Gyula Krúdy − bywalec kawiarni i spelunek, a także domów schadzek, uczestnik pojedynków, beneficjent romansów – przeżycia mieszał z fikcją, malując liryczno-oniryczny portret Budapesztu i jego mieszkańców.


Miasto uśpionych kobietGyula Krúdy doczekał się miana pisarza pisarzy. Jak wyliczył współczesny prozaik i historyk literatury – ośmiu na dziesięciu pisarzy węgierskich kocha Krúdyego. Światowa recepcja jego twórczości z roku na rok jest coraz szersza. Jego nowele i niektóre powieści przełożono na wiele języków.

Prezentowany polskiemu czytelnikowi tom wspaniałych krótkich próz domaga się uwagi. Uniwersum, jakie wyłania się z tej prozy, współistnieje ze światem Brunona Schulza: oba światy nawadniane są silnym autobiografizmem, znajdujemy tu wątki erotyczne, surrealistyczne przekształcenia, nawraca topos małego miasteczka z jego „drętwiącą nudą” i charakterystycznymi postaciami osadzonymi w zmitologizowanej przestrzeni rynku, gospody, cukierni, szkoły tańca, domu uciech.

Oprócz opowiadań w tomie znalazła się garść tekstów publicystycznych, które pokazują, że Krúdy nigdy nie przestawał być lirykiem, ale też ilustrują tak znamienne dla jego pisarstwa przenikanie się materii rzeczywistości z materią fikcji literackiej.

Gyula Krúdy (1878−1933) – jeden z najpracowitszych węgierskich pisarzy: pozostawił ok. 60 powieści, ok. 3000 opowiadań, ponad 1000 artykułów. Krúdy − samotnik stroniący od wszelkich grup literackich. Pierwszą nowelę opublikował w wieku piętnastu lat. Szybko wypracował własny styl. Krúdy − bywalec kawiarni i spelunek, a także domów schadzek, uczestnik pojedynków, beneficjent romansów – przeżycia mieszał z fikcją, malując liryczno-oniryczny portret Budapesztu i jego mieszkańców. Bohaterów tworzył na własne podobieństwo; tak powstał Sindbad, który wędruje przez Węgry w poszukiwaniu przeszłości.

Gyula Krúdy
Miasto uśpionych kobiet
Opowiadania i felietony
Przekład: Elżbieta Cygielska, Teresa Worowska
PIW Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera: 19 kwietnia 2019
 
 

Miasto uśpionych kobiet


SPIS TREŚCI

Towarzysz podróży (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Młode lata (przełożyła Elżbieta Cygielska)
O Sindbadzie żeglarzu (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Jesienna podróż Sindbada (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Tajemnica Sindbada (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Zielona woalka (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Mój syn Sylwester (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Z pieniędzmi na pielgrzymkę (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Powrót żeglarza (przełożyła Teresa Worowska)
Ten starzec grudzień (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Wspomnienie z Miasta Józefa (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Do góry nogami (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Sekret szczęśliwego życia (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Człowiek, który był ziarnkiem gorczycy (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Prolog do porcyjki gulaszu (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Ostatnie cygaro w gospodzie Pod Karym Arabem (przełożyła Teresa Worowska)
Żurnalista i śmierć (przełożyła Teresa Worowska)
Jak książę Walii przechodził szkołę życia w Peszcie (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Peszt (przełożyła Teresa Worowska)
Listy z Pesztu (przełożyła Elżbieta Cygielska)
Wiejski sen o świcie w Peszcie (przełożyła Teresa Worowska)
Miasto uśpionych kobiet (przełożyła Teresa Worowska)
Elżbieta Cygielska, Posłowie
Źródła tekstów
Przypisy

