“Łzy walki” to nie tylko porywający humanitarny apel jednej z najbardziej znanych obrończyń zwierząt. To także poruszająca autobiografia i życiowe credo niesamowitej kobiety – impulsywnej, zdeterminowanej i nieustraszonej.


Łzy walkiByła symbolem seksu, gwiazdą kina i utalentowaną piosenkarką. Tuż przed swoimi czterdziestymi urodzinami Brigitte Bardot zaszokowała świat, rezygnując nagle i nieodwołalnie ze wspaniałej filmowej kariery. Wszystko po to, aby w całości poświęcić się najważniejszej misji swojego życia. Walce o prawa zwierząt.

Zabijanie drewnianą pałką dwutygodniowych małych fok, okrutny rytualny ubój w rzeźniach, wykorzystywanie zwierząt w ogrodach zoologicznych i cyrkach. Koszmary, których była świadkiem, tylko umocniły w niej przekonanie, że w walce o elementarny szacunek dla każdej odczuwającej cierpienie istoty, nie może być żadnych kompromisów.

“Łzy walki” to nie tylko porywający humanitarny apel jednej z najbardziej znanych obrończyń zwierząt. To także poruszająca autobiografia i życiowe credo niesamowitej kobiety – impulsywnej, zdeterminowanej i nieustraszonej. Kontrowersyjność, którą od lat wytykają jej niektórzy politycy i bezduszne korporacje, pozwoliła jej uczynić dla dobra zwierząt więcej niż komukolwiek innemu.

Ofiarowałam kiedyś swoją młodość i urodę mężczyznom. Dziś ofiarowuję swoją mądrość i doświadczenie zwierzętom.

Brigitte Bardot (ur. 1934 r.) – francuska modelka, piosenkarka i aktorka filmowa, jedna z największych gwiazd i ikon francuskiego kina w XX wieku; działaczka na rzecz ochrony praw zwierząt, założycielka The Brigitte Bardot Foundation for the Welfare and Protection of Animals.

Brigitte Bardot
Łzy walki
Przekład: Małgorzata Kozłowska
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 3 kwietnia 2019
 
 

