“Była sobie miłość”, nowa powieść autora książki „Saga, czyli filiżanka, której nie ma”. Brawurowa, przewrotna fabuła o jednej z najstarszych i zarazem najsłynniejszych legend celtyckich – o Tristanie i Izoldzie Jasnowłosej.


Była sobie miłośćAutor umieszcza słynnych zakochanych w średniowiecznej litewskiej wiosce, w masońskiej loży, w sercu walk powstańców z caratem, na legendarnej amerykańskiej drodze 66, a nawet w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, aż po współczesność.

Łączy ich to, co w średniowiecznym micie najbardziej przejmujące – że zakochani nigdy nie będą mogli być razem. Ale przecież miłość jest silniejsza niż wszystko.

Cezary Harasimowicz – scenarzysta, aktor, dramaturg i pisarz. Jest jednym z najlepszych polskich scenarzystów, którego twórczość skupia się na najgorętszych tematach i problemach nękających współczesny świat. Jego film o poszukiwaniu wolności za żelazną kurtyną – “300 mil do nieba” – został uhonorowany w 1989 roku Nagrodą Europejskiej Akademii Filmowej. W 1994 jego scenariusz “Brute” zdobył pierwszą nagrodę w konkursie Hartley-Merrill w Stanach Zjednoczonych. Dzięki tej nagrodzie Harasimowicz brał udział w warsztatach Roberta Redforda w Sundance Institute, gdzie jego skrypt uznano za najlepszy i podkreślano wybitne walory humanistyczne tekstu.

Cezary Harasimowicz
Była sobie miłość
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Była sobie miłość


Marek Edelman, Machabeusz ocalony z Zagłady, uważał, że człowiek jest z gruntu zły. Lecz wyrzekł słowa tak mniej więcej brzmiące: „Nienawiść jest złem, miłość jest obowiązkiem”. I jeszcze: „Nienawiść jest łatwa, miłość wymaga wysiłku”.
No cóż… Panowie miłościwi i zacne panie, czy wola wasza usłyszeć opowieść o wysiłku, miłości i śmierci?

