometr.
Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.
Nie cierpię siebie za to, że jakaś część mnie też tego pragnie. Potrzebuje. Nie widziałem go dziesięć lat i wystarczył jeden krótki liścik, żebym w tej chwili rozpaczliwie zapragnął jego aprobaty.
– Rev?
Serce prawie eksploduje mi w piersi. Na szczęście mam doskonały refleks. Jedną stopą wywracam naczynie, a drugą zakrywam list.
– Co?! – Brzmi to bardziej jak ostrzeżenie niż pytanie. Jakby coś mnie opętało.
Geoff Fletcher, mój tata – nie ojciec – stoi w drzwiach domu i mi się przygląda.
– Co robisz?
– To do szkoły. – Wyraźnie słychać, że kłamię. Jeden krótki list zmusił mnie do kłamstwa.
Przygląda mi się z troską i wychodzi na ganek.
– Dobrze się czujesz?
– Tak, w porządku.
Mój głos wcale tak nie brzmi, a on nie jest idiotą. Podchodzi na kraniec ganku i spogląda na mnie z góry. Ma na sobie łososiową koszulkę polo i starannie wyprasowane spodnie koloru khaki; swój nauczycielski uniform. W zeszłym roku stuknęła mu pięćdziesiątka, ale nie wygląda na tyle. Trzyma kondycję i ma dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Kiedy miałem siedem lat i zostałem tu przywieziony przez pracownika opieki społecznej, Geoff wydał mi się przerażający.
– Hej. – Jego ciemne oczy przepełnia troska. – Co się dzieje?
W głowie mam mętlik.
Powinienem teraz zdjąć stopę z listu i mu go pokazać. Na pewno coś by na to poradził.
Myślę o swoim ojcu. Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.
Prawie się trzęsę od tego wewnętrznego konfliktu. Nie chcę, żeby Geoff się dowiedział.
Geoff. Nie tata. Ojciec już trzyma mnie w garści, chociaż mam ten list raptem od piętnastu minut. Skoro już raz skłamałem, muszę w to brnąć dalej.
I wcale nie jestem z tego zadowolony.
Nie potrafię spojrzeć Geoffowi w oczy.
– Powiedziałem, że wszystko w porządku.
– Nie wyglądasz, jakby wszystko było w porządku.
– Nic mi nie jest. – Mój głos jest szorstki, przypomina warknięcie. – Okej?
– Czy coś się stało?
– Nie. – Wbijam paznokcie w pięści, a serce galopuje mi tak, jakby próbowało przed czymś uciec.
– Rev…
W końcu gwałtownie unoszę głowę.
– Dasz mi wreszcie spokój?
Geoff milknie, a mój gniew wisi między nami przez chwilę, która ciągnie się bez końca.
– Może wejdziemy do środka i porozmawiamy? – pyta niskim, łagodnym głosem. Geoff jest mistrzem opanowania. Dzięki temu świetnie się nadaje na rodzica zastępczego; dobry z niego tata. – Robi się późno. Właśnie miałem się zabrać do robienia kolacji, żebyśmy mogli zjeść, kiedy wróci mama.
– Idę do Declana.
Czekam, aż mi zabroni. Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo chcę, żeby odmówił, dopóki nie słyszę:
– W porządku.
Chociaż mnie nie odtrącił, trochę tak się czuję. Nagle mam ochotę błagać go o przebaczenie. Za to, że skłamałem, za swój gniew oraz za to, że staram się chronić ojca.
Ale nie potrafię. Naciągam kaptur i pozwalam włosom opaść na twarz.
– Najpierw to posprzątam – proponuję ze skruchą.
Przez chwilę nic nie mówi; podnoszę naczynie z ziemi i wrzucam do środka spalone resztki, nie zdejmując stopy z listu. Moje ruchy są sztywne i kanciaste. Nadal nie potrafię mu spojrzeć w oczy.
– Dzięki – mówi. – Nie wracaj późno, okej?
– Tak. – Obracam w dłoniach miskę, nie odrywając od niej oczu. Wiatr szarpie kapturem mojej bluzy, ale przynajmniej mogę się w nim schować. – Przepraszam.
Geoff nic nie mówi; czuję zbierające się w ramionach nerwowe napięcie. W końcu ośmielam się podnieść wzrok. Nie ma go na ganku.
Dobiega mnie dźwięk zasuwanych drzwi. Nie usłyszał. Wszedł do środka, zostawiając mnie z całym tym bałaganem.