Łzy walki


2
ZWIERZĘ, KTÓRYM JESTEM

Mój zwierzęcy instynkt
Już będąc dzieckiem, czułam, że mam w sobie coś ze zwierzęcia. Ulegałam zmiennym nastrojom, czasem ciągnęło mnie do ludzi, kiedy indziej szukałam samotności. Obserwując z boku otaczający mnie świat, szybko zwątpiłam w to, że znajdę w nim swoje miejsce. Dzięki mieszczańskiej edukacji swobodnie poruszałam się w eleganckim towarzystwie, ale rzadko zdarzało mi się trafić w nim na kogoś, z kim dobrze bym się czuła. Najbardziej cenię sobie w relacjach z ludźmi prostolinijność, a to rzadka cnota. Zawsze irytowało mnie w ludziach sztuczne zachowanie, staranne dobieranie słów, pozerstwo. Lubię szczerość, czasem posuniętą aż do bólu.
Węch to wrodzony dar zwierzęcia. Mój stawał się coraz bardziej wyczulony w miarę upływu lat i spotkań z ludźmi. Kieruję się w życiu „nosem”, instynktem, szybko wyczuwam, z kim mam do czynienia. W moim domu w La Madrague przyjmuję tylko wąskie grono przyjaciół, z resztą przedstawicieli mego gatunku kontaktuję się na ogół listownie. Czasem wystarczy, by ktoś do mnie napisał parę słów, i zostajemy przyjaciółmi. Bardzo mi odpowiada taka forma kontaktów, nawet z osobami, z którymi łączy mnie wielka przyjaźń. Spotkania z ludźmi wymagają czasu i pewnego sztafażu zbędnego w korespondencji. A ja nie lubię jałowych dyskusji, wolę mówić o konkretach. Coraz mniej też przejmuję się konwenansami, coraz bardziej irytują mnie puste frazesy, bo nie mam już czasu do stracenia.
Nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie i paniczny strach przed kontaktami z ludźmi strasznie mi doskwierały w czasach, kiedy byłam aktorką. Boję się ludzi – na ogół postrzegają oni bowiem swoje relacje z innymi w kategoriach konfliktu, wojny, kłótni, roszczeń. Odczuwałam to szczególnie boleśnie, kiedy sama wchodziłam w relacje, w których układ sił był nierówny. Powiem wprost: doznałam od ludzi wielu krzywd. Dopiero wśród zwierząt, wśród przyrody odnajdywałam spokój i ukojenie. Czułam się naprawdę sobą na wsi, w samotności, z dala od obcych, czasem w towarzystwie garstki osób, które darzyłam zaufaniem.
Podczas pierwszej, „filmowej” części mego życia nie kryłam, że chętnie bym to wszystko rzuciła, ale nie miałam pojęcia, czym mogłabym się zająć i u kogo szukać pomocy. Wiedziałam za to, że można żyć inaczej. Kochałam i szanowałam zwierzęta, czułam się z nimi niezmiennie szczęśliwa i z czasem ta cudowna więź przerodziła się w powołanie. Pamiętam ulotne chwile szczęścia, jakich w tamtych czasach zaznałam, przebywając ze zwierzętami. Podczas zdjęć do filmu Jubilerzy księżycowej poświaty cała nasza ekipa mieszkała w małym andaluzyjskim miasteczku Torremolinos. Pewnego dnia potężna burza spustoszyła okolicę: powyrywała z ziemi drzewa, zniszczyła domy, pozabijała owce, których ciała spoczywały wzdłuż plaży. Po przejściu nawałnicy przygarnęłam małego osiołka i małą suczkę, zabierając je do swojego skromnego, bielonego wapnem pokoju. Spędziłam trzy noce pod jednym dachem z tymi uroczymi stworzeniami. Choć inni aktorzy spoglądali na mnie ze zdumieniem, ja czułam się wreszcie sobą.
Od tamtego czasu robiłam wszystko, by jak najczęściej przebywać ze zwierzętami. Miałam już w swoim paryskim mieszkaniu psy, ale każdy wyjazd na zdjęcia był okazją do nowych spotkań z czworonogami. Starałam się spędzać jak najwięcej czasu z moimi psami i w końcu staliśmy się nierozłączni. Budzę się razem z nimi, jestem z nimi cały dzień i wszyscy wspólnie kładziemy się spać. Ich posłania leżą na całym łóżku. Tylko malutka Fripouille nie potrafi zasnąć inaczej niż wtulona w pościel między moim mężem Bernardem a mną. Sprytnie się przy tym dogaduje z kotami, które też umościły sobie wokół nas gniazdka do spania. Efekt jest taki, że nie mogę wyprostować nóg we własnym łóżku. Cóż, jeśli chcesz żyć w zgodzie ze wszystkimi, musisz się do nich dostosować… Bernard też musiał pogodzić się z tym, że wciąż będzie miał wokół siebie moich czworonożnych przyjaciół. Wszyscy mężczyźni w moim życiu musieli zaakceptować taki układ. Tym, którym to przeszkadzało, nie pozostawało nic innego, jak tylko się wynieść. Może to i dobrze, że tak się stało?
Żyjąc wśród zwierząt, muszę im w pewnym sensie matkować. Czuję się odpowiedzialna za ich samopoczucie i zdrowie. Nawet będąc z dala od nich, potrafię wyczuć ich cierpienie, bo znam je tak dobrze, że nigdy nie mylę się w diagnozach. Wiem, kiedy coś je gnębi i kiedy są chore. Wiem, że coś im dolega, nim stwierdzi to mój zaprzyjaźniony weterynarz. A to dlatego, że spędzając z nimi tyle czasu, znam je na wylot, i co nie mniej ważne – dlatego, że się kochamy. Ale zawdzięczam to przede wszystkim memu instynktowi. Dozorca w La Garrigue dogląda cały dzień moich zwierząt gospodarskich, ja zaś odwiedzam je, żeby je nakarmić i pogłaskać. Od razu odgaduję, jak się czują i w jakim są nastroju. Nawet jeśli dozorca mnie przekonuje, że jakaś gęś jest zdrowa, ja wiem swoje. Mam chyba w tej materii szczególne predyspozycje, więź łącząca mnie z moimi zwierzętami jest jakby wrodzona. Często powtarzam, że czuję się zwierzęciem, ponieważ żyję z tymi stworzeniami w pełnej symbiozie i na wiele spraw reaguję bardziej jak zwierzę niż jak człowiek.

