“Pustynia i morze” to prawdziwa historia o walce i przetrwaniu. I o tym, że nadzieja nigdy nie umiera.


Pustynia i morzeW styczniu 2012 r., ukończywszy właśnie cykl reportaży z hamburskiego procesu piratów somalijskich, Michael Scott Moore udał się do Rogu Afryki, by zebrać materiał do książki o piractwie i możliwościach jego ukrócenia. „Wydawało mi się ważne, by wiedzieć, dlaczego w ogóle istnieją piraci”, napisał.

Dowiedział się szybciej, niżby się spodziewał. Porwany w Somalii tuż przed wyjazdem, poznał od podszewki i podłoże piractwa, i jego okrutną codzienność. W warunkach zdolnych złamać najtwardszy charakter przetrwał 977 dni, nim zebrano okup, jakiego zażądali piraci.

“Pustynia i morze” to połączenie pamiętnika, reportażu i pracy socjologiczno-historycznej. Pełna czarnego humoru, szczera, napisana z dziennikarskim dystansem i wyczuleniem na szczegóły książka jest jakby skrzyżowaniem “Paragrafu 22” z “Helikopterem w ogniu”. Humanizm, z jakim – mimo traumatycznych przeżyć – Moore opisuje porywaczy, jest odbiciem drobnych uprzejmości, jakich od nich doznawał, i kontrastuje z obojętnością zachodniej biurokracji, która prędzej by wysłała bombowce, niż wypłaciła okup.

Michael Scott Moore, amerykański dziennikarz i pisarz, ma w dorobku powieść komiczną o Los Angeles, Too Much of Nothing, oraz relację podróżniczą o surfingu, Sweetness and Blood, która zdobyła miano Najlepszej Książki 2010 w rankingach „Economist” i Popmatters.com. Pracował w redakcji „Spiegel Online International”, w Berlinie pisał też dla „Pacific Standard” felietony o polityce transatlantyckiej. Otrzymywał granty z Carey Institute (w ramach programu Logan Nonfiction), Fundacji Fulbrighta i Pulitzer Center on Crisis Reporting. Mieszka na zmianę w Berlinie i Los Angeles.

Michael Scott Moore
Pustynia i morze
Przekład: Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 2 kwietnia 2019
 
 

Pustynia i morze


W Algierze mówi się wprost o istnieniu dwóch odmian islamu – jednego, który nazywają islamem pustyni, i drugiego, który określają jako islam rzeki (albo morza). Pierwszy to religia praktykowana przez bojowe, koczownicze plemiona, które w najbardziej wrogim dla człowieka otoczeniu, jakim jest Sahara, walczą o przetrwanie, o utrzymanie się przy życiu, a drugi islam – rzeki (lub morza) – to dla odmiany wiara kupców, wędrownych handlarzy, ludzi drogi i bazaru, dla których otwartość, ugoda i wymiana są nie tylko kwestią korzyści handlowych, ale warunkiem samego istnienia.
Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem

Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem, Kraków 2004, fragm. rozdziału „Pustynia i morze” (przyp. tłum.).