Prolog

To było tak:
Nad moją dzielnicą rozprysnęła się wiosna. Z całym tym beznadziejnie kiczowatym sztafażem pęczniejących pąków, liści puchnących świeżością, promieniami słońca bryzgającymi z odległości stu pięćdziesięciu milionów kilometrów i tak dalej, i tak dalej. Niby czas miłości, odrodzenia, nadziei i wszystkich tych idiotyzmów. Bardzo niby.
To był dzień, w którym siedemdziesiąt pięć lat temu kilkuset bohaterskich narwańców uwierzyło w godną śmierć wbrew rozsądkowi. Na skrawku miasta, na trzech kilometrach kwadratowych, stłoczono kilkaset tysięcy ludzi. Otoczono ich murem. Umierali z głodu, zarazy, ze smutku i rozpaczy. Wywożono ich z pobliskiej rampy kolejowej donikąd. Tych kilkuset buntowników już nie chciało umierać w rozpaczy. Dziewiętnasty dzień kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku. Dosyć. Machabeusze ruszyli z butelkami z benzyną na żelaznego wroga. Mieli jeszcze trochę z łaski darowanych pistoletów, kilka karabinów. Niewielu z nich ocalało. Po pięć deko chleba na dzień. Jak walczyć, kiedy puchną nogi? Jeden z Machabeuszów przeżyje i po latach powie, że człowiek jest z gruntu zły. Od zarania gatunku musiał zabijać, żeby żyć.
Z okien mojego skromnego mieszkania w nieskromnym apartamentowcu widać dzielnicę, która kilkadziesiąt lat temu była oceanem ruin, zakrzepłej krwi, spalonych kości. Z tych szczątków powstała dzielnica. Tak: z e szczątków, a nie tylko – na szczątkach. Kiedy budowano w tym miejscu nową dzielnicę, część trupów zległa w ziemi na zawsze, ale część kości przemielono razem z gruzem. Ta mikstura posłużyła za tynk na elewacjach budynków wznoszonych w tym miejscu.
Jak się żyje na cmentarzu?
Tej nocy nie mogłem spać. Miałem ciężkie sny. Pod zaciśniętymi powiekami moje oczy widziały śmierć. Po przejrzeniu EKG i USG serca lekarz stwierdził stan przedzawałowy i migotanie przedsionków. Ciągle zwlekałem ze spisaniem testamentu.
– Jednak powinieneś to zrobić.
Przysiadła w nogach tapczanu. Nie widziałem jej twarzy. Była cieniem. Być może była piękna, być może brzydka.
– Jeśli to zrobię… To tak, jakbym już skazał się…
– Przestań – zaprzeczyła. – To tylko zapobiegliwość.
