“Szpieg z Bejrutu” to kolejny porywający, aktualny i wartki thriller autora bestsellerowego „Pływaka”. Kto jest przyjacielem? Kto wrogiem?


Szpieg z BejrutuJacob Seger porzuca dawne życie w Szwecji i wyjeżdża na praktykę do ambasady szwedzkiej w Bejrucie. Na prywatnej imprezie poznaje Yassima, wojennego fotografa, z którym zaczyna go łączyć coś więcej niż przyjaźń.

Szybko jednak okazuje się, że Yassim skrywa jakąś tajemnicę. Któregoś wieczoru w mieszkaniu Jacoba zjawia się niespodziewanie pracująca dla szwedzkiego wywiadu Myriam. Jej wizyta wywraca świat Jacoba do góry nogami.

W tym samym czasie w Szwecji Klara Walldéen bierze udział w pogrzebie swojego dziadka. Wkrótce po uroczystości jej przyjaciółkę Gabriellę zatrzymuje w dramatycznych okolicznościach szwedzka policja bezpieczeństwa.

By poznać prawdę, Klara musi dopasować do siebie wiele elementów układanki. Ślady prowadzą do Brukseli. Tam zaś okazuje się, że mogą sięgać nawet do Bejrutu…

***

Wciągający thriller rozgrywający się w świecie szpiegów, polityki, terroryzmu i zamachów. Doskonały!
„The Times”

Thriller Joakima Zandera «Szpieg z Bejrutu» to niesamowicie ekscytująca opowieść. Jeśli jesteś fanem aktualnych tematów i wartkiej akcji, to wciągający thriller Joakima Zandera «Szpieg z Bejrutu» jest zdecydowanie dla Ciebie!
Hallo Buch

Zander po raz kolejny napisał niesamowicie porywający i kompletny kryminał z bohaterką Klarą Walldéen.
Der Kultur Blog

Joakim Zander
Szpieg z Bejrutu
Przekład: Wojciech Łygaś
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 13 marca 2019
 
 