PROLOG
––––––––––––––––

– Michael, mam problem – zwrócił się do mnie Rolly Tambara.
– O co chodzi?
– Ten pirat, on kopnął moją Biblię.
Siedzieliśmy w cieniu taśmociągu na pokładzie roboczym porwanego tuńczykowca. Rolly był moim najlepszym przyjacielem na burcie – ba, na całym Oceanie Indyjskim, a już na pewno w Galmudugu, regionie Somalii, u którego brzegów staliśmy na kotwicy i gdzie się poznaliśmy. Najlepszym przyjacielem w promieniu trzech lub czterech tysięcy mil wokół Rogu Afryki. Był rybakiem z Seszeli, katolikiem, mężczyzną niskim i krępym, starym, pomarszczonym i prawie łysym. Mówił francuską odmianą kreolskiego. Obu nas przewieziono na Nahama 3 po tygodniach uwięzienia na lądzie.
– Który? – spytałem.
– Nie znam jego imię.
Rolly czytał sfatygowaną Biblię gdzieś na deku, kiedy z mostku zszedł Somalijczyk, żeby zaparzyć herbatę. Czekając, aż się woda zagotuje, przysiadł obok, by sprawdzić, co to za książka. Widok Biblii musiał obrazić jego uczucia religijne, kopnął ją więc bosą, spękaną od soli stopą.
– Gdzie upadła? Odzyskałeś ją?
– Pobiegłem i podniosłem – odrzekł Rolly.
– A on co?
– Poszedł na górę z herbatą.
– I nie wiesz, jak się nazywa?
Rolly pokręcił głową.
– Musisz powiedzieć Tuuremu.
Ali Tuure1, przygarbiony, chudy jak kościotrup starszy Somalijczyk z wiecznie zmierzwioną czupryną i krzywozębnym uśmiechem, był hersztem piratów na tej przeklętej łajbie. Szanowali go za (trochę dziwne) poczucie humoru i względnej sprawiedliwości. Chodząc po pokładzie, pozdrawiał ludzi uniesieniem kościstej ręki i świszczącym „Heeej!”, jak chora imitacja Fonziego z „Happy Days”. Też nie lubił Biblii, nigdy jednak nie próbował narzucać zakładnikom islamu i zganiłby każdy przejaw (względnego) nieposzanowania.
Rolly ruszył ku schodom, by zgłosić skargę Somalijczykom na górze. Wywołało to sporo zamieszania. Zrobiłem sobie kubek kawy rozpuszczalnej i przeszedłem na burtę od strony lądu. Za wodą leżało miasteczko Hobyo; w moich krótkowzrocznych oczach wyglądało jak niewyraźna kupa kamieni na brązowawym pustynnym brzegu. Cynkowane dachy odbijały słońce ostrymi błyskami.
Naham 3 to pięćdziesięciometrowy sejner pod banderą omańską, lecz zarządzany przez firmę z Tajwanu. Zakładnicy byli rybakami z Chin, Kambodży, Wietnamu, Indonezji i Filipin. Siedzieli za nami, gawędzili, palili papierosy i grali w karty. Żyliśmy jak więźniowie pływającego obozu internowania. Ja, chudy, zagubiony rozbitek, jestem amerykańskim pisarzem po czterdziestce, dla którego miłe życie cudzoziemca w Berlinie tliło się w pamięci jak odległy sen. Po trzech czy czterech miesiącach niewoli zrzuciłem około dwudziestu kilogramów. Mieli tu podwieszoną wagę tuńczykową – sprężynowe ustrojstwo z hakiem. Jeśli na ów hak zarzuciło się linę, można było zadyndać jak martwa ryba.
Przy falszburcie stał z papierosem Chińczyk Jian Zui2. Miał okrągłą, maskowatą twarz, która czasem pękała szczerym uśmiechem. Podsunął mi paczkę.