TOWARZYSZ PODRÓŻY

Przekroczyłem właśnie czterdziestkę i zdarzały mi się bardzo kiepskie dni. W nocy dręczyły mnie złe sny, a rano otwierałem oczy ogarnięty przeczuciem jakiejś katastrofy, zawsze zresztą sądziłem, że długo nie pożyję – zaczął opowieść mój towarzysz podróży, o którym wiedziałem tylko tyle, ile się wie o tych, co człowiek z nimi podróżuje cały boży dzień albo niekończącą się noc na parowcu czy w pociągu. (Już dawno przeszła mi ochota na nawiązywanie nowych znajomości, lecz mój towarzysz podróży, który miał smutne oczy i włosy przyprószone siwizną, wydawał się sympatycznym, spokojnym, a zwłaszcza skromnym dżentelmenem, zakładałem więc, że nie aspiruje do tego, by całą noc zakłócać mi spokój. Podróżowaliśmy w blasku księżyca, drzewa były jak zjawy w sukniach, na jasnych polach szczekały niewidzialne lisy, które w jakiś tajemniczy sposób na zawsze zdołały umknąć myśliwemu, a w oddali, nad srebrnym unoszonym westchnieniami jeziorem, szybowały dzikie gęsi. Zdawało się, że po szarej szosie biegnącej wzdłuż nasypu kolejowego idą nieszczęśliwi ludzie, skryci w cieniu drzew kołyszących się w takt powolnego bicia serca; czasem tu i ówdzie mignął biały domek przywodzący na myśl wylegującego się psa, gdzieś za okienkiem wielkości liścia palił się kaganek, może kogoś tam właśnie mordują albo ostatnie, ciężkie tchnienie wydaje konający stary wieśniak; zaczęło padać, deszcz jak smutek pośród ciemnej nocy bił łzami o to nieczułe okno; co też porabiają ci, których kocham? – pomyślałem, a myśl ta mnie zmroziła, miałem wrażenie, że już nigdy nie usłyszę z drogich mi ust dobrych, krzepiących słów i tylko smętne wynurzenia towarzysza podróży rozbrzmiewać będą nad moją głową, jakby śmierć czytała mi Biblię).
Nie chcę pana zanudzać opowieściami o swym życiu – ciągnął towarzysz podróży. – Próżnym monotonnym gadaniem, jak to zwykle robią pasażerowie czekający na pociąg w zadymionej poczekalni dworcowej, gdy sygnaturka na dachu stacji uparcie milczy. Zauważyłem, że większość ludzi zawsze jedzie na targ. Najrzadziej zdarza się pośród nich narzeczony. Błędny rycerz z romansów, który dziesięć–dwanaście godzin telepie się w pociągu, w powozie, na saniach, żeby ucałować dłoń jakiejś kobiety, usłyszeć jej szept, poczuć zapach sukni czy bluzki; żeby zdławionym głosem przemówić do niej z uwielbieniem w ustronnej altanie albo na ścieżce w ogrodzie, dokąd kobieta pobiegła w sekrecie, wymknąwszy się z łóżka. Narzeczony to rzadki okaz, prawdziwy biały kruk. Sam kiedyś byłem takim białym krukiem, płonąłem z miłości, wybuchałem jak dynamit w kamieniołomie, z którego potem przez chwilę na zboczu góry unosi się żółty dym, by w końcu zniknąć bez śladu.