Moja zwierzęca natura
Wiem, co to prostota i umiar, choć nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, bo na pewno nie jest to efekt mojej edukacji. Mama była kobietą bardzo elegancką, złościła się na mnie, kiedy chodziłam na bosaka. Zawsze było mi też obce materialistyczne podejście do życia. Nawet jeśli przez pewien czas byłam w jakimś sensie materialistką, to wyzbyłam się tej cechy, odkąd poświęciłam się sprawie zwierząt i ostatecznie przestałam myśleć o sobie.
Rozdysponowanie majątku, przekazanie w darowiźnie domów, sprzedaż pamiątek będących częścią nas samych nie przychodzi łatwo, rozstanie z nimi jest zawsze wyrzeczeniem. Wszystko, co sprzedałam, wcześniej otrzymałam od dziadków, rodziców, ukochanych mężczyzn, od ludzi, którzy mnie kochali. Wszystkie te rzeczy, które powędrowały do innych – różne drobiazgi, biżuteria, pamiątki z planów zdjęciowych, kostiumy – były świadkami mego życia, ale i moich najgłębszych tajemnic. Kiedy się z nimi rozstawałam, miałam odrobinę rozdartą duszę, ale powtarzałam sobie, że to tylko martwe przedmioty, że prawdziwe wspomnienia pozostają w sercu, nie w fałdach sukni czy w meblu. Pożegnałam się więc z nimi z głębokim przeświadczeniem, że każda z nich posłuży do ratowania zwierząt. I poczułam się wręcz szczęśliwa. Życie zwierząt jest o wiele cenniejsze niż piękna biżuteria zamknięta w sejfie i spoczywające w kufrach wytworne suknie.
Im bardziej posuwałam się w latach, tym skromniej żyłam, ograniczając do minimum wydatki i nie dbając o zbytek. Zresztą nawet w czasach, kiedy nie najgorzej mi się powodziło, nie dbałam o majątek, nie pociągały mnie luksus, drogie przedmioty, biżuteria. Były wyłącznie środkiem prowadzącym do celu, nie celem samym w sobie.

Moja dusza samotniczki
Dziś żyję w zgodzie ze sobą, robiąc to, co uważam za oczywiste i ważne, ciesząc się, że nie trwonię już czasu na bzdury i na pustą gadaninę, że nie marnuję energii, której potrzebuję do walki, na jałowe dysputy.
Mój rozkład zajęć jest niemal codziennie taki sam. Jestem raczej sową, toteż wstaję koło dziewiątej, czasem trochę wcześniej, karmię psy, wołam gołębie – około dwustu tych ptaków żyje na wolności w La Madrague – i sypię im ziarno. Potem jemy z Bernardem śniadanie, naturalnie w towarzystwie psów, czytam gazety, dzwonię do fundacji, załatwiam pilne sprawy i piszę maile. Później jadę do La Garrigue, witam się ze zwierzętami i przystępuję do pracy. Najpierw otwieram pocztę – dostaję codziennie około setki listów z całego świata, czytam je i odpisuję na te, które szczególnie mnie poruszyły. Są w tych listach ludzkie świadectwa, głosy gniewu, prośby o zdjęcie z dedykacją, wyrazy przyjaźni. Staram się systematycznie na nie odpowiadać, w pierwszej kolejności odpisując osobom chorym lub starszym i wszystkim dzieciom, bo z dziećmi trzeba rozmawiać. Piszą też do mnie młode kobiety, które nie wiedzą, jak pokierować swoim życiem. Są zagubione, przeżywają zawody miłosne, nie lubią swojej pracy, nie radzą sobie z dziećmi. Nie brak też oczywiście listów od osób, które szukają u mnie słów otuchy po bolesnej stracie zwierzęcia. Nie mogą liczyć na nikogo więcej w społeczeństwie, które nie potrafi dostrzec i zrozumieć tego rodzaju żałoby. Sumienie nie pozwala mi odtrącić żadnej wyciągniętej o pomoc dłoni. Sama z siebie staram się ofiarować ludziom, w miarę możliwości, wsparcie, ciepłe słowo. Takie ciepłe słowo sprawia wielu moim korespondentom ogromną radość, nawet jeśli nie udało mi się rozwiązać ich problemów. Kiedy ktoś wzywa mnie na ratunek, czuję, że muszę natychmiast działać. Jeśli tego nie zrobię, nie mogę potem w nocy spać, jest mi z tym źle, obwiniam się o zaniechanie.
Skłonność do filantropii nie zrodziła się we mnie z wiekiem, zawsze miałam szczodre serce. A przecież moi rodzice tacy nie byli, lubili bywać w wielkim świecie i chętnie słuchali pochlebstw. Nigdy nie widziałam i nie słyszałam, żeby rozczulali się nad cudzym losem. Moją czułostkowość zawsze uważano za brak dojrzałości, a przecież nie podchodziłam w sposób niedojrzały do osób w potrzebie, wręcz przeciwnie. Kiedy byłam aktorką, dostałam list od pewnej starszej pani z okolic Meaux, chorej na raka gardła. Pojechałam odwiedzić ją w szpitalu, a ona, gdy mnie ujrzała, zemdlała. Lekarz powiedział mi, że nie powinnam była do niej przyjeżdżać, działając pod wpływem chwili. Jeździłam potem do niej co roku, spędzając z nią cały dzień i zabierając ją do restauracji. Kiedy zmarła, przekazano mi jej obrączkę, noszę ją do dziś.