– Nie, dzięki.
Cisnął niedopałek do wody i spojrzał na Hobyo. Złożył płasko dłonie i zrobił ruch, jakby dawał nurka. Szok: w tej więziennej atmosferze taka zakazana demonstracja? Oczyma wskazałem piratów leniuchujących na górnym pokładzie. Z Jian Zuim ledwo mogliśmy się porozumieć, ale myśleliśmy podobnie – dziesiątki razy wyobrażałem sobie ucieczkę tą samą drogą. Zastanawiałem się, czy w ogóle umie pływać.
W końcu się uśmiechnął, jakby to miał być dowcip. Złożył dłonie, tym razem jak do chrześcijańskiej modlitwy.
– Santa Maria – powiedział, podnosząc oczy ku niebu.
W slangu naszych Chińczyków znaczyło to tyle, co u nas „kopnąć w kalendarz”. Innymi słowy: gdybyśmy skoczyli, to „kaplica”.
Skinąłem głową.
Podskakując na martwej fali, przypłynęła motorówka. Zaopatrzenie z Hobyo pojawiało się dwa razy dziennie.
– Moto – zaanonsował Jian Zui.
Gdy przybiła do burty, obsada rzuciła na pokład cumę. Nasi Somalijczycy zamocowali ją do relingu. Martwica nieźle kołysała obu jednostkami, trzech nowo przybyłych przeskoczyło jednak zwinnie na nasz dek. Czwarty z dołu podał ciężki wór khatu, zielonych liści rośliny o właściwościach pobudzających, które miejscowi żują, tak jak my pijemy alkohol. Piraci sprzeczali się, kto ma go zataszczyć na górę.
Przez kilka letnich tygodni 2012 roku obserwowałem te dostawy z ostrożnym optymizmem. Dzwoniąc do domu w Kalifornii, wtrąciłem po niemiecku nazwę miasteczka. Matka spytała: „Czy możemy przysłać ci paczkę, Michael?”. Jej optymistyczny ton sprawił, że w głowie mi się zakręciło z żalu. Żeby dotrzeć na statek, paczka musiałaby przejść przez kilka klanowych i przestępczych siatek na sawannie. Intencja słodka, tylko co by zostało z zawartości, gdyby w końcu ktoś ją wrzucił z łódki na pokład? Para szortów?
Poczułem pod powiekami gorący ucisk.
Nad Hobyo nadleciał od południa i zatoczył koło samolot. Zauważyłem go, zanim dobiegło nas buczenie silników. Porywista bryza wiała bez przerwy, zamiatając dźwięki w nieprzewidywalny sposób. Bez okularów za wiele nie widziałem, ale przypuszczalnie była to europejska lub amerykańska maszyna zwiadowcza. Gdy kołowała nad lądem, do relingu na pokładzie nawigacyjnym podszedł stary Somalijczyk i zaczął wymachiwać pistoletem.
– Amerikan! – wrzasnął.
On też uznał go za samolot zachodni i nie chciał, żebym stał na widoku. Grupka młodych piratów na górze przesunęła się na przeciwną burtę. Szeregowi strażnicy nauczyli się chować przed samolotami, żeby nie zarejestrowano ich twarzy.
– Amerikan! – powtórzył stary, groźniej machając spluwą.
Ten nigdy nie okazał mi innego uczucia niż nienawiść; mój oburzony rozum buntował się przeciwko słuchaniu jego poleceń. Sterczałem uparcie na swoim miejscu, przyglądając się załadunkowi, póki się nie upewniłem, że w dostawie nie ma żadnej bezsensownej paczki z domu.
– Ech, Michael! – napomniał mnie spod taśmociągu Rolly, przekrzykując szum wiatru. – Nie złość ich, Michael.