Cieszyłem się, jeśli kawał drogi musiałem spędzić na wozie, smagany jesienną ulewą, w przemoczonym do cna płaszczu, jak narzeczony z czasów Petőfiego. W żydowskich karczmach natykałem się na domowe ołtarzyki. Noce spędzałem w czardach, w towarzystwie dawnych zbójników. Grubym służącym obiecywałem małżeństwo, mimo że jechałem do ukochanej, tej świętej i jedynej. Nie byłem głupi, korzystałem z uroków podróży, pijany winem, krajobrazem, zapachem lip albo stacji kolejowych, pogrążałem się w zadumie na rozstajach dróg i chętnie wierzyłem we wszystko, co mówią twarze nieznanych mi ludzi, ich słowa, w zainteresowanie kobiet, w czyjeś zapatrzone oczy. Roiłem o miłostkach z tysiącami kobiet w małych węgierskich miasteczkach, w których spędzałem dzień czy dwa. Zawieszałem wzrok na wiązanych na wstążkę bucikach dziewczynek idących do szkoły, w kościele zaś tak uparcie patrzyłem w oczy pannie młodej, aż ta się rumieniła. Dziedziczkom prawiłem niezapomniane kłamstwa, choć wiedziałem, że zbliża się stacja, na której wysiądą i znikną na zawsze. Kiedyś między Püspökladány a Debreczynem jakaś nieznajoma kobieta omal mnie nie pobiła, a właśnie jechałem do swojej ówczesnej narzeczonej.
Kiedy w końcu stanąłem oko w oko z porą naznaczoną szronem, z więdnącym, coraz zimniejszym latem, z odległym horyzontem skoszonych pól, z wieczorną ciszą umilkłych szos, byłem nieżonatym, smutnym człowiekiem. I jak powiadam, bałem się katastrofy, rano długo snułem się w szlafroku, jakbym już nie miał po co się ubierać, przesiadywałem na rampach kolejowych, bezmyślnie gapiąc się w pustkę, albo w parku na swoich ulubionych, pustych ławkach, z których obojętnie patrzyłem na opadłe liście, wciąż łapałem się na bezwiednych westchnieniach, a w nocy budziłem się nagle z uczuciem, że jestem wyspany, choć położyłem się ledwie pół godziny wcześniej, i nie przychodziły mi do głowy ani modlitwa, ani wiersz, ani żadne miłe wspomnienie. Był kłopot. Stale towarzyszyły mi zły nastrój i irytacja, jak jakaś wykluwająca się choroba. Zacząłem rozważać samobójstwo i gdybym się nie wstydził, poszedłbym na pielgrzymkę w intencji wyzdrowienia, bo straciłem całą radość z obcowania z kobietami, nie cieszyły mnie ani ładna pogoda, ani dobry apetyt. Wtedy trafiłem do X, gdzie spędziłem siedemdziesiąt siedem lat. Uspokoiłem się tam, wyciszyłem, uświadomiłem sobie, że nie należy przyśpieszać dnia śmierci.