Wybór, który pozwolił mi przetrwać
Zwierzęta i wybór, jakiego w życiu dokonałam, dały mi szansę przetrwania, to najprawdziwsza prawda. Dzięki miłości, jaką je obdarzyłam, odzyskałam chęć do życia. Relacje łączące mnie z moimi psami, kotami, owcami, końmi, fokami, dzikami, wilkami i całą resztą stworzeń opierają się na prawdzie, nie ma w nich miejsca na kompromis i na udawanie. Są autentyczne, na wskroś prawdziwe. Zwierzęta mnie kochają, ja je kocham, i niczego więcej nam nie potrzeba. A że nazywam się Brigitte Bardot… One mają to w nosie.
Żyjąc wśród zwierząt, odnalazłam sens życia, dzięki nim się spełniłam. Kino było dla mnie tylko odskocznią, nigdy tej pracy nie lubiłam. Początkowo film mnie bawił, było o mnie głośno… Ale szybko poczułam się stłamszona i wypalona. Ilekroć w ciągu mojej dwudziestoletniej aktorskiej kariery rozpoczynały się zdjęcia do filmu, dostawałam opryszczki. Już sama lektura scenariusza wprawiała mnie w stan nerwowości, czułam się jak ktoś, kto po raz pierwszy odprowadza dziecko do szkoły. Bałam się, zastanawiałam, czyby się jakoś nie wykręcić, bo uważałam, że niczemu to nie służy. Po co w ogóle grać, zadawać sobie tyle trudu, skoro wszystko w filmie jest oparte na fałszu? I wypowiadane przez nas kwestie, i scenografia. Miałam instynktowną potrzebę autentyczności.
Niemniej patrząc na swoje życie z perspektywy czasu, nie odnoszę wrażenia, by te dwa etapy mego życia sobie zaprzeczały. Wręcz przeciwnie – chyba się uzupełniają. Na pewno było miło poczuć się artystką, przeżyć coś wyjątkowego, nie przeczę, ale drugi rozdział mojego życia stał się uwieńczeniem pierwszego. Gros wiedzy, którą zdobyłam przed 1973 rokiem, przydało mi się, kiedy zostałam obrończynią zwierząt. Dostrzegałam już wyraźnie różnicę między podłością ludzi a szlachetnością zwierząt. Jako aktorka doświadczyłam na własnej skórze, czasem aż nadto, ludzkiej wielkości, ale i małości. Zetknęłam się z banałem, z małostkowością, z przejawami bezgranicznego uwielbienia, z hipokryzją, tchórzostwem, zdradą. Może gdybym obracała się w innym środowisku, nie natrafiłabym na aż tak duże nagromadzenie ludzkich słabości. Ale czy istnieje dziś jakaś życiowa przestrzeń, w której nie ocieralibyśmy się o moralną miałkość? Nie potrafię znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Nadszedł czas podsumowań. Mogę chyba uznać, że miałam udane życie, chociaż nie zaznałam w nim szczęścia, a ciągłe pozostawanie w oślepiającym blasku fleszy nie leżało w mojej naturze. Kocham natomiast, i zawsze kochałam, blask słońca, w którym skąpany jest taras mego domu w La Madrague. Obserwuję stąd przez okrągły rok kołyszące się morskie fale. Kiedy przylatuje do mnie rano chmara gołębi i dziobie ziarno z mojej dłoni, gdy jest mi wciąż dane podziwiać piękno natury, nie wątpię w słuszność swej decyzji. Mogłabym przyglądać się bez końca tym ptakom, jak rozpościerają skrzydła. Patrzeć na ich zaokrąglony dziób, cienkie pazurki, łapać ich bystre spojrzenie. W pewnym momencie jednak gołębie się podrywają i odlatują w zwartym szyku, łopocząc skrzydłami i pogruchując. Fruną do swego schronienia, niesione podmuchami mistralu, w którego delikatnych powiewach tańczą jeszcze przez chwilę zasłony w oknach mego pokoju.