1 Pseudonim
2 Również pseudonim (wym. Dżien Tsuej). Prawdziwe nazwisko: Leng Wenbing

Część 1
––––––––––––––––
PLOTKARNIA

I
––––––––––––––––

Mój ojciec, człowiek mało oryginalny, zwykł mawiać: „Ciekawość zabiła kota”. Naturalnie pierwszy raz wybrałem się do Rogu Afryki z ciekawości. Podobała mi się niezwykła przestrzeń suchej sawanny, szorstki dźwięk pustynnej mowy, brak zachodnich udogodnień. Chciałem później napisać o gangu pirackim odsiadującym wyrok w hamburskim więzieniu. Ich sądowy maraton odbił się w Europie szerokim echem: była to pierwsza na ziemiach niemieckich od ponad czterech stuleci rozprawa przeciwko jakiemukolwiek piratowi. Moje reportaże z niej ukazywały się w periodyku internetowym „Der Spiegel Online”, dla którego wtedy pracowałem w Berlinie, i wydawało mi się, że książka o procesie i pewnych mało znanych aspektach piractwa somalijskiego może być interesująca.
Pojechałem tam także jako uczeń Ashwina Ramana, indyjskiego dokumentalisty i korespondenta wojennego dla telewizji niemieckiej. Poznałem go w 2009 roku w Dżibuti, kiedy pracowałem nad cyklem artykułów o piratach. Dżibuti to malutki kraik wciśnięty w zagłębienie wschodnioafrykańskiego wybrzeża u wejścia na Morze Czerwone. Jego stolicę tworzyła siatka marniejącej pofrancuskiej zabudowy z rozrzuconymi tu i ówdzie slumsami namiotowymi, przesycona kozim zapachem. Żar i jaskrawe słońce mocno dawały się we znaki. Zwyczajowym miejscem pobytu Europejczyków i zabłąkanych tam Amerykanów był położony tuż za miastem drogi hotel. Szoferzy zabierający mnie na rozmaite spotkania byli nieodmiennie zdumieni, że nie tam się zatrzymałem. „To fajny hotel. Jesteś pierwszym znanym mi dziennikarzem z Europy, który tam nie zamieszkał”, stwierdził krytycznie młody Francuz, który pierwszego ranka wiózł mnie na okręt NATO. Ja zaś celowo nie wziąłem „Méridiena” pod uwagę z tej prostej przyczyny, że nie powiedziałby mi nic o Dżibuti. „Nawet nie wiem, gdzie jest ten twój hotel – przyznał kierowca, kiedy ugrzęźliśmy w korku. – Nigdy nie jeżdżę do centrum”.
Ashwina spotkałem w Camp Lemonnier, amerykańskiej bazie nieopodal Dżibuti. Zwiedzaliśmy ją razem i przeprowadzaliśmy wywiad z dowodzącym admirałem. Zbiegiem okoliczności obaj mieszkaliśmy w Niemczech i obaj wzgardziliśmy „Méridienem”. (Po prostu jesteśmy dusigroszami). Jego filmy dokumentalne ze stref wojennych zdobywały międzynarodowe nagrody dziennikarskie, mimo że nie posługiwał się niczym wymyślniejszym niż kompaktowa kamera cyfrowa. „Po prostu filmuję, co widzę, ot i wszystko”. Przy pracy wyglądał jak hinduski turysta nagrywający klipy dla wnuków, miał jednak smykałkę do przenikania w niebezpieczne miejsca i wracania z nich w jednym kawałku. Gdy się poznaliśmy, właśnie skończył miesięczny pobyt wśród somalijskich bojowników islamistycznych, Asz-Szabab, gdzie podawał się za pakistańskiego muzułmanina.