*

(Mój towarzysz podróży wymienił prawdziwą nazwę miasteczka, którą jednak, niech mi czytelnik wybaczy, pominę w opowieści. Takich miasteczek na Górnych Węgrzech jest wiele. Dźwięk tamtejszych dzwonów przypomina o dawnych królach i panach. Pod ścianami domów sterczą mężczyźni obróceni w historię, których kobiety kochały lub nie kochały, tak obojętnie, jak to na ogół kobiety, co się nie bardzo przejmują historią. Jeszcze żadna w objęciach ukochanego nie doznała dreszczu szczęścia na myśl, że o tych ramionach, nogach, brodzie, kiedy rozsypią się w proch, będzie opowiadał dziejopis. Brody, zbroje, serca przemijały, a kobiety dalej robiły na drutach pończochy, wcześnie zamykały bramy i nikt w senną noc nie wracał z mostu, z którego, oparty o barierkę, oglądał swe odbicie w lustrze rzeki. Kroki minione, historyczne ucichły, rozlegały się nowe, nastawały wiosny i zimy, przychodziły-odchodziły choroby i miłości, kobiety dojrzewały, potem się starzały, mężczyźni kasłali, wołali o ratunek, kładli się do trumny. Było to małe miasteczko na Górnych Węgrzech, z potężnymi murami, klasztornymi oknami, piecami, z których wieczorny ogień koso popatrywał na śpiących. Świece zapłonęły, zgasły, dym uleciał. Po co ludzie mają szukać bohaterek tej historii wśród kobiet klęczących na niedzielnej mszy albo wśród tancerek na strażackiej majówce? X. Tak brzmi nazwa miasteczka… Kiedyś bohaterki umrą, a żyjący będą dla rozrywki pielęgnować ich groby).
Pierwszą kobietą, którą poznałem w X, była Hartvigowa, z domu Szidónia Gábriel. Obiecałem jej, że tylko dwa dni zostanę w miasteczku, co skłoniło ją do szybkiej uległości – ciągnął mój smutny towarzysz podróży.
Nie wiem, jak to jest u szanownego pana, lecz ja na przykład z rysów twarzy kobiety, kształtu jej nosa, uszu, warg od razu wiem, czy mogę liczyć, że zostanę wysłuchany. Proszę wybaczyć, że ujmę to nieco trywialnie, ale inaczej mógłby mnie pan nie zrozumieć: otóż spotykałem kobiety, które na pierwszy rzut oka oceniałem jako takie, które właśnie na mnie czekają. Po prostu są dla mnie: mamy takie samo ciśnienie krwi, podobnie myślimy, marzymy i pragniemy. Szukamy siebie jak wiatr i żuraw studzienny, jak norka i mysz, jak ptak wędrowny i gniazdo. To są takie dziwne spotkania w maskaradowym korowodzie życia. Człowiek nagle rozpoznaje kobietę, choć nigdy wcześniej jej nie widział. Podanie ręki, wzrok, puls, podskórne pragnienie, trawiąca nas tęsknota spotykają się jak kopacze w tunelu. Szukałem w tym obcym mieście przygody, niczym znudzony komiwojażer, Hartvigowa też czekała na jakąś okazję, choć jestem przekonany, że nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, żeby pokazać komuś swoje nogi w białych pończochach.
Pozwoli pan jednak, że opowiem po kolei, poważnie, bez niedbałości właściwej podróżnym, kim była Hartvigowa.
Otóż Hartvigowa była świętą kobietą.
Szukałem w X mieszkania, bo tylko w młodości lubiłem życie w prowincjonalnych zajazdach, które, moim zdaniem, mają coś z klimatu rosyjskich stacji pocztowych, o których czytamy u Turgieniewa czy Tołstoja. Kiedy jeszcze bawił mnie hałaśliwy, żywiołowy przyjazd gości, a czerwony na twarzy jednooki konduktor w złocistej czapce stał na stopniu wlokącego się omnibusu tak rozradowany, jakby wiózł ze stacji kolejowej księcia zamierzającego polować w okolicy, choć na ogół ze szklanej klatki wysiadali podróżni trudniący się handlem; kiedy odwieczna woń piwa i gulaszu już od progu gospody witała człowieka, mieszając się w głębi podwórza z wyziewami dołu kloacznego; lubiłem ciemne, podejrzane schody, na których rosłe, zdeterminowane, pachnące tanim mydłem pokojówki w białych chustkach na głowach, bose albo w kapciach, taksowały przybysza od stóp