Sława i jej skutki
Nie dziwi mnie, że mój dawny status budził zazdrość, blask ma wszak magnetyczną moc, ludzie marzą o wszystkim, co lśni, co wydaje się im niedostępne, światowy sukces i popularność wywołują w nich zachwyt. Przez całe życie z jednej strony byłam przedmiotem ludzkiego uwielbienia, nasłuchałam się pochlebstw, z drugiej zaś nie szczędzono mi krytyki i stale mnie zniesławiano. Opowiadano o mnie niestworzone rzeczy, rozpuszczano niczym nieuzasadnione plotki. A kiedy jakiś temat się wyczerpywał, dalej puszczano wodze fantazji. Doświadczyłam niezwykle brutalnego traktowania. Czy była to cena, którą musiałam zapłacić za ogromną popularność? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Tak czy owak i jedne, i drugie zachowania były tak skrajne, że trudne do zniesienia i psychicznie wyniszczające. Wydaje mi się jednak, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat wyszlachetniałam nieco w oczach ludzi. Świadczą chyba o tym liczne wyrazy szacunku, jakie otrzymałam z okazji osiemdziesiątych urodzin. Ta zasadnicza zmiana postawy opinii publicznej dokonała się z pewnością dzięki moim działaniom na rzecz zwierząt.
Dziś żyję tak, jak to sobie od dawna wymarzyłam, samotnie, tylko w towarzystwie męża i zwierząt – to chyba właściwa kolej rzeczy po dziesiątkach lat ciągłego bycia w centrum uwagi. Nauczyłam się cieszyć ciszą i spokojem, nie bolą mnie już przejawy ludzkiej wrogości, chyba że są szczególnie krzywdzące. Trudno mi na przykład pogodzić się z niesprawiedliwym osądem ze strony osób, które kocham lub szanuję. Tłumaczę sobie wtedy, że ich opinia bierze się z niewiedzy, że nie mają pojęcia, jaka naprawdę jestem. Piszę więc do nich lub dzwonię, żeby spróbować wyprowadzić je z błędu. Na ogół mi się to udaje i zmieniają zdanie. W pozostałych wypadkach, nie licząc wyjątków, muszę pogodzić się z etykietkami, które do mnie przylgnęły. To spadek po czasach, gdy byłam gwiazdą, gwałtowna reakcja na moje zaangażowanie w obronę zwierząt lub odrzucenie en bloc moich poglądów i mojego niewyparzonego języka. Pewnie nie uda mi się od tych etykietek uwolnić, choć przyznaję, że czasem mnie ranią.