Ashwin wiódł barwne życie. Gdy w 1968 roku pierwszy raz opuszczał Indie jako student zmierzający do Oksfordu, jego droga do Anglii okazała się skomplikowaną przygodą. Nie było wtedy dogodnych połączeń lotniczych, wybrał więc podróż z pielgrzymami udającymi się do Mekki drewnianym stateczkiem hadżdż dau, płynącym na północny zachód wzdłuż brzegów Morza Arabskiego. „Nie wiem, czy kiedykolwiek byłeś na dau. To może być bardzo spokojna żegluga. Płynęło nam się miło i bezproblemowo aż do następnego przystanku w Karaczi – mówił z humorem. – Tam wsiedli wszyscy ci muzułmanie. Dalej to już był totalny chaos”.
Przeżeglował całą Zatokę Perską i wyokrętował w Kuwejcie, skąd autobusem pojechał do Bagdadu. Zamierzał stamtąd dostać się do Europy pociągiem, „ale gdy tylko wjechaliśmy do miasta, zobaczyłem, jak kogoś publicznie wieszają. Była to jedna z pierwszych kaźni dokonywanych przez nowy reżim Baas. Interesujące… Byłem w Iraku na samym początku i na samym końcu rządów Saddama Husajna”.
Do Iraku podróżował jeszcze kilkakrotnie w roli filmowca telewizji niemieckiej; w Afganistanie był ponad dwadzieścia razy. Poniekąd przypominał mi V.S. Naipaula. Bywał złośliwy i bywał uprzejmy, nigdy jednak nie mówił miłych rzeczy. Skończył Oksford i miał chroniczną niezdolność do ulegania wrażeniom. Po kilku godzinach w Camp Lemonnier musiałem mu napomknąć o tym podobieństwie.
– Tak, znałem Naipaula – odrzekł. – Wyjątkowo nieprzyjemny facet, możesz mi wierzyć.
Ashwin chciał wrócić do Somalii, żeby nakręcić film o piratach, i zaproponował wspólną wyprawę. Pochlebiało mi to. Potrzebowałem mentora w tego rodzaju pracy. Na razie jednak wstrzymywałem się z konkretnymi planami; zamierzałem poznać Afrykę Wschodnią. Krok po kroku.
Camp Lemonnier założono w dawnej bazie Legii Cudzoziemskiej wśród ogromnych wydm. Przypominał amerykańskie miasteczko zbudowane z kontenerów frachtowych.
Były tam boiska koszykarskie, blaszane baraki Quonset i asfaltowe uliczki ze znakami drogowymi. Kupowaliśmy z Ashwinem pastę do zębów i czasopisma w „Naveksie” (Navy Exchange, czyli kantynie marynarki), który mógłby być drogerią przerzuconą tam wprost z suburbiów Los Angeles. Naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa w Kalifornii: lampy jarzeniowe, płyn do płukania ust, chipsy Doritos, ibuprofen, jack daniel’s i pocztówki okolicznościowe. Pustynny upał napierał na przechłodzone pudło wypełnione tanią konfekcją i szamponami tysiąca marek. Jednym z powodów, dla których zamieszkałem w Berlinie, była chęć ucieczki właśnie od takich rzeczy; jednakże sama ich banalność – przepłacane badziewie, cały ten jarmark, bez którego można się doskonale obejść – miała swój powab. Białe jarzeniówki przypominały mi, jak kiedyś w upalne popołudnie w LA stałem z tatą w kolejce, żeby kupić butelkę czegoś. Był rozproszony, rozchwiany, być może pijany, i jego papieros oparzył mi ramię. Strasznie mnie przepraszał i w ramach zadośćuczynienia kupił jakieś cukierki – ale może właśnie takie skojarzenia trzymały mnie w dorosłym życiu na bezpieczną odległość od amerykańskich drugstore’ów. W dżibuckim „Naveksie” poczułem jednak smak czegoś zupełnie innego, dziwacznej ponętności tego dysfunkcyjnego miejsca. „Gdybym utknął na bezludnej wyspie, wcale by mi nie brakowało Berlina – powiedział niemiecki kompozytor Kurt Weill kilka lat przed śmiercią w 1950 roku. – Tęskniłbym do nowojorskiej drogerii”.