do głów jak cielaka; skrzypiące łóżka, w których być może poprzedniego dnia kogoś zamordowano, i niedomykające się drzwi, za którymi jakby ciągle ktoś stał i podglądał – może melancholijna samotność podróżnego; wypaczone okna, zza których człowiek bezcelowo gapi się w pustkę małomiasteczkowego popołudnia; zakurzone sale tańca, gdzie zimą cuchnący kwaśnym winem kawalerowie obejmują spocone tancerki w oklapłym nastroju i oklapłych halkach; schody, na których widuje się grube kolana wiejskich dam w białych pończochach i ich stopy w prunelkach; księżycowe zaprawione winem noce w upiornych pokojach, gdzie nudzący się we śnie lokator widzi, jak zza wieszaka na ubranie wychodzą kobiety w koszulach, przestępując krąg opuszczonej halki; mroczne jadalnie, gdzie charczący, spluwający, zadufani w sobie starzy stali goście strzegą barw stolikowych niczym fetyszy; obrazy upstrzone przez muchy, wyszczerbione talerze z niebieskim szlaczkiem, sztućce z rogowymi trzonkami, beznadziejne wieczory spowite tytoniowym dymem, salwy rechotliwego śmiechu, puste przyśpiewki i męczące rozmowy. Jedyną rozrywką jest więc przyjazd omnibusu, moment gdy ta kolorowa barka zjawia się w bramie, w której hula wiatr, i wiezie kogoś, na kogo instynktownie się czeka… W moim ówczesnym nastroju celny strzał z pistoletu upamiętniłby na przykład moją wizytę w gospodzie Pod Złotą Gwiazdą i nikt by panu nie opowiedział tej historii.
Szukałem mieszkania, jak uczeń stancji.
Chciałem jeść śniadanie przy stole nakrytym niebieskim obrusem, który pachnie mlekiem – jak w dzieciństwie, w domu rodziców; gdzie co niedzielę zmienia się serwetki, twarze są świeżo umyte, włosy na mokro uczesane, koszule się bielą i panuje wesoły nastrój. Inny zapach mają tutaj nawet spirytus i rum. Palinka, którą przy rodzinnym stole pije się na czczo, wcale nie szkodzi. Jajko jest świeżo zniesione przez kurę, osełka masła uśmiecha się jak gruba dziewucha zza krzewu winorośli, buty błyszczą, rześki poranny wietrzyk wywiewa z pościeli nocne zaduchy, a pokojówka w wykrochmalonej wczoraj spódnicy biegnie tanecznym krokiem; nawet wozy wiozące obornik inaczej parują na oszronionych ulicach rano, inaczej zaś po południu, charczenie ciężko chorych sąsiadów cichnie, zieleń warzyw na targu, czerwień kogucich łebków, różowość mięsa kołyszą się w wiklinowych koszach, miejską wieżę o świcie wypucowano gąbką do czysta, sikorka w barwnej kamizelce radośnie skacze po ledwie tkniętej szronem morwie, jak życie, co się zaczyna od nowa, bo wybaczono mu, zapomniano przeszłość…
Dom, który zobaczyłem, wydawał się spełniać moje oczekiwania.
Miał duży biały mur ogniowy, a stał na rogu uliczki prowadzącej z jednej strony do rynku, z drugiej zaś wijącej się ku pobliskiej górze, jakby w dawnych czasach mieszkał tu szef miejscowej policji, który z wysokich okien baczył, czy wokół wieży ktoś nie wszczyna zamieszek. Kominy wyciągały się jak szyje gąsiorów. Klip-klap powiedziały przyjaźnie zniszczone płyty kamiennej posadzki, kiedy przestąpiłem próg. Nie miałem też wrażenia, że za ciemnymi drzwiami do piwnicy czyha groźna zjawa, by wciągnąć mnie w czeluść. Na kręte schody prowadzące na piętro obracało swe pogodne oblicze okrągłe okno. W białych ramach, pod starą, upstrzoną wykwitami saletry ścianą i pozostałymi tu z dawnych czasów balustradkami, prezentował swe subtelne wdzięki ogródek. W maju sumak na pewno pięknie pachnie, altana rozprasza troski, a na niskiej kamiennej ławce stoją na palcach białonogie dziewice, żeby z góry popatrzeć na miasto, kiedy już głowy nabiły sobie wierszami i powieściami. Jakim podłym człowiekiem trzeba być, żeby w takim miejscu zastanawiać się nad uwiedzeniem dziewczyny!