Szpieg z Bejrutu


1

5 sierpnia – Bejrut

Niektóre sprawy dzieją się zbyt szybko… Kiedy Jacob Seger ląduje w Bejrucie, z początku czuje się trochę zagubiony. Spał w samolocie i chyba nadal jest na wpół zaspany, gdy wraz z tłumem pasażerów kieruje się do punktu kontroli paszportowej, gdzie czekają uzbrojeni po zęby policjanci albo żołnierze… Trudno to określić. W każdym razie pytają go, po co przyleciał do Bejrutu, jak długo planuje tu zostać i dlaczego nie ma paszportu dyplomatycznego, skoro zamierza pracować w szwedzkiej ambasadzie.
– Jestem praktykantem, nie dyplomatą – odpowiada Jacob.
Na razie, dodaje w myślach.
Najpierw musi zrobić pierwszy krok: zdać egzamin z politologii na Uniwersytecie w Uppsali. Wcześniej powinien się uporać z zaległym egzaminem ze statystyki, odbębnić praktykę w Bejrucie i potem zabrać się do pisania pracy dyplomowej. Dopiero później będzie się mógł w pełni zaangażować w pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. To jego cel. Marzył o tym przez cztery lata. W szkole średniej zaprenumerował tygodnik „The Economist”, wkuwał dane dotyczące szwedzkiego eksportu, obkuł się z laureatów Nagrody Nobla i nauczył nazwisk premierów rządów w mało znanych azjatyckich państwach. Wszystko po to, żeby zdać egzamin wstępny na uczelnię. Przez cały czas miał przed oczami niebieski paszport dyplomatyczny i teczki z cielęcej skóry. Musi się też podciągnąć z francuskiego i arabskiego.
Podchodzi do okienka i czuje, jak oblewa go dobrze mu znana fala strachu. Umundurowany urzędnik mierzy go obojętnym, zmęczonym wzrokiem. Jacob wie, że języki obce to jego pięta achillesowa, ale zdaje sobie sprawę, że ich znajomość to podstawa kariery dyplomatycznej. Na samą jednak myśl, że będzie musiał siedzieć w sali wykładowej i ćwiczyć wymowę, robiło mu się niedobrze. Nie pomogło nawet to, że jego nauczyciel języka arabskiego, Hassan Aziz, ponadsześćdziesięcioletni Irakijczyk z gęstą siwą brodą i w szydełkowym krawacie, zaoferował mu prywatne lekcje arabskiego w swoim mieszkaniu pod Sztokholmem.
– Widzę, że się starasz, ale musisz ćwiczyć także w domu – mawiał zrezygnowanym tonem po zajęciach na Uniwersytecie w Uppsali. – Jeśli chcesz, możesz do mnie wpaść raz na tydzień, poćwiczymy razem.
Ale na samą myśl o tym, że będzie musiał ćwiczyć w domu, Jacob odczuwał fizyczny ból. Nie miał też ochoty marnować czasu w pociągu albo w metrze, żeby dostać się do dzielnicy, w której mieszkał Hassan. Nie był w stanie walczyć, marzył, żeby wszystko przyszło samo, jak w Matrixie. I know Kung Fu.
W końcu otrząsa się z takich myśli. To wszystko nieważne. Weźmie się do nauki, opanuje i francuski, i arabski. Nie może się potknąć na językach, byłoby to niesprawiedliwe. Przecież jest przeznaczony do takiego życia. Do podróży samolotami i ważnych zadań.
Kiedy policjant (a może żołnierz?) zwraca mu paszport, czuje, że jego oczekiwania i nadzieje wracają. Przechodzi przez punkt kontrolny i zgodnie z kierunkiem, który pokazują zielone tabliczki, idzie do wyjścia.
Halę przylotów wypełnia typowe dla położonych nad Morzem Śródziemnym krajów wilgotne, duszące powietrze. Czuć w nim dym papierosowy i zapach spalin. W hali czekają kierowcy taksówek z tabliczkami, na których arabskimi literami wypisane są nazwiska osób albo nazwy firm. Powinien je zrozumieć, bo przecież przez pół roku uczęszczał na kursy arabskiego. Niestety, ma z tym kłopot, co tylko go dobija.
Nagle nachodzi go niepokój. Co, jeśli w ambasadzie ktoś sprawdzi jego znajomość arabskiego? Aplikując na stanowisko praktykanta, musiał wypełnić odpowiednią ankietę. W rubryce „Znajomość arabskiego” zakreślił opcję „Upper intermediate”. Skłamał? To raczej kwestia definicji.
Ludzie potrącają się i przepychają, idąc w kierunku parkingów i kolejek pasażerów czekających na taksówki. Jacob zatrzymuje się i rozgląda wokół siebie.