II
––––––––––––––––

Odmalowałem tu ojca trochę jak głupka, ale nie było to moim zamiarem. Pod koniec życia miał sklerozę i potrafił być opryskliwy, pamiętam go jednak jako mężczyznę pełnego wigoru, z zawadiackim uśmiechem (choć już wtedy z zakolami). Nasze pierwsze lata w dolinie San Fernando płynęły jak ideał życia rodzinnego na przedmieściu, w dużym żółtym domu z ogrodem wielkości farmy i składanym basenem. Tato poznał mamę w Niemczech, gdy pracował w tamtejszym oddziale Lockheeda. Większość kariery spędził jako inżynier lotniczy w Kalifornii. Kiedy NATO potrzebowało europejskiej wersji myśliwca F-104 Starfighter, koncern oddelegował z LA zespół fachowców, by wysłuchali życzeń włoskich i francuskich generałów i dokonali pewnych modyfikacji. Mama miała wtedy dwadzieścia parę lat, była humorzastą sekretarką w biurze Lockheeda w Koblencji i dojeżdżała do pracy z miasteczka na przeciwległym brzegu Renu.

Pierwszego dnia w nowej pracy tata, jak głosi rodzinna legenda, zapytał o toaletę. Użył jednak amerykańskiego określenia „restroom” (dosł. pokój wypoczynkowy). Mama nigdy jeszcze nie spotkała się z tym angielskim słowem. „Biedaczek – pomyślała – musi być wykończony po podróży”. Grzecznie zaprowadziła go do sali konferencyjnej i powiedziała, że tam może odpocząć.
– Chyba żartujesz – obruszył się.
– Nie, w tej chwili nie jest w użyciu – zapewniła mama.
– To jak, mam skorzystać z doniczki?
– A skorzystaj, z czego chcesz – odparła niespeszona i odmaszerowała, stukając obcasami szpilek.
Tato i większość kolegów z Lockheeda wrócili do Kalifornii z niemieckimi żonami. Ich krąg przyjaciół składał się z rozgadanych, gustujących w białym winie nadreńskich matek i sceptycznych, konserwatywnych, technokratycznych ojców. Moją pierwszą kandydatką na narzeczoną (jeszcze w przedszkolu) była córka Denisa i Sylvii Lyonów, znajomych moich rodziców z Koblencji. Mieli małego jamnika, którego bardzo ekscytowały wizyty gości i ganiał wtedy po całym domu.
Tato pracował przy obwodach elektrycznych dla satelitów i odrzutowców pasażerskich, był też jednak alkoholikiem, żyliśmy więc w stałym napięciu między podmiejską idyllą i jego awanturami po pijanemu. Próbował wyjść z nałogu dopiero po rozstaniu z mamą – wyrzuciła go z domu – i w gorące lato 1961 roku zmarł w przesiąkniętej nikotyną kawalerce przy bulwarze Reseda, niedaleko naszej katolickiej parafii. Mama powiedziała, że to był zawał. Parę miesięcy później przeprowadziliśmy się do mniejszego, tańszego w utrzymaniu domu w Redondo Beach, z mniejszym trawnikiem, za to blisko plaży, gdzie lądowe kalifornijskie wiatry nie wywoływałyby u niej alergii.
W Kalifornii spędziłem całe dzieciństwo i większość młodych lat, tak w południowej, jak i w północnej części, lecz tamtejszy materializm i okropny ruch uliczny wydawały mi się równie irracjonalne jak monolity przemysłu lotniczego i kinematograficznego. Jako chłopiec odkryłem w garderobie pudełko pełne monet z całego świata, zebranych przez rodziców – były tam nie tylko niemieckie marki, lecz także franki francuskie i szwajcarskie, meksykańskie peso i brytyjskie funty. Wydawały mi się cudownie egzotyczne i wzbudziły we mnie nagły, przemożny instynkt obieżyświata. Żeby go zaspokoić, zacząłem zbierać znaczki. Zew podróżniczy nigdy jednak nie wygasł i kiedy po trzydziestce rozstałem się z pierwszą żoną, wyjechałem do Berlina z nadzieją zapędzenia do pracy próżnującego dotychczas niemieckiego paszportu i z dumną myślą, że nigdy już nie będę musiał znosić kalifornijskiego banału. Pod tym określeniem rozumiałem małżeństwo i rozwód, ale też drugstore’y, amerykańską politykę, wiadomości telewizyjne, godziny szczytu, gigantyczne supermarkety i w ogóle wszystko, co przypominało mi nudną i bolesną przeszłość.
Życie, jakie zacząłem w 2005 roku, było spokojne, lecz miłe. Mieszkałem w kawalerce z widokiem na park we wschodnim Berlinie. Nawiązałem tam jedne z najlepszych przyjaźni; nauczyłem się kochać i leniwe, długo jasne letnie miesiące, i mroźne zimy. Brakowało mi jednak oceanu. Gdy się dowiedziałem, że w Niemczech istnieje światek surfingu, postanowiłem napisać książkę o tym sporcie i pokazać, jak nieamerykańska tradycja rozrosła się w wielkie amerykańskie szaleństwo, a potem rozniosła na cały świat. Sweetness and Blood [„Słodycz i krew”] stała się dziennikiem podróży z głównym wątkiem o wpływie Ameryki na świat po II wojnie światowej, zarówno dobrym, jak i złym, rozsiewanym przez surfujących hipisów, włóczykijów i urlopujących żołnierzy marines.
Zbierając materiał, trafiłem na Kubę, do Afryki Zachodniej, Maroka, Izraela i do Strefy Gazy. Zetknąłem się z kwiecistymi historiami o piratach z Afryki i Karaibów. Piractwo na dużą skalę zaczynało wtedy rozkwitać w rejonie Somalii. Z bezsilną ciekawością śledziłem z berlińskiej redakcji „Spiegla” kolejne porwania statków. Trudno pisać jedną książkę przygodową, nie myśląc już o następnej. Wkrótce doniesienia prasowe zaczęły mnie irytować. Konwencjonalna opinia o somalijskich piratach skupiała się na ich okrucieństwie: „Zapomnijcie o romantyce, opaskach na oku i papugach — ci faceci są wredni”. Pomyślałem, że to nie może być prawda. Wychowałem się na pirackiej legendzie jak każdy amerykański dzieciak, ale było dla mnie jasne, że blask morskiego heroizmu oblepiający produkcje w rodzaju Piratów z Karaibów jest tylko odbiciem hollywoodzkiej nostalgii i militarnego kiczu. Dawni piraci, rozumowałem, musieli być nie mniej wredni niż ci z Somalii. Oczywiście miałem rację. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak wiele wszyscy piraci mają ze sobą wspólnego.