Uniosłem głowę z poduszki, by zajrzeć jej w twarz. Odepchnęła mnie stanowczym gestem. Poddałem się. Głowa wróciła na poduszkę. Mokrą od potu. Zasnąłem. A właściwie drzemałem, wsłuchując się w ciszę za oknem. Cisza miała barwę krzyków i miażdżonych ciał. Tego dnia w telewizji będą pokazywać trupy leżące na ulicy, być może w miejscu, gdzie teraz mieszkam. Podobno ludzie wywlekali zwłoki swoich bliskich na chodnik, by uniknąć kosztów pogrzebu. Władze sanitarne miały obowiązek zająć się trupami i pochować je na koszt dzielnicy.
Wstałem o siódmej. Wziąłem prysznic. Ogoliłem się, patrząc jak co dzień na swoją twarz w lustrze. Jak co dzień zastanawiałem się, skąd mam tę bliznę na czole. Kiedy piłem kawę, wydawało mi się, że cień ciągle tam jest. Wciąż tkwi na krańcu tapczanu, jak na krańcu świata. Być może to było złudzenie. Pracowałem nad projektem do dziesiątej czterdzieści pięć. O jedenastej miały się zacząć uroczystości. Te nieoficjalne. Oficjalne były odgrodzone policyjnymi barierkami, bramkami do wykrywania broni i materiałów wybuchowych. Machabeusze właściwie nie mieli broni i materiałów wybuchowych.
Rozdawano papierowe żółte kwiaty podobne do gwiazdy. Dałem sobie przylepić żółtą papierową gwiazdę na piersi. Pomyślałem:
Stygmat czy pamięć?
Nie kontynuowałem tej myśli, bo wydała mi się kwintesencją banału. Pomyślałem o swoim sercu, które być może wkrótce rozpadnie się na skrawki.
Jak to się ma do skrawków ludzi, po których teraz stąpam? – pomyślałem.
Dzień był coraz bardziej słoneczny i zlewał się z pogodną żółcią kwiatów na piersiach ludzi w pochodzie. Patrzyłem na jasne twarze w tłumie. Tamci nie mieli jasnych twarzy. Tłum zatrzymał się przy wzgórku usypanym w miejscu, gdzie Machabeusze popełnili zbiorowe samobójstwo. Potem pochód ruszył tam, skąd wywieziono trzysta tysięcy ludzi donikąd. Padały nazwiska i imiona bliskich zamienionych w bezimienny proch i pył. Spotkałem przyjaciela. Sąsiada zza ściany, prawnika.
– Czy to wszystko ma sens?
– Nie wiem – odpowiedziałem sąsiadowi.
Przypomniałem sobie słowa jednego z Machabeuszy, tego ocalonego: „Człowiek jest z gruntu zły”. Ten ocalony został lekarzem. Jeśli nie mógł uratować chorego, przeprowadzał go ze spokojem na tamtą stronę. Podobno pacjenci ocalonego buntowali się przed śmiercią, chcieli jeszcze choć raz zobaczyć żonę, siostrę, wnuczkę. „Człowiek za wszelką cenę nie chce umierać”, mówił Machabeusz.
A czego chce za wszelką cenę? – spytałem sam siebie.
Czułem czyjąś obecność, czyjś wzrok na swoich plecach. Odwróciłem się. To nie była ona, ta, która nagabywała mnie dzisiejszej nocy.
Dziewczyna miała złociste włosy. O wiele jaśniejsze niż żółty stygmat przyklejony do piersi.