Miałem przed sobą białe drzwi. Miedziana klamka lśniła, a na czystej wycieraczce wydziergany był napis „Salve”. Ucieszyłem się, gdy obok tej nowoczesnej czystości zobaczyłem przytwierdzony do ściany dzwonek w kształcie lwiej głowy z chwostem, za który trzeba było pociągnąć. Wejdę do spokojnych, szczęśliwych ludzi.
Drzwi otworzyła pani domu. Na moje pierwsze słowa zareagowała nieco niepewnie w półmroku przedpokoju, lecz zaraz podfrunęła jak biały motyl i zaprowadziła mnie do jasnego pokoju wychodzącego na ulicę.
– Niech się pan u nas zatrzyma, szanowny panie.
Tak, tak właśnie myślałem, krzesła na cienkich nóżkach zimą też stały w kretonowych pokrowcach, jakby od dziesiątek lat czekały na jakąś wielką uroczystość, żeby pokazać swe prawdziwe obicie. Dywany były pstre jak kilimy, które dawne panie domu tkały późną jesienią, kiedy już uporały się z wyrobem świec. Na malowanym w motylki porcelanowym abażurze wiszącej lampy – różowy tiul. W kącie choinka, bo kalendarz wskazywał pierwsze dni stycznia, gdybym zapomniał powiedzieć. W pokoju pachniało dymem z domowej kadzielnicy i suszonymi obierzynami jabłka. W białym porcelanowym piecu płomienie łopotały czerwono jak motyle skrzydła.
– To pokój do wynajęcia – ciągnęła kobieta, siedząc naprzeciwko mnie, tyłem do okna, a więc rysy jej twarzy wyłaniały się z wolna, jak obraz we śnie.
Mogła mieć koło trzydziestki, ale równie dobrze czterdziestkę. W każdym razie była w wieku, kiedy kobiety boli krzyż już nie tyle od tańca, ile od domowego znoju. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że ma na nogach wyjątkowej jakości buty. Wszyscy, którzy kiedykolwiek próbowaliśmy życia, wiemy, że kobieta na prowincji bez względu na to, jaka jest próżna, mniej uwagi poświęca pielęgnacji nóg niż kobieta z dużego miasta. Kiepskie bruki, jesienne błoto, niegodne chodzenie piechotą niszczą najpiękniejsze nogi i obuwie. W tym miasteczku kobiety na pewno miały jeszcze buty specjalnie na niedzielę, w domu przeważnie chodziły w kapciach, na złą pogodę wkładały jakieś stare, podniszczone, a tak zwane bergsteigery, regaty czy inne półbuty nosiły do późnej starości, aż robiły się z nich czółna. Nie dziwię się próżnym kobietom, które do ostatnich dni dbają o formę swoich butów, o paryski szyk czy angielską solidność, o francuskie obcasy, o świeżość wstążek, o czystość bez zarzutu. Lecz jakiekolwiek buty nosi kobieta z małego miasteczka, chodzi ona w nich po mniej więcej takich samych miejscach. Skrzypiące regaty czy elastyczne prunelki przemierzają kładki życia, niezliczone schody i piwnice, aż docierają do ulicy, która wije się pod górę albo biegnie w dół. Najbardziej niestrudzone nogi nie mogą się dość nachodzić po kościelnych posadzkach, spod których grzeszący ciężko za życia, toteż pokutujący po śmierci miejscowi notable śledzą ich kroki; konfesjonał, wróżka, co stawia karty, i miejscowa akuszerka znają historie tych kobiet bez względu na to, w jakich butach one chodzą. Życie tych nóg upływa niemal na tej samej ścieżce. W końcu wszystko jedno, czy mężczyźni je komplementowali – łowcy przygód w podróży lub stacjonujący na miejscu oficerowie, czy tylko niecierpliwy mąż gromił je za lenistwo. Biedne nogi służą i służą, aż po latach odmawiają posłuszeństwa pod ciężarem trosk, rwących bólów i pokutnej podagry.
Ta kobieta miała buty jak jakaś księżna. Gdzie je szyła, gdzie stalowała w tym miasteczku, w którym kobiety pewnie zaspokajają swe potrzeby, sprowadzając towar ze sklepu w Karlsbadzie? W butach tych kryły się zgrabne i wielce obiecujące nogi. Te francuskie obcasy być może z wdziękiem depczą męskie serca, a może są tylko po to, by w domowym zaciszu być dla kobiety rozrywką, jak haft na koszuli czy falbanka przy halce.