“Inny Świat. Zapiski sowieckie” w nowym wydaniu z okazji Roku Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.


Inny ŚwiatJedno z najważniejszych świadectw więźnia łagru i zarazem jeden z najistotniejszych utworów w historii polskiej – i światowej – literatury XX wieku.

Wstrząsająca wiwisekcja mechanizmów sowieckiego totalitaryzmu i obraz ludzkiej natury wystawionej na najcięższą z prób. Słowem: książka, którą – jak stwierdził Albert Camus – „powinno się wydawać i czytać we wszystkich krajach świata”.

***

Są to opowieści o niewyobrażalnym zdziczeniu i upodleniu ludzi, ale też – o heroicznym poszukiwaniu nadziei i wolności, miłości i przyjaźni, a więc uczuć, które obóz miał całkowicie zniszczyć.
Włodzimierz Bolecki

Gustaw Herling-Grudziński – pisarz, eseista, krytyk literacki, a także dziennikarz, żołnierz i działacz. Urodził się w spolonizowanej żydowskiej rodzinie. Podczas wojny był więźniem łagrów. Wstrząsającym wspomnieniem tamtych dni jest książka “Inny Świat”. Jako żołnierz walczył u boku gen. Andersa m.in. pod Monte Cassino, za co otrzymał order Virtuti Militari. Większość swojego życia spędził na emigracji – w Anglii i we Włoszech. W 1998 roku uhonorowano go Orderem Orła Białego, a tuż przed śmiercią (w 2000 roku) odebrał w Krakowie doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Gustaw Herling-Grudziński
Inny Świat
Zapiski sowieckie
Wydanie: pierwsze w tej edycji
Wydawnictwo Literackie
Premiera w tej edycji: 13 marca 2019
 
 

Inny Świat

Spis treści

„Mój Bildungsroman”
(z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim rozmawia Włodzimierz Bolecki)
 
INNY ŚWIAT
 
CZĘŚĆ PIERWSZA
Witebsk–Leningrad–Wołogda
Nocne łowy
Praca
Dzień po dniu
Ochłap
Zabójca Stalina
Drei Kameraden
Ręka w ogniu
Dom Swidanij
Zmartwychwstanie
Wychodnoj dień
 
CZĘŚĆ DRUGA
Głód
Krzyki nocne
Zapiski z martwego domu
Na tyłach otieczestwiennoj wojny
Partia szachów
Sianokosy
Męka za wiarę
Trupiarnia
Opowiadanie B.
Ural 1942
Epilog: upadek Paryża

Witebsk – Leningrad – Wołogda

Lato w Witebsku dobiegało końca. Po południu słońce prażyło jeszcze przez chwilę bruk dziedzińca więziennego i kończyło swój bieg za czerwoną ścianą sąsiedniego bloku. Z podwórza dochodziły kroki więźniów, wystukujące miarowo drogę do łaźni, i słowa komend rosyjskich, pomieszane z dźwiękiem kluczy. Dyżurny na korytarzu podśpiewywał, składał co parę minut gazetę i nie śpiesząc się zbytnio, podchodził do okrągłego okienka w drzwiach. Dwieście par oczu odrywało się jak na dany znak od sufitu i zbiegało się w małej soczewce „judasza”. Spod ceratowego daszka spoglądało ku nam ogromne oko i objąwszy wahadłowym ruchem celę, znikało za opuszczoną zastawką z blachy. Trzy uderzenia butem w drzwi oznaczały: „Przygotujcie się do kolacji”.

Półnadzy podnosiliśmy się z cementowej podłogi – sygnał do kolacji kończył również naszą popołudniową drzemkę. Czekając z glinianymi miskami na gorącą ciecz wieczorną, odlewaliśmy przy okazji do wysokiego kibla żółtawą ciecz z obiadu. Strumienie moczu z sześciu lub ośmiu otworów spotykały się, zatoczywszy łuk jak w fontannie, pośrodku kibla i wkręcały się wirującymi lejami do dna, podnosząc poziom piany u ścian. Przed zapięciem rozporków przyglądaliśmy się jeszcze przez chwilę wygolonym rozkroczom; wyglądały dziwnie, jak przygięte wichrem drzewa na jałowych zboczach polnych.

Gdyby mnie ktoś zapytał, co jeszcze robiliśmy w sowieckich więzieniach, niewiele umiałbym dodać. To prawda, że ledwie umilkła u drzwi kołatka poranna zwiastująca pobudkę, a do celi wjeżdżał kocioł gorącego odwaru z ziela i kosz z dziennymi racjami chleba, nasza skłonność do rozmów osiągała punkt szczytowy; chcieliśmy „przegadać” chleb do obiadu. Katolicy zbierali się wokół ascetycznego księdza, Żydzi obsiadali opodal rabina wojskowego o rybich ślepiach i fałdach skóry zwisających z dawnego brzucha, ludzie prości opowiadali sobie sny i wspominali dawne życie, a ludzie inteligentni zbierali niedopałki na wspólnego papierosa. Wystarczyły jednak dwa uderzenia butem w drzwi, aby wszystko co żywe ruszało w skupionym milczeniu, pod wodzą swoich przewodników duchowych, do kotła zupy na korytarzu. Od chwili gdy w naszej celi zjawił się maleńki, czarny „Jewriej” z Grodna i obwieściwszy nam, że „Niemcy wzięli Paryż”, zapłakał gorzko, ustał na barłogach szept patriotyczny i skończyły się rozmowy polityczne. W strumieniu omijającego nas życia płynęliśmy jak martwy skrzep ku bijącemu coraz słabiej sercu wolnego świata.

Pod wieczór powietrze stawało się chłodniejsze, a na niebie pojawiały się wełniste obłoki i żeglowały wolno przed siebie, zapalając po drodze pierwsze gwiazdy. Rdzawy mur naprzeciwko okna wybuchał na chwilę rudym płomieniem, po czym gasł gwałtownie, dosięgnięty skrzydłem zmierzchu. Nadchodziła noc, a wraz z nią oddech dla płuc, odpoczynek dla oczu i wilgotny dotyk chłodu dla spieczonych warg.

Przed samym apelem w celi zapalało się światło. Od tego nagłego przejaśnienia niebo za oknem pogrążało się w mroku, aby w chwilę potem zapłonąć znowu migotliwą jasnością. To narożne wieżyczki patrolowały noc krzyżującymi się cięciami reflektorów. Zanim jeszcze upadł Paryż, o tej właśnie porze zjawiała się zazwyczaj na małym odcinku ulicy, który widać było z okien naszej celi, wysoka kobieta w chustce na głowie i przystanąwszy pod latarnią naprzeciwko muru więziennego, zapalała papierosa. Zdarzyło się parę razy, że płonącą zapałkę podniosła do góry jak żagiew i znieruchomiała na chwilę w tej niepojętej pozie. Osądziliśmy, że ma to oznaczać Nadzieję. Po upadku Paryża ulica opustoszała na dwa miesiące. Dopiero w drugiej połowie sierpnia, gdy lato w Witebsku zbliżało się ku końcowi, nieznajoma zbudziła nas z drzemki szybkim tupotem nóg, dudniących w ciszy o bruk ulicy, zatrzymała się pod latarnią i zapaliwszy papierosa, zgasiła zapałkę zygzakowatym ruchem ręki (pogoda była bezwietrzna), podobnym do skoków przekładni w kołach lokomotywy. Zgodziliśmy się wszyscy, że ma to oznaczać Transport.