To było tak:
– Wstałaś już?
– Mhm.
Skłamałam. Jeszcze leżałam w łóżku i patrzyłam na błyski zajączków biegających po suficie. Prawdopodobnie nie wstanę dziś w ogóle z łóżka. Nie mam ani siły, ani ochoty.
Z komórki dobiegł głos przyjaciółki:
– Kłamiesz.
– Mhm.
– Musisz się zwlec. Wzięłaś trazodon? – spytała przyjaciółka.
– Wzięłam. Dlaczego muszę się zwlec?
Na kilka sekund w iPhonie zaległa cisza. Przyjaciółka szukała odpowiedniego pretekstu, by mnie wykopać w łóżka i postawić twarzą w twarz z życiem.
– Choćby dlatego, że trzeba ruszyć dupsko.
– W jakim celu? – spytałam usiłując oszukać przyjaciółkę i samą siebie nieco mocniejszym tonem.
– O jedenastej jest marsz.
– Wiem, wiem – przerwałam przyjaciółce. – Ale muszę dokończyć artykuł.
– Kurwa mać, o czym?
Przyjaciółce wydawało się, że jeśli będzie przeklinała, to postawi mnie do pionu. Idiotka. Gdy się leży w piekle, twarzą w gównie, to żadne przekleństwo nie jest w stanie postawić do pionu.
– Artykuł o tymczasowym aresztowaniu posła…
– Przestań – przerwała przyjaciółka, a mnie się wydało, że wielka kula waty zatkała mi usta. Na moment straciłam oddech.
– Kłamiesz. Nie piszesz żadnego artykułu.
To była prawda. Nie pisałam żadnego artykułu. Pisałam rozpacz. Własnymi słowami. W głowie i w piersiach. Nie na twardym dysku.
– Jest piękny dzień.
– Widzę – odrzekłam.
Kłamałam. Widziałam za oknem czerń. Tylko zajączki tańczące na suficie dawały oznaki życia.
– Zaraz u ciebie będę – oznajmiła przyjaciółka.
– Nie trzeba. Dam sobie radę.
– Nie dasz sobie rady. Za pół godziny jestem. Idziemy na marsz.
Klik. Przyjaciółka się rozłączyła, a ja pomyślałam:
Dajcie mi spokój. Dajcie mi wszyscy święty spokój. Wiem, wiem, trzeba. Wczoraj dziarscy chłopcy i hoże dziewczęta z ONR zrobili sobie nasiadówkę w Stoczni Gdańskiej, w sali, w której narodziła się Solidarność. Potem przemaszerowali ulicami Gdańska z chorągwiami. Akurat wczoraj. Kilkadziesiąt lat temu inni dziarscy chłopcy ze sztandarami maszerowali tymi samymi ulicami. Być może ci sami chłopcy palili w getcie ludzkie resztki. Wiem, wiem, trzeba. Za kilka dni dziarscy chłopcy i hoże dziewczęta spotkają się na polsko-niemieckiej granicy. Będą świętować urodziny Führera. Wiem, wiem. Ale ja nie mam siły.
Spojrzałam na błyszczkę tańczącą na suficie. Wstałam. Chyba to nikłe światełko poderwało mnie ze zmiętego posłania. Przysiadłam na krawędzi łóżka. Obok mnie usadowiła się ona.
– Przesadzasz.
– Z czym? – spytałam.
– Z tą swoją rozpaczą – odpowiedziała tamta.
– Być może. Ale… – zastanowiłam się – ale to jest stały fragment.
– Czego? – spytała tamta.
Nie odpowiedziałam. Bo co? Że rozpacz jest wmurowana na amen w ludzki gen? Obojętnie, czy jedzie się na rzeź z Umschlagplatzu, czy leży się bezwolnie na dnie piekła, patrząc w sufit mieszkania na Natolinie.
– Możesz się uratować – pocieszyła tamta.
– W jaki sposób?
– Wstań. Czeka cię podróż.
Słowa tamtej zmieszały się z pobłyskami na suficie i dziwną ciszą za oknem. W tej ciszy tkwiły krzyki i chrzęst kości.
– Podróż? Dokąd?
Dzień był piękny. Słoneczny jak żonkil, który przylepiła mi do kurtki śliczna dziewczyna. Nie miałam pojęcia, dlaczego wyłuskałam wzrokiem akurat jego.
Odwrócił się. Miał głębokie, piwne spojrzenie i głęboką bliznę na czole. W oczach plątało się, coś, jakby zaproszenie w podróż.