Ambasada poinformowała go, że z lotniska odbierze go któryś z pracowników placówki. Miał więc nadzieję, że po przylocie od razu zobaczy tabliczkę z napisem „Seger”. Kolejny raz przesuwa wzrokiem po taksówkarzach czekających w hali przylotów na klientów. Wyobrażał sobie, że przyjedzie po niego volvo albo czarny mercedes, a na tylnym siedzeniu będzie mu towarzyszył zastępca ambasadora, który przedstawi mu aktualną sytuację w kraju i opowie o zadaniach, które pan ambasador zamierza mu zlecić. Liczył na udział w ważnych negocjacjach albo w spotkaniu z rządem Libanu. Może zostanie wysłany na fact finding mission do któregoś z obozów dla uchodźców albo na koktajl do ambasady francuskiej? Wiedział jednak, że to naiwne mrzonki. Jest tu pierwszy dzień, więc będzie musiał poczekać. Liczy jednak na jakiś znak, że tak właśnie będzie, że dostanie ważne zlecenie, dzięki któremu udowodni, że się nadaje, że rokuje nadzieje na przyszłość, że warto go zapamiętać i na niego postawić.
Niestety, nikt na niego nie czeka. Nie widzi tabliczki ze swoim nazwiskiem i nie rzuca mu się w oczy nikt o europejskim wyglądzie i podenerwowanym, rozbieganym spojrzeniu.
Wyjmuje telefon. Przed wyjazdem zadbał o to, żeby po przylocie do Libanu jego karta działała. To jeden ze szczegółów, o których nie mógł zapomnieć podczas przygotowań. Wie, że rozmowy telefoniczne są tu drogie, a on nie ma zbyt dużo pieniędzy. Mimo to wyjmuje z kieszeni aparat i szuka w nim numeru do Agnety Adelheim.
Zależy mu, żeby pokazać sprawność i tempo działania. Musi udowodnić, że nie stał się ofiarą sytuacji, tylko potrafi przejąć kontrolę i radzić sobie z problemami.
Po chwili wśród numerów zapisanych na karcie odnajduje nazwisko Adelheim i od razu czuje, jak ponownie przepełnia go fala szczęścia. Adelheim to nie jakaś tam pani Andersson. Przed wyjazdem dowiedział się, że jej rodzina ma szlacheckie pochodzenie. Daje mu to poczucie pewnego bezpieczeństwa. To właśnie tam zmierza – do świata dyplomatów i szlacheckich rodów. Kiedy więc wciska numer i słyszy w telefonie sygnał, czuje, jak przechodzi go dreszcz emocji i satysfakcji.
Niestety, Adelheim nie odbiera. Co gorsza jego połączenie nie zostaje przekierowane na inny numer. Po piętnastu sygnałach rozłącza się, zamyka oczy i siada na ławce.
Jest na lotnisku w Bejrucie. To nie tylko jego pierwsza wizyta na Bliskim Wschodzie, ale w ogóle pierwszy wyjazd poza Europę. Przez moment czuje się tak, jakby za chwilę miał utonąć. Próbuje złapać oddech i zaciska powieki.
– Nie, nie, nie – mówi do siebie głośno. Musi się opanować i coś wymyślić.
Ponownie dzwoni do Adelheim, która tym razem odbiera po drugim sygnale. Jacob czuje ulgę.
– O rany – mówi Adelheim, gdy Jacob podaje swoje imię i nazwisko. – Bardzo mi przykro, ale myślałam, że przyjedzie pan dopiero w przyszłym tygodniu. Będę na lotnisku za pół godziny.
Jacob się rozłącza i wstaje z ławki. Próbuje pozbyć się poczucia rozczarowania. A więc zapomnieli o nim! To porażka, ale cóż, takie rzeczy też się zdarzają. Pewnie mają mnóstwo pracy i ktoś nie dopilnował, żeby wyznaczyć osobę odpowiedzialną za odebranie go z lotniska. Trudno, nie można pamiętać o wszystkim. Ale on im jeszcze pokaże, wprawi ich w zadziwienie.
Z nowej skórzanej aktówki wyjmuje najświeższe wydanie „Dagens Nyheter”. Gazetę kupił po przejściu przez bramki na lotnisku w Sztokholmie, ale nie zdążył jej jeszcze przejrzeć. Teraz uznał, że warto się zapoznać z tym, co wydarzyło się ostatnio. W poszukiwaniu informacji o Bejrucie i Bliskim Wschodzie przegląda pierwszą stronę. Wcześniej czytał w internecie o zamieszkach w dzielnicy rządowej i o nieposprzątanych śmieciach, które zalegają na ulicach, przepełniają je smrodem i są źródłem chorób, bo rząd jest skorumpowany i niezdolny do działania. Niestety, w gazecie nie ma na ten temat ani słowa. Zamiast tego znajduje artykuł o skandalu, który wstrząsnął szwedzką policją bezpieczeństwa. Przypomniało mu się, że słyszał o nim we wczorajszych wiadomościach telewizyjnych, ale był zbyt zajęty przygotowaniami do wyjazdu, żeby bliżej zainteresować się tym tematem.
Dopiero teraz ma na to czas. Przynajmniej pół godziny. Rozkłada gazetę i znajduje w niej zdjęcie rudowłosej kobiety. Wygląda na trzydzieści kilka lat i jest ubrana jak bizneswoman. Ma zielone oczy i zdecydowany wyraz twarzy. Zdjęcie zrobiono w trakcie konferencji prasowej. Tytuł artykułu brzmi:
ROSJA WSPIERAŁA ZAMIESZKI NA PRZEDMIEŚCIACH.
Jacob pochłania tekst w ciągu minuty, a potem czyta wstępniak i artykuły na kolejnych stronach gazety. Nieznana mu rosyjska firma powiązana bezpośrednio z Kremlem przekonała pewnego szwedzkiego profesora, aby przed posiedzeniem Rady Ministrów Unii Europejskiej napisał specjalny raport. Profesor zachęcał w nim Radę do wsparcia idei szeroko rozumianej prywatyzacji policji w krajach europejskich. Później się okazało, że ta sama firma pomogła zorganizować i rozniecić zamieszki, do których doszło na przedmieściach wielu szwedzkich miast przed posiedzeniem ministrów krajów członkowskich, które odbyło się w poprzednim tygodniu w Sztokholmie. Celem tych działań było zdestabilizowanie policji, co miało doprowadzić do przejęcia jej niektórych zadań przez powiązane z Rosją firmy. Na dodatek okazało się, że chociaż SÄPO, szwedzka policja bezpieczeństwa, o wszystkim wiedziała, nie podjęła żadnych działań zapobiegawczych.
Jacob wraca na pierwszą stronę, na której znajduje się zdjęcie kobiety. Gabriella Seichelmann pracuje w jednej z najbardziej prestiżowych kancelarii adwokackich w Szwecji. To właśnie ona ujawniła opisywany skandal. Wprawdzie przyczyniło się do tego więcej osób, ale to ona wystąpiła na konferencji prasowej. Wykorzystała dane zebrane od świadków i dokumenty, do których dostęp mieli niektórzy dziennikarze. Pozwolono im się z nimi zapoznać w zamian za obietnicę, że nie zostaną upublicznione, ponieważ prawdopodobnie były opatrzone klauzulą tajności. Ci, którzy weszli w posiadanie dokumentów, weryfikują je, ale policja odmawia jakichkolwiek komentarzy.
Jacob odkłada gazetę. Cała historia przypomina trzymający w napięciu szpiegowski thriller. Podczas lektury artykułu poczuł zazdrość. Przecież ta prawniczka nie może być dużo starsza od niego. Pięć, sześć lat? Głęboko wzdycha. Żeby tak mógł być częścią tych wydarzeń, znaleźć się w centrum uwagi, przeciwstawić się siłom, które sprawują władzę. Nagle poczuł się taki mały. Cała ta jego praktyka i zaległy egzamin ze statystyki, brak zdolności do języków obcych, które będą mu potrzebne do zrobienia kariery.… Wszystko to jest takie odległe od tego, co osiągnęła Seichelmann. Może powinien był iść na prawo?
Nagle słyszy, że przyszedł SMS. Agneta? Nie, to tylko Simon.
„Już wylądowałeś, kochanie?”
Kochanie?
Jacob czuje rosnącą irytację. Kiedy Simon w końcu zrozumie, że to, do czego doszło między nimi wiosną, już się skończyło? Latem prawie w ogóle się nie widywali. Czy naprawdę musi mu wygarnąć prawdę prosto z mostu?
Rzeczywiście, na początku wszystko było takie ekscytujące. Czuł się o wiele bardziej oszołomiony, niż okazywał to Simonowi. Z czasem mogło z tego wyniknąć coś więcej, do czego słowo „kochanie” na pewno pasowałoby znacznie lepiej. Mogło – gdyby się na to zgodził, gdyby sobie na to pozwolił, gdyby w pełni poddał się uczuciom. Niestety, wszystko potoczyło się zbyt szybko. Simon już po trzech tygodniach znajomości zaczął przebąkiwać, że chciałby się do niego wprowadzić. On też przez cały czas odczuwał chęć bycia razem. Wydawało mu się, że nigdy nie wyjdą z łóżka. Przemógł się jednak i stawił czoła temu, co uznał za zbyt cielesne. Przecież nie po to przyjechał do Uppsali. Nie taki miał plan. Później Simon stwierdził, że chciałby poznać jego rodziców.
– Mógłbyś im przynajmniej o mnie wspomnieć – powiedział. – Jestem pewien, że twoja mama to superbabka, za to twój tata jest dość konserwatywny. Mam rację? Ich seks musi być okropny.
Po tych słowach postanowił, że nie będzie tego dłużej ciągnął. Nie mógł opowiedzieć Simonowi o swoich rodzicach, bo kiedyś, gdy stał się nowym Jacobem, zostawił ich i przeniósł się z Eskilstuny do Uppsali. Rodzice nie byli i nie mogli stać się częścią jego nowej tożsamości. Nie pasowali do „dyplomatycznej” wersji swojego syna.
– Pan Jacob?
Z rozmyślań budzi go czyjś głos. Jacob unosi głowę i widzi przed sobą siwowłosą kobietę. Ma ponad pięćdziesiąt lat, ubrana jest w cienką granatową sukienkę.
– Agneta Adelheim. Przepraszam, że musiał pan czekać.