Żywa legenda
Status osoby publicznej zakłada pewną odpowiedzialność, ale status „żywej legendy” to coś jeszcze poważniejszego. Chociaż nigdy nie lubiłam, gdy tak o mnie mówiono, mam świadomość, że już sama wzmianka o mnie rozbudza w ludziach przeróżne namiętności. Jak daleko sięgnę pamięcią, zawsze towarzyszyło mi, i nadal towarzyszy, pewne zjawisko: bez względu na to, co uczynię i co powiem, wszystko jest potem wyolbrzymiane, upiększane, wypaczane lub przedstawiane w prowokacyjny sposób.
Postać B.B. stanowiła źródło inspiracji dla najbardziej prestiżowych marek, dla mężczyzn, dla kobiet, autorów wystaw, filmów, książek, do dziś jestem najbardziej obfotografowaną kobietą świata. Ale mój wizerunek nie chronił mnie przed obelgami, nieraz obrzucano mnie błotem. Cóż za paradoks: pełna blasku, podziwiana ikona i jej unurzany w błocie pierwowzór! W czasach, kiedy byłam aktorką, ścigali mnie paparazzi, wypisywano o mnie niestworzone rzeczy, szkalowano mnie, przypisywano czyny, których nigdy nie popełniłam.
Robiłam, co mogłam, by normalnie żyć, mieć zdrowe związki, ale miłości i sławy nie da się pogodzić. Wielu mężczyzn nie potrafiło dostrzec różnicy między kobietą, którą kochali, a osobą, jaką byłam w oczach świata.
Wielokrotnie, zwłaszcza w dwóch autobiografiach, starałam się uświadomić czytelnikom, że nie warto marzyć o byciu gwiazdą. Ciągłe nękanie, zniewagi, pościgi dziennikarzy, fiolka środków nasennych pod ręką, żeby od tego wszystkiego uciec – wiem, co to znaczy być osaczonym. Wiem, co czuje ścigana zwierzyna łowna, co czuje turkawka zestrzelona w locie, lew zagnany do klatki, słoń zmuszony do wejścia na piłkę ku uciesze dzieci. To nieustanne dręczenie sprawiło, że wyrobiłam w sobie niezawodny instynkt. Byłam kiedyś na spacerze ze swym przyjacielem Jickym, traktowałam go jak brata, którego nigdy nie miałam. Nagle podskoczyłam:
– Ani kroku dalej – powiedziałam. – Tu gdzieś czyha fotoreporter.
Jicky’ego rozbawił mój popłoch:
– Daj spokój, masz już chyba obsesję…
Parę minut później zza krzaka lub ze śmietnika wyłaniał się teleobiektyw. Wyczuwałam obecność, spojrzenie, zamiary podglądającego. Wykształciłam w sobie tę umiejętność szczególnie podczas romansu z Samim Freyem, chyba jednego z najgorętszych w moim życiu. Zresztą to właśnie nieustanne śledzenie, podglądanie i branie pod lupę każdego mego słowa i uczynku zniszczyło naszą miłość. Nie mogliśmy normalnie funkcjonować, musieliśmy się ukrywać, żyć jak odludki, wychodzić z domu nocą, nigdy razem, zawsze w pojedynkę. Jedno z nas wychodziło na rekonesans i wołało do drugiego: „Droga wolna, nikogo nie ma”. To było coś potwornego, żadna miłość nie wytrzymałaby takiej próby. Nie mogliśmy mieszkać w moim mieszkaniu przy avenue Paul-Doumer, bo byłam w trakcie rozwodu z drugim mężem Jacques’em Charrierem. Sami wynajął więc jakąś budę na podwórzu, z klitką, która służyła nam za łazienkę, żyliśmy w tej kryjówce jak pustelnicy. Nikt nie wpadł na szczęście na pomysł, żeby nas stamtąd eksmitować. Mogliśmy tam, choć z niejakim trudem, zaparzyć sobie kawę, a żywiliśmy się kanapkami, które Sami kupował, gdzie popadło. Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, że gwiazda – bo taki już miałam status, gdy na ekrany weszła Prawda[16] – wiedzie takie życie. Sami i ja ukrywaliśmy się niczym zaszczute zwierzęta, przeżywając namiętną miłość wbrew całemu światu.
Kiedy więc odeszłam z kina, miałam wszystkiego dość, nie byłam w stanie dłużej udźwignąć ciężaru popularności, bo popularność jest jak trucizna, nie daje się z nią normalnie żyć. Nie wiedziałam, jak to jest pójść sobie spokojnie do kawiarni czy do bistra, usiąść w ogródku lub wybrać się do teatru, nie narażając się na nagabywanie, nie będąc cały czas na cenzurowanym. Nie mogłam wyskoczyć do kina czy na zakupy, pochodzić po sklepach.
Stanowi to dla mnie problem właściwie do dziś, chociaż już nie tak duży jak przed laty. Kiedy udaję się z La Madrague do mojej małej farmy w La Garrigue, natykam się niekiedy na przechodniów czy kierowców, którzy przystają na mój widok. Bernard chciałby czasem pójść ze mną na kolację do jakiejś knajpki w okolicach Saint-Tropez, ale na ogół mu odmawiam, ponieważ wiem, że zaraz ktoś do mnie podejdzie, ktoś inny będzie przypatrywał się, co jem, jak trzymam widelec, poprosi o wspólne zdjęcie czy o wpis do księgi gości, a ja nie będę umiała odmówić, bo nigdy nikomu czegoś takiego nie odmawiałam. Wydaje mi się to oczywiste i godzę się z tym. Ludzie robią to, na co mają ochotę, przy czym nie są wobec mnie napastliwi – na ogół są mili i delikatni. Jak mogłabym ich ofuknąć, skoro najwyraźniej mnie kochają? Sęk w tym, że nie mogę już znieść cudzych spojrzeń, ciągłego śledzenia, pozowania do wspólnych zdjęć, mam tego dość, jestem tym zmęczona. Niektórzy żarliwi wielbiciele chcą koniecznie mnie ucałować, dotknąć i wpatrują się we mnie błagalnym wzrokiem. Czuję się tym skrępowana, ponieważ nigdy nie potrafiłam zrozumieć bałwochwalczego uwielbienia, zawsze mnie ono mierziło.