Trucizna

Podniosłem powieki i spojrzałem na świat. Tego dnia nie był przyjazny. Nad Kornwalią, nad zamkiem Tyntagel, zawisły bure chmury niczym stal stygnąca w mętnej wodzie. Chmury nie wróżyły nic dobrego. Ale ja nie zwykłem użalać się nad złym losem.
Życie nie szczędziło mi żalu i smutku, choć pochodzę z królewskiego rodu. Moje imię znaczy „przybył na ziemię przez smutek”. Nadała je matka po śmierci mego ojca, który zginął w bitwie wszczętej przez Irlandczyków.
Kiedy wyrosłem, kiedy twarz pokryła się szczeciną, kiedy ciało przybrało męskie kształty, a dłonie władały mieczem, mój umysł zapłonął chęcią zemsty za śmierć ojca. Bez wiedzy króla Marka wykradłem się z Tyntagelu, dotarłem potajemnie do Irlandii i zabiłem w pojedynku brata irlandzkiego króla. Rozłupałem mu czaszkę, uszczerbiając miecz, a sztyletem wykroiłem serce.
Wróciłem zdrów na zamek w Tyntagelu, gdzie teraz patrzę przez okienny wykusz na ciemne chmury, które napawają mnie smutkiem i zdają się szeptać o nadchodzącym nieszczęściu.
Niski głos oderwał mnie od smętnego widoku. Lubiłem ten aksamitny ton.
– Tristanie.
– Tak. – Odwróciłem się od okna.
W progu komnaty stał on, karzeł Frocyn, i patrzył na mnie swoimi dobrotliwymi oczami, w których kołysało się ulotne zamyślenie. Frocyn był mi bliski. Traktował świat z dystansem mędrca. Jego spojrzenie odgradzała od rzeczywistości mgiełka, której źródła nie mogłem rozpoznać. Frapowała mnie i kusiła tajemnica karlich źrenic.
Frocyn rzekł, nie przekraczając progu:
– Król prosi do siebie waszą książęcą mość.
– Tak wcześnie? – zdziwiłem się.
– Jego królewska wysokość nie mógł zmrużyć oka tej nocy. Przysnął o zmierzchaniu, ale zaraz się obudził z jękiem.
Uśmiechnąłem się.
– Pilnujesz królewskich oczu?
– Pilnuję królewskich snów – odrzekł tajemniczo.
– I co z nich wyczytałeś, Frocynie?
Karzeł zastanowił się, poprawił sztylet z niewielką rękojeścią, na której zastygła głowa syczącego węża. Podobał mi się ten sztylet.
– Wyczytałem niepokój, Tristanie.
– Powód?
Wąskie wargi Frocyna pozostały nieruchome. Już zaczęło mnie drażnić to milczenie, już chciałem go skarcić i ponaglić, lecz usta karła się odezwały:
– Jego królewską mość bezprzykładnie nachodzą baronowie.
– Andret, Gwenelon, Gondolin i Denoalen? – spytałem.
– Któż inny by się ośmielił?
– Czego chcą? – Ponagliłem, podnosząc głos: – Mów!
Frocyn odpowiedział natychmiast:
– Dąsają się, że ciągle jest bezdzietny.
– To prawda – odpowiedziałem.
– Ale nie to jest istotą ich frasunku.
– A co?
Frocyn przekroczył próg bez mojego pozwolenia. Zamknął szczelnie za sobą drzwi i podszedł blisko na swoich pałąkowatych nogach. Spojrzał mi prosto w oczy z troską, rzekł, ściszając głos do ledwie słyszalnego szeptu:
– Boją się ciebie, panie.
– Mnie? Głupstwa.
– Ciszej – skarcił mnie karzeł. – Jeśli król umrze bezdzietny, trzeba będzie tobie oddać władzę. A to baronom się nie podoba. Mówią, że niesiesz w sobie ukryty smutek i nienawiść do świata.
Wstrzymałem oddech. Pierwszy raz dotarło do mnie, że tak może być: że objęcie tronu Kornwalii jest nie w smak baronom. Wcale nie było mi to miłe. Ale mogłem przecież przydeptać im pięty… Grzeszną myśl przerwał głos Frocyna:
– Jest nadzieja.
– Tak? – zdziwiłem się.
– Ostatniej nocy, a właściwie wczesnym świtem, król się modlił.
– O co?
Karzeł wpił się swoim wzrokiem w moje oczy. Z jego oblicza odpłynęła mędrcza zaduma.
– Nie czytam królewskich modlitw.
– Czyżby? – zadrwiłem okraszając policzki uśmiechem, ale zaraz zgasiłem grymas. Nie przystoi kpić z królewskiego karła.
– Idź natychmiast do króla, Tristanie. Wzywa cię.
Król Marek siedział w komnacie, której powała czerniła się smolistymi smugami, strużynami, śladami po setkach, może tysiącach płonących knotów i żarzących się szczap w zamkowym kominie. Miał pochyloną głowę. Ale nie od smutku. Przypatrywał się jakiemuś przedmiotowi. Był tak zanurzony w myślach, że nie dostrzegł mego wejścia, nie usłyszał skrzypnięcia drzwi. Wreszcie królewskie spojrzenie odkleiło się od jakiegoś tajemniczego szczegółu, spłynęło na ziemię, na której stałem wyprostowany jak głownia miecza.
– Tristanie… – westchnął.
– Tak? – odrzekłem.
– Bóg mnie wysłuchał.
Milczałem. Miałem swoje zdanie o Bogu.
– Popatrz, co mi o świcie przyniosła jaskółka.
– Jaskółka?
– Podejdź.
Podszedłem. Musiałem wytężyć wzrok:
Na stole leżał złoty włos.