***

Jacob zajmuje miejsce na tylnym siedzeniu czarnego volva. W drodze do centrum obserwuje przez okno przedmieścia Bejrutu. Na początku widzi tylko autostradę, silne, oślepiające słońce i zielone flagi Hezbollahu powiewające nad dzielnicami ruder. Potem, gdy są już blisko centrum, pojawiają się podziurawione kulami ściany i lśniące szkło. Dźwigi wyglądają tu jak drabiny wyrastające z dawnej historii. Centrum miasta to przede wszystkim wzmożony ruch uliczny i stosy widocznych na każdym kroku gnijących śmieci.
Wysiadają z samochodu i wchodzą do budynku. Idą schodami na piętro, ich kroki odbijają się echem od ścian. Wchodzą do pomieszczenia, które wygląda jak zwykła salka konferencyjna. Agneta opowiada Jacobowi o ambasadzie i ostrzega, że wszędzie panuje nieporządek. Ściany pokoju wyłożone są jasnym drewnem. Siadają na krzesłach zrobionych ze stalowych rurek. Za każdym razem, gdy Jacob zmienia pozycję, krzesła przesuwają się bezszelestnie po podłodze. Na stole stoją opatrzone pomarszczonymi etykietkami butelki z letnią wodą. Agneta siada po przeciwnej stronie.
– Chyba wiesz, że siedziba naszej ambasady jest tymczasowa? – pyta Agneta, przechodząc na ty. – Przenieśliśmy się tutaj po tym, jak podpalono naszą placówkę w Damaszku.
Jacob kiwa głową. O wszystkim wie, czytał o tym w prasie.
– Nie bardzo więc rozumiem, jak ktoś wpadł na pomysł, aby w tych okolicznościach przysyłać nam praktykanta – kontynuuje Agneta. – Oględnie rzecz ujmując, sytuacja nie jest normalna.
Jacob przełyka ślinę. Czy to właśnie teraz jego słaba znajomość arabskiego wyjdzie na jaw?
– To oczywiście moje prywatne zdanie – kontynuuje Agneta. – Jestem tu tylko asystentką i nie ja podejmuję decyzje. Byliśmy przekonani, że zjawisz się w przyszłym tygodniu. Obawiam się więc, że nie będziemy mogli zaproponować ci żadnego konkretnego zadania. Na szczęście udało mi się znaleźć dla ciebie mieszkanie we wschodnim Bejrucie. Mój znajomy z ambasady Francji wyjeżdża na całą jesień, więc możemy je od niego wynająć. Proponuję, żebyśmy najpierw załatwili wszystkie formalności, a potem znajdziemy ci miejsce w ambasadzie. Kolejne decyzje podejmiemy w następnym tygodniu.
Załatwienie formalności zabiera sporo czasu. Jacob otrzymuje coś w rodzaju identyfikatora umożliwiającego wejście na teren ambasady.
Zanim zdąży się zorientować, Agneta prowadzi go do czarnego volva. Jadą drogą na wschód, przekraczając zieloną linię, o której czytał w czasie letnich wakacji; oddziela muzułmańską część Bejrutu od chrześcijańskiej, w której ma zamieszkać. W czasie wojny domowej przebiegała tędy linia frontu. Teraz jest to tylko zwykła trasa przelotowa.
W pewnej chwili Agneta prosi kierowcę, żeby zatrzymał się przed Saliba Market.
– Tutaj będziesz mieszkał – informuje Jacoba. – W Bejrucie system numerowania ulic nie funkcjonuje. Jeśli będziesz podróżował taksówką, wystarczy podać kierowcy adres: Armenia Street koło Saliba Market.
Agneta otwiera drzwi prowadzące do urządzonego w stylu art déco mieszkania z piękną podłogą z mozaiki. Jest też niewielki balkon wychodzący na ulicę i wykusze. W oddali widać port i morze.
– Jestem pewna, że sobie poradzisz – mówi Agneta. – Wyglądasz na zaradną osobę.
Jacob pęka z dumy. Słysząc takie słowa, prawie unosi się nad ziemią. Zaradna osoba. Okazuje się, że mimo swego imponującego nazwiska Agneta jest tylko asystentką. Jeśli jednak ona dostrzegła w nim zalety, to co powiedzą inni?