Tkwiłam w okiennym ryzalicie, śledząc jaskółczy lot.
A zatem nadchodzi deszcz – pomyślałam. Opętany lot jaskółek wróży ulewę, a cóż ulewa wróży? – spytałam samą siebie. Jeśli burzę, to niech pioruny ogarną moją duszę.
Nie potrafiłam ostudzić gniewu i nienawiści, która rozlała mi się w trzewiach. Czas nie koił ran. Myślałam o zemście. Wuj Morhołt był mi bliższy niż ojciec, król Irlandii. Szlachetny, dobrotliwy mimo postury olbrzyma. Kochałam zapach jego twarzy. Gdy pochylał się nade mną, całując przed snem, wyłuskiwałam z jego gęstej brody woń wiatru, morską bryzę owiewającą portowe brzegi Weisefortu. Z dumą patrzyłam na blizny na jego czole i dłoniach. Gdy byłam małą dziewczyną, wyobrażałam sobie, iż jestem jak wuj Morhołt dzielnym rycerzem. Żaden widok nie był tak miły moim oczom: ślady cięć na ciele. Jeszcze słyszę opowieści Morhołta o wojnach, bitwach i walkach ze smoczymi potworami.
Jakże strasznie wyglądało oblicze wuja, gdy zobaczyłam go z głową rozłupaną mieczem i sercem wyjętym z piersi. Nie dałam tknąć martwego ciała. Sama przysposobiłam zwłoki do ostatniej drogi. Wyjęłam z czaszki uszczerbiony ułamek głowni. Przysięgłam sobie, że jeśli kiedykolwiek natrafię na resztę żelaza – zabiję właściciela miecza.
Patrzyłam na lot jaskółek krążących nad basztami i warownią naszego kasztelu. Cierpliwie czekałam na burzę. Trzask piorunów i zygzaki błyskawic byłyby miłe mojej duszy. Lecz zamiast echa nawałnicy, usłyszałam delikatne pukanie do drzwi komnaty. Nie znoszę dyskretnych znaków. Rozkazałam stanowczo:
– Wejść.
W progu stanął on, Aguynguerran Rudy.
– Izoldo.
– Słucham, Aguynguerranie.
Spojrzałam na jego stopy, które lękały się przekroczyć próg. Sina smuga wpadająca przez okno oświetliła bladą, piegowatą twarz. Policzki nosiły trupią barwę. Gardziłam Aguynguerranem Rudym. Nie znosiłam jego umizgów. Czułam odór sączący się z jego ust, gdy próbował się do mnie przybliżyć. Ogarniały mnie mdłości. Moja matka twierdziła z uporem, że byłaby z nas dobra para. Aguynguerran Rudy był kasztelanem mego ojca, króla. Lecz na myśl o trupio bladym ciele upstrzonym kroplami piegów moje kiszki skręcały się w powróz.
To ja jestem panią własnego losu. Ja będę decydować, komu oddać swą dłoń…
– Izoldo.
Książę wyrwał mnie z milczenia. Otrząsnęłam myśli ze wstrętem.
– Tak.
– Wyruszam – oznajmił Aguynguerran, ciągle stercząc tchórzliwie za progiem.
– Co mi do tego, kasztelanie – odrzekłam, podnosząc podbródek.
– Może choć spytasz dokąd – rzekł, a jego lewa stopa, obuta w lśniącą ciżmę z wołowej skóry, przekroczyła próg. Pomyślałam z pogardą:
Ileż to razy ta stopa deptała bitewne błoto? Dwa, trzy? Najwyżej cztery.
Prawie krzyknęłam w piegowatą twarz Aguynguerrana:
– Stój! Nie zbliżaj się do mnie.
– Izoldo… Dlaczego mnie nienawidzisz?
Dostrzegłam krople łez w kącikach jego niebieskich oczu i na moment zrobiło mi się żal Aguynguerrana Rudego. Poddałam się żalowi:
– Dokąd wyruszasz, kasztelanie?
Westchnął. A w tym westchnieniu był cień nadziei, dumy i lęku. Po chwili marchewkowe wargi rzekły:
– Na bagniska Connemary.
– Z Bogiem.
Znów westchnął, z jego piersi wysączyła się skarga:
– Izoldo… Nie pytasz w jakim celu?
– Nie pytam. Cofnij się za próg, powiedziałam.
Usłuchał. Marzyłam, by już zakończył wstrętne umizgi i zamknął drzwi z tamtej strony. Chciałam wrócić do myśli o ukochanym wuju, do wspomnień.
– Ostatnie słowo – rzekł błagalnym tonem Aguynguerran.
– Mów.
Wypowiedział szeptem, tak jak przyrzekł, jedno słowo:
– Smok.
Przez ciało, od łydek przez kibić, piersi i ramiona, przebiegł mi mroźny dreszcz. Jakbym nagle zamieniła się w bryłę lodu.